Po dziś dzień i po noc ciemną

Cykady na Cykladach,
cykady na Cykladach.
W nocy, gdy gwiazdy spadają,
a dyskoteka gra.

Maanam

Do lektury książki Rafała Różewicza zachęcił mnie jej redaktor Dawid Jung, pisząc w posłowiu: „od wielu już lat żaden z debiutantów nie dostarczył mi tylu irytacji filozoficznych”. Mnie zirytował Różewicz cztery lata temu, lekceważąc wydane przez Biuro Literackie wiersze Marii Konopnickiej i sugerując, że nie znajdą czytelników. Czyli – że trafią na zalegającą antykwariaty i biblioteki makulaturę, której widmem straszy się całą poezję polską, szczególnie tę młodą, z młodym Różewiczem. Ale wybiła godzina odwetu na autorze, ponieważ jego debiutancki tom, z wierszami brodzącymi przez językowe wysypiska współczesności (mediów, rynku, popularnej kultury, itd.), mam ochotę skontrapunktować poetycką książką Anny Mochalskiej, zwróconą dla odmiany w przeszłość, ku tradycji chrześcijańskiej, której śmietnisko (pełne religijnych terminów, imion świętych, fragmentów liturgicznych formułek) szeleści w ustach wyzywająco anachronicznie.

Wiersze z tomu Product placement są dokładnie takie, jak tytuł: trzymają rękę na pulsie czasów i obyczajów, niepokoją się moralnie raczej w kontekście społeczno-politycznym niż osobistym, są zasłuchane w język (motto z Białoszewskiego promieniuje w książce mniej lingwizująco, a bardziej Wiedemannowsko), który jednak nie jest wrzucany na żywy ogień mowy, tylko na grilla konceptu, gdzie racjonalne próby uchwycenia sensu często i chętnie prowadzą do absurdu (co zostało skrojone trochę a’la Szymborska). Różewiczowi, w wierszach puszczanych luzem w Internecie lub czasopismach, zdarzało się bywać młodzieńczo pretensjonalnym i lirycznie efekciarskim, ale książka – także przez swą szczupłość – stara się być pozbawiona tych wad. Na przykład dosyć tania refleksyjka ontologiczna z Sytuacji wyjściowej zostaje rozwinięta wPodchwytliwych pytaniach, w których rozkwita i wątkiem obyczajowym o zacięciu dokumentalnym (historia sprzedawczyni w kiosku ruchu), i szacunkiem dla tych negatywów, których nie zdołamy wywołać.

Pozostałe wiersze też kroczą przez banalną, miejską codzienność, radząc sobie ze społecznymi i narodowymi problemami raz gorzej (Strumień odpadów narodowych), raz lepiej (Wertując Empik), a to operując ironiczną anegdotą (niekiedy, np. w Konotacjach opowiedzianą kpiącym tonem Piotra Macierzyńskiego), a to puszczając w ruch mikser semiotycznych asocjacji (Czynne z powodu, że otwarte). Narrator tych wierszy – czyli poniekąd ulokowany w nich produkt-autor – pozostaje zanurzony po uszy w tu i teraz, przebijając się przez nie tyle las, co kosz rzeczy (zmagania ze śmieciami już nie metaforycznie, a literalnie, opisuje wiersz Tworzywo ludzkie), przez owadzie chmury tagów z dowolnego zakresu wiedzy i ich rosnący szum, w którym do wyboru pozostaje częstotliwość, bo próżno szukać sygnału. Lecz mimo że centrum tu i teraz okazuje się tak dalece niemetafizyczne, to sam sposób myślenia o nim co chwila brnie w augustiańsko-kartezjańskie zagwozdki. Jakby metaliczne owady (te z Lema) miały jakiś cykladowo-syreni wdzięk, przeciw któremu trzeba się (wzorem Odyseusza) przywiązywać do masztu jaźni. Świadczy to, po pierwsze, o nader powierzchownej sekularyzacji wielkiego wysypiska świętych idei, na jakim żyjemy, a po drugie – i tu robi się miejsce na dwa moje ulubione wiersze z książki – o perspektywach, które liryczny narrator Różewicza ma przed sobą w kolejnych tomach. Pierwszy z dwóch wierszy idzie tak:

Alcatraz
(przechodząc obok)

Rankiem gruchnęła wiadomość o jego ucieczce.
Podobno niczego nie wziął, pomijając butelkę
mszalnego wina, której zniknięcie rozwścieczyło proboszcza.
Oszukał elektroniczny dzwon i otworzył
żelazną bramę. W pobliskim kuble

znaleziono później dziurawą szatę oraz koronę,
jednak rozsypała się przy wyciąganiu.
Niektórzy mówili, że poszedł z duchem
czasu, inni – że było to już ponad jego siły.
Zdarzyli się też tacy, co rzekomo go widzieli

(czego dowodem miała być pacyfka na plecaku),
jak obiecywał królestwo temu, kto pomoże
przekroczyć granicę. Tymczasem obok kubła
wzniesiono kasę i stoiska z książkami na temat.
Pielgrzymi po dziś dzień wsadzają do niego głowy

czując, że jest, świadom miejsca
pod specjalnym nadzorem.

Od tego ironicznego apokryfku robi się raptem całkiem blisko do wierszy Anny Mochalskiej, które jednakowoż biorą się dość radykalnie skądinąd. Mniejsza o to, że nie są tak efektowne i nowoczesną dykcją gadające do czytelnika. Główna różnica polega tym, że Mochalska zabiera się do rzeczywistości – tej naszej, europejskiej – nie od strony codziennego bytowania, ale grzebiąc w zmurszałych fundamentach cywilizacji, nieledwie gruzowiskach, które pozostały po założycielskich mitach. Jej tom – zgodnie z tytułem, do którego po lekturze można by dodać: i całej reszty też – wypełniają w dużej mierze historie apokryficzne, zaczerpnięte z mętnych źródeł, w pierwszej części nawiązujące do żywotów świętych, w drugiej – do mitów z kręgu hellenistyczno-bliskowschodniego, trzecia część natomiast jest próbą wyprowadzenia z tego swoistej auto-mitologii, opartej na ruchomej figurze persony czy też hipostazy. Zabranej ze śmietnika po neoplatonikach i poddanej chrześcijańskiemu recyklingowi, którego (patrz choćby: Lacan) nigdy dosyć.

Tom zaczyna się wierszem Dawno temu, którego pierwsze linijki brzmią trochę prowokująco

święta Anno. kto wie, co robiłaś
z Joachimem i jak poczynaliście
wtedy jeszcze nie-Maryję. jak poczynaliście
sobie. zmięte szaty mogły wypoczywać
w kątach nagrzane ciepłem
waszych ciał. może tak długo nie mieliście
dziecka, bo nie chcieliście go mieć.

Ale zaraz się okazuje, że Mochalskiej wcale nie o takie prowokacje idzie, bo wyprawa na wysypisko świętych pańskich jest badawcza całkiem serio, nawet kosztem naiwności. Do wierszy o świętych: Józefie (Trickster. cieśla cierpi na ksylofagię), Teresie (W konfesjonale. herezje świętej Teresy z Ávili) czy Ricie (Św. Rita wysłuchana), owszem, przedostaje się teraźniejszość, ale nie z łatwymi zamiarami demaskatorskimi. Prędzej już zdarza się na odwrót, jak w tekście o świętej Dorocie z Mątowów („mój świat ma kilka metrów i nie za ładnie pachnie, ale ogarniam go całą sobą. mogę utyć, nie czesać się, nie obcinać paznokci.”), albo języczek wagi chwieje się delikatnie ironicznie, jak w tekście o Leopoldzie Mandziciu („kółko graniaste prowadzi do bęc, kółko różańcowe prowadzi do nieba”).

Na początku drugiej części tomu cofamy się jeszcze dalej w głąb europejskiej historii – na Cyklady z czasów katastrofy Santorynu (czyli na tę być może Atlandydę) oraz na bliskowschodnie pustynie. By w części trzeciej – pod znamiennym tytułem Poetaty – wrócić do teraźniejszości i podjąć próbę zmontowania czegoś z gratów znalezionych w micie. Niechby i westernowym.

pochowałam się i milczę, zamiast siebie jestem
przestrzenią wymarłego miasta, przydrożnego
baru zwanego anno
domini, którego nie było.

[…]

anno, moja anno jesteś jak domino,
które poukładam, zaczynając od mydła.
potem zburzę jednym ruchem całe to wymarłe w tobie
miasto. nowe pobuduję na ruinach.

Sugestia, do czego to prowadzi, pada już w pierwszej części książki – w wierszu Opera omnia:

w wieczności proszę mnie nie niepokoić –
będę pisał. w kącie nieba
mam przygotowane miejsce

[…]

uchwycę sens
pierzchający marginesem błędu. wypowiem,
jak bardzo kocham tego, który chce, abym pozostał, aż przyjdzie.

I już wydawać by się mogło, że gdzie Różewicz nie może, tam Mochalską pośle. Że co innego wszystkie nasze dzienne sprawy, a co innego od mistyków wzięta noc ciemna. Że jednym słoneczne szczeliny istnienia, a innym skrzypiące szpary nieistnienia. Gdyby nie wiersz wieńczący tom Rafała Różewicza, wypowiedziany jednym tchem, jednym zdaniem złożonym tylukrotnie, że zakrawa na medytację.

Zapowiedź

Włożyć rękę niech zstąpi do piekieł
i spróbuje doszukać się głębi
w odnajdywaniu na pozór utraconych
rzeczy – tak zbędnych a jednak

niedających spokoju właśnie przez swoją
niezbędność w oczach innych którzy
gdyby tu byli wyciągnęliby je
na światło dzienne udowadniając tym samym

coś co dzieje się od zarania dziejów
szczeliny pomiędzy ścianą a łóżkiem
i nawet jeśli dziś tych ludzi tutaj nie ma

to i tak kiedyś przyjdą z własną racją
rękoma sięgającymi jeszcze głębiej
wynoszącymi łóżko i myjącymi podłogę po nim
w celu całkowitego zatarcia śladów

Anna Mochalska pochyla się empatycznie nad naszą wspólną, europejską kołyską, powiadając: „nikt nie spytał: Atlantydo, czy chcesz się bawić w chowanego?”. Ale czy w chowanego ostatecznego? Czy da się uruchomić taką spalarnię (byli tacy, co próbowali), żeby całkowicie zatrzeć ślady? Żeby popioły wypadły z dalszej gry?

Rafał Różewicz, Product placement, Biblioteka Zeszytów Poetyckich, Gniezno 2014.
Anna Mochalska, Syndrom obcej ręki, Stowarzyszenie Salon Literacki, Warszawa 2014.

Maciej Woźniak

(1969) Poeta, krytyk literacki i muzyczny, tłumacz, autor sześciu książek poetyckich. Publikował m.in. w Tygodniku Powszechnym, Twórczości, Literaturze na Świecie, Gazecie Wyborczej, Opcjach, Studium. Jego tom Iluzjon był nominowany do Nagrody im. Józefa Czechowicza, zaś tom Ucieczka z Elei – do Nagrody Literackiej Gdynia. Niedawno opublikował tomik Biała skrzynka (WBPiCAK, Poznań 2012). Mieszka w Płocku.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!