Słoiki po faszystach. Polskie non-fiction patrzy na Niemców

Przestaliśmy pisać „niemiec”, ale z większości polskich komentarzy w mediach społecznościowych i na forach wynika, że dalej uważamy Niemców za faszystów. Jaka jest dzisiaj polska pamięć o Niemcach? Co wiemy o wydarzeniach, które miały miejsce pod koniec wojny i po niej, gdy upadł ledwo wprowadzony nazistowski porządek? Czy wyobrażamy sobie ciągle Moczarskiego rozmawiającego ze Stroopem w ubeckim więzieniu? Bardzo mnie to ciekawi, również dlatego, że w kraju, w którym wszyscy deklarują się jako ludzie świadomi politycznie i nastawieni antykomunistycznie, ciągle pokutują mity, które zaszczepiła nam propaganda PRL-u, gdy tworzono wizerunek wroga – niemca-rewanżysty, próbującego przesunąć granicę na Odrze. Był to wróg zastępczy, który miał jednoczyć społeczeństwo. Nawet dzisiejsza ekipa rządząca, zdeklarowanie antykomunistyczna, odcinająca się grubą kreską od spadku po poprzedniej epoce, ciągle wierzy w mit Niemca, dodatkowo go podkręca, przywołując wojenny konflikt.

Reportaże naiwne – powinien brzmieć tytuł tekstu o obu tych zbiorach Kuszyk i Łuszczyny. Nie interesuje mnie tu jednak w pierwszym planie ich poziom literacki i reporterski, ale bardziej powody, dla których ich teksty są naiwne, przyczyny sprawiające, że zamiast skomplikowanych diagnoz dostajemy proste schematy silnie zabarwione emocjami. Co stoi w sprzeczności z deklarowaną i przez Kuszyk, i przez Łuszczynę potrzebą opowiedzenia prawdy, wyjścia poza emocje, sięgnięcia głębiej. Pozornie różni ich wszystko: Łuszczyna skupia się na okresie powojennym i na jednym tylko wątku: obozów, które Polacy zakładali dla Niemców i w których dokonywały się potworne zbrodnie. Kuszyk z kolei opowiada o relacjach polskich przesiedleńców osadzonych na Ziemiach Odzyskanych. Dla Łuszczyny to kolejny reporterski temat, dla Kuszyk – pierwsza duża książka, silnie zabarwiona autobiograficznie, bo autorka urodziła się w Legnicy i dużo czasu spędziła zarówno w Berlinie, jak i w Warszawie. Łuszczyna skupia się na pierwszych latach istnienia Polski Ludowej, Kuszyk – na PRL-u i współczesności filtrowanej przez pryzmat relacji polsko-niemieckich.

Niestety, oboje autorzy często osuwają się w banał, rysując grubą kredką dość proste szkice na temat przeszłości. Oboje próbują odpowiedzieć na pytanie, jak działa pamięć, jak selekcjonuje i jak powinniśmy ją naprostować. Ta perspektywa sprawia jednak, że w trakcie lektury zaczynam się zastanawiać, w jaki sposób dzisiaj służą nam narracje o tej pamięci? Coraz częściej mam wrażenie, że w reportażu historycznym pamięć staje się parawanem, za którym ukrywa się wiedza fragmentaryczna, brak diagnoz, słabe wyobrażenie na temat dziejów, przeciętna robota warsztatowa, brak uporządkowania wniosków.

Różne definicje zgodne są na jednym poziomie – pamięć jest niekonsekwentna, nielinearna i niechronologiczna. Pracuje asocjacyjnie, jest mało pojemna – żeby zapisać w niej nowe wątki, trzeba usunąć stare. Mieszczą się w niej tylko te zdarzenia z przeszłości, którym przypisuje się najwyższą temperaturę emocjonalną i zawsze mają tylko jedną, jasną wykładnię bardzo często opartą na uproszczeniu. Pamięć jest nieregularna i płynna – dlatego w reportażu przedstawić ją trudno. Ale autorzy też nie podejmują jakiejś szczególnej walki z jej materią, wychodzą z założenia, że te jej cechy pozwolą ukryć warsztatowe i intelektualne niedoróbki poszczególnych tekstów. Powinno zaś być odwrotnie, emocje i uproszczenia pamięci historycznej winny znajdować kontrę w precyzyjnej robocie reportażu, jak to dzieje się na przykład w „Obwodzie głowy” Włodzimierza Nowaka, czy „27 śmierciach Toby’ego Obeda” Joanny Gierak-Onoszko – obie te książki, pochodzące z różnych zupełnie dekad, poświęcone są właśnie pamięci i w obu subiektywność oraz płynność pamięci zostaje ujęta w karby precyzyjnej roboty reporterskiej.

„Poniemieckie” Kuszyk oraz „Mała zbrodnia” Łuszczyny to teksty wobec siebie przeciwstawne nie tylko na poziomie wybieranych tematów, ale także celu i sposobu ujęcia. Łuszczyna próbował pokazać, w jakim celu Polacy zakładali obozy dla ludności niemieckiej, jak się w nich żyło i jak potem zakłamywano tę część polskiej historii. Kłamstwo to, któremu stanowczo i na każdej stronie sprzeciwia się autor, trwa do dzisiaj: Polacy zapomnieli o skali tych obozów, o sadyzmie strażników i o ilości zmarłych lub zamordowanych. Wierzymy, że jeśli takie obozy w ogóle istniały, to miały charakter przesiedleńczy, grupowały Niemców zmuszonych do wyjazdu z Polski i oczekujących na transport. Łuszczyna przestawia, przybliża, ale po to, by pokazać zło, jakie wyrządziliśmy, uniemożliwić dalsze używanie terminów „obozy przesiedleńcze” czy „obozy komunistyczne”. Mówi: to my tak zrobiliśmy. To my krzywdziliśmy. Tematem tego reportażu jest w gruncie rzeczy transfer idei, niewolniczej pracy jako formy zasilania gospodarki, która w naszych wyobrażeniach jest utożsamiana z totalitaryzmem. Obozy istniały bowiem na terenie całego prawie Śląska, zakładano je tuż przy kopalniach, zmuszając osoby o niemieckiej tożsamości, często kobiety i dzieci, do przymusowej ciężkiej pracy. Nie były jednak do Śląska ograniczone: tak samo działo się w Warszawie, gdzie Niemcy budowali nowe bloki albo reperowali samoloty na Okęciu. Tak działo się przy willach nowych aparatczyków – którzy dostawali kontyngent niemieckich niewolników do sprzątania i utrzymywania posesji. Okazuje się zatem, że ta potępiana i surowo sądzona w Norymberdze pomysłowość ekonomiczna nazistów została przez polskich komunistów błyskawicznie podchwycona i wykorzystana. W kopalniach pracowało kilkadziesiąt tysięcy osób, na komendantów obozów dyrekcja kopalń skarżyła się jednak tylko wtedy, gdy dostarczani przez nich pracownicy byli w tak złej formie, że nie byli w stanie wykonywać żadnej pracy.

Łuszczyna upomina się o przywrócenie pamięci i o oznaczenie zbiorowych grobów, do których na przykład na terenie Jaworzna wrzucano ciała zmarłych z wycieńczenia i zamordowanych. Próbuje pokazać, że czas na koniec myślenia kategoriami wyrachowanej historii i krótkowzrocznej polityki, pora na zwykłe, codzienne życie i wiążące się z nim udostępnienie akt ofiar tych obozów. Pomiędzy jego przesłaniem a obrazem reporterskim jest przepaść i to przepaść ważna. Z diagnozy Łuszczyny wynika, że Polacy ciągle boją się Niemców, ponadto są również bardzo pilnymi strażnikami pamięci II wojny: nie można dopuścić do publicznego rozliczenia ze spadkiem tych obozów MBP, bo okaże się wtedy, że relatywizuje się ofiary wojny.

Karolina Kuszyk w „Poniemieckim” buduje narrację nostalgiczną, w niewielki stopniu wymagającą przepracowania intelektualnego. Odwołuje się do emocji, kładzie podwaliny pod współczucie, chce pokazać łączność między niemieckimi właścicielami domów i Polakami, którzy te domy tuż po wojnie zasiedlali. I jedni, i drudzy zostali przez jakąś władzę ze swych domów przegnani, wir historii rzucił ich wszystkich w nowe miejsca – to podstawa tego porozumienia. Budowanie takiego fundamentu odbywa się poprzez selekcję, bo Kuszyk wybiera elementy rzeczywistości codziennej, podkreślając drugie życie przedmiotów: słoików z przetworami, tak pracowicie szykowanych przez niemieckiego gospodynie domowe, obrazów z aniołem stróżem i szabrowanych instrumentów, które wyszarpane z rąk niemieckich, często nie trafiały w ręce polskie. Ale ważne jest tutaj i to, czego nie umieszcza, bo zburzyłoby cały konstruowany przez nią ciąg uczuć. Otóż Kuszyk nie wspomina o obozach, w których Polacy po wojnie przetrzymywali Niemców i które Łuszczyna nazwa obozami koncentracyjnymi ze względu na wysoką śmiertelność więźniów oraz zadawane im przez polskich strażników tortury. To, o co dwa lata wcześniej upominał się Łuszczyna, co uważał za sedno relacji polsko-niemieckich, o czym niepamięć jest hańbą dla Polaków, nie zostaje w reportażu Kuszyk w ogóle ujęte.

Selekcja w każdym reportażu jest elementem najważniejszym, bowiem odpowiada za to, co z warstwy rzeczywistości widzialnej (lub przeszłości historycznej, jak w przypadku obu tych książek) znajdzie się w narracji. To w ramach selekcji dokonuje się proces interpretacji i ustalania znaczeń, budowanie przekazu, który później uznajemy za sens danego reportażu czy też jego prawdę.  I tak jak Łuszczyna skupia się wyłącznie na niewinnych, cywilnych ofiarach obozów, pokazując dysproporcję między okrucieństwem machiny zemsty i przypadkowością jej ofiar, tak Kuszyk całkowicie temat ten odrzuca. W jej reportażu chodzi o przedmioty, za ich pomocą opowiada się o relacjach polsko-niemieckich. Pojawiają się tu zatem parki, dwory, kamienice i domy wiejskie, inwentarz, wyposażenie mieszkań, cmentarze – to wszystko Polacy przejmują od Niemców:

Mieszkania, które przed wysiedleniem zdewastowali w aktach sabotażu sami Niemcy. Mieszkania zrujnowane, mieszkania grobowce. Mieszkania sracze dla sowieckich żołnierzy. Mieszkania burdele. Mieszkania czyste i zamieszkane, najczęściej przez kobiety, dzieci i starców. W miastach i wsiach, które wydają się wyludnione, bo Niemcy, którzy jeszcze nie wyjechali, wolą nie wychodzić na ulice. (s. 36)

Polacy skuwają znaki faszystowskie z grobów, usuwają szyldy ze sklepów i nazwy ulic. Dokonuje się proces repolonizacji, który Kuszyk opisuje jako wypadkową pomiędzy komunistyczną propagandą a oddolnym pragnieniem zakorzenienia się, osiadania. Nawet jednak najbardziej radykalne gesty jej bohaterów, a właściwie ich rodziców i dziadków, nie wzmocnią poczucia bycia u siebie. Jeszcze w latach 60. XX w. Polacy na tych poniemieckich ziemiach nie będą inwestować w remonty domów, przekonani, że ktoś się zaraz o te tereny upomni.

Zasadnicza opozycja w reportażu Kuszyk pracuje na zderzeniu dwóch terminów: „odzyskane” versus „poniemieckie”. Odzyskane, czyli pochodzące nie wiadomo skąd, wolne, legalnie zdobyte, ważne, bo już „nasze”. „Poniemieckie” wyraźnie wskazuje na źródło pochodzenia mienia, podkreśla pierwszych właścicieli. W odległym planie zapowiada także przekazanie w kolejne ręce, bo jeśli było „poniemieckie”, to może też być „popolskie”. Sama autorka, już choćby poprzez tytuł, jasno wskazuje, którą stronę wybiera. Nie wykorzystuje ona jednak szans, jakie zawiera w sobie ta opowieść, bo zależy jej bardziej na nostalgicznym, koncyliacyjnym przedstawieniu. Jej katalog tego, co jest poniemieckie, nie prowadzi do budowy dużej opowieści o pograniczu polsko-niemieckim, nie pokazuje żadnego mięsa. Idiotyczna jest rozmowa z profesorem Miodkiem, której zapis znajduje się w reportażu: Miodek opowiada banały, ale podsuwa jeden trop – niestety niewykorzystany. Otóż mówi o tym, że „poniemieckie” określa polskie doświadczenie tylko na pewnym obszarze Polski, gdzie indziej mówi się raczej o „pożydowskim”. A gdyby właśnie według tego klucza ująć polskie doświadczenie wojenne? Pokazać, jak pożydowskie i poniemieckie definiują odmienność naszych regionalnych doświadczeń wojennych? Bo przecież chodzi tu także o geografię wojny, przekładającą się na zupełnie różne cezury, inne moralne wyzwania różnych grup Polaków. Część bohaterów Kuszyk miała z pewnością kontakt i z „poniemieckim” i „pożydowskim” – jak to się zatem stało? Co wynieśliśmy z tej geografii, jaką antropologię przedmiotów można tu zbudować? Nie dowiemy się tego. Bo scena rozmowy z profesorem Miodkiem kończy się paździerzową anegdotą, że autorka zapomniała parasola z gabinetu: „jedna chwila nieuwagi i już jest po”. Nie dość, że nieśmieszne, to jeszcze obraźliwe dla tych, którzy stracili swoje mienie: jakby pożydowskie i poniemieckie powstało w wyniku chwilowej nieuwagi.

Ani „Mała zbrodnia”, ani „Poniemieckie” nie opowiadają tak naprawdę o Niemcach, ale o Polakach i o ich uprzedzeniach, resentymentach, lękach, próbach nawiązania kontaktu. Łuszczyna opisuje najbardziej sadystycznych komendantów obozów, powody, dla których zachowywali się jak bestie, bo w swoich jednocześnie prymitywnych i wymyślnych torturach Salomon Morel i Czesław Gęborski dorównywali najgorszym katom z obozów nazistowskich. Widać u niego jednak widoczną dysproporcję: jest niezwykle skrupulatny jeśli chodzi o opis przemiany nazistowskich obozów w obozy komunistyczne, notuje dni, przykłada lupę do linii historii obozów, by wskazać czytelnikowi, że Birkenau tylko przez krótki czas był wolny od więźniów, bo natychmiast właściwie po wyzwoleniu obozu przez Armię Czerwoną zaczęto w opuszczonych barakach umieszczać więźniów komunistycznych. Takiej zaś skrupulatności nie odnajdujemy w rysunku psychologicznym: Łuszczyna jest efekciarzem i moralizatorem jednocześnie, a nie jest to dobre połączenie, nie pozwala ono na żadne subtelności analizy. Jego celem jest walenie czytelnika obrazem jak obuchem. I tutaj, w rysunku psychologicznym, dokładnie tak się dzieje: Morel, którego rodzina wywleczona z kryjówki ginie z rąk granatowych policjantów, postanawia – według Łuszczyny – zaprzedać się diabłu, pije, gra na bałałajce, idzie pod niemieckie kule. A potem jako komendant obozu mści się na ludziach, których obciąża odpowiedzialnością za wojnę. Proste. Wydaje mi się, że temat ten, absolutna wolta, jakiej dokonują wojenni partyzanci, stając się katami, zainfekowanie przemocą, zasługuje na dużo dłużą analizę, subtelniejsze środki, szersze śledztwo. Chodzi przecież o udowodnienie głównej tezy Łuszczyny o tym, jak państwo komunistyczne postanowiło w ramach systemu politycznego podkręcić i wykorzystać pragnienie zemsty. To jest tutaj najbardziej interesujące: jak ludzie, którzy wyszli z obozów, byli więźniowie Auschwitz, stają się katami dla ludności niemieckiej, stosując wobec niej takie same formy przemocy: bicie, zanurzanie w lodowatej wodzie, dobijanie chorych i niezdolnych do pracy. Łuszczyna spala się jednak w słusznym gniewie, domaga od czytelnika i nowego polskiego państwa przywrócenia pamięci, uznania zbrodni – to wszystko oczywiście ważne powody. Pamiętać jednak należy, że im więcej emocji autora w tekście, tym mniej miejsca na emocje czytelnika, bo autor przejmuje na siebie odpowiedzialność za proces intelektualny i emocjonalny, nie pozostawia żadnego zadania swemu odbiorcy poza obserwowaniem poszczególnych scen.

Oboje autorzy mają jeden cel: poruszenie pamięci historycznej, wprowadzenie do niej radyklanie innych niż dotychczas scen, które sprawiają, że społeczeństwo ciągle myśli o Niemcach jako o „faszystach”. Stawką dla Kuszyk i dla Łuszczyny nie jest opowieść o życiu niemieckim przed wojną i po niej, ale zmiana zachowań polskich. Zupełnie inne jednak wydarzenia i doświadczenia każde z nich chciałoby w tym rezerwuarze pamięci umieścić. Kuszyk wydobywa Polaków z roli ofiar II wojny. „Poniemieckie” chce otworzyć dialog, pokazać podobieństwa losu, różne drobne gesty, wsparcie, jakie jedni przyzwoici ludzie udzielali innym. Łuszczyna ma zupełnie inny plan: on chce ustawić Polaków w roli katów, obalić mit niewinnego cierpienia wojennego. „Mała zbrodnia” próbuje wydrążyć ranę w polskiej pamięci, wymusić winę i wstyd. Obie te strategie są słuszne, obie dobrze zrobiłyby polskiej pamięci. Szkoda tylko, że znów dokonuje się to kosztem Niemców, którzy ciągle nie mają szans stać się przedmiotem reportażu, nie przestają być pretekstem do polsko-polskich rozliczeń. A więc wracam do lektury „Obwodu głowy” Nowaka (z 2007 roku!), bo na razie nic lepszego na temat Polaków i Niemców nie powstało.

 

Karolina Kuszyk, Poniemieckie, Czarne 2019.
Marek Łuszczyna, Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne, Znak Horyzont 2017.

Paulina Małochleb

Krytyczka, badaczka literatury i blogerka. Sekretarz Nagrody im. Wisławy Szymborskiej. Autorka książki Przepisywanie historii. Powstanie styczniowe w powieści polskiej w perspektywie pamięci kulturowej. Publikuje w czasopismach papierowych i internetowych. Laureatka Nagrody Prezesa Rady Ministrów i Stypendium Młoda Polska.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!