Karezza. Próba tekstu

„NOTHING TO DECLARE”
z lotniska

1.

Składam tekst w pośpiechu. Ciągle w tyle: jak opóźniony jest język względem świadomości, poszukującej tego, co dla niej autentyczne. Próbuję odnaleźć miejsce spoczynku. Forma tego tekstu musi odpowiadać mojemu teraz. Przyśpieszam z odczuwalnego braku, jaki zasadza się u podstaw pragnienia. Niecierpliwię się, przestępuję z tekstu na tekst. Już nie wiem, w jakim miejscu powinniśmy zacząć. Gdzie jest nasz początek?

Nie chcę dbać o niepowodzenie, jakiego doznaję, kończąc w tym tekście. Przedłużam. Daję mu odpór. Sprawdzam wszystkie jego możliwości. Aż wreszcie staję się nierozpoznany. Nieobecnieję. Strwożony odsuwam go, wychodzi ze mnie.

Celui qui écrit sodomise; celui qui lit est sodomisé. Piszący penetruje ciało czytającego. Przenika je, przesyca, wypełnia. Odgaduje. Czytelnik zna natomiast jedynie uległość. On się oddaje. To jego kapitulację przejmuje piszący. Obydwaj są stronnikami, przepatrują kartkę. Razem odbierają egzystencję temu, kogo nie chcą widzieć. Miłośnicy tego, co nieobecne. Dla nich, w tym zawieszonym czasie, wszystko zawsze nadchodzi. Dopiero się rozpoczyna.

2.

Tekst, którym pragnę pisać, zawiera się w poszukiwaniu. Nie dąży on do tego, co moglibyśmy nazwać wyraźnością. Nigdy nie spoczywa. Jest zamazany, tworzony na bezdechu. Tak jak wtedy, gdy czerpię czystą przyjemność z pisania (idzie mi, popycham, dochodzę) oraz lektury (znikam wewnątrz, oddaję się, ulegam). Muszę skończyć, urywam. Wyrażam zgodę na dopełnienie, które jest klęską. Wyciągam swoją tożsamość, odzyskuję siebie na powrót z sytuacji nierozpoznania. Powracam wyraźny i scalony. Jestem skończony! Nieobecność pozwala mi odzyskać siebie, posunąć w pobliże tego, jakim chcę się widzieć. Z jednej strony poszukuję tej przyjemności, jaką jest zanik mojego ja, z drugiej – nie mogę sobie na nią pozwolić. Zgoda, przenikająca mój tekst, jawi się jako połowiczna, zanieczyszczona wątpliwością.

3.

Biorę wszystko, co mnie przybliża. Fragment listu, do którego nie chcę już powracać, zdjęcie mojej matki, gdzie, na skraju koca i z głową opartą o kolana, głaszcze swoje stopy (powiedz, mamo, kto ucieka za kadr, co to za dziecko zanikające na tle łąki), notatkę zapisaną w pociągu, kiedy wjechaliśmy w podziemia, a długopis sam szedł po kartce, wreszcie ten durny wiersz, poszukujący dla siebie stosownej chwili. W tych urywkach czy też szczątkach tekst zaczyna ożywać. Zwielokrotnia się w stylu, pospiesznie sprawdza nierozpoznany rytm zdania, podejmuje się wyczerpanych gatunków. Staje się obrotny. Ożywa, strwożony nieobecnością, w którą zaczął się osuwać. W istocie tekst musi wcielić nieobecność, stać się ciałem, które rozplenia się i nie rozpoznaje, być sobie obcym na każdym słowie. Zresztą, nie widzę go w tych formach, jakie są dostępne. Nie jestem zdolny zobaczyć siebie w tym, co nadejdzie. Wybiegam. Spieszę uczynić zadość własnej nieobecności.

4.

Tekst, na który próbuję się odważyć, odbywa się zawsze teraz. Zjawiające się w nim urywki odnoszę do wszystkich innych:

Jesteśmy jedynie pozbawionymi sensu szczątkami – zapisze Bataille w Łzach Erosa – jeśli nie odnosimy ich do innych szczątków. Jak moglibyśmy odnieść się do skończonej całości? Wszystko, co mogę w tej chwili zrobić, to dorzucić do poprzednich punktów widzenia kolejny i, jeśli to możliwe, ostateczny.

Szczątek. Jakaś resztka, która została po rozbiciu. Ułamek wcielający wspomnienie całości. Nieobecność tego, co skończone. W swoim tekście pragnę tylko jednej rzeczy: skończyć. Ale na razie zbieram szczątki i w pośpiechu je łączę. To one są dla mnie nośnikiem znaczenia. Przywołują nieobecność poprzez wzajemne odniesienia; pozostają rozbitym naczyniem, którym przenoszę upłynnione znaczenie. Szczątki nie znaczą jednak same przez się, lecz właśnie w ciągu, w sieci przywołań, w eks-cytującej grze połączeń.

Bez żadnej osłony, bez ziemi pod stopami.

W każdym z tych ułamków spoczywa jedna z moich zmarłych, niewykorzystanych lub porzuconych form. Moja zwłoka. W momencie ich łączenia, to znaczy w momencie wyłuskiwania ich dla tekstu, staram się ją ożywić, rozgrzać penetrującym, pospiesznym ruchem pisania, przybliżyć do siebie. Uległość każdej z nich nie pozwala się jednak ująć, zjednać, wybaczyć. Przybliżając się do tej nieobecnej formy, zaczynam czytać ten ułamek, jak mi się zdaje, na jedyny słuszny sposób. Zrywam inne połączenia, rezygnuję z ryzyka nadinterpretacji. Staję się oddany.

Każdy, kto jest zazdrosny, posiada nadmiernie wyczulone oko, skłania się ku interpretacyjnym nadużyciom. W czasie, kiedy przestaje być swoim własnym wrogiem, domagającym się stałego nadzoru, oswaja się i ulega. Daje się wytłumaczyć, jest już nieśmiertelny, zanurza się w ciszy spełnienia. Pod tym względem tekst, którym pragnę poszukiwać, stanowi rodzaj wyznania, którego kres odpowiada momentowi odsłonięcia prawdy, chwili niemożliwej bez samooszustwa (milczenie jest łaską, nie istnieje jej świecki ekwiwalent). Gdzieś tutaj wyznanie przechodzi w skargę.

Taki tekst nie deklaruje swojego przywiązania. Nie oświadcza się, nie odpowiada żadnemu zobowiązaniu. Jest beztroski i obojętny. Oddając się wybranemu szczątkowi, powoli w nim milknie; wierność to zanurzenie się w nieobecności posiadania i wyłączności. On nie chce osiąść. Postacią reprezentatywną dla tekstu, którym próbuję pisać, jest z pewnością mozartowski Don Giovanni, ten wieczny impotent miłości, chodzący tu i tam, szukający piękna, które mógłby zapłodnić. Poszukuje, żeby zdobyć i posiąść. Niewybaczalną pomyłką jest zapłodnić piękno: zamknąć drzwi wszystkich sypialni.

Tekst, który wypróbowuję, nie jest osłabiony, ani też rozproszony. On jest wybrakowany, przez moją w nim klęskę. To potwierdzenie niewierności (odpowiadającej przedstawieniu, które jest niewierne), a jednocześnie kolejny impuls do wykazania się pilnością. Tekst nie ustaje; on stale mnie podnosi, domaga się natychmiastowego oddania. Nie jest dla mnie źródłem radości, która innych przywraca do życia. Mimo to muszę go strzec, zdawać z niego relację, nawet wówczas, gdy osuwam się w nieobecność, dochodzę. W tym tekście pozostaję własną granicą, kresem i celem, „nowym początkiem samego siebie”.

5.

Uniknąć zdemaskowania, nielojalności względem tej władzy, jaką nad sobą rozpostarłem, nie skompromitować się. Tego pragnę. Im jednak obszerniejsza przesłona sprawowanej kontroli, tym większe ryzyko związane z doznaną szkodą. Tekst, który próbuję sprawdzić, nie zawiera się w aporetycznym ruchu zaszywania się w wystawionym i poddanym oglądowi. Unikam troski o swój wstyd. Penetrując i będąc uległym w trakcie pisania oraz lektury, nigdy się nie chronię. Moje ciało, mój język są otwarte. Stąd czerpię rozkosz. Wykluczając ryzyko utraty kontroli nad sobą, przybliżam się do samej niedostępności, w którą pragnę wniknąć. Tam narazić się i ponieść stratę. Tam się unieobecnić. Tam odzyskać na powrót dla siebie. Nie mogę upaść niżej wraz z tekstem, jest on u gruntu skompromitowany. Kontrola, jaką nad nim sprawuję, dotyczy więc trwania w tym, co przybliża mnie do nieobecnego.

Wykorzystać formę do tego stopnia, że zaczyna sama siebie znosić: niezdolna wyrażać znaczenia jawi się jako własne zaprzeczenie; docierając do granicy i wyczerpując się, pospiesznie chwyta się kolejnej, równie wybrakowanej formy. To właśnie rozumiem przez próbę tekstu, który, w tym ujęciu, byłby eks-cytujący. Tak ożywiony, że traci wreszcie kontakt z przedmiotem odniesienia. Zapomniany w cytowaniu. Uległy temu, co przywołuje, co służy mu do odnalezienia siebie, co go porusza. Więznący w dywizie. Znaku przeniesienia i przerwy. Momentalnej utraty siebie, ponownego kreowania.

Jak wygląda taki tekst? Tekst ten widzę – bo też ja go tworzę, wybieram i próbuję – jako sieć, którego centrum stanowi pojedynczy obiekt tekstowy: zdjęcie z getta warszawskiego (karlenie głodowe trzymane za szyję), ale też chustka z cokolwiek frapującym wzorem, odnaleziona w jednej z szaf zajmowanego mieszkania. Jeśli nic nie może po prostu mieć wartości tematu, to w takim tekście, który nieustannie się poruszając, wznawia zerwane połączenia, każda drobina, znalazłszy się w tej sieci, przekształca się w temat. Taki punkt centralny, żeby siebie wyjaśnić, musi pospiesznie poszukiwać w wielu kierunkach.

To jak ta scena, którą widzę prawie każdego ranka pod swoim oknem: ustawiona w dwóch rzędach grupa dzieci na podniesienie ręki wychowawcy nagle wyrywa się z milczenia, rozbiega gwarnie po boisku. Każdy odnajduje swoją formę, piłka idzie w ruch. Zabawa, której zasad jeszcze nie potrafię odczytać, rozpoczyna się i trwa po próg eks-cytacji. Ponawiając impuls w kolejnych formach, impuls, który – choć jest tylko podniesieniem ręki – choć mógłby być wszystkim innym – rozpoczął grę pisania. Im prawdziwsze zaangażowanie, im ruch intensywniejszy, im nas tam, obserwujących, więcej – tym głębsza rozkosz, dotkliwszy upadek. Ktoś się przewraca, komuś wypada z ręki piłka. Jęk zawodu, który jest czyimś zwycięstwem. To musi brzmieć jak banał; mam wrażenie, że warto przyjrzeć mu się dokładniej.

6.

Sukces przynależy do nieobecnego, do przybliżającego się „ja”. Jęk przekracza granicę, zanika i podejmuje się na nowo, już jako zwycięstwo. Wówczas przestaje on być wyłącznie głosem, staje się nierozpoznanym dźwiękiem wychodzącym z ciała. Wydawanym przez nie, wytwarzanym. Jego pogłos odnaleźć można w zbitkach głosek, kiedy ktoś jest rozOCHocony, znajduje się rozchACHany. Czytać go należy krótko, na ostatnim tchu. Jest rozkoszny. Przemawia przez niego pochłaniająca reakcja. Cały zawiera się w tym krótkim wykrzyknięciu, bez żadnej reszty. To, co zjawia się przed i po zachwycie, nie jest jego własnością i określa go jako coś autonomicznego względem rzeczy. Jęk, o którym teraz mówię, określić można u-rzeczonym. Nie bierze się on z przytoczenia danego przedmiotu czy zdarzenia, mimo to zawiera w sobie wspomnienie doznania. Jęk, biorąc rzecz, przytaczając ją, wymieniając na swój zachwyt, zarazem wyrzeka się jej, zrzeka się swoich funkcji mimetycznych. Oddaje oddanie. Nigdy nie urzeczowia. Wymawia sobie słowo, zrywa obietnicę zawartą w znaku, mającym przylegać do rzeczy samej. Jęk jest klęską reprezentacji, na którą nie może się jednak zgodzić. Przyjmując w siebie przedstawiany przedmiot, bez którego się nie obywa, nie jest zdolny się na niego powołać. W zamian daje nic czystego oczarowania.

7.

Istnieje drugi rodzaj jęku, domaga się on natychmiastowego wytłumaczenia, które przybiera nierzadko formę inwokacji. Najlepiej, jak sądzę, odda go kilka fragmentów wziętych ze Zdeptanego kwiatuszka Ronalda Firbanka:

– Ach! Arturze Amosie Cunclifie Bubcock?… – melodyjnie wywołała doktora ze wszystkich imion i z nazwiska: a w odpowiedzi, jakby za sprawą telepatii, rozległo się pukanie do drzwi i po chwili sam doktor stanął na progu pokoju.

– Ach, moja droga, nigdy nie potrafiłam oprzeć się meszczyźnie!

– Ach! Jaki bystry Szekspur! – mówiła hrabina. – Jaki wspaniały! Jaki płomienny! Kiedyś znałam monolog z Julia szła za Cara!…, to być może jego największe ouevre. Tak!

– Och, cóżem więc uczyniła, że straciłam skrzydła?? Co też Im kiedyś musiałam powiedzieć?! Ojcze. Ojcze. Czym rozgniewałam Boga? Czemu umieścił mnie tutaj?

– Ach, Rosa. – Po co te nieustające jęki?

Jęk jest aprobatywny, to jego dopełnienie wprowadza element utraty, pytanie dotyczące nieobecności: pożądanej cechy charakteru, ust spotkanego niegdyś marynarza etc. Ten zachwyt jest więc także żałosnym wezwaniem, próbą wywołania, uwidocznienia, które zostaje nagle przerwane. A gdybyś tutaj był, to – ach! Gdybyś była bardziej cierpliwa, z pewnością – och, zejdź mi z oczu! Westchnienia zachwytu, zachwyty westchnienia. Za sprawą tego jęku stajemy, by tak rzec, językowo na palcach, skąd można albo kontynuować eks-cytację poprzez mnożenie jej synonimów (wirtuozerska, dekoracyjna wstawka, odgrywana solo), albo od razu złamać ton, spowolnieć, upaść (kadencja jako „nagłe rozwiązanie narastającej dysharmonii świata”). Nadmiar jest elementem konstytutywnym jęku. On przegina, holuje do momentu pęknięcia, przesadza w inne. Przechodzi ze słowa w dźwięk, a więc uwalnia słowo od semantycznego naddatku. Wtrąca je w nowe znaczenie. Zawiesza pomiędzy literą a głoską, wiąże się z powtórzeniem ruchu obezwładnionego rozkoszą ciała, jest jego złamanym przedstawieniem.

Przebrać miarę. Gdybyśmy chcieli odczytać dosłownie ten związek frazeologiczny, wziąć go naiwnie, otrzymalibyśmy miarę przebraną w strój, który ma kogoś lub coś przedstawiać. Jawna kpina. Odpowiedniość tak nadmiarowa, że trudno ją znieść. Wcielenie konwencji, która spełniając się w tekście, sama siebie ośmiesza. Stereotyp wykorzystywany tak skrupulatnie, że zaczyna się rozpadać, okazuje się czymś trwożliwym. Pragnąc zachować umiar, niepokoję się o jego przekroczenie. Recytując, zaczynam się jąkać. Robię z siebie durnia. Oto rodzaj metasłowa, które nie wyzbywa się cielesnego wymiaru; oznaczając siebie – oddając się sobie – nie traci łączności z ograniczającymi okolicznościami, w jakich zostaje wymówione. Jest tym pytaniem, które, wskazując na granicę („Za dużo?”), domaga się natychmiastowego przekroczenia („Więcej”) i/lub nagłej rezygnacji („Wystarczy, dosyć!”).

„Ach”, jak to określił Piotr Śliwiński, marszczy „powierzchnię przekazu, zatem pogłębia go i czyni bardziej złożonym”. Nasz głos nie jest w stanie dostosować się do tego zdania: albo jest nadmiarowy (wówczas czytamy z emfazą), albo doprasza się o przegięcie (kiedy odczytujemy je w jednej linii, sucho). Jęk dopomina się o zwielokrotnienie, wprowadza językowe sfałdowanie. Jest zagięciem, uniemożliwiającym gładką lekturę. Przeszkodzą dla oznaczenia sensu, nie jego zbiornikiem. Przeszkodą? Powiedziałbym: rozkoszą.

[Kosz. Naczynie, wykonane z przeróżnych materiałów, służące do przechowywania, noszenia i mierzenia, odważania, pełniące funkcję ochronną (jak u szermierzy), odwołujące nas do granicy (jak u koszykarzy), będące wreszcie zasłoną (jak u myśliwych). Roz. Przedrostek, który jest różnokierunkowy, podzielony na części i oswobodzony, powiększający intensywność i zasięg. Ale także będący wyrazem zmęczenia, które siebie roznosi. Początkiem i efektem czynności, a następnie jej usunięciem.]

Rozkosz jest zwielokrotnieniem, przerwaniem, pęknięciem tej formy, która przed niczym mnie już nie chroni, nie zasłania, nie odgranicza. Przenosząc z miejsca na miejsce, nie zapewnia mi żadnej formy schronienia. Taki tekst jest powodem mojego rozprzestrzenienia. W nim mnożę się i śpieszę w sukurs. Zadość czynię! To jest – robię ponad miarę.

9.

Słowniki języka polskiego znają jeden rodzaj jęku: głos cierpiącego, odczuwającego ból człowieka, albo równie żałosny, identycznie przeciągły dźwięk wytwarzany przez maszyny, instrumenty muzyczne czy szum wiatru, ale też wydawany przez niektóre ptaki. Zwróćmy uwagę, nieożywione wytwarza dźwięk, ożywione zaś wydaje głos.

Jęk wywołuje, obwieszcza i uwidacznia. Wyciąga z ukrycia. Przywołuje z pamięci obraz, wspomnienie przedstawienia. Zmusza do odpowiedzi. Splata się w nim, tak samo jak w rozkoszy, zarówno przyczyna, jak i efekt końcowy działania. Początek i koniec. Wydzielina. Dźwięk odbieramy jako produkt i wytwór. Usunięcie nadmiarowej substancji. Ten wytworzony dźwięk jest rodzajem rozkazu, który wydany jest temu, co milczące i obumarłe. Pospieszanie szczątków. Stanowi rodzaj cytatu, który przytoczony wyzbywa się wszelkich połączeń z tym, co go warunkowało, zachowuje jedynie powtarzane wspomnienie pierwotnego kontekstu.

Wydanie głosu jest jego zdradą, ujawnieniem, wyjściem (także z ciemności jamy ustnej), które znosi stworzone pozory. Jest spłodzeniem i plonem, a zarazem wydaniem ostatniego tchnienia. Spłatą nadwyżki i wydatkowaniem określonej sumy. Ofiarowaniem i zwrotem. Jak kubeł z wodą, który, gdy zdaje się dochodzić do ostatniego z tworzących łańcuch, napotyka nie stojący w płomieniach gmach, lecz dziesiątki oczu wpatrzonych w to jedno naczynie, już przez ciebie rozdane. Nie sposób go posiadać, pełen życia i uśmiercony nie trwa. Rozgrywa się na granicy, zostaje zawieszony na granicy rozkoszy i żalu, ekscytacji i bólu, przedłużenia i nagłości. A jest początkiem, które wchodzi w rozchylone, otwarte, niedopełnione O, by przejść w przedśmiertny charkot CH, który nie ma jednak tyle siły, żeby przebić się do trwożliwego dźwięku. Język i ciało przenika bezwład. Truchlejemy w spełnieniu.

Ich forma, wytworzona i wydana, jest wyodrębnianiem się. Oto kilka właściwości tekstu, który wypróbowuję, określam go wydzielnym:

– zawiera się w suspensji (zawieszeniu, napięciu i oddzieleniu);
– stanowi rodzaj zawiesiny (ciało stałe/ciecz w momencie zwielokrotnienia, kiedy to stają się one bigeniczne);
– rozdziela się poprzez scalenie (i vice versa: szczątki ożywają poprzez wzajemne ich wiązanie);
– graniczy się (przybliżanie, oddzielanie czegoś od czegoś, bycie granicą dla samego siebie, rodzaj tekstualnego dotknięcia);
– kompromituje (jest symultanicznym aktem pisania i czytania, nie- i podległy);
– rozchyla (jest zarówno dążeniem do fikcjonalizacji [dźwięk], jak i empiryzacji [głos], stanowi rodzaj „opisu rozproszonego”, który identyfikuje się – co przybliża go do formy autobiograficznej – w odnajdywanych dla tekstu, w tekście resztkach).

10.

W powieści Le Jardin des Plantes Claude Simon zapisał słowa tej treści:

De même que les membres, les partie sexuelles ou les postures figurées, les letters maladroites ou répétées souvent difficiles à reconnaître font songer à ces mots entrecoupés qu’échangent dans l’étreinte des amants aux soufflés hachés.

[Tak jak członki, części seksualne czy figury ciała, tak niezgrabne lub powtarzane litery trudno rozpoznać, przypominają one złamane słowa wymieniane między przerywanymi oddechami zespolonych kochanków.]

W konfiguracji zespolonych ciał trudno rozpoznać poszczególne członki, jednakże dla samych kochanków, splecionych w miłosnym uścisku, pozostają jedyne, wyłączne, niemożliwe do powtórzenia. W rozłączeniu zmuszane są do przywołania, do zająknięcia się w cytacie. Żeby nie zostać zapomniane, nie stać się samym przytoczeniem, nie zniknąć w toż-samym, muszą stale przybierać aktualne formy. Dlatego też stwierdzić bez wahania, że to słowa synkopują oddech, a nie bezdech przyczynia się do złamania wyrazów, oznacza znieść całą przyjemność inercji, tej chwili wymiany, która przynosi zysk jedynie temu, do którego nieobecności się przybliżam. Nie-poruszany przyjemnością. Oddany i zapamiętany w innym, a zarazem przejęty trwogą na myśl utraty siebie, powracający w pośpiechu do tego, co we mnie tożsame i znajome. Język i ciało, jak sądzę, odnajdują się jedynie na tej granicy utraty i odnalezienia, obumierania w spełnieniu, w złamaniu. Tekstem pragnę objąć bezwładność.

Jęk jest tym, co łacina zna pod słowem uncare. Skargą, stęknięciem, rykiem. Pochodnym wyrazem jest angielski przymiotnik uncaring oznaczający kogoś lub coś obojętnego, nieczułego, beztroskiego. W języku polskim „jęk” znajduje się natomiast w tym samym polu semantycznym, co „jąkać”, „zająkiwać się”. Po prawdzie, ten, który wznosi skargę, w pogardzie ma zasady poprawności, jest beztroski i niestosowny. Jego głos przeciąga w dźwięk, który stanowi jedynie cytat mowy, daleki, grzęznący w przerwach pogłos artykulacji. Jęk to zacięcie się mowy, jej milczenie, które wypowiada się w złamaniach sylab, słów i zdań, w powtórkach głosek, zmianach natężenia głosu. To, o co dba jęczący, jest jego słabością.

Dopiero w wybrakowaniu mowy, w intencjonalnych zerwaniach słów i zdań potrafi przybliżać się do swojej nieobecności. Rozpoznać się we własnym ja, ocalać – wytwarzać i pospieszać – na moment przed ześlizgnięciem się w spełnienie. Obojętność jest w tym przypadku nieodzowna: żeby nie złożyć w twoim ciele całej swojej duszy, lecz tylko wytworzyć w nim malutki grób, tę zakładkę, która oznaczy mi upragnioną zwłokę, odsuwam cię, odejdź, musimy z siebie wyjść.

Maciej Topolski

(1989) Prozaik, krytyk literacki. Publikował m.in. w Odrze, Lampie, Korespondencji z Ojcem, Ricie Baum. Współpracuje z Fundacją im. Tymoteusza Karpowicza i Biurem Literackim. Redaktor serwisu Niedoczytania.pl. Jeden z założycieli inicjatywy Dworzec Wschodni.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!