Wiersze

doliczona minuta

Pierwszą połowę meczu komentują w języku miękkim.
Napełniamy się parą i chlebem, puchniemy w oczekiwaniu
skutków kalorycznej codzienności. Patrzymy jak innym
szybko płynie czas. Intelektualiści się nie nudzą.

Drugą połowę komentują w języku w którym akcent
pada mocniej i częsty jest apel, rozdarcie koperty
dotknięcie przez folię. Zmienia nasze imiona.
Zostawia nasze numery.

Wyciągnęliśmy krótsze zapałki, więc nie podpalimy lasu.
Napełnieni parą i chlebem zapadniemy się w miękką ziemię
która biednym wpada w oczy i pozbawia błękitu.
Zapadniemy się, ale nie oddamy naszej rozgłośni.

Nie oddamy naszej rozgłośni
będziemy się bronić całą wiosnę.
Głosem pełnym i cudzym, darowanym
nie zagląda się w gardła

nie wbija szpilek w rozmiękłe podniebienia.
Gromadzimy zapasy chleba, wydychamy parę.
Będziemy się bronić. Nawet jeśli jest, jak mówią
i nie ma morza między nogami.

 

Tu wolno palić

W miejskich parkach chmary nieczystych zwierząt
czego one sobie nie myślą. W słodkiej wodzie żółte pingwiny
na brzegu poruszone krzesło, siadaj i słuchaj.
Kwiaty mówią tylko po czesku. A pamiętasz, to tu mieszkał
ojciec ogrodnik, który nadawał imiona i pozwalał im rosnąć.

Po angielsku wychodzę z kadru, tylko rąbek spódnicy przywiało
w staropanieński róg. Niech wszyscy wiedzą jak jest natura martwa.
Jak obumiera tkanka i jak słońce zmienia barwy. Żółkniemy.
W miejskich parkach i chmury już nieczyste. Księżyc z nieba spadł
staniało srebro, zrobiło się za jasno. To wszystko jest legalne
mówi pan w garniturze, od dziś konflikty mamy tylko wewnętrzne.
Od dziś jesteśmy bohaterami, przy nazwiskach mamy spadające gwiazdy.

 

12.

Śni się pukanie. Listopad miesiącem oczekiwania
przeszukiwanie – gdzie schowałaś ciepło
ty suko, czemu nie dajesz mleka
i niech się tylko rozwidni i niech zobaczę łzy.

Śni się pukanie, uderzanie.
Tym razem jeszcze nie pęknę. To nie na miejscu.
Stoimy pomiędzy. Spakowani. To co najpotrzebniejsze
pod ubraniem: weź to co kruche bardziej niż ty sama.
Weź to, co się mieści pomiędzy.

Pomiędzy kradną chleb, kruszynko, uważaj.
Nie zapalaj świec, nie pozwól słońcu wzejść.
Niech się nie rozwidnia, niech widoki znikną.
Te pęknięte zakopują żywcem.

Zofia Bałdyga

(1987) Poetka i tłumaczka. Studentka bohemistyki w Instytucie Slawistyki Zachodniej i Południowej Uniwersytetu Warszawskiego. Stypendystka rządu RP. Autorka tomików Passe-partout (Warszawa 2006) i Współgłoski (Nowa Ruda 2010). Jej teksty były publikowane w antologii Solistki. Antologia poezji kobiet (Warszawa 2009) oraz w Anthologia#2 (Londyn 2010), zostały także przełożone na język czeski, ukraiński, szwedzki i angielski. Tłumaczka młodej poezji czeskiej i słowackiej. Współtworzy Elektrolirykę. Mieszka w Warszawie.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!