Nie lubiąc tak pisać, żeby nikt nie umarł

Ta kobieta chce mnie zabić i pies ją ganiał – mówi komisarz Halski o rosyjskiej mafiosce Tulskiej w drugiej części „Ekstradycji” – Ale kiedy się porywa dziecko, to już kończą się żarty. Justyna Bargielska w Obsoletkach odzywa się tonem Halskiego. Więc nie tylko z ową zadziorną melancholią, która każe ironizować w bytowych tarapatach i tka z tej ironii coś jakby czułą arkę, ale i podzielając pogląd komisarza, że furda z drobnomieszczańskim lękiem o własne życie, natomiast życie dziecka – to co innego. Halski, z całym mentalno-językowym inwentarzem, został zmajstrowany na wzór Chandlerowski, bo ima się typowo męskich zajęć, zaś narratorka u Bargielskiej, owszem, oddaje się sformatowanym przez literaturę kobiecym aktywnościom (pod szklanym kloszem apartamentowca i na przedmieściach Warszawy tak dalekich, że są niby jakieś bowaryczne Tostes), lecz równolegle pracuje dla urzędu dzielnicy Wola, wykonuje na zlecenie kobiet, które poroniły, zdjęcia ich prawie narodzonych dzieci (sama przeżyła to nieszczęście, zanim za drugim i trzecim razem już się udało) i regularnie notuje na swoim laptopie, co się jej przydarza. Felietonowy sznyt książki (bystre rzuty okiem na czasy i obyczaje, ładnie wtrącane wspominki z dzieciństwa, wyraziste sceny a to z życia szpitalnego, a to małżeńskiego) i zgrabnie wystylizowana „odniechcenność” tych zapisków (niekiedy skrojonych z nader luźnych skojarzeń, które zszyć już trzeba samemu) w przewrotny sposób tylko wzmagają emocjonalną intensywność Obsoletek. Niebezzasadną, skoro rosyjską mafioską jest śmierć.

Książka dostała medialnego kopniaka, więc pewnie spora część odbiorców przeczyta ją, nie poznawszy ostatniego, uhonorowanego Nagrodą Gdynia tomu wierszy Bargielskiej Dwa fiaty. Szkoda, bo więź między książkami jest siostrzana. W obu, na dwa różne sposoby, autorka staje wobec dwóch łacińskich fiat, czyli „niech”: tego dla życia (Obsoletki zaczynają się opisem porodu narratorki) i tego dla śmierci (duża część miniatur za motyw przewodnio-obsesyjny ma martwe dziecko, narodzone lub nie). Pewien rozgłos („Wysokie obcasy” i różne takie) jest całkowicie zasłużony, bo książka nie tylko uchyla kuchenne drzwi do tabu społecznego, jakim jest życie kobiet radzących sobie z poronieniem (nie symbolizuje ich żaden ideogram nad siedzeniem w autobusie), ale także sporo powiada o kobietach, które wybrały los matek, choć nowy wspaniały świat karier w biznesie, parytetów, kongresów mają w zasięgu i ręki, i predyspozycji. Tamto jednak zostawmy szumniejszym mediom i wróćmy do obydwu fiat, które narratorka Obsoletek próbuje wypowiedzieć. Przydałby się pozytywny antonim czasownika „poniechać” („niechać” brzmi całkiem dobrze), którego brak Bargielska próbuje obejść a to od strony religijnej (uf, wreszcie jakaś katoliczka, która nie przestaje przy tym być chrześcijanką) czy w ogóle metafizycznej (nawet ikonoklastyczna inwokacja: wstrętny pasibrzuchu, zawiodłeś mnie kończy się gestem pojednawczym niby z „Modlitwy Pana Cogito – podróżnika”), a to od strony czysto technicznej (choć klasyczna medycyna brata się z duchowym guślarstwem, zaś „inne procedury ginekologiczne” sięgają hen poza gabinet). Oto więc dostajemy do rąk zapiski niewątpliwie rdzennej Matki-Polki, czego nie zmienią ani fantazje o synu z Bondem, ani popatrywanie z zazdrością na macierzyński imydż Angeliny Jolie.

Obsoletki, z ich uważnie notowaną codziennością i atmosferą domowego kurnika tyleż matczynych trosk, co kobiecych „globusów”, czyta się trochę jak rozpisane na 90 stron Dni Philipa Larkina, z księdzem i lekarzem biegnącymi gdzieś przez podwarszawskie pola. Poetycka giętkość i przewrażliwienie języka najmocniej dają się odczuć w kontrastach emocjonalnych (wahania nastroju ma nie tyle narratorka, co sam tekst, to on jest e mobile), które Bargielska akcentuje z upodobaniem i premedytacją. Rzucane z leniwym wdziękiem Przyszła mięta i szaleje albo Parasol statystyczny idzie się kochać, niefrasobliwie poufałe dywagacje o Matce Boskiej, czyszczenie glutów z dziecięcego noska – wszystko to jest niezwłocznie zderzane z komunikatami o stanie śmierci (w rodzinie, po sąsiedzku, u znajomych, wśród domowych zwierząt), oczywiście alarmowo podwyższonym. Szczęśliwie, sporo tu także kontrastów z wektorem w drugą stronę, ratujących książkę przed żachnięciem się nad nią tak, jak podobno John Serkin żachnął się nad fabułami Dickensa (Nie wiesz, co zrobić? Zabij dziecko!). Są momenty, np. obcesowo wyrażony brak wiary w sens istnienia ministerstwa zdrowia, skoro nie likwiduje śmierci, albo raptowny zwrot akcji po imprezie z puszczaniem baloników symbolizujących prawie narodzone dzieci, które robią z Obsoletkami mniej więcej to samo, co czasownik „ruchanie” z nową książką Romana Honeta. Językowe profanum przychodzi w sukurs językowemu sakrum. Jeszcze inaczej zderzanie się językowych rejestrów działa przy nagłych tchnieniach liryzmu w domowe mementomoriadki, dziecięce dansmakabreski. Na przykład, kiedy narratorka – jakby już zupełnie ta sama, co w Dwóch fiatach – wzdycha, że jak firanka w czerwcowym przeciągu, jak peonia na płatki w Boże się czułam Ciało.

Ujmujący jest ten ton, ta kapryśna czułość i kpiąca nonszalancja, niby chroniące wrażliwość, a przecież reprezentujące ją oficjalnie i z plenipotencjami; ten sposób na pisanie, który mógłby być sposobem na istnienie. Nie lubiąc tak pisać, żeby nikt nie umarł, narratorka czyni ze swoich notatek rodzaj treningu świadomości czy wręcz ćwiczeń z ducha (Bargielska na okładce pisze wprost o aspiracjach do szczęścia), skąd blisko i do mistyki chrześcijańskiej, i do wersu z Upaniszady: Ciesz się utratą wszystkiego – więc znowu wracają oba fiaty. My jednak wróćmy do narratorki jako matki. I do tego, co macierzyństwu z pisania, i na odwrót. Lacan powiada: Dziecko wyobcowuje w sobie wszelki możliwy dostęp matki do jej własnej prawdy, co w wymiarze społecznym (szczególnie w realiach polsko-katolickich) może dostarczyć mocnego alibi na czas życia, zaś w wymiarze osobistym (szczególnie w realiach konsumenckich) miejsce na prawdę może wypełniać multiplikacją miłości własnej. TymczasemObsoletki zdają się mówić coś wręcz przeciwnego, chociaż nie szczędzą ani okoliczności katolickich (typu pokropek albo Matka Boska w snach i w postaci figurki zabieranej przez dziecko na basen), ani konsumenckich (typu roztkliwianie się nad sobą przy markowych alkoholach). A jednak dostęp do siebie umożliwia jakby dopiero urodzenie dziecka, które stawia oko w oko z własnym urodzeniem i całą tego faktu horrendalnością (patrz: felieton ostatni, z miętą na torowiskach, szalejącą jak Renata Przemyk w teledysku do piosenki Odjazd), dopiero obecność dziecka – które skoro przyszło na świat, to i zeń pójdzie – cuci z istnieniowej kokieterii. Kończy żarty, jakby powiedział komisarz Halski.

Justyna Bargielska, Obsoletki, Wydawnictwo Czarne, 2010.

Maciej Woźniak

(1969) Poeta, krytyk literacki i muzyczny, tłumacz, autor sześciu książek poetyckich. Publikował m.in. w Tygodniku Powszechnym, Twórczości, Literaturze na Świecie, Gazecie Wyborczej, Opcjach, Studium. Jego tom Iluzjon był nominowany do Nagrody im. Józefa Czechowicza, zaś tom Ucieczka z Elei – do Nagrody Literackiej Gdynia. Niedawno opublikował tomik Biała skrzynka (WBPiCAK, Poznań 2012). Mieszka w Płocku.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!