Sytuacja absolutnie towarzyska

In a manner of speaking, semantics won’t do
In this life that we live, we only make do
And the way that we feel
Might have to be sacrificed

Tuxedomoon

Po przeczytaniu nowej książki Cezarego Domarusa w zasadzie wypadałoby – odwracając słynne westchnienie Lema – z ulgą odwestchnąć: jakie to szczęście, że nikt nic nie czyta, a jeśli czyta, to nic nie rozumie, a jeśli nawet rozumie, to natychmiast zapomina. Gdyby bowiem czytelnictwo nie było w stanie tak katastrofalnym, gdyby wpływ literatury na losy świata nie pozostawał tak znikomy, ta studwudziestostronicowa garść refleksji dotyczących języka – jego niepochwytnych gołym uchem struktur oraz kreciej roboty w głowie – musiałaby doprowadzić do społecznych wstrząsów i zaniechań o nieobliczalnych skutkach. Pomyślmy o polityce i bankowości, o prawodawstwie i wychowaniu dzieci, czy wreszcie o ulubionym słowie „kryzys”, kiedy opuszczając poszczególne związki frazeologiczne, swoich kolejnych towarzyszy takich jak: „gospodarczy”, „małżeński” albo „wartości”, obejmuje on wszystko raz a dobrze.

Niby niczego specjalnie nowego autor Podań nie powiada, nawiązując do spostrzeżeń językoznawców i filozofów, które niekiedy miały sto lat (de Saussure, Nietzsche), by zadomowić się we wspólnej, ogólnoludzkiej łepetynie. Ale już sposób, w jaki to „nic nowego” zostaje powiedziane, jest na tyle oryginalny, że jednak coś tam nowego mówi. Kolejne liryczne felietony czy zeseizowane wiersze są spasowane ze sobą tak, jak rozdziały w literackiej fabule, posuwając akcję do przodu i układając się w misterny cykl, kilkugłosową fugę: od mitycznych prapoczątków języka do współczesności, od niemowlęctwa każdego pojedynczego człowieka do jego dorosłych językowych kłopotów z miłością i śmiercią, od pierwotnych związków języka z przemocą (na przykład Gileadczyków wobec Efraimitów czy Armorykanów wobec Bretanii) do niepokojącego cytatu z Hannibala Lectera. Przemyślne i na wiele sposobów skuteczne jest to pomieszanie dykcji eseisty i liryka. O ile pewna suchość w gardle (w efekcie zaziębienia? po używkach?) cechująca narracyjny głos Domarusa w tomach wierszy może być brana za usterkę, o tyle w Podaniach ten sam głos trafia w taką przestrzeń tekstu, w taką akustykę, w której może zabrzmieć z niespotykaną dotychczas mocą i wyrazistością. Czasami Domarusowi-eseiście, szastającemu odniechcenną erudycją, do przepoczwarzenia się w Domarusa-poetę, który uprawia dziką metafizykę nie poddaną religijnej melioracji, wystarcza styk dwóch akapitów, jak w rozdziale Gmeranie w próżni:

Jeffrey Laitman twierdzi, że obniżenie krtani, będące warunkiem uzyskania motorycznych zdolności artykułowania mowy, wiązało się początkowo z jakimiś względami oddechowymi, a nie z rosnącymi zdolnościami językowymi człowieka. W tym przypadku istniejąca struktura stworzyła niejako przy okazji warunki do powstania mowy. Pytanie, czy równie dobrze mogła zostać nie wykorzystana, nie znajduje potwierdzenia w żadnym katalogu wątpliwości.

[…]

Brak melodii tamtego wydarzenia już nam nie towarzyszy. Nie możemy tam wrócić i oddać mu sprawiedliwość – czy inną z naszych zarobaczkowanych pismem rzeczy. Nie możemy nawet uronić nad nim łzy. Pozbawieni przyczyny, układamy playlisty gorączkowych tez, do słuchania podczas przechadzki wśród multiplikujących wyobrażeń. T a m t o nie mówi nawet: „Nie mogę wam nic powiedzieć”.

Innym razem autor od razu stawia sprawę na ostrzu metafory. Choćby rozkładało się ono, jak w rozdziale Głód sensu/ Sens głodu, z fikuśnością szwajcarskiego scyzoryka, gdzie niektóre elementy mają zastosowanie wobec siebie sprzeczne, a inne wymagają chwili namysłu, nim załapiemy, do czego służą:

Zaglądając do lodówki, widzimy nasz pokarm i przez chwilę czujemy chłód, który stał na straży przyszłych potraw. Chłód jest nieprzyjemny, ale konieczny dla zaspokojenia naszego łaknienia i smaku. Lecz nikomu niech się nie zdaje, że w ten sposób chcę powiedzieć, iż język to ów kontrolowany ziąb w nas zainstalowany, podlegający władzy jakiegoś termostatu, do którego zresztą nigdy nie byłoby dostępu.

Przygotowując potrawę na palniku, czujemy bliskość groźnego ciepła, które może wyrządzić nam krzywdę, jeśli nie zachowamy koniecznej ostrożności. Żar jest złowrogi, lecz konieczny dla zaspokojenia naszego łaknienia i smaku. Lecz nikomu niech się nie zdaje, że w ten sposób chcę powiedzieć, iż język jest tym kontrolowanym płomieniem w nas zainstalowanym, podlegającym władzy jakiego regulatora, do którego zresztą nigdy nie byłoby dostępu.

A jeszcze kiedy indziej przeskok iskry między biegunami, łechcące korę mózgową wyładowanie zawdzięczamy subtelnemu żywiołowi ironii. Jak w rozdziale Homochromiczny frajer:

Dwa zdania: „Informacja pochodziła z kolei”, „Z kolei drugi pracownik odszedł”. […] Raczej sztukowanie i eksploatacja niż wysiłek produkcji. Dyrektor Zarządzający Języka, gdyby taki istniał, miałby powody do zadowolenia – jakaż oszczędność! Z odłożonych środków można wypłacić wyższe dywidendy członkom zarządu, aby mogli przekierować ów bezcenny strumień w kierunku ośrodków Przyjemności i Przetrwania.

Równie ciekawy bywa inny rodzaj dualizmu tych tekstów. Ich pojemność (nie są, dokładnie, tak jak chciał Czesław Miłosz, ani zanadto poezją, ani zanadto prozą) sprawia, że obok medytacji językowych mieszczą w sobie, w zasadzie mimochodem i niechcący, także inne sprawy. Na przykład w rozdziałach Debet czy Odmowa kredytu pod bankowo-finansową terminologią kryje się historia miłosna przywodząca na myśl cykl Bebop de luxe Andrzeja Sosnowskiego.

Recenzując Podania dla „GW”, Marcin Sendecki wzdycha przy okazji nad spektakularnym niedostrzeganiem ich autora przez opatrzne oko, hierarchizujące współczesny poetycki panteon (patrz: apanaże, prestiże, wojaże). Jako przykład podobnego przeoczenia w przeszłości podaje Witolda Wirpszę, co jest, po pierwsze, komplementem znacznie poważniejszym niż te adresowane bezpośrednio, a po drugie – za jednym zamachem przybliża plusy i minusy Domarusowego stylu, widoczne chociażby w jego ostatnim regularnym tomie Zwrotki, które pozostają z Podaniami w relacji jak najdosłowniej braterskiej, trochę jakbyśmy otrzymali libretto do napisanej wcześniej muzyki. Czułe zniuansowanie Podań, mikro-precyzja ułożenia tekstów wobec siebie oraz brawura, z jaką autor przechodzi od akademickich manier do gestu metaforycznego i z powrotem, trzeźwią z rojeń o jakiejś poetyckiej karierze Cezarego Domarusa. Narody i ludzie, skoro już mają być ocalani przez poezję, to wolą w inny sposób. Pamiętajmy bowiem, że pomimo indeksu szacownych nazwisk na końcu książki (od Agambena do Žižka) Domarus przynależy do buntowniczej generacji „Brulionu”, a jeśli nie bywa wymieniany jednym tchem ze Świetlickim i Podsiadłą, świadczy to tylko o krótkości tego tchu. Znamienna pod tym względem okazała się jego – trzymającego się zazwyczaj ostentacyjnie na uboczu medialnych sporów o literaturę – ostra reakcja na dosyć głośny tekst w „Przekroju”, sugerujący przemianę dysydentów w decydentów, czyli postrzegający „brulionitów” jako grupę trzymającą jakąś tam władzę. Odpowiedź Domarusa nosiła tytuł: Jak zabić wszystkich, a w Podaniach można się doszukać delikatnych przypisów doń. Kwestia kulturowego autsajderstwa wraca w rozdziale Poerola:

Poezja ani nie służy jednemu celowi, ani nie pełni jednej funkcji, tak samo jak język, którego stanowi być może najpełniejszy rezultat. Tymczasem w danym czasie wymaga się od niej ściśle określonej roli lub wyraźnie określonego wyrazu – czy to będzie podyktowane potrzebą o charakterze ideologicznym, czy potrzebą estetyczną, której mianownik dałby pomieścić wystarczającą ilość zainteresowanych nią jednostek, by przetrwać w świetle ich zaciekawienia – i zdobyć przewagę w ten pozornie demokratyczny sposób. Pragnienie zdobycia tej przewagi należy do całkiem innego porządku.

natomiast reakcja na pewną buńczuczność tonu tamtych zarzutów odbija się echem choćby w aforystycznie skrojonym zdaniu (z rozdziału Nieobliczalny cyrk cyrkulacji):

Słowo w nic nie wierzy i zapewne upaja się świadomością, że samo staje się przedmiotem wiary.

Tak się złożyło, że czytałem książkę Domarusa na przemian z doniesieniami o potyczkach dwóch komisji badających okoliczności katastrofy smoleńskiej. Potyczki, jak łatwo zgadnąć, okazały się językowe, zanurzone w falach mowy, a nie drepczące po jałowej ziemi faktów (chociaż dzielne manipulacje z fotografiami zdradzały poważniejsze ambicje). Więc liryczna eseistyka z Podań może służyć za doraźny komentarz polityczny:

U-wodzić. Zaciągać do wody. Zamieniać w fale to, co do tej pory mogło jedynie fale przypominać – jak brzeg – lub ulegać im tylko do pewnego stopnia i w pewnych warunkach. Zanurzyć się ostatecznie w płynie mowy, upłynnić na jej zasadach, w jej regułach odbić i budowy.

a to umożliwia zaglądnięcie za kulisy tych scholastycznych sporów o prawdę:

Powiedzieć jedno, drugie mieć na myśli. Istnieje wiele przyczyn takiego postępowania, często dość wyrafinowanej natury. Ironia, wyparcie, delikatna sugestia, zatajenie, to tylko niektóre pozycje z długiej listy. […] Nieoceniony doktor Freud w jednym ze swoich wczesnych artykułów odgrzebuje pracę językoznawcy Carla Abla, w której ten ostatni zwraca uwagę na istnienie sporej ilości słów o dwóch przeciwstawnych znaczeniach w języku staroegipskim. Wymienia również wiele słów złożonych z dwóch wyrazów o przeciwstawnym znaczeniu, gdzie znaczenie całości odpowiadało tylko jednemu z tych wyrazów.

Za dawnych peerelowskich czasów Jacek Fedorowicz zauważył, że przymiotnik „socjalistyczny” pełni funkcję wyrafinowanego zaprzeczenia, które jest rodzajem swobodnego pre- lub sufiksu i posiada zdolność odwracania ogonem dowolnie wybranego kota („demokracja socjalistyczna” oznaczała brak demokracji, „socjalistyczna gospodarka” – ewidentny krach gospodarki, itd.). Los wielu przymiotników („polski”, „smoleński” itd.) bywa podobny, więc książka Domarusa sprawdza się także jako lufcik wietrzący atmosferę z oburzenia rozmiarami tej czy innej bezczelności. Żadnej nowej hucpy pod słońcem. A jeśli już agentura i spisek, to zagnieżdżone w samej polszczyźnie, dlatego słuchanie polityków jest być może ciekawsze niż czytanie literatury (afekt porusza bardziej niż premedytacja?). W końcu Marian Stala co tydzień pisze w „Tygodniku Powszechnym” o tym pierwszym, nie o tym drugim.

Za motto do niniejszych rozważań wziąłem sobie fragment piosenki grupy Tuxedomoon, wywodzącej się z USA, lecz od wielu lat działającej w Belgii. Właśnie tam, po sąsiedzku (bo w Belgii nie da się nie po sąsiedzku), mieszka i maluje Michaël Borremans, autor obrazu Zjadająca brodę, który Cezary Domarus wybrał na okładkę książki. Zjadanie długiej, gęstej i niewątpliwie ludzkiej brody jest ładnym symbolem stosunków z językiem: trochę to akt swoistego kanibalizmu, trochę obraz zmagań z tym, co niby biblijnie oddane nam we władanie, ale przecież stające brodą w gardle, a trochę wyraz nieszczególnej apetyczności sytuacji mówienia (napotykamy w książce taki dialog: „– Co byś powiedział kosmitom, gdyby pewnego dnia pojawili się na Ziemi i byłbyś pierwszym człowiekiem, na którego trafili? – Nic – odpowiedziałem wreszcie – Wstydziłbym się języka”). Fakt, że brodę, atrybut jakże męski, zjada kobieta, daje asumpt do dodatkowych skojarzeń – z patriarchalnymi manierami, których język nabawił się przez tysiąclecia swego istnienia.

Chociaż i we „wstydziłbym się”, i w przygnębionej minie kobiety z okładki daje się wyczuć echo tęsknoty za jakąś hipotetyczną, lepszą rzeczywistością, gdzie język i świat mają się do siebie nieco idealniej, to cała książka jest sympatycznie pozbawiona malkontenctwa. Zamiast marudnego tonu, że język nie wystarcza, nie oddaje, nie wyraża, no, nie jest na posyłki po rzeczy z zewnątrz i z wewnątrz, słyszymy spokojny tembr oscylujący między figlarną ironią a skupioną zadumą. Jedyny rozdział, gdzie autor pozwala sobie na odrobinę zacietrzewienia, stanowi Stary wspaniały świat, czyli złośliwa recenzja książki Steve’a Pinkera, zdeklarowanego przeciwnika jakiejkolwiek podejrzliwości wobec mowy, który zwalcza rozmaite – lingwistyczne, społeczne, filozoficzne – przejawy nieufnego i krytycznego podejścia do języka. Domarus podkpiwa z tego „krypto-oświeceniowego optymizmu”, zauważając, że Pinker lekceważy procedurę „zawieszania wątpliwości” (co do relacji słowo/rzecz, znaczące/znaczone, itp.), niezbędnego, by jakakolwiek rozmowa mogła się odbyć. Jeśli takie kolejne „zawieszenia” tworzą sieć, to oczywiście najgęstszą – w sytuacji towarzyskiej.

Sytuacja towarzyska zawiesza nasze ewentualne zastrzeżenia czy niewesołe diagnozy dotyczące funkcji i roli języka w życiu człowieka. Widzimy, że każdy robi to samo. Ciepła ciekawość, zapamiętałe zapomnienie, rotacja reprezentacji i takie tam. Odnoszę wrażenie, że Steve Pinker jako autor książki Tabula Rasa stanowi przykład naukowca, dla którego, jak się wydaje, sytuacja towarzyska nigdy nie wygasa.

Robi się ciekawie, bo zajmując stanowisko wręcz przeciwne, Domarus przenosi język w eleacki paradoks ruchu: skoro nad każdym zdaniem, słowem, zgłoską trzeba by się wpierw solidnie zastanowić, każde otamować, okulbaczyć, obarczyć workami z balastem – to mowa w ogóle okazuje się niemożliwa. Jej potok, karawana, balon – ani drgnie. Prężący swoje ścięgna „zawieszonych wątpliwości” Achilles nie wygra z żółwiem, który na przemierzenie każdej sylaby potrzebuje hektara czasu i atłasu. Mamy w Podaniach poruszający przykład (z filmu Herzoga Rekolekcje na temat mroku) chłopca z Kuwejtu, który był świadkiem zbrodni podczas irackiej okupacji i od tej pory nie odzywa się ani słowem. Może i my nie powinniśmy o nim mówić. Ani kręcić filmów. Bo brniemy w nieprzystojną „sytuację towarzyską”. Może czytając o okropnościach irackiej wojny w książce Domarusa (albo czytając gdzie indziej o Auschwitz), umieszczamy samych siebie pod szyldem „sytuacja towarzyska”. Istnieje w Podaniach rozdział pod ładnym tytułem Usta spoza horyzontu zdarzeń. Nawet ewentualny krypto-barokowy pesymizm (jak z Domarusa mógłby zadrwić Pinker) nie wyklucza, że już tu i teraz, po widocznej i słyszalnej stronie horyzontu, znajdujemy się w sytuacji towarzyskiej absolutnie. W czyśćcu mowy? Dlaczegóż by nie.

Jedna z wystaw malarstwa Michaëla Borremansa miała pożyczony od Keatsa tytuł: Patrząc na mą twarz sprzed stworzenia świata. Kto wie, czy próby ustawienia się jakkolwiek poza lub obok języka (na przykład, żeby o nim mówić) nie są trochę jak próby zaparkowania duszą – czy innym tego typu wehikułem – obok ciała. Jeśli byłyby tak fascynujące, jak książka Domarusa, to jednak trochę szkoda, że nie o nim woli pisać Marian Stala.

Cezary Domarus, Podania. O doświadczaniu języka, Instytut Mikołowski 2013.

Maciej Woźniak

(1969) Poeta, krytyk literacki i muzyczny, tłumacz, autor sześciu książek poetyckich. Publikował m.in. w Tygodniku Powszechnym, Twórczości, Literaturze na Świecie, Gazecie Wyborczej, Opcjach, Studium. Jego tom Iluzjon był nominowany do Nagrody im. Józefa Czechowicza, zaś tom Ucieczka z Elei – do Nagrody Literackiej Gdynia. Niedawno opublikował tomik Biała skrzynka (WBPiCAK, Poznań 2012). Mieszka w Płocku.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!

Wydawca: Staromiejski Dom Kultury | Rynek Starego Miasta 2 | 00-272 Warszawa | ISSN: 1896-6950 | Kontakt z redakcją: wakat@sdk.pl |