Nie możemy zostać w środku, czyli o figurach utraty w wierszach Kamili Pawluś

Drugi tomik wierszy Kamili Pawluś, Klaustrofobia na wynos, zawierający 29 wierszy, w pewnym sensie nawiązuje do języka debiutanckiego Rybarium. Obie książki łączy pewna budowana stopniowo, coraz intensywniej narracja dotycząca zjawisk odchodzenia, przemieszczenia, wykorzenienia i związanej z nimi utraty. Klaustrofobia na wynos jednak w większym stopniu zdaje się zaprzątnięta tą ostatnią kwestią, badając jej wymiary wręcz nieustająco i przesuwając jej pola coraz dalej. Już pierwszy wiersz, „Sjesto, do widzenia”, sygnalizuje wątek rozstania, a ściślej mówiąc – opuszczenia: „kto by chciał / na żywioł zostać tu, gdzie sampler małego miasta / rasuje pokrzywy” oraz przeczucie małej katastrofy: „Charlie Chan w kajaku płynie w naszą stronę”. Z kolejnymi tekstami opuszczenie przybiera nowe formy, a kobieta dojrzewająca w tym tomiku do niezgody na współczesną monadyczność, nomadyczność i izolację ludzi od siebie oraz siebie od siebie przeżywa kolejne utraty: utratę niedojrzałości, utratę indywidualności w miejsko-biurowym systemie (jednoznacznie powiązanym z globalnym kapitalizmem), utratę miejsca i czasu, gdzie mogłaby przynależeć, utratę religijnego punktu odniesienia, wreszcie utratę uczucia, które być może było miłością. Przez ponad połowę książki jako czytelnik śledzę próby opisania przez Pawluś zamknięcia jej bohaterki i widzę, jak stopniowo wyzwala się w niej ta klaustrofobia, niechęć do ciasnoty, która pod koniec tomiku prowadzi do ataku, zerwania z centralą („Centrala, tracimy zasięg”), by wreszcie nad „kipiącym Popradem” wysłać światu „pozew o nowe”.

Klaustrofobia na wynos w tym sensie stanowi spójny zapis „ze środka”. Ale, jak wskazuje tytuł, środek, od którego zaczyna się doświadczanie utraty, z czasem trafia „na wynos”, zostaje przenicowany. A żeby nie został unicestwiony – zapomniany i odrzucony oraz żeby mógł dawać bohaterce wierszy siłę zamiast popychać ją w desperację, potrzeba Freudowskiej „pracy żałoby”. I rzeczywiście, pierwsze wiersze w tym tomiku pełne są obrazów separacji, ubywania; mają melancholijne brzmienie. W tym względzie ciekawie też rozmawiają ze sobą ich motta: z Nałkowskiej („co to za cmentarz wokół mnie?”), Szymborskiej („ubyliśmy zwierzętom. kto ubędzie nam”) i Norwida („płacę czynsz światu”).

„Sjesto, do widzenia” ustawia ton tych otwierających narrację wierszy. Mnogość „wysp, wysepek, łachów, odnóg i kęp” podkreśla fizyczne podzielenie krajobrazu, w jakim znajduje się bohaterka i jej nienazwany towarzysz. Jest to krajobraz z „bujanym horyzontem”, chwilowy, ponieważ poza dwójką poszukujących sjesty nikt nie chce się w nim zanurzyć. Jest wielokrotnie niedostępny, bo posługuje się innymi językami: „gdzieś od spodu dobywa się grypsera ryb” i innymi rytuałami: rzeka posiada własny gremiał, na który nabite są ciała (motywy religijne będą się przewijać przez całą książkę, to cecha wspólna z Rybarium). Zarówno tytuł, jak i puenta „Sjesto, do widzenia” wskazują na złudę poczucia otwarcia związanego z wyprawą poza miasto, a tym samym na fiasko poszukiwań tego otwarcia poza sobą.

Powrót do miejskiej scenerii odbywa się w kolejnym wierszu, poprzez sen. W „Ułożonej i dopranej” bohaterka trafia w „życie cudze”, które toczy się w mieście, w biurze, w uporządkowanym systemie miar i wag. To życie odrealnione podwójnie – przyśnione i obce, podlegające władzy „mierników tętna i czasu, komorników zaległych spraw”, którzy czuwają nad szybkim przebiegiem procesów uspołecznienia, a tym samym przyrostu władzy w zbiorowym systemie kar i nagród. Życzyliby sobie wyrugować z codziennego trybu pracy i kwerendowania takie „zaległe sprawy”, jak pamięć opuszczenia oraz wczesną w doświadczeniu podmiotu wierszy tęsknotę. Ciekawe wydaje się pęknięcie między władzą komorników nad „życiem cudzym”, którą realizują na wielu płaszczyznach: fizycznej, językowej, emocjonalnej, ambicjonalnej, a brakiem władzy nad przyśnionym życiem własnym, które pozostaje nienazwane i niekontrolowane: „coś wzbierało, / gęstniało. alchemiczne procesy życia przeciw życiu”. W tym pęknięciu może realizować się przemoc powiązana z moralnością (jak opisywała to Judith Butler), może też być poddawana próbom i obserwacjom własna religijność (co ilustrują kolejne wiersze z tomiku), może ono też pozostać „ciemnością”, uskokiem, z którego później zrodzą się kolejne wersje siebie, czyli kolejne siostry, jak na przykład w wierszu „Pasjonał”. Między wersami: „śniło mi się życie cudze, w którym uporczywie / grałam na zwłokę” i „śniło mi się życie cudze, w którym kwerendowałam w segregatorach / z żałobą kawy na języku” chowa się, lecz nie jest pochowany, potencjał, z jakiego będzie czerpać swą sprawczą niezgodę bohaterka wierszy Pawluś. Figura snu i „żałoba kawy na języku” wskazują na elementarną nierealność i chwilowość/przejściowość jej doświadczeń w miejsko-biurowym systemie. Z kolejnymi wierszami system ten zaczyna stanowić alegorię doświadczenia współczesności, a jego ograniczenia i izolujący wpływ zostaną poddane bliższej obserwacji jeszcze w wielu tekstach. W „Kokardkach” na przykład czytam:

spójrz, tu wszystko niedozwolone.
opatrzeni jesteśmy znakiem zakazu i drut kolczasty
nawet przed przedszkolem, odgradzając nas czy ich?

W „1 listopada, szympansy są smutne”, wierszu opatrzonym mottem z Szymborskiej, bohaterka Pawluś wyznaje: „już mnie / nie siekło (mamo, nie chcę do zuuu) prądem / to zamknięcie”, by zakończyć wiersz figurą zwielokrotnionej izolacji i osamotnienia:

nie mogły odwrócić się do nas
ani wrócić tam, skąd przyszły. nie wiem,
gdzie były tego dnia, gdy starałam się
kochać zmarłych na odległość.

O tym, jak destrukcyjny wpływ miewa miejskie odgrodzenie i od(g)radzanie się, mówi też „Kobold & city”, który już w tytule konfrontuje karzełka z niemieckiego folkloru, ducha domowych prac, z obrazem magnetycznego „city”. Ten wiersz stanowi właściwie studium osunięcia się w paranoję mieszkańca jednego z wielkomiejskich osiedli:

ktoś trochę pomylony,
mówił, trutkę rozsypano, cukier, mąkę i papier.
chcą mnie otruć, szuje, płakał, miłosierne zbiry
– tak bardzo pragnę być otruty.

Z podobnym studium wzbierającego szaleństwa spotykamy się w wielu książkach emigracyjnych, a więc pisanych na obczyźnie, by wymienić tutaj choćby postać Księżycowej Orchidei z Kobiety-wojownik Maxine Hong Kingston czy Martine z Oddech, Oczy, Pamięć Edwidge Danticat. Wiersze Pawluś także badają wpływ obcości środowiska na swoich bohaterów, których irracjonalne zachowania („Centrala, tracimy zasięg”, „Gwiazda idzie na Prudential”) mogą mieć źródło w wykorzenieniu i odseparowaniu postaci. Jak wskazuje „Wiersz drugi krąg”, opatrzony mottem z Norwida, bohaterka ma za sobą doświadczenie emigracji i odejścia, a właściwie wielokrotnego przemieszczania się, wymuszonego przez zmienne okoliczności:

nie przewidywałam, że na drugim
kręgu będę aż tak długo kołować
z dala od was, w królestwie,
przemieszczeń z zawsze gotową walizką,
mniszka wolności, ascetka kapitalizmu.

Krytyka systemów, w których jednostkowa otwartość, ciekawość czy chęć zbliżenia zostają brutalnie i dość wcześnie ostudzone, nie ogranicza się oczywiście tylko do kapitalizmu czy współczesnej metropolii. Jednym z ważniejszych tematów poruszanych w Klaustrofobii na wynos jest też odejście od religii (rozumianej jako przekazywana dzieciom, zwłaszcza dziewczynkom, tradycja) i domu rodzinnego. Cykl wierszy: „Durnostójki”, „Paternoster”, „Sadzyk na żywca” i „Kronos” odnosi się do „lekcji posłuszeństwa” i „lekcji umniejszania”, jakie córki odbierają w najbliższym otoczeniu i jakie później są powodem ich zagubienia w świecie, w którym konfrontują się z agresywną męską sprawczością. Ten konflikt „objawień” najlepiej ilustruje wiersz „Parkiet”:

ujrzałam twoją epifanię w rzędach mężczyzn wchodzących
do sushi baru, recytujących imiona funduszy
inwestycyjnych i zobaczyłam siebie na kazalnicy ruchomych
schodów, wiedzioną przez ich miękkie buty […]

W drugiej połowie tomiku konflikt ten zostaje stopniowo rozstrzygnięty na korzyść kobiety: rosnącej w siłę, coraz bardziej świadomej, że „jest wiele pionów i skoczków, / błaznów i laufrów na tych obsranych marmurem korytarzach” i potrafiącej krytycznie odnieść się do największych, a przez to najbardziej przerażających instytucji życia społecznego. Jednak pomiędzy tą kobietą wzmocnioną wielokrotnym doświadczeniem utraty i drinkami „z pleśni, pamięci i piasku” („Żądanie początku”) a światem, którym niepodzielnie rządzi „kościół Darwina” („Pasjonał”), stoi dziewczynka-dziecko, która odebrała takie lekcje, jak: „tu nie jest bezpiecznie. pozwól się połknąć” („Kronos”) czy: „z prochu powstałaś / i jesteś paprochem; lepiej stąd zjeżdżaj, bo bóg cię posprząta” („Durnostójki”). Odebranie podmiotowości tej dorastającej dziewczynce przez kościół rozumiany zarówno jako instytucja życia religijnego, rodzinnego i społecznego, jak i majestatyczny symbol władzy zdaje się być w początkowych wierszach tego tomiku jednym z bardziej traumatycznych doświadczeń i przepracowywanych poetycko strat. Powiązane z symbolicznym uśmierceniem bohaterki, która lgnie i prosi „ojca, [który] płynie na swojej męskości / jak okręt wojenny” („Paternoster”), by ją wyświetlił i tym samym potwierdził lub ostatecznie zaprzeczył jej podmiotowości, zapowiada żałobę po nienazwanym, alchemicznym procesie budowania tożsamości, na który złożyło się wiele luk, odstępów, uskoków i przerw.

Podsumowując ten krótki szkic, chciałabym wskazać na wiersz, który zwiastuje zmianę w narracji, zmianę tonu i jednocześnie obszaru poszukiwań Kamili Pawluś. Po złowieszczych obrazach przepoczwarzenia, nieobecności i wycofania z życia, jakie wykorzystują utwory „Lament mazowiecki” i „Hikikomori”, następuje mój ulubiony tekst w tym tomiku – silnie podbudowana ironią „Metanoja”, oznaczająca zmianę sposobu myślenia, odnowę duchową, radykalną i niezapowiedzianą. Wykorzystując motto ze Sloterdijka („Suwerenny jest ten, kto sam decyduje, na co chce się dać nabrać”), „Metanoja” Pawluś zdaje się zrywać z żałobą po kolejno porzucanych tożsamościach po to, żeby trafić na „choć wąski, ten odsyp”, który może być miłością. Od tego momentu jej bohaterka nie przetwarza już swojej utraty, zamyka żałobę i stara się otworzyć na siebie, wbrew odebranym lekcjom i sygnałom.

 

Kamila Pawluś, Klaustrofobia na wynos, Wielkopolska Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu, Poznań 2012.

Natalia Malek

(1988) Poetka, absolwentka anglistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Autorka książki Pracowite popołudnia, wydanej nakładem Staromiejskiego Domu Kultury w Warszawie w 2010 roku. Jej wiersze znalazły się m.in. w Autografie, Blizie, Dodatku Literackim - Nagroda Literacka Gdynia, Toposie. Jest laureatką m.in. III nagrody w Konkursie TVP Dolina Kreatywna oraz VI Wielkiego Poetyckiego Prania na Strychu (2007). Była nominowana do nagrody głównej w Konkursie im. Jacka Bierezina. Mieszka w Warszawie i Redzie.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!