Cztery tezy o semiopracy

Marksizm był postrzegany jako „ideologia” ruchu robotniczego. To zasadniczy błąd, jako że punktem wyjścia marksizmu, jego aktem urodzenia, było właśnie zniszczenie wszelkiej ideologii poprzez destrukcyjną krytykę wszystkich burżuazyjnychideologii.

Mario Tronti[1]

Marksizm to rzeczywista ciągłość podmiotu, który przedkłada subwersywną praktykę jako istotę swojej ciągłości: tylko w takich warunkach teoria staje się siłą materialną.

Antonio Negri[2]

Kapitał nie jest abstrakcyjną kategorią: jest semiotycznym operatorem na służbie określonych formacji społecznych.

Félix Guattari[3]

Jakiś czas temu, komentując krótko bieżące wydarzenia polityczne, zwracałem uwagę na fakt, że poststrukturalistyczny sposób analizy rzeczywistości nauczył nas stawiać w punkcie wyjścia tezę: „istnieje tylko jeden rodzaj produkcji: wytwarzanie realnego”[4]; przypominałem o tym, trochę rozgoryczony, bo od jakiegoś czasu towarzyszy mi coraz silniejsze przekonanie, że polska lewicowa inteligencja – w dużej mierze wychowana przecież właśnie na francuskim poststrukturalizmie – w punkcie wyjścia nieświadomie przyjmuje zwykle tezę odwrotną: „istnieje tylko jeden rodzaj produkcji: wytwarzanie symbolicznego”. Michał Kasprzak zaprosił mnie do udziału we współtworzeniu niniejszego numeru „Wakatu”, powołując się na moją, wspomnianą wyżej, wypowiedź dotyczącą powszechnej fetyszyzacji sfery dyskursywnych abstrakcji jako narzędzia walki politycznej – z przyjemnością odpowiadam na to zaproszenie poniższym tekstem. Prezentuję tu cztery tezy o „semiopracy” (nawiązuję oczywiście do „semiokapitalizmu”, kategorii zaproponowanej przed laty przez Jeana Baudrillarda i podejmowanej przez Franco „Bifo” Berardiego): celem tego szkicu, a właściwie zbioru luźnych notatek, nie jest dogłębna analiza tego, czym jest praca oparta na produkcji znaków w ogólności – skupiam się tu raczej na tym aspekcie semiopracy, który wiąże się ze świadomą i celową aktywnością zmierzającą do politycznego kształtowania poglądów, postaw i zachowań społecznych. Będę się odnosił polemicznie do pewnych przekonań i stanowisk obecnych w środowiskach wielkomiejskiej lewicy – moim zamiarem nie jest jednak przedstawianie kogokolwiek w złym świetle, wolałbym, by potraktowano ten głos jako propozycję eksperymentalnego choćby przyjęcia perspektywy, która na dłuższą metę być może pozwoliłaby nam przekroczyć obecny impas polityczny.

 

1. Nadbudowa nie istnieje

Nie znaczy to jednak wcale, że to, co nazywa się dzisiaj wojnami kulturowymi, a co stanowi obecnie centrum głównonurtowej polityki rozumianej molowo, jedynie przykrywa i odwraca uwagę od ekonomicznej bazy – tego, co „naprawdę istotne” w zakresie naszych kolektywnych form istnienia. Wiąże się to raczej z faktem, że rozmaite wzorce tożsamościowe, konstruowane między innymi w ramach tytułowej semiopracy, również powinniśmy zacząć postrzegać jako coś w ścisłym sensie materialnego – dopiero przyjmując taką perspektywę, będziemy w stanie podjąć pewne rozsądne kroki.

Spójrzmy na sposób prowadzenia walk o prawa reprodukcyjne w Polsce w ostatnich kilku latach – gdy praktykę feministyczną ujmujemy jako abstrakcyjnie rozumianą działalność na rzecz równouprawnienia kobiet, oddajemy kapitałowi broń przez lata służącą poszerzaniu granic robotniczej emancypacji. Najlepiej chyba widać to na przykładzie strategii, jaką lewicowe publicystki feministyczne przyjmują wobec problemu przemocy domowej. Dużym zainteresowaniem w tych środowiskach cieszy się ostatnio życie prywatne celebrytów i celebrytek – problem w tym, że publicystki zdają się traktować problem przemocy, jakiej wobec kobiet dopuszczają się postaci znane ze sfery publicznej, jako problem bezpośrednio i w równym stopniu dotykający również „zwykłych ludzi”. Absolutnie nie bagatelizuję doświadczeń ofiar, zwracam tylko uwagę na istotną kwestię – wcale nie mamy tu do czynienia z tym samym aparatem represji, którego działanie dotyczy rodzin robotniczych.

W społeczeństwie kapitalistycznym patriarchat jest technologią władzy, która pozwala na skuteczną i darmową reprodukcję siły roboczej. Gdy kobiety nie otrzymują wynagrodzenia za biologiczną reprodukcję, opiekę nad dziećmi, przygotowywanie posiłków, dbanie o stan domu i czyste ubrania dla pracowników najemnych, to wykonują pracę, której owoce są przywłaszczane przez kapitał niczym w ramach akumulacji pierwotnej (w gruncie rzeczy jest to forma akumulacji pierwotnej, powtarzającej się codziennie w każdym zakątku świata). Ciche przyzwolenie na stosowanie przemocy fizycznej i psychicznej wobec kobiet z klasy robotniczej nie jest zatem zaniedbaniem ze strony burżuazyjnego państwa, ale przemyślaną strategią: zadanie dyscyplinowania pracownic nienajemnych oddelegowane zostaje na niższy poziom hierarchii społecznej, co przy okazji pozwala pracownikom najemnym poczuć, że sprawują nad kimś władzę – tym sposobem łatwo można rozładować ich gniew, wynikający z permanentnego funkcjonowania pod presją kapitalistycznego ucisku.

Podkreślę zatem raz jeszcze: nie bagatelizuję doświadczeń ofiar, których sprawami zajmują się feministyczne działaczki, faktem jest jednak, że z materialistycznego punktu widzenia praca wspomnianych publicystek nie przekłada się na zwalczanie systemowego piekła kobiet. Ich strategie nie ujmują dyskursu jako narzędzia, z którego użytek musi być czyniony w walkach precyzyjnie – są ideologiczne, zdominowane przez fetysz dyskursu, opierają się bowiem na założeniu, że emancypacja „znanych i lubianych”, niczym w ramach jakiegoś symbolicznego efektu skapywania, wyzwoli również kobiety z grup nieuprzywilejowanych – produkcja semiotyczna stawiana jest tu w pozycji transcendentnej i niezmiennej prawdy[5], która za pośrednictwem mediów musi zostać przekazana wprost do umysłów biernych odbiorców. Owszem, w pewnych warunkach nagłaśnianie podobnych spraw może ośmielać opresjonowane kobiety do podejmowania odpowiednich kroków ku poprawie jakości własnego życia, faktem jest jednak, że wskazywanie takiej ścieżki emancypacji charakteryzuje raczej feminizm liberalny, a mówimy przecież o aktywistkach wprost przyznających się do swoich socjalistycznych i komunistycznych poglądów. Efekt przesadnego skupiania się na produkcji dyskursu, którego celem jest doreprezentowanie w przestrzeni publicznej silnych kobiet „biorących życie w swoje ręce”, jest łatwy do przewidzenia, obserwowaliśmy to już setki razy: dyskurs taki wyzwolić może ofiary przemocy domowej, wskazując im indywidualny awans klasowy jako jedyną drogę ku możliwości spokojnego życia. Kobiety doświadczające systemowej opresji muszą zatem podjąć pracę zarobkową, zadbać o siebie same, ciężar pracy reprodukcyjnej przerzucając na innych – zwykle na mocno niedopłacane pracownice najemne (są to ukraińskie migrantki w Polsce, polskie migrantki w Niemczech, meksykańskie migrantki w USA – łańcuch dostaw siły roboczej zawsze dostępnej w zglobalizowanym kapitalizmie śledzić można godzinami). Jeśli lewicowy dyskurs feministyczny ma służyć emancypacji wszystkich kobiet, za nic nie może rozdzielać kwestii tożsamościowych i ekonomicznych – radykalne działania uwzględniające pierwszą z tych sfer i lekceważące konsekwencje owych działań w drugiej z nich nie przełożą się same z siebie na poprawę sytuacji klas pracujących. Dyskurs jako domena materialistycznie ujmowanej semiopracy zawsze musi mieć odpowiednio ustawione wektory, produkcja znaków nie jest bowiem prostym kreowaniem społecznych modeli, które następnie wcielić można w życie niezależnie od klasy z prostym do przewidzenia skutkiem; podejmowanie jakichkolwiek kroków, które wydają się krokami we właściwym kierunku, może przynieść efekty całkowicie odmienne od oczekiwanych.

 

2. Dyskurs nigdy nie składa się na monolityczną ideologię, której nie dałoby się rozbić na mniejsze cząstki – wiążą się z tym zagrożenia

We wspólnie napisanej książce z roku 1985 Félix Guattari i Antonio Negri odnotowali: „Ideologia rozbija; łączy tylko na poziomie pozoru”[6]. W ten sposób autorzy podkreślali, że każda spójna narracja o świecie, która działać ma jak semiotyczny monolit odgórnie nadający formę praktykom, zawsze znacząco ogranicza zdolność jednostek wierzących w ową narrację do uwalniania ich niepowtarzalnych potencjałów. Próby budowania spójnego i niezmiennego obrazu świata według zasady top-down zawsze oznaczają zatem rezygnację z transindywidualnego – jak nazywał to Gilbert Simondon – charakteru kolektywu. Poszczególne opowieści o świecie nie tworzą nierozerwalnych całości, choć przez niektórych tak właśnie są postrzegane, co znacząco komplikuje świadome kształtowanie za ich pomocą relacji społecznych.

Przyjmijmy robocze założenie, że dziś w sferze dyskursywno-materialnych praktyk politycznych dostrzegalnych w Polsce najsilniej ścierają się ze sobą trzy narracje o świecie (czy też o światach: przeszłym, obecnym i przyszłym): narodowo-solidarystyczna, neoliberalna oraz lewicowo-demokratyczna. Każda z nich posiada swój układ wypowiedzenia, na który składają się drobniejsze rdzenie podmiotowości, sposobów egzystencji, możliwych rzeczywistości itd. Co dla nas najważniejsze: niektóre z tych rdzeni występują w więcej niż jednej narracji, choć podporządkowane są innym celom – wiąże się to nierozerwalnie z faktem, że pewne układy wypowiedzenia próbują na stałe przejąć te rdzenie, to znaczy sprawić, by ich aktualizowanie w ramach innych narracji służyło przede wszystkim interesom tych, którzy konstruują pierwszą narrację i jej układ wypowiedzenia. Łatwiej zrozumieć to na przykładzie wydarzeń z nieodległej przeszłości.

Gdy kilka tygodni temu, po opublikowaniu na portalu społecznościowym homofobicznego wpisu, pracownik krakowskiego sklepu sieci handlowej Ikea został zwolniony z pracy, większa część znanych mi lewicowych środowisk zareagowała na tę wieść ogromnym entuzjazmem. Bezrefleksyjnie przyjęto zatem założenie, że kierownictwo sklepu Ikea oraz aktywiści walczący o prawa osób nieheteronormatywnych domagają się tych samych zmian społecznych. Biorąc pod uwagę dominację postaw fetyszyzujących tożsamościowy wymiar praktyk politycznych na polskiej lewicy, podkreślić muszę to z całą mocą: nie bronię zachowania „Tomasza z Ikei”, wyrażam raczej zdziwienie dobrym samopoczuciem tych, którzy okazali się nadzwyczaj naiwni. Rzecz bowiem w tym, że układ wypowiedzenia rekomponowany przez neoliberałów w ten sposób – mówię o wszelkich przejawach ich pokazowego strojenia się w tęczowe kolory – nie tylko nie służy emancypacji „zwykłych” osób nieheteronormatywnych, ale wręcz odwrotnie, przyczynia się do znaczącego wzrostu postaw skrajnie wrogich wobec nich. Zwróćmy uwagę na fundamenty: rdzenie podmiotowości, które dekady temu stały u podstaw walk o wyzwolenie gejów i lesbijek, zostały przechwycone przez neoliberalny układ wypowiedzenia i przez większą część polskiego społeczeństwa nie są już kojarzone z żadną inną narracją polityczną. Nie oszukujmy się: kapitał ugina się pod presją nacisków społecznych tylko wtedy, gdy możemy zaszantażować go osłabieniem stopy zysku, kiedy zaś kapitał przytula się do określonych roszczeń grup wykluczonych, oznacza to, że już znalazł sposób na wykorzystanie ich w celu zintensyfikowania akumulacji – nasza lewica ewidentnie nie potrafi odróżnić od siebie tych dwóch zjawisk. Zresztą: czy ktokolwiek zauważył, że jedyne koszty, jakie Ikea poniosła w swojej równościowej szarży, były kosztami procesu rekrutacyjnego na wolne stanowisko? Czy wysyłanie na obowiązkowe szkolenia antydyskryminacyjne przestało być oficjalną ścieżką postępowania w podobnych okolicznościach, czy może pracodawca zrozumiał w porę, że nastroje społeczne pozwolą mu rozwiązać problem przy jednoczesnej optymalizacji kosztów?

Przerażająca fala agresji wobec osób uczestniczących w białostockim Marszu Równości nie wiązała się ze sprzeciwem narodowców wobec jednego tylko rdzenia podmiotowości. Przemoc skierowana została w stronę układu wypowiedzenia, który przechwycił ów rdzeń w celu zwiększenia akumulacji kapitału, a więc w praktyce – w celu zwiększenia stopnia wyzysku praktykowanego zarówno wobec manifestantów, jak i kontrmanifestantów. Wcale nie twierdzę, że kamieniami i petardami rzucano w uczestników demonstracji z pobudek antyneoliberalnych, a nie homofobicznych. Moja intuicja jest inna: uważam, że lewicowy dyskurs pozwolił na to, by homofobia stała się jednym z podstawowych elementów antyneoliberalnych wystąpień. Atakując osoby posługujące się symbolem tęczy, narodowcy są przekonani, że atakują wspieraną przez finansowe elity „ideologię LGBT”, za sprawą której można ze społecznym przyzwoleniem stracić pracę – ideologię, która ma na celu stworzenie w Polsce „gładkiej przestrzeni” torującej drogę zachodniemu kapitałowi i zachodnim formom ekstrakcji wartości dodatkowej. Jedyną szansą na bezpieczny coming out pozostaje u nas awans społeczny – i tak zostanie, dopóki w ramach produkcji dyskursu nie podejmiemy wysiłków, by odebrane nam rdzenie podmiotowości – podmiotowości, dodajmy, która nigdy nie zaktualizuje się w pełni w społeczeństwie kapitalistycznym – wyrwać z neoliberalnego układu wypowiedzenia i z powrotem włączyć je w otwartą, pojemną, zdolną do przekształceń opowieść o świecie, działającą w interesie wszystkich wykluczonych.

 

3. Dyskurs nigdy nie składa się na monolityczną ideologię, której nie dałoby się rozbić na mniejsze cząstki – wiążą się z tym szanse

Teza zaprezentowana wyżej nie musi wiązać się wyłącznie z przekleństwami lewicy – im lepiej nauczymy się obsługiwać nasz układ wypowiedzenia, wykształcając w sobie zdolność do jego skutecznego modyfikowania, otwierania, tymczasowego włączania w jego zakres nowych maszyn, tym sprawniej będziemy wykorzystywać dyskurs do świadomej produkcji podmiotowości, która nie będzie „indoktrynacją”, a raczej wspieraniem procesu politycznej rekompozycji składu klasowego.

Znów zwracam się w stronę wydarzeń z ostatnich miesięcy, mieliśmy tu bowiem do czynienia – a właściwie wciąż mamy – z klasycznym przykładem ideologicznego zabetonowania układu wypowiedzenia. Sprawa jest tym ciekawsza w kontekście niniejszego tekstu, że zajmuję wobec niej stanowisko zupełnie przeciwne stanowisku większości redaktorów i redaktorek „Wakatu” (wyjątek stanowi bodajże wyłącznie Joanna Mueller). Mowa o skrajnych postawach wobec czasopisma „Nowy Napis”, wydawanego przez Instytut Literatury od roku 2019. Dla tych, którzy krytykują autorów periodyku oraz pochodzących z lewicującego środowiska poetyckiego redaktorów, sprawa jest jednoznaczna: mamy do czynienia z rządowym organem propagandowym, którego celem jest szerzenie treści nacjonalistycznych (zdaniem niektórych – faszystowskich) przy jednoczesnym wchłonięciu (zdaniem niektórych – przekupieniu) sporej grupy piszących. Fakt, że redakcja „Nowego Napisu” nie cenzuruje treści tekstów, a częstokroć publikuje artykuły i wiersze wyraźnie zanurzone w lewicowym obrazie świata, świadczy rzekomo na niekorzyść tych, którzy podjęli z redakcją współpracę: zostali oni bowiem, jak twierdzą sceptycy, ugłaskani przez obecną władzę i stracili z oczu rzeczywisty cel Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, czyli, rzecz jasna, budowanie ideologicznej hegemonii.

Spróbujmy teraz spojrzeć na problem z drugiej strony: ewidentnie mamy tu do czynienia z redystrybucyjnym aspektem polityki narodowo-solidarystycznego obozu – zwiększenie nakładów na politykę kulturalną tam, gdzie nie kierowano większych środków od dobrych trzydziestu lat (mam na myśli głównie produkcję poetycką), nie ma charakteru dyskursywnego, ale dla wielu w ścisłym sensie egzystencjalny; oczywiście wciąż mamy do czynienia z układem wypowiedzenia, ten krystalizuje się bowiem zarówno pod wpływem czynników semiotycznych, jak i egzystencjalnych refrenów (dlatego też, podkreślę to raz jeszcze, nie jest on domeną „nadbudowy”, ale przepływów dyskursywno-materialnych). W takiej sytuacji jako obserwatorzy mamy do wyboru dwa wyjścia: możemy uznać ów redystrybucyjny rdzeń narodowo-solidarystycznego układu wypowiedzenia za stracony, podporządkowany nacjonalistycznej opowieści o wspólnocie etnicznej, a zatem niespójny z lewicową „ideologią”, w ramach której narracja o konieczności redystrybucji musiałaby zostać skonstruowana od zera. Drugie wyjście, ku któremu się skłaniam, opiera na wykazaniu gotowości do takiego eksperymentowania z rdzeniem redystrybucyjnym – nawet na terenie powołanym do życia przez narodowo-solidarystyczny układ wypowiedzenia – które przynieść może nam więcej korzyści niż strat. Nie chodzi bowiem o to, by afirmować ów rdzeń razem z całym jego prawicowym kontekstem, ale by na każdym kroku wyraźnie podkreślać jego lewicową proweniencję, a więc zabezpieczać go przed ostatecznym przejęciem przez narodowy solidaryzm. Zauważmy, że „sprawiedliwość społeczna” jako rdzeń układu wypowiedzenia ma tu dwa wymiary: z jednej strony wiąże się ona z samym powstaniem Instytutu Literatury (i ma w tym zakresie charakter a-semiotyczny), z drugiej – jest dyskursywizowana, i dopiero na tym poziomie, na poziome operacji semiotycznych, wpisuje się ją w narrację narodowo-solidarystyczną. Godne płace dla poetów, prozaików i krytyków stać powinny przecież u podstaw walk toczonych w sprekaryzowanej sferze produkcji kulturowej, nie sądzę więc, by pierwszy aspekt interesującego nas rdzenia wymagał z mojej strony jakiejkolwiek argumentacji. Jeśli zaś chodzi o jego drugi aspekt – tu właśnie intelektualna lewica ma rozległe pole do działania.

Głównym zadaniem teoretyków i publicystów powinna być uważna i ostrożna analiza molekularna dominujących układów wypowiedzenia, neoliberalnego i narodowo-solidarystycznego, która umożliwiłaby znaczącą rekompozycję lewicowo-demokratycznego układu wypowiedzenia – jej skutkiem byłoby zbudowanie przekonującej narracji, w ramach której absolutnie jasne dla każdego byłoby to, że postulaty redystrybucyjne zawsze muszą iść w parze z postulatami wolnościowymi, że tylko równość ekonomiczna pozwala nam dokonywać realnych wyborów w zakresie „egzystencjalnego terytorium”, a każde odgórne ograniczenie stylu życia jednostki w rzeczywistości służy wyłącznie interesom klas posiadających. Równość i wolność nie są domeną dwóch rozdzielnych porządków: realnego i symbolicznego. W praktyce dobrze skomponowany lewicowo-demokratyczny układ wypowiedzenia byłby po prostu układem wolnym od ideologii, kształtującym kolektywną podmiotowość bez mitów o narodowej wspólnocie i bez klasowo hierarchizowanych egzystencjalnych terytoriów. Innymi słowy, w zakresie dyskursu z redystrybucyjnym rdzeniem prawicowej narracji uczynić powinniśmy to, co z rdzeniem „wolnościowym” czy ekologicznym w narracji lewicowej uczynił neoliberalny układ wypowiedzenia – sprawić, by jego wzmacnianie nawet na terenie „obcych” mediów pozwalało rosnąć raczej lewicowej niż nacjonalistycznej opowieści o zmianie świata. Nie szalejmy z proporcjami, w końcu literatura nie jest dziś już w czołówce środków umożliwiających skuteczną produkcję podmiotowości, ale czy nie to właśnie dzieje się na łamach „Nowego Napisu”, gdy Monika Glosowitz pisze o wierszach Anny Adamowicz w kontekście ponadgatunkowej wspólnoty interesów[7], albo gdy Paweł Kaczmarski krytykuje Rafała Księżyka za wykastrowanie opowieści o kontrkulturze i dandysach z socjalistycznego i komunistycznego kontekstu?[8].

 

4. Semiopraca nie tylko pozwala odzyskiwać ważne dla lewicy rdzenie podmiotowości, ale wynajdywać nowe i grodzić je przed przechwyceniem

Śmierć spójnego, zamkniętego podmiotu, która swój początek miała na długo przed Nietzschem, a która pod względem teoretycznym dopełniła się we francuskiej filozofii drugiej połowy XX wieku, nie znalazła wcale swojego pragmatycznego zastosowania w działaniach Nowej Lewicy, prędzej w jej roszczeniach – została za to szybko zaprzęgnięta do pracy przez kapitał i dziś stanowi podstawę postfordowskiego sposobu produkcji. W Postscriptum o społeczeństwach kontroli Deleuze nazywa współczesny podmiot „dywidualnym”[9], to znaczy podzielnym, permanentnie rozkładanym na mniejsze części, z których każda znajduje zastosowanie w innym układzie maszynowym służącym zintensyfikowaniu ekstrakcji wartości dodatkowej – to zresztą stanowi podstawę maszynowego zniewolenia, które jako forma kapitalistycznej dominacji zastąpiło społeczne ujarzmienie, jakie charakteryzowało jeszcze fordowski model produkcji[10]. W takich okolicznościach, jak opisał to Gerald Raunig, nie możemy raczej spodziewać się powrotu do dawnych lewicowych wartości, które pozostawały politycznie skuteczne tak długo, jak długo system potrzebował „pełnych” jednostek ludzkich, prowadzących ściśle określony tryb życia. Na dywidualną formę kontroli prawdopodobnie odpowiedzieć będziemy musieli zatem dywidualnym oporem, choć do końca nikt chyba jeszcze nie wie, co właściwie miałoby to znaczyć[11]. Raunig i inni teoretycy współczesnego reżimu produkcji poszukują możliwości „molekularnej rewolucji”[12] rozumianej najszerzej, uwzględniając procesy digitalizacji i finansjeryzacji, my jednak zatrzymajmy się póki co na poziomie potencjalnych sposobów działania naszych maszyn dyskursywnych – ostatecznie to one są przedmiotem tego szkicu.

Wiemy już, że poszczególne elementy składające się na największe kolektywne układy wypowiedzenia postrzegać powinniśmy dziś na sposób molekularny, jeśli bowiem ścierające się ze sobą narracje o świecie nadal ujmować będziemy jako spójne i totalne ideologie, nigdy nie wyjdziemy poza dziewiętnastowieczny model uprawiania polityki, który nijak nie pozwoli nam uczynić z semiopracy skutecznego narzędzia w zakresie wytwarzania nowych form zbiorowej egzystencji. Funkcjonujące obecnie recepty polskiej lewicy na produkcję podmiotowości są zaskakująco naiwne i archaiczne: na każdym kroku zmagamy się z działaniem kolektywnego układu wypowiedzenia, który za sprawą współtworzących go aktorów jest całkowicie niezdolny do eksperymentów z dywidualizacją, a tym samym od lat pozostaje odporny na wszelkie próby jego przekształceń. Lewicowo-demokratyczna opowieść o świecie jest dziś opowieścią dla nielicznych: tych, którzy znają etykietę wielkomiejskiego prekariatu, nigdy nie opowiadają seksistowskich dowcipów, żyją wyłącznie w otwartych związkach, nie korzystają z samochodów i nigdy nie piją piwa przez plastikowe słomki. Jeśli którakolwiek z tych zasad nie jest absolutnie jasna dla odbiorcy komunikatu, odbiorca taki w ogóle nie zasługuje na to, by docierać do niego z treściami dotyczącymi społecznej sprawiedliwości.

Kogo w takich okolicznościach chcemy zachęcić do zapoznania się z heterodoksyjnymi nurtami ekonomii, z nowymi pomysłami redystrybucyjnymi takimi jak bezwarunkowy dochód podstawowy czy odświeżonymi próbami redefiniowania społecznej produktywności jak rozmaite programy gwarancji zatrudnienia? Ściśle wiążąc te rdzenie możliwych światów z wielkomiejskim habitusem i „politykami tożsamościowymi” uprawianymi w sztywny i wykluczający sposób zupełnie odbieramy sobie szansę na konstruowanie kolektywnych podmiotowości, które nie byłyby po prostu efektem reprodukcji już teraz istniejących, skrajnie elitarnych egzystencjalnych terytoriów. Jeśli chcemy, by produkcja semiotyczna lewicowo-demokratycznego układu wypowiedzenia jakkolwiek przyczyniła się do wykroczenia poza obecne kryzysy społeczne, musimy nauczyć się sprawniej rekomponować ów układ wypowiedzenia. Kluczową sprawą jest tu moment „grodzenia” dyskursywnych elementów układu: rdzenie możliwych światów nie mogą być odgórnie zarezerwowane dla wąskiego grona odbiorców, którzy spełnili odpowiednie warunki, ale muszą być restrykcyjnie zabezpieczane przed przechwyceniem przez inne układy wypowiedzenia – narodowo-solidarystyczny i neoliberalny (nie zrozummy się źle: nie jestem idiotą i z wielką radością zareaguję na wieści o kolejnych transferach socjalnych realizowanych przez prawicową władzę – rzecz w tym, by transfery socjalne realizowane przez prawicową władzę uznane zostały wreszcie zarówno przez jej oponentów, jak i zwolenników za projekty „lewackie”).

W praktyce oznaczałoby to wypracowanie mechanizmów zmuszających intelektualną lewicę do takiej produkcji semiotycznej, która wyraźnie uzasadniałaby związki między postulatami równościowymi i wolnościowymi, nie pozwalając na ich rozdzielenie i włączenie w tryby maszyn dyskursywnych składających się na inne układy wypowiedzenia – wiemy przecież, że ich przechwycenie na poziomie dyskursu ma tylko stwarzać pozory: neoliberałowie potrzebują narracji o tolerancji, by zwiększać zyski, a prawica potrzebuje narracji o sprawiedliwości, by projekt sprawiedliwego społeczeństwa nigdy nie zrealizował się w pełni, nawet gdy odczujemy realną poprawę warunków życia. Innymi słowy, chodziłoby o całkowitą rezygnację z działań, w ramach których proponujemy domknięte modele podmiotowości, a następnie staramy się dopchnąć do nich kolanem wszystkie napotkane osoby, traktowane nawet nie jak agenci określonych sił społecznych, ale ich ostateczne i niezmienne ucieleśnienie. Przywołana wcześniej narracja o pracy reprodukcyjnej jako fundamencie wszelkiej działalności ludzkiej stanowi doskonały przykład wyjściowego argumentu na rzecz budowy niepodważalnych związków między feminizmem i sprawiedliwością społeczną: tylko rozwijając ten argument, możemy uczynić narrację prokobiecą atrakcyjną tam, gdzie nie jest ona „w dobrym tonie”, a tam, gdzie jest ona „w dobrym tonie”, zweryfikować, co naprawdę oznacza sprzyjanie feministycznym walkom. Prawdziwym wyzwaniem powinno być dla nas ciągłe wynajdywanie ścisłych relacji między nowymi strategiami redystrybucji społecznego bogactwa i potencjalnie wzrastającą dzięki nim jednostkową autonomią społecznych aktorów – jeśli jednak chcemy pozwolić na rozdzielenie tych kwestii, to już teraz możemy odpuścić sobie jakiekolwiek starania.

 

[1] Mario Tronti. 2019. Workers and Capital. Trans. David Broder. London–New York: Verso [e-book].
[2] Antonio Negri. 2004. Factory of Strategy. 33 Lessons on Lenin. Trans. Arianna Bove, New York: Columbia University Press [e-book].
[3] Félix Guattari. 2009. Soft Subversions. Texts and Interviews 1977–1989. Trans. Chet Wiener and Emily Wittman. Los Angeles: Semiotext(e), p. 244.
[4] Gilles Deleuze, Félix Guattari. 2017. Anty-Edyp. Kapitalizm i schizofrenia. Tom I. Przeł. Tomasz Kaszubski. Warszawa: Krytyka Polityczna, s. 38.
[5] Przykładem tego niech będzie sztywny, biurokratyczny model zachowania dominujący w ramach idpols – biorę pod uwagę, że podnoszone przeze mnie argumenty, choć bardzo bym tego chciał, raczej nie zachęcą wielu osób do dyskusji, a większość sprowokują do stawiania mi zarzutów o mansplaining i brak kompetencji do podnoszenia kwestii feministycznych, wynikający z mojego „braku doświadczenia funkcjonowania w roli kobiety”.
[6] Félix Guattari, Antonio Negri. 2010. New Lines of Alliance, New Spaces of Liberty. Trans. Michael Ryan, Jared Becker, Arianna Bove, and Noe Le Blanc. Ed. by Stevphen Shukaitis. London–New York: Minor Compositions/Autonomedia/MayFlyBooks, p. 80.
[7] Monika Glosowitz. 2019. „Wyjść poza skórę świata. O wierszach Anny Adamowicz”, Nowy Napis 1, s. 113.
[8] Paweł Kaczmarski. 2019. „Wszystko ze wszystkim. Problemy z wywracaniem kultury”, Nowy Napis Co Tydzień #008, https://nowynapis.eu/tygodnik/nr-8/artykul/wszystko-ze-wszystkim-problemy-z-wywracaniem-kultury [dostęp 21.08.2019].
[9] Gilles Deleuze. 2007. „Postscriptum o społeczeństwach kontroli”. W: tegoż. Negocjacje. 1972–1990. Przeł. Michał Herer. Wrocław: Wydawnictwo Naukowe Dolnośląskiej Szkoły Wyższej Edukacji TWP.
[10] Więcej na ten temat – zob. Maurizio Lazzarato. 2014. Signs and Machines. Capitalism and the Production of Subjectivity. Trans. Joshua David Jordan. Los Angeles: Semiotext(e), przede wszystkim rozdział Production and the Production of Subjectivity: Between Social Subjection and Machinic Enslavement.
[11] „Jak można wyobrazić sobie i skonceptualizować transwersalne formy dys-/asocjacji bez ich indywidualnego uwarstwienia i/lub bez totalizujących jednostkowości? W jaki sposób takie dys-/asocjacje mogą umknąć smutnym figurom podziału, separacji, poświęcenia, długu i osłabienia? Jak może wydarzyć się dys-/asocjacja bez jej jednoczesnej degradacji do środka umożliwiającego gładką transformację maszynowo-kapitalistycznego modelu produkcji, bez akceleracji wyzysku, dominacji i podporządkowania?”. Gerald Raunig. 2016. Dividuum. Machinic Capitalism and Molecular Revolution. Vol. 1. Trans. Aileen Derieg. South Pasadena: Semiotext(e), p. 183.
[12] Félix Guattari. 1984. Molecular Revolution. Psychiatry and Politics. Trans. Rosemary Sheed. Harmondsworth–New York: Penguin Books.

Dawid Kujawa

Krytyk literacki, redaktor, marksista. Interesuje się najnowszą polską poezją i politycznym wymiarem historycznych ruchów awangardowych. Związany z czasopismem naukowym „Praktyka Teoretyczna”.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!