Najsamotniejszy Stasiuk świata

To, co wywarło na mnie największy wpływ w najnowszym wydawnictwie Andrzeja Stasiuka, to właśnie samotność. Nieobecność ludzi, a wręcz brak wynikający z ich niepotrzebności w królestwie zwierząt. Autor Murów Hebronu przyzwyczaił swoich czytelników do mocno zmonologizowanej konstrukcji narracyjnej, ale wciąż jacyś pojedynczy ludzie z krwi i kości,mający imiona, przemykali się między strofami: matka, którą odwiedza kilka razy w roku, żona Monika wraz z córkami czy chociażby Tulga – Mongoł, który znał dokładnie sześć rosyjskich słów, a mimo tego, na kartach zeszłorocznego Wschodu przejechał wraz z autorem całą środkową Azję. Jedyne „my”, które przewija się przez strony Kucając, występuje w postaci wspólnego domu w Beskidzie Niskim, który stanowi główną oś najważniejszych wydarzeń. Domu – oazy, laboratorium i samotni Stasiuka.

Koncepcyjnie Kucając jest zbiorem selektywnie dobranych krótkich form prozatorskich, które ukazały się we wcześniejszych dziełach beskidzkiego pisarza, na przykład Fado czy Jadąc do Babadag. Wszystko zostało ściśle stematyzowane wokół Stasiukowych refleksji nad ludzkim miejscem w przyrodzie oraz relacji człowiek-zwierzę, które autor potrafił zamknąć w krótkim fragmencie otwierającym książkę:

„Bo przecież jesteśmy zwierzętami, chociaż ze wszystkich sił staramy się o tym zapomnieć. Nieustannie się przebieramy, myjemy bez końca i wciąż paplamy, stłoczeni przy stołach we własnym towarzystwie, bo wydaje nam się, że tak wygląda życie człowieka. A jesteśmy bydlętami i czasem powinniśmy zakosztować ciszy i samotności. Takiej, jakiej doświadcza zwierzę, które nie wie, że się narodziło, i nie wie, że umrze. Staje o świcie naprzeciw świata i nie ma pojęcia, że ktoś oprócz niego jeszcze jest”.

Posthumanizm niskobeskidzki

Nie Mongolia. Nie Bałkany. Nie daleki wschód Rosji, ale właśnie okolice Wołowca i Beskidu Niskiego stanowią deski teatru życia, na których Stasiuk dokonuje mocnego zwrotu w swoich – względem wcześniejszych stanowisk–interpretacjach i analizach. Odejście od wielowarstwowych, podszytych autobiografizmem, quasi-reportażowych refleksji nad współczesną Europą Środkowo-Wschodnią.

W jednym z fragmentów Stasiuk opisuje zimowy krajobraz, w którym przychodzi mu żyć. Szczególnie skupia się na srogim, podszytym lodem wietrze, który nie kłania się ludziom, a przede wszystkim zwierzętom. W surowy, ale niewyprany z troski czy delikatności sposób, przedstawia scenę, jak całe stado wróbli szuka schronienia między belkami poddasza werandy jego domu. Z każdym kolejnym akapitem tylko pogłębia się opis symbiozy między światem ludzi i zwierząt, który bezpośrednio odwołał mnie do słów profesor Grażyny Gajewskiej na temat posthumanizmu:

„W pierwszym wariancie, określanym mianem posthumanizmu, podważa się ostry podział na ludzi i zwierzęta, demaskuje się arbitralne założenia o hierarchicznej strukturze bytów ożywionych: rośliny – zwierzęta – ludzie. W konsekwencji odchodzi się zarówno od protekcjonalności człowieka wobec innych form życia, jak i roszczeniowo-eksploatacyjnej postawy względem przyrody na rzecz budowania symbiotycznych współzależności między rozmaitymi bytami”.

Stasiuk nie zatrzymuje się na plastycznych opisach horroru przyrody, ale uchyla rąbka tajemnicy zza zamkniętych drzwi domostwa, opisując powolną i głęboko refleksyjną śmierć swojego psa, który był żywym członkiem rodziny przez ponad szesnaście lat. Mimo biologicznie zarysowanych ram tej relacji, stawiane przez Stasiuka pytania o koniec zwierzęcości, a początek człowieczeństwa, nie znajdują jednoznacznej odpowiedzi. Mimo zauważalnego zaniku akcentów stricte politycznych, autor nie rezygnuje z ogólno-cywilizacyjnych, podszytych melancholią refleksji:

„Dziwna jest ta nasza cywilizacja. Ratuje, chroni, przedłuża nam życie. A jednocześnie czyni nas bezbronnymi wobec śmierci”.

KU NATURZE GŁUPCZE/CZŁOWIECZE! (niepotrzebne skreślić)

Takie zdanie przyszło mi na myśl chwilę po przeczytaniu ostatniej strony. Śmiało można by użyć go jako słowa wstępnego tej książki. Już w pierwszych swoich pozycjach Stasiuk objawił się jako naczelny kontestator wszystkich flagowych osiągnięć nowoczesności. Sam niegdyś przyznał, że „mentalnie bliżej mi do Mongolii niż Paryża”. „Opisując płonące śmietniki”, co zarzucały nieprzychylne mu głosy, podkreślał przesyt, iluzoryczność, fałsz, a przede wszystkim strach, który towarzyszy wspaniałemu światu zachodniej Europy przy każdej kolejnej zdobyczy cywilizacyjnej.

Kucając jest odejściem od krytyki społeczno-politycznej, a stało się zwrotem ku naturze i jej omnipotentnej władzy. Autora pochłonął „zachwyt nad oszronionymi i pokrytymi warstwą lodu drzewami, bezszelestnie spadającymi liśćmi, spływającym śniegu, szaroburym obliczu nadchodzącej wiosny, monotonnym, ale i urzekającym horrorze przyrody”.

Zarówno w prozatorskiej jak i felietonistycznej działalności Stasiuka można się doszukać nostalgii za czasami, gdy rytm życia wyznaczał wschód i zachód słońca, a sędzią i egzekutorem ludzkiej woli była natura, której musieliśmy się pokłonić. W swojej ostatniej książce autor na bazie własnych doświadczeń, własnego życia, które dzieje się teraz, czytając te słowa, przedstawił świat, który wydał się nieistniejący – skrzypiące drewno jego domu, walczącego z górskim wiatrem, całkowita ciemność na zachmurzonym, bezksiężycowym niebie, no i wreszcie koegzystencja w królestwie przyrody. Stasiuk jest po prostu kolejnym mieszkańcem biosfery naszej planety, który tak samo jak dzikie ptaki, koty, jelenie czy owce, które pasie, dostosowuje się do zasad i prawideł natury.

(Andrzej Stasiuk, Kucając, Wydawnictwo Czarne, Warszawa 2015)

Damian Nowicki

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!