Nieudane kopie Masłowskiej

„Masłowskiej rośnie konkurencja. Dominika Dymińska może wygląda jak słodkie dziewczę, ale ma ostry języczek i równe zadziorne pióro” [Karolina Sulej, „Przekrój”]. „Kiedy czytałem opowiadania Agaty Porczyńskiej, pomyślałem, że oto pojawił się talent na miarę Doroty Masłowskiej” [Dariusz Nowacki, „Gazeta Wyborcza”]. Tak bardzo pragniemy drugiej Doroty Masłowskiej, ale nie tej w „nowym wydaniu”, tylko tej w stylu Wojny polsko-ruskiej. Nieważne, że postmodernistyczne gry językowe są jak odsmażany kotlet – krytycy pragną tekstowego mięsa na miarę Pawia królowej z lekką wadą wymowy.

Proza dwóch debiutantek: Dominiki Dymińskiej i Agaty Porczyńskiej została bez wahania zestawiona z książkami autorki Między nami dobrze jest. Nawet gdyby obydwie pisarki siliły się na „bycie Masłowską”, to trudno spoglądać na ich prozę przez pryzmat Wojny polsko-ruskiej czy Pawia królowej. Wydawnictwo, redaktorzy i krytycy wyświadczyli debiutantkom niedźwiedzią przysługę, sięgając po nazwisko Masłowskiej dla celów marketingowych. Chwyt zapewne spełni swoją rolę – profity ze sprzedaży wzrosną, jednak niekoniecznie przełoży się to na zadowolenie czytelników. Takie zestawienie nazwisk powoduje, że oczekiwania diametralnie wzrastają – a, co tu dużo mówić, poprzeczka jest zawieszona wysoko. Niestety, ani Dymińska, ani Porczyńska nie są w stanie jej przeskoczyć. Mięso wypada, mówiąc oględnie, kiepsko; Wada wymowy – średnio. Zastanawia mnie jednak, czy nieudane kopie autorki Wojny… można rzeczywiście uznać za nieudane. Czy na moją ocenę negatywną (w przypadku Dymińskiej) i ambiwalentną (w przypadku Porczyńskiej) nie miała wpływu sugestia, że są to „drugie Masłowskie”?

Po przeczytaniu Wady wymowy zaczęłam zastanawiać się, co tak naprawdę łączy te trzy autorki, czy w ogóle obecne są jakieś punkty wspólne? Jeśli skoncentrujemy się na zestawieniu ich prozy, okazuje się, że Dymińską z Masłowską jednoczy wiek debiutu oraz literacka autokreacja (u Dymińskiej występująca pod postacią autorskiego ekshibicjonizmu, u Masłowskiej wykorzystana wyłącznie jako chwyt narracyjny). Porczyńską do Masłowskiej zbliża z kolei wirtuozerska zabawa językiem, kolaż medialnych stylów i miszmasz gatunkowy. Skoro każda „zapożyczyła” od prekursorki odrębny element, to czy można znaleźć dla nich wspólny mianownik? Wbrew pozorom – tak, jednak zgodność ta będzie specyficzna: powiedziałabym bowiem, że Dymińska jest bohaterką prozy Porczyńskiej.

Autobiograficzne w Mięsie opisy inicjacji, problemów rodzinnych i nieumiejętności nawiązania kontaktów międzyludzkich stają się tematem prozy Porczyńskiej, która „wykorzystuje” zasłyszane/przeczytane w Internecie historie i poddaje je językowej obróbce, by jak najmocniej wycisnąć z nich ludzką, przeciętną nieudolność, banalność i śmieszność. „Zwykle wymieniałam po kilka wiadomości, jeśli stwierdzałam, że kandydat jest wart zainteresowania, przenosiliśmy się na komunikator. I na tym się kończyło. Nie bardzo umiałam rozmawiać. Rozmowy się nie kleiły”[i] – o takich „wadach wymowy”, rozumianych jako trudności w budowaniu relacji i problemy z komunikowaniem się, pisze Porczyńska. Wady wymowy powodują, że nie mamy już do czynienia z miłością, lecz z „mi ością” w żartobliwym, Leśmianowskim wydaniu. Upośledzenie językowe: niewymawianie niektórych głosek, ubogie słownictwo czy brak interpunkcji, składa się na obraz codziennej tragifarsy. Farsy, którą Porczyńska nieustannie podkręca, w efekcie czego język ocieka ze sztuczności.

Otrzymujemy zatem dwie wyraźnie odmienne prozy: Mięso – dziennikowe zwierzenia nastolatki w epoce Facebooka, napisane językiem mówionym, bez literackich fajerwerków, oraz Wadę wymowy – zbiór scenek rodzajowych o współczesnych związkach międzyludzkich, do opisu których wykorzystany zostaje cały wachlarz językowych perturbacji. Na te dwa tytuły chciałabym spojrzeć nie przez pryzmat twórczości Masłowskiej, lecz w kontekście obecnej kultury Internetu, która coraz silniej wpływa na kształt współczesnej narracji. Moim celem jest znalezienie odpowiedzi na dwa pytania: dlaczego powieść Dymińskiej i opowiadania Porczyńskiej są nieudanymi kopiami Masłowskiej? Oraz przewrotnie: dlaczego ich prozę można/nie można uznać za udaną, rozpatrując ją z perspektywy współczesnej kultury?

Najpierw jednak warto powrócić na moment do porównania obydwu książek z twórczością Masłowskiej. Ujawniająca się w Pawiu królowej MC Doris zostaje zastąpiona u Dymińskiej przez bohaterkę-narratorkę utożsamianą z autorką, w wyniku czego w Mięsie nie pojawia się żadna narracyjna gra z czytelnikiem. Brak charakterystycznych dla Masłowskiej elementów metapowieściowych u Dymińskiej nie oznacza jednak, że w Mięsie nie mamy do czynienia ze strategią odkrywania procesu twórczego. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że cały tekst Dymińskiej jest jednym spójnym i wyraźnym aktem wskazującym moment pisania. „Jest 13 grudnia 2006 roku. Środek grudnia. Mam 15 lat. Od niedawna mam bezprzewodowy Internet. Od trzech tygodni. Świat istnieje dzięki złączu wi-fi. To taka biała kosteczka, którą wkłada się do USB. Wygląda jak pendrive. Budzę się rano, schodzę do salonu, od razu włączam komputer” [D. M, 26]. Powyższy fragment jest sprawozdaniem z czynności wykonywanej przez bohaterkę-autorkę, która nieustannie relacjonuje swoje życie, jakby je ciągle wystukiwała na klawiaturze i na bieżąco zamieszczała wpisy na blogu. Nie pojawiają się tu zdania stricte autotematyczne, ale podczas lektury odnosi się wrażenie, że autorka nie spisywała swoich przeżyć na karteluszkach w wieku 15 lat, by schować je do szkatułki zamykanej na kluczyk, ale od razu wrzucała na fejsa: „Zakładam profil na portalu społecznościowym. Piszę dużo o sobie. Chyba wszystko, co wiem. Specjalnie robię sobie zdjęcia. Na żadnym nie ma twarzy w całości. Specjalnie się do tych sesji ubieram i maluję. Poprawiam zdjęcia w programie do obróbki zdjęć. Trochę rozmazuję, żeby wyglądać szczuplej. Bardzo dbam o mój profil i regularnie go aktualizuję. Zapraszam też bardzo dużo znajomych” [D. M, 21].

Głównym tematem, jakże chwytliwym, są inicjacje seksualne – Dymińska nie szczędzi opisów doświadczeń cielesnych: od rozdziewiczenia ogórkiem po połknięcie spermy. Mięso buduje obraz nastolatki, która ma trudności z prowadzeniem rozmów, przez co nie umie także opisywać własnych emocji – przedstawienie sytuacji rodzinnej kończy się na krótkich, zdawkowych zdaniach: „Rodzice się rozwodzą. Mam siedem lat. To jest po prostu tak, że tata się pakuje i gdzieś jedzie” [D. M, 14], „Mama miała potem nowego chłopaka. Zwykle go lubiłam, ale nie lubiłam go, kiedy zwracał mi uwagę. A robił to często. Właściwie często go nie lubiłam. Mama dużo na niego krzyczała i on krzyczał na nią” [D. M, 15]. Zdania przypominają mowę dziecka z podstawówki, które trochę się wstydzi, w głównej jednak mierze nie wie, w czym tkwi problem. Enigmatyczne opisy dotyczą także scen seksu: „On pyta, mogę skończyć. Odpowiadam, tak. On kończy” [D. M, 121]. Bohaterka nie potrafi prowadzić dialogu, ale jest za to doskonałą reprezentantką „pokolenia szperaczy”, dla którego na Google’u zaczyna i kończy się świat: „Trochę później zaczęłam wpisywać ‹‹seks›› w wyszukiwarkę. Wpisywałam też ‹‹cipka››. Oglądałam setki zdjęć w Internecie. Przerażała mnie myśl, że w moim ciele jest taka ogromna przepaść. I że nawet nie umiem jej znaleźć” [D. M, 9].

„Przepraszam, wlaczylem w nerwach jakis przycisk i brakuje mi teraz polskich znakow. Jakby nasza komunikacja i tak nie byla już wystarczajaco przejebana”[ii] – Porczyńska także porusza się w przestrzeni Internetu, wydobywając z niego najróżniejsze odmiany przekazu: od e-maili, przez chaty po fora. Formy popkulturowe, mające obnażyć językową ułomność, banalność, powierzchowność emocjonalną i pseudointelektualność, w pewnym momencie zaczynają jednak zwyczajnie nudzić. Autorka pokazuje nam współczesność pod postacią różnorodnego i często kalekiego języka, redukując tym samym człowieka do kodu, którym się posługuje. Nie wypada się nie zgodzić, że język nas konstruuje i etykietuje, jednak u Porczyńskiej nie znajdziemy nic poza mową – psychologia schodzi na trzeci plan, zaraz za formą gatunkową. W efekcie, po przeczytaniu książki pozostały mi w głowie świetne zagrania słowne, jednak nie potrafię przypomnieć sobie żadnej historii – wszystkie postaci zlewają się w jeden konstrukt lingwistyczny. Okazuje się, że pomimo stylistycznej wielorakości, otrzymujemy papkę, bełkot, który pewnie sprzedałby się w formie stand-up, jednak nie w zbiorze 29 opowiadań. Co z tego, że autorka „nie powtarza się”, jak stwierdził Dariusz Nowacki, skoro z tej kompilacji stylów niewiele wynika. Porczyńska jakby chciała powiedzieć: załatwmy najpierw sprawę z językiem, bo inaczej nie dojdziemy do porozumienia. Jeśli tak, językowe „wymiociny” i netspeakowy bełkot rzeczywiście są jakimś znakiem relacji międzyludzkich, od których trzeba zacząć. „Hey psyhstojniaku! <buziaczek>/ – Skont jesteś? <serducho>/ Z Leshna <LOL>/ – Aha <zniesmaczony>? – A ty?/ – Ja nie <ROTFL>” [P. WM., 10] – dialog żałosny, ale nie można się nie zgodzić, że w Internecie panuje maksyma „jeden emotikon wart jest tysiąca słów”. Między nami może i dobrze jest, gdyby nie ta wada wymowy.

Przyglądając się Dymińskiej i Porczyńskiej z perspektywy kultury Internetu, wymienić możemy trzy zjawiska, które wpłynęły na ukształtowanie się zarówno formy, jak i języka debiutanckich utworów. Po pierwsze, należy wskazać na portale społecznościowe, które ukształtowały narrację: Twitter narzucił rygory ujęcia tekstu w 140 znakach; Facebook – styl relacjonujący wydarzenia z własnego życia, info zamieszczone na wallu jest bowiem jak sms wysłany do wszystkich i do nikogo; YouTube z kolei doprowadził do nobilitacji formy wizualnej, w efekcie czego fragmenty w prozie przypominają krótkie filmiki nagrywane telefonem komórkowym. Przykładem wpływu portali społecznościowych na kształt narracji jest „rozdział” w książce Dymińskiej składający się z jednego zdania: „Całe lato przepłakałam” [D. M, 145] oraz ustępy z opowiadań Porczyńskiej budowane na wzór rozmowy prowadzonej na czacie.

Drugim zjawiskiem jest „blogizacja literatury”, która przejawia się zarówno w stosowanym języku – potocznym, emocjonalnym i ekshibicjonistycznym, jak i w sposobie prowadzenia narracji – krótkie, urywane fragmenty pełnią rolę sprawozdania z codzienności bądź są pamiętnikarskim wylewem uczuć. Mięso Dymińskiej przypomina zbiór „fotek z rąsi” zamieszczanych na fotoblogu. „Wzięłam maszynkę i ogoliłam bikini. Zostawiłam trochę włosów, bo bałam się skaleczyć. Usiadłam na ziemi, rozłożyłam nogi, jedną rękę położyłam na wzgórku łonowym. Zrobiłam kilka zdjęć. Przerobiłam je trochę, żeby były niewyraźne” [D. M, 32] – autorka bez żadnych hamulców relacjonuje konkretne intymne sytuacje.

Trzecim wpływem Internetu na literaturę byłaby modyfikacja języka. W przypadku Dymińskiej plastyczność języka została całkowicie zredukowana do czystej, potocznej relacji (przykładem może być dialog między matką a córką: „Mama miała potem męża. Jechałyśmy razem samochodem, ona powiedziała, wiesz co. Ja powiedziałam, nie wiem. Ona powiedziała, będę z kimś. Ja powiedziałam, jak to” [D. M, 17]), u Porczyńskiej natomiast otrzymujemy stylizację na język sieciowy (ilustrację stanowi choćby fragment przypominający wpis na forum internetowym: „Napiszcie mi proszę, dziewczyny, co o tym sądzicie, czy dobrze postępuję, dając mu kolejną szansę, czy też powinnam sobie jednak takiego typa odpuścić i postawić na nim krzyżyk, a przy okazji – cieszycie się, że wracają w tym sezonie spodnie dzwony?” [P. WM, 171]).

Wskazane kierunki wpływu Internetu na kształt literackiego tekstu dowodzą, że „pokolenie Facebooka” nie stworzy rozbudowanej i spójnej narracji, ponieważ jest ona obca jego doświadczeniu komunikacyjnemu. Zatem to wedle takich kryteriów powinno rozpatrywać się prozę Dymińskiej i Porczyńskiej – jako znak przemian we współczesnej kulturze. Teksty fragmentaryczne, „podziurawione” i potoczne są w stanie obronić się same, pod warunkiem, że autor ma wystarczająco wiele do przekazania, i że jego wpisy nie kończą się na wrzuceniu ich na fesja, a zabawy językiem powiedzą nam coś więcej, niż tylko tyle, że Internet jest skarbnicą dla lingwistów. Metoda, za pomocą której starałam się obronić autorki, okazuje się zatem niewystarczająca. One nie są nieudanymi kopiami Masłowskiej, gdyż kopiami w ogóle nie są. Nie rozumiem, dlaczego Zofia Bałdyga akceptuje podany jej na talerzu kawałek mięsa, Kinga Dunin fascynuje się „świeżą, odkrywczą polszczyzną” (która nie jest ani świeża, ani odkrywcza), a Michał Łukaszuk zachwyca się opisami seksu, „o którym tak rzadko pisze się publicznie”[iii].

W najnowszej książce Kochanie, zabiłam nasze koty Masłowska odchodzi od postmodernistycznych gierek, by pokazać współczesność w stanie po „odwirowaniu”. Przemysław Czapliński wskazuje na zastosowaną „poetykę trywialnej fantasmagorii”[iv], oddającą całkowite zmieszanie życia ze snem. W Kochanie… wszyscy żyją nie swoim życiem, ciągle śnią o świecie z kolorowych magazynów, poszukują własnej osobowości, albo raczej – „przymierzają” znalezione tożsamości. Pokaleczony język zastępuje kolaż gatunkowy z początkowych książek – Masłowska pokazuje, że różnorodność stała się tak naprawdę papką, będącą znakiem utraty indywidualności, rozczarowania i niespełnienia.

Jednak tak jak Dymińska i Porczyńska wypadają blado w porównaniu z Masłowską, tak „nowa Masłowska” („nowa” w rozumieniu – najnowsza książka), według większości krytyków, jest kiepska w zestawieniu ze „starą Masłowską”. Oczekiwano, że nadejdzie czas, kiedy proza znów zacznie mówić „masłem”, powróci wirtuozeria, polifonia, niesamowite flow, ochy i achy. A tu otrzymaliśmy skandaliczny brak skandalu. I na taką Masłowską czekałam, która nie będzie po 10 latach przemawiać do mnie językiem hip-hopu i krzyczeć: „Ludzie! oż ty, penis pochwa, kurde!” [Paw królowej]. Kochanie, zabiłam nasze koty to tak naprawdę niezwykła diagnoza rzeczywistości i społeczeństwa, które zatraca się w apatii i tonie w oceanie rzeczy-absurdów.

Podczas gdy Dymińska i Porczyńska pokazują świat napęczniały od przedmiotów i realnych, i wirtualnych, przyjmując przy tym postać syren, które upijają się rzeczywistością, Masłowska opisuje ten świat już z innej perspektywy – przedstawia go w momencie, kiedy „kurek oceanu” został wyjęty, a w czasie suszy świat zamienia się w jedno wielkie śmietnisko. Masłowska znów jest o krok dalej. Póki co, syreny są jeszcze pijane.

[i] D. Dymińska, Mięso, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2012, s.55. Kolejne cytaty będę oznaczać skrótem: [D. M, 55]
[ii] A. Porczyńska, Wada wymowy, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013, s. 152. Kolejne cytaty będę oznaczać skrótem: [P. WM, 152]
[iii] M. Łukaszuk, Ludzkie flaki po wielkim wybuchu, „Wakat” 2012, nr 18-19, s. 69-72.
[iv] Pierwsza recenzja nowej powieści Masłowskiej: P. Czapliński, Na to czekaliśmy – aż Masłowska opowie o wspólnych doświadczeniach dzisiejszych 30-latków, „Książki. Magazyn do czytania” 2012, nr 3(6), s. 21.

Urszula Pawlicka

(1987) Studentka Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Należy do Fundacji Liternet. Współpracuje z portalem literackim Niedoczytania.pl, zamieszcza felietony na stronie Ha!artu. Publikowała m.in. w Magazynie Techstów, artPapierze, Portrecie, Pograniczach, Czasie Kultury, Kofeinie art-zin, Redzie (on-line). Krytyczka i fascynatka literatury nowych mediów. Mieszka w Olsztynie.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!