Too much love will kill you – czyli o dławieniu się Ośćmi

Poliamoria, modny temat w środowiskach współczesnej lewicy, doczekała się literackiej apoteozy na polskim gruncie – bo właśnie tak można w kilku słowach streścić ideowe przesłanie najnowszej powieści Ignacego Karpowicza Ości. Wątek eutanazji, choć mniej ważny, także się w tekście pojawia, dopełniając światopoglądowo wymowy książki i wyraźnie ustawiając autora po stronie krytyków tradycyjnej etyki oraz zwolenników filozofii „jakości życia”, określanej też niekiedy mianem „cywilizacji śmierci” (o której sam autor mówi w wywiadzie per „ukochana”).

Fabuła powieści osadzona jest w warszawskim środowisku wykształconych trzydziestoparolatków, orbitujących wokół Krytyki Politycznej, a większość bohaterów ma swoje realne pierwowzory, których poglądy są powszechnie znane. Grono osób należących do tego środowiska bądź z nim sympatyzujących, tropiących towarzyskie smaczki, ale i szukających potwierdzenia swoich poglądów, będzie więc naturalnym targetem książki, która ma szansę stać się jednym z jego kanonicznych tożsamościowych tekstów (wystarczy rzut oka na entuzjastyczne reakcje lewicowej krytyki, opisującej Ości jako najciekawszą polską prozę od czasów wczesnej Masłowskiej). Czy jednak nie jest trochę tak, że w kręgu ściśle określonym ideowo ciężko o adekwatną ocenę literackiej wartości tekstu, który gładko wpisuje się w światopoglądową linię środowiska? Odniosłem takie wrażenie.

Jeśli chodzi o realizację zamysłu literackiego, wszystko wydaje się w Ościach spójne i sensowne, ale też przewidywalne – kontrolowany chaos fabuły, patchworkowy styl narracji czy mieszanie języków różnych porządków (naukowego, urzędowego, poetyckiego itd.) przy jednoczesnym kompromitowaniu ich i uwydatnianiu nieadekwatności w opisie świata. Chwyty te należą do arsenału zabiegów znanych postmodernistycznej literaturze nie od wczoraj. Styl prozy Karpowicza jest gęsty i różnorodny, autor żongluje stylizacjami, próbując jakby w ten sposób ująć rzeczywistość na przemian za pomocą rozmaitych, kolejno dobieranych par szczypczyków, podkreślając i znosząc jednocześnie ich wzajemną nieprzystawalność.

To w końcu we współczesnej „prozie aspirującej” już pewnik, że język nie może być przezroczysty i że to on, a nie historia opowiedziana w fabule, stanowi w zasadzie clou przedsięwzięcia zwanego literaturą. Jest nie tylko narzędziem, ale także treścią i materią dzieła. Karpowicz podgląda język na przenajróżniejsze sposoby: zaburza intuicyjny automatyzm posługiwania się nim, miesza porządki abstrakcji i konkretu, majsterkuje we frazeologii i chyba świetnie się przy tym wszystkim bawi.

Cóż z tego, skoro efekt finalny nie powala? Przez blisko 500 stron Ości brnąłem dość mozolnie, z rzadka jedynie uśmiechając się pod wąsem, a Morfeusz co rusz dawał o sobie znać. Bohaterowie nie budzili mojej sympatii, mizdrzący się styl nie urzekał mnie błyskotliwością, dowcip nie śmieszył, a fabuła nie wciągała. I niestety, znaczna część tej opasłej książki jawi mi się jako zupełnie zbędna. Zabawy w luźne skojarzenia, piętrzenie dygresji, inkrustowanie tekstu sporą ilością niepotrzebnych w większości wtrętów kompozycyjnych i cytatów od czapy tworzą z Ości jeszcze jedną, przerośniętą i dość ciężkostrawną postmodernistyczną bajaderę. Aby efektownie zrealizować w sumie niezły patent na robienie literatury, jaki autor obrał w punkcie wyjścia, trzeba by nieco więcej iskry bożej, a przede wszystkim – poskromienia logorei.

Spójrzmy jednak na fabułę. Skomplikowane sploty poliamoryczne, jakie współtworzą bohaterowie książki, to niewątpliwie rzecz nie z tej ziemi. Bliżej im do przedstawień raju rodem z pisemek świadków Jehowy, w których jagniątka wylegują się w objęciach lwów, a love is in the air. Lwy oczywiście nie utraciły swych drapieżniczych atrybutów, jednak ich kły nie rozszarpują ciał, a i pazury nie zadrasną choćby naskórka. Z podobną sytuacją mamy do czynienia w przypadku bohaterów Ości. Dla przykładu – Norbert, nieco „lujowaty” nieokrzesaniec z Polski B, seksista, rasista i homofob (choć postawy te przyswoił ze środowiska niejako przez osmozę, a jego kapitał kulturowy nie dawał mu narzędzi do świadomego rozprawienia się z nimi), znajduje się równolegle w związku erotycznym ze starzejącą się feministką oraz Wietnamczykiem – przedsiębiorcą i ojcem rodziny, który wieczorami przepoczwarza się w wyzywającą drag queen. Choć w myśleniu Norberta pokutuje mnóstwo negatywnych stereotypów, aura spowijająca świat przedstawiony – mimo, iż ich nie niweluje – wyjmuje niejako z nich baterie, czyniąc niezdolnymi do spowodowania jakichkolwiek praktycznych następstw. Są, ale nie działają.

Tak właśnie pars pro toto wygląda opowieść o lepszej, zdaniem autora, rzeczywistości. Karpowicz niczym Lennon zachęca, byśmy wyobrazili sobie świat pełen miłości, tolerancji, empatii i pozbawiony negatywnych uczuć – zaborczości, wrogości czy zazdrości. Jakieś hologramy tych afektów oczywiście istnieją, są to jednak tylko wielokrotnie rozcieńczone przez postmodernistyczny dystans i wszechobecną ironię nieaktywne już chemicznie popłuczyny.
Spoiwem rzeczywistości staje się elastyczny jak plastelina eros, szukający spełnienia w równorzędnych relacjach oraz wolny od namiętności dążenia do władzy i przewagi. Wszyscy są równi, wszyscy są atrakcyjni, hierarchia ani selekcja nie istnieją, nikt nie dostaje kosza, nikt nikogo nie wykorzystuje, wszyscy nawzajem się afirmują, traktują podmiotowo i pięknie różnią. Eros niejako naturalnie popycha ludzi ku sobie i powoduje przełamywanie już zmurszałych i skorodowanych pozostałości tradycyjnych schematów myślenia czy konwenansów.

Więzi międzyludzkie w świecie Ości to cudowna niematerialna substancja, przemieniająca twardą i szorstką rzeczywistość w przytulne miejsce, w którym można (lecz nie trzeba) znośnie egzystować. Ludzka zdolność i chęć przekraczania norm w imię budowania i cementowania więzi wydaje się osnową Karpowiczowskiego optymizmu.
Poliamoria jawi się tu zatem jako recepta na przebóstwienie świata, wyrwanie ludzi z Houellebecqowskiego piekła cząstek elementarnych ku elizjum bujnych, zmiennych i nieprzewidywalnych konstelacji miłosnych. Bariery wieku, klas społecznych, narodowości, języków, orientacji seksualnych, związków monogamicznych, poglądów czy postaw wyniesionych z domu – rozpływają się w powietrzu, a właściwie w Karpowiczowskiej słodko-kwaśnej, czułostkowo-ironicznej, afirmatywno-demaskatorskiej aurze.

Niestety, coś we mnie krzyczy, że to fałsz. Miłość nie jest niewinna, nie zaistniała na świecie po to, by uczynić go lepszym. Wzajemna atrakcja pozostaje wytworem i narzędziem ewolucji, podstawą ustalania się hierarchii, a jej nieodłącznym rewersem jest selekcja i odrzucenie. Bez brzydkich nie byłoby ładnych, bez lamusów – macho. Szczęście może istnieć tylko w świecie, w którym istnieje nieszczęście – jedno z drugim, i tylko w parze, nadaje życiu sens.

W świecie Karpowicza na żadne nadrzędne sensy miejsca jednak nie ma, tradycyjne formy i normy się dewaluują, zostają po nich jedynie lekkie jak piórko wydmuszki. Różnicom tożsamościowym spiłowuje się zęby dystansem i ironią, tkanka stanowiąca mięso społecznego życia zostaje amputowana, pozostają nagie ości – dążenie do przyjemności i unikanie przykrości.

Długo zastanawiałem się, co konkretnie budzi mój opór w rzeczywistości wykreowanej przez Karpowicza. I znalazłem odpowiedź – wszystko. Świat przedstawiony w Ościach to świat, w którym bym się udusił. Co najbardziej mi w nim doskwiera? Nuda. Nuda wynikająca z nieobecności tego, co burzy porządek i harmonię życia, ale i warunkuje jego sens – dramatu, konfliktu, oporu materii. Ości to w istocie nowy koszmar Huxleyowski, w którym wszystkie kanty rzeczywistości subtelnie się zaokrąglają, hierarchia się spłaszcza, różnice tracą elektryczny ładunek, a ludzie wydrążeni zostają z prawdziwych namiętności. Nawet śmierci odjęty zostaje emocjonalny ciężar.

Karpowicz jest postmodernistą absolutnym, który radośnie pląsa po kolorowym śmietniko-cmentarzu naszej kultury, afirmując brak wiary w jakikolwiek supersens, gdyż supersensy, jak wiemy, generują skłonność do przemocy. Nie przeczę, za taką postawą stoją pewne racje, także etyczne, jestem w stanie przyjąć ją na poziomie intelektu, jednak na poziomie emocji – nic nie poradzę – reaguję gorączką, wysypką i torsjami. Immanentny, odczarowany, wykastrowany i płaski świat Karpowicza jest dla mnie jakąś ziemią Ulro. Czytając Karpowicza, na nowo odkrywam Miłosza.

Ignacy Karpowicz, Ości, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!