Kooperatyw twórczy “Piksel Zdrój” o sobie i wzajemnej miłości

To musiała być miłość, pomnożona przez osiem i rozdystrybuowana niczym bąbelki wody gazowanej pomiędzy bohaterów i narratorów, autorów i ich alter ega, między fabułę i meta-fabułę, prawdę a zmyślenie.  Piksel Zdrój – kolaboratywna powieść sieciowa to dzieło miłości powstałe w warunkach wybitnie jej nieprzyjaznych, gdzie wciąż panuje idea pojedynczego, niekochanego, romantycznego geniusza, wielkiego masturbatora! Autorzy tego kolegialnie tworzonego dzieła udowodnili, że prozę można pisać wspólnie, czy wręcz, jak mówi Maja Staśko – wspólnotowo, i dobrze się przy tym bawić. Oto jak do Piksel Zdroju doszło i czym stał się dla grupy. Przekażmy sobie piksel miłości!

“Mówi się, że gdzie dwóch Polaków, tam trzy zdania na ten sam temat. Proszę więc sobie wyobrazić wirtualną konwersację ośmiorga Polaków, którzy nigdy w życiu nie spotkali się osobiście, a próbują opisać wspólną imprezę z ustaleniem rzeczy fundamentalnej, czyli co pijemy” – tak w skrócie ktoś z nas, choć trudno powiedzieć kto dokładnie, opisał zadanie, jakie ubiegłego lata stanęło przed ośmioma autorami: Natalią Jakusiewicz, Jagodą Cierniak, Moniką Kapelą, Olafem Kellerem, Lechem Mikulskim, Mariuszem Pisarskim, Anną Piwowarską i Szymonem Stoczkiem. Powieść o lecie w mieście i zbrodni na plaży to szczęśliwe pokłosie nowomedialnych warsztatów pisarskich “Piksel i Lira”, spośród których wyłoniło się siedmiu wspaniałych, czyli najbardziej zapalonych do wspólnej pracy autorów, gotowych do przyjmowania cięgów od koordynatora (Pisarski z cierpliwą pomocą Piwowarskiej) tego poważnego, gdyż pobłogosławionego przez Ministra Kultury, przedsięwzięcia.

Pierwotnie zasięg eksperymentu był skromny. Posiłkując się dokonaniami niedługiej tradycji wspólnego tworzenia prozy w sieci, autorom zaproponowano zrobienie choćby jednego kroku w przód, aby tradycję tę wzbogacić. Punktem wyjścia były eksperymenty organizowane przez nieistniejący już brytyjski wortal Trace i jego dwa kolaboratywne projekty: Noon Quilt (1999) i Eclipse Quilt (2000). W każdym z nich wzięło udział kilkudziesięciu autorów, którzy pisali krótkie opowiadania na z góry określony temat. Zebrano je następnie pod jednym tytułem i udostępniono w obrębie pojedynczego interfejsu. Kompozycja tych prac była maksymalnie prosta. Od strony głównej przechodziło się do wybranego opowiadania, po czym wracało w to samo miejsce.

Naszych zadaniem było napisanie trzech segmentów “obowiązkowych” techniką kontynuacji czasowej lub zbliżeń przestrzennych, stworzenie odnóg narracyjnych (kontynuacje lub dygresje) oraz linkowanie do wspólnych motywów odnalezionych w tekstach współuczestników. Choć kroczyliśmy po omacku i pod kolejną falą upałów, praca przebiegała “powoli, ale do przodu”, jak mówią niemieccy sąsiedzi. Wymianie tekstów zaczęła towarzyszyć wymiana opinii, okazjonalnych żartów i fochów. Powoli, “między nami kolaborantami” nawiązywać się zaczęła całkiem naturalna więź. Nic dziwnego, że gdy okazało się, iż pierwotny plan został wykonany i stworzyliśmy coś więcej niż Noon Quilt, pojawiły się odczuwalna pustka i wyraźny niedosyt. I to miałoby być na tyle? Całe to gadanie o wspólnym tworzeniu tak miałoby się zakończyć – kolekcją osobnych historii splecionych wodą mineralną i fuksjowymi paznokciami? W chwili, gdy naprawdę zaczęliśmy się nawzajem lubić?

Na szczęście ktoś powiedział to głośno i wysłał na grupę zawołanie, które zmieniło losy projektu: “A co, gdybyśmy tak naprawdę napisali coś razem?”

Od tego momentu rozpoczęła się właściwa przygoda. Postanowiliśmy wspólnie wymyślić fabułę, miejsce akcji i bohaterów. Sfikcjonalizowaliśmy samych siebie, decydując, że przedmiotem powstającej “linii wspólnej” będziemy my sami, a raczej nasze alter ega, wybierające się na wyjazdową odsłonę warsztatów literackich, w których braliśmy udział w realu. Odtąd – aż do premiery i dalej – dziesiątki szczegółów odnośnie świata przedstawionego, zachowania postaci, a nawet wyglądu stron www ustalaliśmy kolegialnie, drogą negocjacji, regulacji i minimalnej – choć obecnej – moderacji. Zaczęliśmy też łączyć się w pary przyciągających się lub odpychających cząsteczek, gdzie Magda wzdycha do Szymona, a Szymon woli Annę, która z kolei myśli o Andrzeju, choć ten wolałby zjeść na deser Lukrecję.



[Anna Piwowarska] I wszyscy jednogłośnie kochają Olafa – łącznie z nim samym w jego rozdwojonej osobowości.

Korzystając z nadarzającej się okazji, autorzy postanowili demokratycznie oddać głos swoim przyszłym czytelnikom, by także i oni mieli swój (niebagatelny) udział w kształcie fabuły. Podczas spotkania z Piksel Zdrojem w ramach festiwalu Ha!wangarda to publiczność, w drodze głosowania, zadecydowała, która z postaci zginie w takcie nocnej zabawy na kołobrzeskiej plaży.

Il.1. Olaf Keller, Okładka nieistniejącego żurnala “Crosnopolitan”, opublikowana na mediach społecznościowych w lutym 2015.

Ów dodatkowy wkład w toczącą się pracę zespołową wyznaczył ważny punkt w życiu projektu: wzbudził pewną społeczną (i społecznościową) świadomość grupy, która od tej pory – zwłaszcza na etapie popremierowym – chętnie zabiegać będzie o głosy, opinie, “lajki” publiczności na popularnych platformach społecznościowych. Spotkanie festiwalowe pokazało, że osoby z zewnątrz, czytelnicy, dużo chętniej przystępują do wspólnych działań literackich, jeśli przygotowywane dzieło jest tworzone przez grupę, a nie przez pojedynczego autora. Wspólne tworzenie tekstu, czy jego przebiegów fabularnych, traktowane jest wtedy jako happening, ćwiczenie literackie, eksperyment o niewiadomym wyniku, ale ze współudziałem, i współodpowiedzialnością, każdego zainteresowanego. Taki proces twórczy jest dużo przystępniejszy i bardziej otwarty na żywe, nawet improwizowane działania, niż model pracy samotnego (romantycznego, modernistycznego) geniusza-masturbatora, zamkniętego na cztery spusty w swoim literackim warsztacie.

Pozytywny oddźwięk, z jakim spotkał się projekt podczas przedpremierowego pokazu, zachęcił autorów do poszerzenia swych ról i do otwarcia się na bardziej ludyczne, nieobecne w tradycyjnym arsenale komunikacji literackiej, interakcje z czytelnikami. Podejmowane później działania, łącznie ze wspólnym opracowywaniem strategii, były kluczowe w fazie promocyjnej: rozpowszechnianie nieistniejących wywiadów oraz okładek nieistniejących, kolorowych żurnali z autorami Piksel Zdroju w roli głównej i sensacyjnymi nagłówkami nieistniejących artykułów o „hipertekstowej zbrodni fuksjowego zabójcy” mieszało się w internecie z autentyczną kampanią informacyjną wydawcy i z prywatnymi komunikatami wysyłanymi przez każdego z autorów z osobna. Tworzenie informacyjnego mash-upu fikcji i faktów, wizerunków prywatnych i publicznych przy szczodrym wykorzystaniu poetyk komunikacyjnych podsuwanych przez media społecznościowe złożyło się na ostatnią, nie mniej ciekawą, a już na pewno wciąż mało badaną, fazę literackiej aktywności grupy, która  wiązała nas i pętała bardziej niż hipertekstowe linki i krawaty Christiana Greya. Do tego stopnia, że w cichym porozumieniu odmówiliśmy rozwiązania grupy e-mejlowej. Kolejne spotkania z czytelnikami, które doprowadziły do kolejnych spotkań w obrębie grupy, raz jeszcze utwierdziły nas w przekonaniu, że razem tworzymy coś więcej niż osobno. A tymczasem nadciągnęła kolejna fala upałów….

Il. 2. Olaf Keller, Okładka nieistniejącego żurnala “Hipness”, opublikowana na mediach społecznościowych w lutym 2015.

Poniżej dzielimy się osobnymi głosami na temat wspólnych przygód pod namiotem “Piksel Zdroju”


[Olaf Keller]  Codziennie rano, gdy wstawałem, słyszałem w głowie głosy pozostałych autorów, przed oczyma pojawiały mi się powidoki czynności, które wykonywali, czułem w żołądku pożywienie, które spożywali, wieczorami kochałem się z ich mężczyznami i kobietami, a nocami śniłem ich sny. To była czysta symbioza na poziomie kwantowego splątania. Do końca życia pozostaniemy siostrami i braćmi, do końca życie dzielić będziemy to transcendentalne gdzieś-tam-nie-ja-ale-tez-i-ja-ommmmmmmmm.

[Anna Piwowarska]
Od czasu, gdy Olaf uwiódł mój umysł owocami morwy czarnej nic już nie było takie samo. Nawet mailowe flirty z Mariuszem…
Natalio – przyznaję, że wobec różowej Lukrecji żywiłam niezdrową fascynację.
Magdaleno – rywalizować z Leną było mi nawet lepiej.
Szymonie – przepraszam, że moja bohaterka nazwała Cię wymoczkiem. To z fascynacji bąbelkami. Wybacz.
Jagodo – Suka jak suka, ale dredy jej pani – uległej i dominującej – mmm.
Bohater Klemensa (a więc i Lecha) stał się moim bohaterem – Waldemarem Bezrobotnym Socjologiem. A jak wiadomo swoich bohaterów kochamy najbardziej – zwłaszcza gdy Ci zakochują się w naszym alter-ego z różowymi tipsami i suczym uśmiechem na ustach.

Znowu to samo – miałam robić coś innego i poważnego – a siedzę w upalny wieczór i śmieję się do siebie – pisząc i czytając.

[Szymon Stoczek]

Mam Piksel w oku, niezbywalnie. Wpadł i już zostanie zupełnie jak ziarnko w oku. Miłość, nie-miłość, ciężko orzec, bo czy możesz kochać coś, co podrażnia spojówkę, powoduje płynięcie łez? Jeśli miłość jest możliwa, to wyłącznie przez cierpienie, a to nie pozostaje bez wpływu na percepcję. Kochać wodę gazowaną – to wyzwanie, kochać same bąbelki – to misja godna najwyższego szamana. Dzielić i mnożyć przez rodzaje, dodawać ścieżki, którymi warto, a może trzeba podążyć. Pamiętam jak zabłąkałem się w Pikselu Zdroju i wciąż, jak nachalny wierny, wracałem do feralnej wróżby. Nie ma dobrej drogi w miłości. Kocham postacie, dlatego je tworzę, kocham je zabijać. To ja zabiłem Laurę Palmer, tfu, Lukrecję, i napisałem o tym książkę pod pseudonimem. A może to nie byłem ja…? Kochać to znaczy kłamać, kiedy mówi się prawdę – o tamtej imprezie na plaży, o tym, co się stało i co stać się nie mogło ( to drugie może ważniejsze w miłości, w Polio, w polarze?).

Muszę kończyć, bo słowa zabierają całą miłość. Nie da się kochać tylko mówiąc.
Trzeba jeszcze pić wodę. Póki dają, trzeba pić.


[Monika Kapela]

„Kocham się sam w sobie, ale miłością bez wzajemności” – powiedział kiedyś Zdzisław Beksiński i Magdalena podpisuje się pod tym obiema rękami i nogami. Wewnętrznie rozdarta na Magdę i Lenę, chyba podświadomie na obiekt swych westchnień wybrała Olafa, którego żeńskie alter-ego stało się w pewnym momencie jej największą rywalką. Perspektywa spotkania go w realu wygrała z początkami fobii społecznej, która sprawiała, że wizja egzystowania z siedmiorgiem zupełnie obcych ludźmi (i o zgrozo! ścisłej z nimi współpracy) spędzała jej sen z powiek. Jednak ostatecznie największym wyzwaniem dla Magdaleny okazała się miłość własna i akceptacja własnej polifonicznej natury. Bo żeby kochać innych, trzeba najpierw pokochać siebie. Z wzajemnością.

[Natalia Jakusiewicz]

Dziś, kiedy Saturn wychodzi ze Skorpiona, a  następnie wędruje do znaku Strzelca, widzę sprawy zupełnie inaczej. Lukrecja została zabita z miłości, tylko i wyłącznie. Od momentu, kiedy mieszała ciasteczka, wiedziała, że ludzie, z którymi się spotka (psotka?) to uczuciowe bomby (bombardowanie miłością jak w sekcie). Ona sama drgała i drżała, a gdy już się spotkali, wszystko było jasne, widoczne jak na dłoni (przypomnienie: znak Lukrecji w Piksel Zdroju to czysta prawa dłoń). Czuła, że ta bomba nie ma jeszcze zawleczki, ale za chwilę będzie ich kilka, będą zwisać i czekać aż ktoś pociągnie – temat miłości w odpowiednią stronę.

Czy spodziewała się swojej śmierci? Trochę tak. Może nawet poniekąd się do niej szykowała. Przygotowała przecież kartkę, kolaż, list, którą wysłała do wydawnictwa jeszcze przed wjazdem do Pikselandii, przed wyjazdem na literackie wczasy.

Skarabeusz sercowy w natarciu.

Tydzień walki z miłością – wezmę udział.

Il. 3 Ostatnie zdjęcie wykonane przez Lukrecję, tragiczną bohaterkę Piksel Zdroju, przed wyjazdem na warsztaty hipertekstowe do Kołobrzegu.
  
WYPISY POLIAMORYCZNE:  

JOANNA: BEZROBOTNY SOCJOLOG WALDEMAR O PRACOWNICY BANKU, NA KTÓRY MA WŁAŚNIE NAPAŚĆ

Widok tej suki z paznokciami w kolorze fuksji, która z wyższością mówi mi, że nie mam u niej szans – to było to słodkie upokorzenie, na które czekałem przez cały rok. A może nawet i całe życie. Wychodząc, wyobrażam sobie, że pod tym biurkiem rozkłada nogi jak Sharon Stone.

SUKA O JOANNIE

1. Przez cały czas trwania warsztatów nie mogę się skupić. Gapię się ciągle na fuksjowe paznokcie koordynatorki. Są piękne. Takie wyraźne i przygaszone jednocześnie. To coś w stylu „sportowa elegancja”, ale przyciąga wzrok i wiochy nie ma.

OLAF I GUANTANAMERA PRZEMYCAJĄ KOKAINĘ:

– Bilety w kieszeni. Wzięłaś dokumenty? Wzięłaś. Będziesz szła przede mną –instruował Olaf. – Gdyby coś się stało, nie obracaj się, idź wprost do gejtu numer 7.
Guantanamera kiwnę̨ła głową, podniosła walizkę. W głowie wciąż miała obraz zakrwawionego Olafa, roztrzaskanego flaminga, szaleńczy rajd M6 na liverpoolskie lotnisko. – A co ma się stać? Co ty znowu kombinujesz? Czy choć raz w życiu moglibyśmy wsiąść do samolotu jak ludzie, bez problemów, burd, całej tej komedii? –mówiła cicho, zrezygnowana. – Nie stanie się nic, po prostu rób, o co cię proszę – odparł, dź́wigając swoją walizkę.

SZYMON O REŻIMIE WÓD BUTELKOWANYCH

Ustaliliśmy, że ja chodzę po wodę gazowaną, a ona niegazowaną lub, jeśli chce mi sprawić przyjemność, także gazowaną. Uparłem się, że w kwestii zapasów wody mam nieco więcej do powiedzenia, ale ceną moich zachcianek okazał się przykry obowiązek dwukrotnie częstszych wizyt w sklepie. Ach, czego się nie robi dla kobiety…
Na czas upałów na buczącej lodówce zawisła specjalna rozpiska dotycząca zaopatrzenia. Klaudia przestrzegała jej z wojskową skrupulatnością, a mi pozostawało dopasować się do sytuacji wyjątkowej, raz po raz prześlizgując się zacienioną aleją prosto na gotującą się patelnię i dalejże do środka sklepu, przez chłodne korytarze do królestwa niegazowanych butelek!

JOANNA I ANDRZEJ: PIERWSZE ZAUROCZENIE

Hipsterów nie kręcą powstańcy – po myślał Andrzej i wyszedł przed ośrodek na papierosa. Gdy dołączyła do niego Joanna, spojrzał na nią porozumiewawczo i rzucił wzrokiem w stronę saloniku.
– Jeśli los kazał tym dwojgu spotkać się w pociągu, to był to zaprawdę ślepy los.
– Albo los o krótkich nóżkach – westchnęła Joanna i przywarła ramieniem do Andrzeja, gdyż noc robiła się chłodna i wwiewała na ląd wiatry ze Szwecji.
Światła nieodległej latarni miarowo pobłyskiwały w ich oczach, gdy wydmuchiwali dym między liście dojrzewającego kasztana.
– Pójdziemy tam jutro? – zapytała.

SZYMON O LUKRECJI

Szymon rozstał się z dziewczynami przy plaży i wyruszył w miasto. Nie mógł zapomnieć o ponurej przepowiedni Lukrecji.
Mętnie przypominał sobie jej przechwałki z zeszłego wieczora. Dziewczyna zarzekała się, że ma zawsze racje.
Lukrecja nie była żadnym medium, tylko oszustką. Żyła z przepowiadania przyszłości w podrzędnym kanale YouTube. Jedna z miliona tych maleńkich gwiazdek na nowomedialnym firmamencie. Równie upierdliwa jak ziarnko piasku w oku.

MAGDALENA O WSPÓŁWARSZTATOWICZACH

Na całe szczęście w tej samej chwili zza rogu wyszedł Andrzej w towarzystwie jakiejś kobiety. Magdalena kątem oka dostrzegła, że nieznajoma ma paznokcie pomalowane na intensywnie fuksjowy kolor.
Jakież było jej zdziwienie, kiedy po krótkim wstępie Andrzej przedstawił im Joannę – właścicielkę fuksjowych paznokci – jako redaktorkę i współkoordynatorkę projektu. W ciągu kilku minut kolejne plany Magdaleny legły w gruzach. Perspektywę pracy sprzed nosa sprzątnęła jej ta słodka idiotka Lukrecja, a teraz jeszcze ta Joanna, która pojawiła się nie wiadomo skąd i będzie stanowić kolejną przeszkodę w drodze do wydawnictwa, organizującego cały projekt. Po raz kolejny tego dnia Magdalena poczuła, że zaraz wybuchnie. Że skrupulatnie budowana maska miłej i sympatycznej Magdy zaraz opadnie i pokaże światu jej prawdziwą choleryczną naturę.

KLEMENS O ANDRZEJU

Spojrzał w stronę plaży – jeden z warsztatowiczów oddalał się od grupy. Dwie uczestniczki pomachały Klemensowi. Odmachał im i poszedł w przeciwną stronę. Zanim pójdzie na plażę, chciał kupić alkohol, którym potem spróbuje spić Andrzeja. Nie wiedział, ile w tym jest prawdy, ale jeszcze zanim został wyrzucony ze studiów, słyszał nieraz, że Andrzej, doktor Andrzej Lisiecki, ma słabą głowę. Klemens lubił proste rozwiązania. Zamierzał upić Andrzeja, sponiewierać, może uchwycić jakiś kompromitujący moment na zdjęciu, a potem go porzucić na plaży. Idealnie byłoby, gdyby udało się go zostawić gdzieś daleko, najlepiej gołego, bez szansy na szybki powrót.

MAGDALENA O OLAFIE

JEST! Jej rycerz w lśniącej zbroi, jej wybawiciel na białym koniu, jej literat z inżynierskim zacięciem zna się też na komputerach i na pewno wyciągnie z odmętów cyfrowego niebytu jej zaginione pliki! Przynajmniej to Magdalena wywnioskowała z dość lakonicznej informacji, że chciałby wykorzystać w swoim hipertekście grę, którą sam stworzył. Bez zastanowienia kliknęła w jego adres mailowy i zrobiła najgorszą rzecz, jaką można sobie w tej trudnej sytuacji wyobrazić – zaczęła myśleć. A jak Magdalena zaczynała myśleć, to na całego. Synapsy w jej babskim mózgu, pełnym wątpliwości i gdybań, przegrzewały się od nadmiaru impulsów, neurony zrzucały osłonkę mielinową szybciej niż striptizerki w klubie go-go, a istota szara ruszała w tango z białą, nie bacząc na różnice rasowe. Szczupłe palce Magdaleny, zakończone obgryzionymi niemal do krwi paznokciami, tkwiły nieruchomo na klawiaturze, podczas gdy przez jej głowę przewalało się kolejne tornado myśli w stylu: Co on sobie o mnie pomyśli? Wyjdę na totalna blondynkę. Przecież jestem blondynką. W dodatku ciemną. Ale on nie musi o tym wiedzieć. Nie potrzebuję niczyjej pomocy. Chyba że akurat potrzebuję. Ale nawet jak potrzebuję, to nikogo o nią nie poproszę. A potem będę narzekać, że nikt mi nie pomógł. A mężczyźni podobno lubią pomagać. A ja chcę, żeby on mnie polubił.

I ten koronny argument przeważył szalę. Duszne wieczorne powietrze wypełnił jednostajny dźwięk uderzania w klawiaturę.

MAGDALENA I JEJ „MIŁOŚĆ” DO WSPÓŁAUTORÓW

Magdalena przez chwilę się zastanawiała, czy ma ochotę na dalsze towarzystwo tej bandy przeświadczonych o swojej wyjątkowości dziwaków. Hipsteroza z pikselozą pełną gębą. Znała takich jak oni na wylot. Pełno ich było w knajpie, w której do wczoraj pracowała. Niewydarzeni grafomani, tworzący kółko wzajemnej adoracji. Hipokryci, na pozór gardzący światem, a tak naprawdę łaknący jego poklasku. Podziemna loża szyderców, hejtująca i trollująca wszystko, co wydawano w tym kraju, która tak naprawdę dałaby się pokroić, żeby zobaczyć choć jedno swoje słowo w druku. Rzygać jej się chciało na samą myśl o tym, że miałaby spędzić z nimi kilka następnych godzin.

„PIERWSZA RANDKA” MAGDALENY I OLAFA

Jednym z dziwniejszych motywów integracyjnej zabawy było wspólne malowanie paznokci fuksjowym lakierem Joanny. Kiedy Olaf zobaczył, że właścicielka suki maluje paznokcie Lukrecji, zażądał, że on też chce takie mieć. Magdalena, drżąc z rozkoszy przy każdym muśnięciu jego pokiereszowanej dłoni, przystąpiła więc do pracy.
– Tylko nie wyjeżdżaj! – skarcił ją ostro, kiedy intensywna fuksja zabarwiła kawałek skórki wokół jego nad wyraz wypielęgnowanych i długich jak na faceta paznokci.
Magdalena niezupełnie tak wyobrażała sobie swoją wymarzoną randkę. Miała nadzieję, że wyjedzie z Kołobrzegu jeśli nie z Olafem u boku, to przynajmniej z garścią pikantnych historii z nim w roli głównej, które będzie mogła opowiadać podczas babskich wieczorów. Tymczasem wszystko wskazywało na to, że będzie zmuszona dalej ciągnąć ten zmyślony związek z mecenasem, którym podzieliła się ostatnio z koleżankami.

POBUDKA MAGDALENY PO UPOJNEJ WSPÓLNEJ NOCY

Obudził ją dzwonek telefonu. Nie otwierając oczu, próbowała wymacać źródło tego irytującego dźwięku. Nie było go jednak tam, gdzie powinien być. Magdalena z trudem uchyliła powieki i z konsternacją stwierdziła, że jest zupełnie naga. W dodatku leży w nie swoim łóżku, w nie swoim pokoju.

….Każdy pokój nie był Magdaleny. Dopisał tajemniczy Don Pedro, próbując ukraść wątek. Następnie zamknął on Magdalenę w Wieży z Kości słoniowej i poił oranżadą na przemian z winem z krainy Deszczowców. Mówił do niej czułe słówka, ona zaś odpowiadała mrugnięciami i katarem. I było Magdalenie dobrze w Wieży z Kości Słoniowej, aż nastał poranek rozdziału drugiego, pisarz przebudził się w burdelu o brzasku i krzyknął.

“co ja napisałem!”

A potem mogła być już tylko literatura.

———

Z miłości do każdego, Lukrecja sporo czasu poświęciła na stworzenie odpowiedniej, indywidualnej przepowiedni.

“Pięć dni przed wyjazdem zaczęła poszukiwać wróżb, których użyje w ciasteczkach. Lubiła mieć wszystko przygotowane wcześniej, lubiła też mieć plan B i C. Czasem traciła nad wszystkim kontrolę, ale to mogło trwać tylko kilka minut. Potem natychmiastowy powrót do planu. Łacińskie przysłowia, dezyderata, degrengolada. Źródeł jest wiele. Ostatecznie Lukrecja wymyśliła sama co następuje: „Bąk – wielka wena”, „Mucha – drobny, ale denerwujący problem”, „Komar – osoba upierdliwa w otoczeniu”, „Chrząszcz – będzie kolorowo”, „Mrówka – inni ci pomogą”, „Kowalik bezskrzydły – nie to miejsce i nie ten czas”, „Biedronka – czegoś ci zabraknie”, „Pchła – jesteś dla kogoś pasożytem”. Była z siebie zadowolona. I nie mogła się doczekać, kiedy proroctwa zostaną wylosowane. Niech się dzieje wola nieba!”

Skarabeusz sercowy przyglądał się temu wszystkiemu z ukrycia.

Piksel Zdrój

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!