Ogródek sąsiadów

Polakom się chyba wydaje, że oswoili Czechów. Przynajmniej w języku. Mniej rozmiłowani w zdrobnieniach, chcielibyśmy myśleć, że jesteśmy doroślejsi niż inni. Przynajmniej pod językiem. Mamy ich tam w garści. Na ślinę doklejamy im czeskie błędy, czeski humor. Czeski film brzmi jak gatunek. Tak to wygląda w języku.

Dalej są deklaracje. Według raportów CBOS dotyczących sympatii i niechęci Polaków do innych narodów, Czesi są nam mili. Nawet bardzo.

Dalej są czyny. Wszyscy jeżdżą na wycieczki do Pragi i fotografują się na tle zabytków. Lubiane jest także czeskie piwo. Przesiadywanie latami w knajpie, zawsze tej samej, w tym samym miejscu, przy którym nikt inny usiąść nie może, bo taka jest kolej rzeczy. Gadanie, któremu pod język teraz wchodzić nie warto, bo ten tekst nie ma być o strzępieniu języka. Ani o wykręcaniu go w takie zdania, jak to hrabalowskie: „Czesi to śmiejące się bestie”, które ma otwierać, a nas akurat zamyka w naszym bezsilnym językowym obrazie.

Ten tekst nie ma być o strzępieniu języka, a o przenoszeniu z jednego języka w drugi, o przewożeniu słów z Pragi do Warszawy. Jak jajka na łyżeczce. „Trzydzieści pięć lat pracuję przy starym papierze i to jest moja love story”, zaczyna B.H. Zbyt głośną samotność. Pracując przy młodym papierze, też można się zakochać. Albo przynajmniej zapomnieć się na tyle, żeby go przewozić do innego miasta, innego języka, żeby go spolszczyć, zanim człowiek zdąży się zastanowić, czy ma prawo porywać się na przekład. Sama sobie to prawo przyznałam. I to mimo tego, że doskonale wiem, że literatura czeska, zarówno poezja, jak i proza, ma już w Polsce świetnych tłumaczy (jak choćby Dorota Dobrew, Jan Stachowski, Andrzej S. Jagodziński, Leszek Engelking, kolejność przypadkowa). Ma swoją antologię poezji (Maść przeciw poezji Leszka Engelkinga) i dramatu (Opowieści o zwyczajnym szaleństwie Krystyny Krauze). Jest z nami. Czy potrzebujemy jej więcej?

Przecież jest już most, jakaś wiedza o tej kulturze, jakiś jej przyswojony alfabet. Bondy, Blatný, Černý, Forman, Hašek, Havel, Hrabal, Kryl, Kundera, Menzel, Nohavica, Seifert, Škvorecký, Zelenka…

Są tak trochę nasi. Czy sprawozdawcy bliskiej kultury i to, ekhm, za przeproszeniem, oswojonej są nam jeszcze potrzebni?

Tak. Bo kiedy ich zabraknie, kultura z bliskiej stanie się daleką. Ich i ich zupełnie intuicyjnych wyborów: co, których autorów, które wiersze przynieść na łyżeczce i dać na pożarcie innemu czytelnikowi, który wsadzi je sobie pod język i poszuka w nich humoru i błędu. W tekstach wybranych do Wakatu tego humoru nie ma zbyt wiele. Jeśli jest tam błąd – to pewnie nie czeski, a mój.

Wielu czeskich poetów i krytyków powiedziałoby, że moim głównym i niewybaczalnym błędem jest tłumaczenie i publikowanie poezji Jana Těsnohlídka (1987) w polskiej prasie. Jana Těsnohlídka z jego krzykami, tupaniem nogami, pozowaniem na celebrytę i – jakże znajomo brzmiącymi – postulatami poezji zaangażowanej. Z jego literacką agresją. Jak „W małym mieście”, które buduje, żeby wejść w schemat i rozsadzić go od środka pojedynkiem piwa z herbatą imbirową i zawieszeniem głosu w ostatnim wersie. A co jeśli nie? A co jeśli zrobię, jeśli napiszę inaczej? Pierwszy tomik Těsnohlídka nosił tytuł Násilí bez předsudků. (Przemoc bez uprzedzeń). Literacka agresja. Zasłynął poematem „Rasistická poezie” („Poezja rasistowska”), w którym bawi się czeską ksenofobią (której istnienie w kulturze udowodnił Dušan Třeštík, analizując czeskie mity narodowe, wskazując na ich zamknięcie, wyraźne wytyczenie granicy pomiędzy swoim a obcym). O literaturze czeskiej Těsnohlídek mówi tak: „Jesteśmy małym krajem otoczonym górami. Zamiast starać się stworzyć coś, co zbliżałoby się do literatury światowej, autorzy kłócą się między sobą o zupełnie zbyteczne rzeczy a pisma literackie wesoło na to reagują, bo »przynajmniej jest o czym pisać«. Także taplamy się tutaj w urojonym stawie czy raczej kałuży”. Těsnohlídek wychodzi z kałuży. Nie tylko w swoich krzykliwych tekstach, także w działalności wydawniczej (prowadzi wydawnictwo „jt’s”, w którym swoje książki wydają m.in. David Zábranský i Milan Kozelka) i okazjonalnych działaniach animacyjnych, jak choćby jesienią 2011, kiedy to w proteście przeciwko polityce kulturalnej urzędu miasta Pragi zorganizował kilka spotkań autorskich z pisarzami… na schodach magistratu. Twórczość Těsnohlídka napędza czeską dyskusję o poezji zaangażowanej. Równoległą do tej polskiej. Podobną, ale odbywającą się obok. A przecież, gdyby sąsiedzi częściej zaglądali sobie do ogródków, toczące się w nich dyskusje można by prowadzić przez płot.

Do dyskusji przyłączyłby się i Ondřej Buddeus (1984), redaktor naczelny pisma literackiego Psí víno, poeta, tłumacz z norweskiego i niemieckiego, redaktor. Autor dwóch tomików o bardzo długich tytułach: 55 007 znaků včetně mezer (55 007 znaków ze spacjami) i Orangutan v zajetí má sklony k obezitě (Orangutan w niewoli ma skłonności do otyłości, wspólnie z  Alžbětą Skálovą i Martiną Kupsovą). Teksty Buddeusa są gładkie. Nie zdradzają autora. Są mikroświatami w zamkniętym pudełku. Mają początek i koniec. I szorstki język. Tak jakby słowa trzeba było dawkować (jak dawkuje się małą rozkosz, bo jest z nią taki problem, że jest mała). Tomik 55 007 znaków ze spacjami otwiera alfabetyczna lista wszystkich użytych w nim słów. Składników, materiałów, cząstek tekstów. Wiersz ma być instalacją, a książka przestrzenią wystawy. Tomiki Buddeusa (ciekawskim udostępnię do wglądu) są całościami estetycznymi. Pierwszy powstał we współpracy z typografkami z grupy MAKE*detail; drugi – z graficzkami, współistnieją w nim słowa, obrazy i autorskie osobowości. Buddeus poddaje w wątpliwość liryzm, szuka rozwiązań gdzieś obok spuścizny po tradycji poezji czeskiej lat dziewięćdziesiątych, dla większości twórców debiutujących w ostatnich latach stanowiącej wzór, inspirację (jak choćby w przypadku Jonáša Hájka). W rozmowie z Olgą Pavlovą dla pisma Lógr Buddeus powiedział, że „gry językowe nie mają wartości egzystencjalnej. I trudno jest wyjaśnić, że prostota jest cholernie trudna, a głębia tkwi na powierzchni”.

I wreszcie Sára Vybíralová (1986), autorka, której twórczość polecali mi Jonáš Hájek i David Zábranský, kiedy (już lekko zaniepokojona tymi wszystkimi czeskimi poetami) poszukiwałam czeskiej poetki, urodzonej pod koniec lat osiemdziesiątych. Vybíralová jest przed debiutem książkowym. Pisze wiersze i prozy poetyckie. Tłumaczy z francuskiego. Jest czeską solistką. Tak, to właśnie tak chciałabym ją przedstawić. Wchodzi pomiędzy agresywnych literatów i ich mikroświaty. Razem ze swoją kobiecością, której akcentowanie nie jest specjalnie cenione wśród poetów nad Wełtawą. Vybíralová pisze: „rano / przy windzie pies / wsadza mi łeb między nogi / kobieta ze smyczą przeprasza”. Albo: „ta kustoszka i tamta dama z biletem wstępu / wspólnie urodzą / z chwilowej macicy / uśmiechną się do siebie / i chwilę pokołyszą potępienie w ramionach / potępieniem o ciepłym i solidnym tyłeczku”. I to nawet, jeśli „za ladą w bufecie/w kłębach orgiastycznej pary / ładują łopatami mięso / moje mięso twoje mięso”.

Wystarczy rzucania mięsem, maści przeciw poezji (komentarz tłumacza bywa nią zbyt łatwo), opowieści o moim zwyczajnym szaleństwie (jak choćby tłumaczenie poetek przed debiutem, samej będąc chwilę po i nie będąc predestynowaną do wskazywania palcem nadziei literatury). Wystarczy rzucania mięsem, czytajmy wiersze.

 

Jan Těsnohlídek

na malym městě

když jsme se viděli poprvý
nebylo těžký se do ní zbláznit –

oba zabitý na malym městě
jí čerstvě osmnáct a nemohla se dočkat
až vypadne
– do prahy!
říkala
– studovat architekturu!
– kreslit!
– modelovat!
– tvořit!
říkala
pár let zpátky

teď
sedíme naproti sobě v kavárně
plzeň vs. zázvorovej čaj
mluví o mateřský
o svatbě
o tom jak je super

mít dvě děti
– jasně
říkám
– dvě děti jsou super!
– dvě děti jako dvě kotvy do života
– máš pro koho máš proč a tak – –

na malym městě
dvě děti jako dva šutry do pytle
zavázat špagátem a hodit do skruže

snad je aspoň hodnej ten její
říkám si cestou na nádraží
snad je aspoň hodnej a

i kdyby ne

 

w małym mieście

kiedy widzieliśmy się po raz pierwszy
nie było trudno oszaleć na jej punkcie –

oboje w zabitym małym mieście
ona świeża osiemnastka nie mogła się doczekać
aż spieprzy –
do pragi!
mówiła
– studiować architekturę
– rysować!
– modelować!
– tworzyć!
mówiła
parę lat temu

teraz
siedzimy naprzeciwko siebie w kawiarni
pilsner vs. herbata imbirowa
mówi o macierzyńskim
o ślubie
o tym jak super jest
mieć dwójkę dzieci
– jasne
mówię
– dwójka dzieci jest super!
– dwójka dzieci jak dwie kotwice w życiu
– masz dla kogo masz dlaczego i tak – –

w małym mieście
dwójka dzieci jak dwa kamulce w worze
związać szpagatem i rzucić do cembrowiny

ten jej chyba przynajmniej jest dobry
mówię sobie po drodze na dworzec
chyba przynajmniej jest dobry a
nawet jeśli nie

[tłum. Zofia Bałdyga]

 

Ondřej Buddeus

malinká rozkoš

Je tak malinká,
že si ji člověk může vzít
kdykoliv s sebou.
Vejde se do kapsy u kalhot,
do peněženky, lze ji nosit
i v záňadří.
Je gendrově neutrální,
nekazí děti (možná
trošku přece)
a obzvlášť vhodná
je pro naši vážnou mládež.
Má blahodárný účinek
na kardiovaskulární systém
(lidem staršího věku ji
doporučuje
váš lékař nebo lékárník).
V rukou mužů v produktivním věku
rozzařuje ženy v produktivním věku
a naopak.
Má něco z belgických pralinek,
ale není to pralinka.
Má něco společného s lískovými
oříšky a ořezávátky.
Můžeme ji srovnávat s posledním článkem
malíčku nebo s natahovacími
hodinkami po dědovi z Blatné.
Někdy ji lze najít na chodníku
a také ji klidně
odešlete mailem.
S malinkou rozkoší je to
ovšem jako se vším.
Jedna vlaštovka jaro nedělá
a její hlavní nevýhoda je,
že je malinká.

 

maleńka rozkosz

Jest tak maleńka,
że człowiek może ją zawsze
brać ze sobą.
Wejdzie do kieszeni w spodniach,
do portfela, można ją nosić
i w zanadrzu.
Jest genderowo neutralna,
nie psuje dzieci (trochę
można przecież)
a przede wszystkim jest
odpowiednia dla naszej poważnej młodzieży.
Ma zbawienny wpływ
na układ krwionośny
(ludziom w starszym wieku
poleca ją
twój lekarz lub farmaceuta).
W rękach mężczyzn w wieku produkcyjnym
rozpala kobiety w wieku produkcyjnym
i odwrotnie.
Ma coś z belgijskich czekoladek,
ale nie jest to czekoladka.
Ma coś wspólnego z orzechami
laskowymi i temperówkami.
Możemy ją porównywać z ostatnim paliczkiem
małego palca albo z nakręcanym
zegarkiem po dziadku z Blatnej.
Czasami można ją znaleźć na chodniku
i spokojnie
prześlesz ją mailem.
Tyle, że z maleńką rozkoszą jest tak
jak ze wszystkim.
Jedna jaskółka wiosny nie czyni
a jej główną wadą jest to
że jest maleńka.

[tłum. Zofia Bałdyga]

 

Sára Vybíralová
Vánoce

vetřít se do lásky kterou dostává pes
každý den v misce
stejné množství
vzít něco z něhy výkřiku když se utrhne z vodítka
utrhnout se z vodítka lehnout si
do kočárku pod podušky
vecpat se zimomřivým vyhazovačům
do kožešinových límcu
být s vděkem pohlazena jako peněženka
po hadí kůži
dostat
dostat něco
něco pro kukačku

 

Boże Narodzenie

wetrzeć się w miłość którą dostaje pies
codziennie w misce
ta sama ilość
wziąć coś z jego krzyku kiedy zerwie się ze smyczy
zerwać się ze smyczy położyć się
w wózku pod poduszkami
wepchnąć się do futrzanych kołnierzy
zmarzluchów wykidajłów
zostać z wdzięcznością pogłaskaną jak portmonetka
po wężowej skórze
dostać
coś dostać
dla kukułki

[tłum. Zofia Bałdyga]

Zofia Bałdyga

(1987) Poetka i tłumaczka. Studentka bohemistyki w Instytucie Slawistyki Zachodniej i Południowej Uniwersytetu Warszawskiego. Stypendystka rządu RP. Autorka tomików Passe-partout (Warszawa 2006) i Współgłoski (Nowa Ruda 2010). Jej teksty były publikowane w antologii Solistki. Antologia poezji kobiet (Warszawa 2009) oraz w Anthologia#2 (Londyn 2010), zostały także przełożone na język czeski, ukraiński, szwedzki i angielski. Tłumaczka młodej poezji czeskiej i słowackiej. Współtworzy Elektrolirykę. Mieszka w Warszawie.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!