Stratyfiksacje Joanny Mueller

Stratyfiksacja pierwsza, czyli jak bardzo chciałbym uniknąć odpowiedzialności

Wydane przez Biuro Literackie Stratygrafie Joanny Mueller zachwycają poziomem edytorstwa i introligatorstwa. Przepiękna, czarna, matowa okładka rozjaśniona zdjęciem starszej pani w ciemnej szacie i grubych okularach siedzącej przy oknie i szyjącej patchwork doskonale współgra ze zgromadzonymi między okładkami tekstami, które przecież nie raz wykorzystują metaforykę tekstylną, soczewkową, świetlną czy żałobną. Papier Munken Print Cream 1590g/m2 nie tylko ma delikatny, ciepły odcień, lecz także dostarcza wyjątkowo przyjemnych doznań dotykowych podczas użytkowania. Oto lektura synkretyczna!

Niewiele można zarzucić składowi. Używana czcionka jest jednocześnie nowoczesna i naznaczona klasycznym sznytem. Szerokie marginesy i rozsądne dozowanie światła na stronę sprawiają, że czarne hieroglify druku nie przytłaczają, a tekst, zamiast ponurym i przyciężkim monumentem, staje się edytorskim pomnikiem lekkości. Pięknie zaprojektowany spis treści jest na miejscu, wykaz pierwodruków także. Zawsze raduje mnie porządnie przygotowany indeks osób, który już bez czytania pozwala chwalić rozległość zainteresowań i gruntowne oczytanie autorki. Jedyną uwagą, którą mogę zgłosić, jest umieszczenie przypisów na końcu książki. Być może ma to jakoś maskować naukowy w pewnym stopniu charakter książki, może ma uprościć i ujednolicić skład, jednak najnormalniej w świecie – utrudnia lekturę, a nawet, zniechęcając do sprawdzania źródeł – czyni ją mniej pełną. Mimo wszystko, wyrazy uznania! Każda biblioteka chciałby tę książkę!

Stratyfiksacja druga, czyli mam bardzo dobre intencje

Gdybym chciał zachować czyste sumienie i dobry humor na przyszłe dni, powinienem tutaj: kropka, ctr+s, alt+F4, gmail.com, [utwórz wiadomość], [załącz plik], [otwórz], [wyślij] i [nie wracaj do tego więcej]. Problem w tym, że nie jestem pewien, czy naprawdę każda biblioteka chciałaby tę książkę, bo mogłaby przecież popsuć humor paniom bibliotekarkom. Jakie hasło przedmiotowe jej przypisać, na której półce położyć? Nie potrafię nawet określić, co zawiera: teksty naukowe? Mniej naukowe, ale nadal ściśle analityczne? Analityczne, ale w równym stopniu krytyczne? Przecież nie recenzje? Jakieś pośrednie gatunki zmącone, złamane, splątane? (Wybaczcie, proszę, osłabiającą marność tej opartej na pseudopozycjach klasyfikacji) Poza tym, jeżeli zgodzimy się, że dominuje „krytyka”, to i tak nie można pominąć milczeniem tekstów metakrytycznych, a nawet metametakrytycznych. Bądź tu mądry, odbiorco nieidealny, rzeczywisty.

Wobec tych trudności opis fizyczności książki był jedynym, co mógł zrobić ze spokojnym sercem dopiero co adept w szkole krytycznoliterackiej. Ze spokojnym sercem, pełną odpowiedzialnością i bez wciąż narzucającego się pytania, czy może przeczytać tom Joanny Mueller jeszcze jeden i jeszcze raz, czy jeszcze dogłębniej przeszkolić się z powracających co i rusz Jakobsona, Derridy, Steinera i całej rzeszy innych z imienia lub pseudonimu wymienianych teoretyków literatury, czy… Na szczęście autorka tekstów, którymi przyszło mi się bawić i dręczyć, sama przyznaje, że do pisania zabiera się długo i nigdy nie wie, kiedy fazę przygotowań skończyć. Mogę udawać, że to to mnie pociesza.

Stratyfiksacja trzecia, czyli ewentualne straty i tak nie są fiskalne

Zdradzę pierwotną puentę tego tekstu, bo wpadłem na pomysł nowy i chyba dowcipniejszy: „Bardzo długo czekałem na tę książkę. Bardzo długo czekałem na taką książkę”. Przez rozwiniętą siatkę szpiegowską nasłuchiwałem wieści o jej nadchodzącym wydaniu, które nadchodziło przecież dość niespiesznie. Tom Joanny Mueller gromadzi teksty z wielu lat i z wielu miejsc, a chociaż rozstęp czasowy i gatunkowy je dzielący nie jest mały, ich zbiorcza lektura pozwala się jednak w jakimś stopniu zapoznać z projektem krytycznym autorki i narzędziami, które dla tego projektu proponuje.

Narzędzia te działają z precyzją inną niż precyzja superkomputerów, mikroskopów elektronowych czy radioteleskopów, chociaż skalę mają równie imponującą. Superkomputer Joanny Mueller sprawnie obsługuje liczby urojone, które pozwalają uchwycić świetliste sobowtóry Chlebnikowa i Karpowicza, snujące się po kartach Tablic losu, Dwóch Troicy, Światodkońca czy Historii białopiennego źródła. Soczewkę jej mikroteleskopu wykrzywia astygmatyzm, który pozwala się otworzyć w Xięgę Księdze Odwróconego światła Karpowicza i jeszcze bardziej przybliża ZOOM Andrzeja Sosnowskiego. To zranienie wzroku jest błogosławieństwem: daje wnikliwość, która jest zarazem tkliwością wobec i kwileniem nad odkrywanymi splotami tego, co natalne, prenatalne i tanatalne, tego, co zawieszone na tekście, i tego, co w tekście zawieszone.

Kluczowe bowiem w całym pisaniu krytycznym Joanny Mueller jest przeżywanie niewykorzystanych możliwości: słów, które poeta skreślił, konstrukcji, które przebudował, tekstów, których nie napisał, bo napisał inne. Świat literatury, wydaje się, jest dla niej światem znaczeń, które wypierają znaczenia alternatywne, odczytań, które utrudniają/ uniemożliwiają odczytanie ponowne, światem podmian z całym swoim podziemnym bogactwem skreśleń i zgniecionych kartek. Chociaż tematyka kolejnych referatów/ analiz/ szkiców/ recenzji/ manifestów jest różna, problematyka utraconych danych powraca z regularnością graniczącą z obsesją.

Stratyfiksacja czwarta, czyli i tak zagub się w rachunkach

Nie przypadkiem w tomie kilkakrotnie przywoływana jest książka Marka Bieńczyka z jej hipnotyzującym podtytułem: Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty. Mueller-Melancholiczka jednak, jako wyjątkowo zawzięta, świadoma niemożliwości odzyskania tego, co odzyskane być nie może, prowadzi przynamniej wyjątkowo dokładny rachunek strat („księgowa” nagle wydaje się wcale atrakcyjnym synonimem dla „krytyczki literackiej”). Wyjaśnia to, dlaczego z całego repertuaru równie ciekawych terminów na tytuł tomu wybrała właśnie Stratygrafie, a równie chwytliwe i płodne w skojarzenia anamorfozy, utopie, melancholie, etymony czy mondegreeny podporządkowała im jako jakby hiponimy.

Ta stratyfikacja strat na różne poziomy istnienia dzieła literackiego jest jednocześnie pewną fiksacją, która w pewnym momencie zaczyna nieco przerażać – rzeczywiście najciekawsze staje się to, co niedoopisane i niedoodczytane. Dzieje się tak zarówno w twórczości dramatycznie niekomunikacyjnego mistrza Norwida, jak i u nagle mistycznego Sarny, alternatywnie apokaliptycznego Kobierskiego, przesyconej Podgórnik. Rozdźwięk między niedosłyszanym a niedoczytanym staje się również główną atrakcją u muzyków-liryków: Nosowskiej, Fisza czy Grabaża.

Czytając razem z Joanną Mueller, topimy na dwa sposoby: w głąb nakładających się na siebie warstw i na szczyty („top”) poetyckiej listy podbojów słowa słowem. Na tych głębokościach i wysokościach każde wrażenie może być obrażeniem, ale warto zaryzykować, bo to pouczająca podróż.

Joanna Mueller, Stratygrafie, Biuro Literackie, Wrocław 2010.

Filip Makowiecki

(1988) Poeta, krytyk literacki, student filologii polskiej w ramach Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Członek zespołu MediaShake. Współpracownik wielu instytucji, m.in. Centrum Edukacji Obywatelskiej (przy projekcie Mapa Kultury) oraz Instytutu Podstaw Informatyki PAN. Pochodzi z Białegostoku.

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!