Antyhumanizm Andrzeja Szpindlera

Zacznijmy od końca. Narrator Szpindlera ma wiele przygód, najciekawsza wydaje się jednak ostatnia. To przygoda niebycia człowiekiem. Uff! nie jestem człowiekiem, nie jestem człowiekiem – wyznaje w swojej nowej książce Oko chce bardziej niż chce tego wątroba! (Kraków 2010). Wprost cieszy się, że nie musimy być ludźmi, nie tracić wdzięku potencjalności, całej tej sympatycznej-inaczej powinności, a nie musimy być ludźmi, że ludziom polecam hobby, że nie jestem człowiekiem, a to całkiem niezłe hobby, blisko i jeszcze bliżej.

Już ten powabny fragment zdradza pewną aporetyczność. Bo oto nieludzkość chce się zbliżać. A czy nieludzkie może coś wiedzieć o bliskości? Czy nieludzkie nie może tylko trwać w przestrzennych stosunkach? Nie wiadomo. Syntaktyczne rozchwianie szpindlerowskiej frazy to nie wygłup, to wykładnik semantyki aporetycznej, żeby nie powiedzieć: niemożliwości semantyki.

Stwierdzając z pełną mocą tę niemożność, skazalibyśmy się jednak na milczenie. Co z jakiegoś odległego punktu obserwacji mogłoby być najbardziej szlachetnym z możliwych posunięć. Ale czy nie byłoby łatwizną albo wręcz gestem nieuczciwości wobec tak realnej o b e c n o ś c i d z i e ł a?

Zostańmy zatem przy aporii. Zwłaszcza, że sam Szpindler tak ostentacyjnie przy niej trwa, jakby hasło bądź wierny aporii! było wręcz dyrektywą jego etyki zawodowej. To zresztą dobre hasło. Choć faktycznie, jak na moralną dyrektywę, mogłoby być nieco bardziej instruktywne. Na pewno jednak działa na korzyść tekstowej struktury: utrzymuje napięcie. Należałoby więc tę aporetyczność także tutaj zatrudnić.

Antyhumanizm Szpindlera to najpierw dostrzeżenie, że język wszędzie jest pierwszy. Co nie wydaje się wysoce odkrywcze. Poststrukturalny chór od lat nadaje o językowym zwrocie i chyba nikogo już to nie zaskakuje, ani nie wzrusza (a trochę szkoda, bo to przecież pouczające). Szpindler natomiast pisze tak: jedno tylko słowo więcej ma na koncie doświadczeń niż chociażby cały ród gadających wilków, czy całe to ludzkie harcerstwo. Albo: w języku jest, pomyślała, cała historia, jej rozmiary. Autor dostrzega zatem nieuniknioną konsekwencję rzeczonego zwrotu: po zanegowaniu dotychczasowych instancji metafizycznych – jako fantomów językowej frywolności – absolutyzacji ulega sam język.Słowo zastępuje ducha (choćby dziejów), co z drugiej strony nie jest całkiem odległe od opisu sytuacji wręcz genezyjskiej, przynajmniej tego, który nam przekazano (Mówienie to odcinek w stosunku do koła).

Z drugiej strony, wydaje się logiczne, że zawsze mówi ktoś. Język potrzebuje aktora. To w końcu ludzie, jak powiedziałby Szpindler, przez głos wywodzą się z ciemni, choć są to zawsze problematyczne wyjścia. Nie dziwota, że czasami głupio się odezwać, się nie wie nawet, co się zaraz powie. Co będzie „powiedziane”. Taka demokracja! No właśnie. Szpindler – bez urazy – jawi się w tym fragmencie niemal jak jakiś Žižek! Bo aspekt polityczny tej sprawy jest przecież doniosły także. Oko chce bardziej… to powieść anarchiczna, która nie kulminuje, nie zmierza do centrum, nie poddaje się hierarchiom ani administracji. Jej narracja nie forsuje żadnego programu, nie zależy jej na grupach interesu, odmawia generowania kapitału symbolicznego. Odróżnia się przez to od większości najnowszej polskiej produkcji artystycznej, podszytej pewnym pozytywizmem. Subwersywne, chaotyczne pismo Szpindlera to sprzeciw wobec zniewolenia, jakie reprodukuje codzienna mowa.Prawo – jak pisze Szpindler – należy do mówienia.

Anarchizm Szpindlera nie jest przy tym nihilizmem. Raczej wyczekiwaniem jakiejś kosmicznej demokracji. (Może stąd niemożliwość pozytywizmu? Albo inaczej: może stąd pozytywizm niemożliwości?) W rozszerzaniu rozumienia ludu, mającego dojść do głosu, Szpindler przegania nawet Brunona Latoura. Takie zjawiska jak waran, stała wesołość, dziadowanie satelitarne, sterczenie pochłaniające jednolity wdzięk ciemności, cycunie, diabeł, posmak masy i mała mama techno mają tu równe szanse na zaistnienie w opowieści. Przy czym to człowiek – zauważmy znowu – musiał ustąpić pola, by to wszystko dało się w niej pomieścić.

Andrzeja Szpindlera – jak sam wyznaje – najbardziej interesuje sytuacja. Ona jest podstawowym elementem świata jego powieści: Podczas gdy komar małpie podobny do globusów kontynuował, coby zrobić z ojca artystę i posadzić kilka bab po drodze, jak to sztuka na ratunek nauce się sypie w rozczłonkowanych na atomistyczno-słownikowe obrazy kosmitów, mnie coś w krzakach zaczęło się poruszać. A że ciemno było, domysłom szarady się włączyły na to wrażenie ciekawej szamotaniny. Szpindler proponuje psychodeliczny pasaż przez tym podobne – jeśli możliwe tu podobieństwo – scenki. Jego sytuacja to sytuacja halucynogenna. Ma generować o b r a z, a więc przekraczać język. To jednocześnie próba transcendencji, skoro granice języka są granicami świata.

Sytuacje te są dość zabawne, choć często wydają się bezsensowne. Wywołują zrazu irytację, ale i pewne podniecenie, towarzyszące często naszym kontaktom z zagadkami czy spotkaniom z radykalnie odmiennymi formami życia. Poza tym, czytelnik – jak pisze Donald Barthelme –lubi książki, w których jest mnóstwo s z a j s u, materiału, który okazuje się niezbyt istotny (albo wręcz całkiem nieistotny), ale który, jeśli się go dobrze spreparuje, może wprowadzić „sens” w to, co się dzieje (cyt. za: Ihab Hassan, ( ), czyli Finnegans Wake a wyobraźnia postmodernistyczna, w: Nowa proza amerykańska, Warszawa 1983, s. 105).

Mamy więc znów do czynienia z gestem demokratycznym. Lektura jest w końcu rodzajem utylizacji; recykling ten powierza się tu czytelnikowi, nie narzucając reguł heurezy. Z drugiej jednak strony zwały tekstualnych śmieci, że pozwolę sobie kontynuować tę metaforę, utrudniają przecież jakiekolwiek odczytanie. Tymczasem nie chodzi tu o nieuprzejmość wobec czytających, ale o uczciwość wobec faktyczności szajsu, solidarność z s z u m e m. Ostatecznie, nawet taki dziwak, jak Szpindler jest dziecięciem swojego wieku, a jego powieść – chcąc nie chcąc – także odbiciem świadomości telewizyjnej: sztandarowego produktu współczesnej kultury.

Szum to zakłócony komunikat, przeciwieństwo przejrzystości sygnału. I to właśnie dramat komunikacyjny jest głównym impaktem antyhumanizmu. Komunikacja nie skutkuje, bo język, jakim mówią ludzie, nie jest językiem naturalnym. Nie trzeba się tu odwoływać do historii wieży Babel (chociaż można), wystarczy włączyć Radio Eska, z którego do ucha dobiega (s)tresujący język handlarzy i agencji reklamowych, język melodramatu, reprodukującego zniewolenie, język urzeczowienia i alienacji zawiadywanych przez państwowych funkcjonariuszy.

Powieść Szpindlera nie należy jednak do zaciekłej, wojującej literatury krytycznej, jak można by wywnioskować z powyższego akapitu. Chodzi o problem głębszy – mówiąc po lacanowsku – o niemożliwość pokojowej, kompletnej i trwałej symbolizacji. Zawsze bowiem pojawia się nieredukowalna r e s z t a. Jak powszechnie wiadomo, reszta jest milczeniem, ale to milczenie, które zawsze brutalnie wtargnie, absorbuje jak czarna dziura i miesza szyki zdaniom. Szczególnie uciążliwe okazuje się w miłości – u Szpindlera tragikomiczny finał rozpoczyna właśnie scena miłosna, a raczej scena secesji kochanków, w której obecny jest cały symptomatyczny sztafaż: seria absurdalnie nietrafionych komunikatów, nagłe uśmiercenie, obraz rozczłonkowanego ciała, w końcu głupio, niezrozumiale splątane ból i ulga, z których jednak i tak nie da się zdać sprawy nawet przed sobą, bo język na tych głębokościach pęka, nie wytrzymując ciśnienia.

Ale problem komunikacji wykracza poza problem dwojga. To kwestia doskonale ogólnoludzka. Szpindlera metafizyka nieobecności domaga się odpowiedzi ze strony mistyki obecności. Czy „im” jest odwrotnością „mi”? – pyta Szpindler – A może „mi” jest odwrotnością „im”? A jeżeli inny jest język życia od tego, w którym twarzy przyszło się zapomnieć?. Ten kolisty fragment można by tłumaczyć na wiele sposobów, wybieram jednak Levinasa, podążając za tropem twarzy. Język, o którym tu mowa, to język poznania, które wszystko tematyzując, podporządkowuje świat egoistycznemu podmiotowi. Poznanie uprzedmiatawia, jest więc relacją władzy. Już struktura podmiotowo-orzecznikowa zdania zdaje się fundować ten egoizm. Język sprzeniewierza się milczącemu wezwaniu twarzy drugiego człowieka: epifanii ukrytego Boga. Sytuacja wygląda zatem faktycznie dość beznadziejnie: podmiot jest egoistyczny, język władczy, wezwanie milczące, a Bóg ukryty, więc równie dobrze mógłby być nieobecny.

Mowa była jednak o mistyce, a dla mistyków nieobecność jest w pewnym sensie obecnością. Szpindler pisze tak: Morfologia topi się w sobie, bo najmniejszą cząstką w środku języka nie jest morfem, a nieobecność; nieobecność jest w języku przemiennie elementarna, a nieobecność to przecie rzecz boska. Więc jednak język! Język nowy – choć brzmi to utopijnie – język, który trzeba wynaleźć, najpierw zapominając dawne słowa. Język – czemu nie mielibyśmy sparafrazować tu Derridy? – poza językiem, język przeciw językowi, ale zawsze, niezmiennie, język w języku i dla języka.

Tego rodzaju teksty przenika ruch przychodzący z zewnątrz – mówi Gilles Deleuze, całkiem jak na tę okazję – ruch który nie zaczyna się ani na danej stronie książki, ani na stronach poprzednich; ruch, który nie zawiera się w ramach książki i jest całkiem odmienny od wyobrażonego ruchu przedstawień lub abstrakcyjnego ruchu pojęć zawartych w słowach i w głowie czytelnika. Coś wyskakuje z książki, kontaktuje się z czystym zewnętrzem.

Z książki Szpindlera wyskakuje narrator. Ostatni rozdział nosi bowiem tytuł Defenestracja. Przychodzi mi do głowy metafora, znów skonstruowana wokół aporii: skok monady przez jej niemożliwe okno. Potem tylko liczba i śmiech.

Andrzej Szpindler, Oko chce bardziej niż chce tego wątroba!, Korporacja Ha!art, Kraków 2010.

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!