Sagala, Lechia i nasza wizja przeszłości

Trzecia część mocy

Artykuł o wizjach przeszłości zacznę od przeszłości własnej. Zimowe ferie, jakoś na przełomie lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych. Pogoda nie zachęca, by wyjść na dwór i ulepić bałwana, więc siedzę przed telewizorem. Ciekawe i interesujące reklamy stale przerywano nudnymi programami dla dzieci i młodzieży. Kiedyś jednak trafiłem na Tajemnicę Sagali. Mógłbym opisywać, jakie wrażenie zrobił na mnie ten serial, ale szczerze nie pamiętam. Może obejrzałem go nie w zimowe ferie, a w czasie letnich wakacji? To, że go zapamiętałem, to już coś. Serial, zrealizowany przeszło dwadzieścia lat temu, stanowił niejako polską odpowiedź na Doctora Who. Mamy w nim zarówno podróże w czasie, obdarzonego nadludzką wiedzą i mocą Jarpena, obce kultury z przeszłości, jak i pełne dramaturgii zmagania w teraźniejszości. Dziecięcy bohaterowie podróżują przez czas i przestrzeń, by skompletować magiczny kamień Sagala. W jednym z odcinków trafiają do Biskupina. Odkrycie tej osady kultury łużyckiej stanowiło jeden z kamieni milowych polskiej archeologii w XX wieku. Starożytna osada wyłoniła się ponad powierzchnię jeziora biskupińskiego w 1933 roku, a już w kolejnym roku prace archeologiczne zaczął prowadzić w tym miejscu prof. Józef Kostrzewski, który osadę uznał za prasłowiański gród. W czasie wojny z kolei prace w Biskupinie prowadzili niemieccy uczeni, pragnąc wykazać jego pragermański charakter. Zagadnienie etniczności łużyczan wpisywało się w politycznie rozgrywany, naukowy spór o etnogenezę Słowian. Czy byliśmy „tu” od zawsze, czy przybyliśmy na ziemie polskie w okresie wędrówek ludów? Przez kilka dziesięcioleci PRL-u odpowiedź na to pytanie była oczywista. Teorię autochtoniczną (zakładającą „tubylczy” charakter Słowian) wykładano na uniwersytetach, znajdowała się w podręcznikach szkolnych, a jej odpryski trafiały do kultury masowej. Wycieczki szkolne tłumnie nawiedzały Biskupin, najsłynniejsze prasłowiańskie grodzisko. Jednak na przełomie lat 70. i 80. teoria autochtoniczna zaczęła pękać. Przyrost naszej wiedzy o pradziejach ziem polskich sprawił, że coraz trudniej było uznawać „odwieczną” słowiańskość terenów między Odrą a Wisłą. Kolejne pokolenie uczonych, nieuwikłane w przedwojenne spory z niemieckimi uczonymi, niejako w kontrze do swoich nauczycieli opowiedziało się za teorią allochtoniczną w wersji zaproponowanej przez Kazimierza Godłowskiego. Teoria migracji naszych przodków nad Wisłę u schyłku starożytności, nie bez żarliwych polemik, zatriumfowała na katedrach historii i archeologii i powoli zaczęła przenikać poza świat akademicki. Tajemnica Sagali jest doskonałym dokumentem tego przełomu. Bohaterowie serialu udali się do Biskupina po serce boga słońca, stanowiące trzecią z części magicznego kamienia. Przez dwa odcinki przeżywają przygody w starożytnym grodzisku, unikając kary śmierci i finalnie ratując jego mieszkańców przed scytyjskim najazdem. Twórcy serialu nie sugerowali jednak prasłowiańskości osady, kwestia etniczności mieszkańców Biskupina pozostała tutaj otwarta. Gdyby serial powstał dziesięć lat wcześniej, byłoby to raczej nie do pomyślenia.

 

Czas osierocony

Gdy jakiś czas temu odświeżyłem sobie Tajemnicę Sagali, pewien wątek wydał mi się bardziej fantastyczny niż podróże w czasie. Biskupińska przygoda kończy się tym, że młody bohater wieszczy mieszkańcom grodu przyszłość. Czyni to w sprytny sposób, opowiadając, co przypomniał sobie ze szkoły na temat losów osady. Niesamowite! Minęło dwadzieścia lat. Myślę, że większość osób, które współcześnie kończą edukację na poziomie szkoły średniej, kojarzy Biskupin co najwyżej hasłowo, jako jakiś prastary gród znaleziony na terenie naszego kraju. Ten zanik świadomości wynika z paradoksalnego wpływu teorii allochtonicznej na naszą świadomość historyczną. Skoro Biskupin przestał być „nasz” (tj. prasłowiański), przestano się nim powszechnie interesować. Współcześnie pradzieje naszego kraju stanowią czas osierocony.  Spróbujmy popatrzeć na zmianę paradygmatu naukowego od strony jego wpływu na naszą wizję przeszłości. Zburzona została, dominująca ponad sto lat, a mająca jeszcze korzenie w epoce romantyzmu, teoria autochtoniczna. Była ona dobrze zakorzeniona nie tylko w pracach akademickich, ale także w publicznym odbiorze i (pop)kulturze. Narracja o przybyciu Słowian nad Wisłę w V wieku nie miała za sobą takiego zaplecza. Wraz z jej zwycięstwem decydenci zwyczajnie stracili zainteresowanie pradziejami. Skoro ludność kultury łużyckiej (jak i innych archeologicznych kultur poprzedzających przybycie Słowian) nie stanowi wprost naszych przodków, nie ma powodu dla eksponowania jej w procesie edukacji. Pamiętam ze szkoły średniej, że temat w podręczniku okrojony był do dwóch stron: zamieszczono na nich suchą wyliczankę anonimowych kultur archeologicznych „od Neandertalczyka do Mieszka I”, a całość okraszały zdjęcia przypadkowych garnków oraz fotografia osady w Biskupinie. Ze względu na napięty program temat nie był omawiany na lekcji, mieliśmy go sobie „doczytać” w domu.

Równocześnie, popularyzacja wiedzy o przeszłości przechodzi kryzys. Naukowcy nie pisują tekstów dla „zwykłych” czytelników, bo te nie liczą się w ocenie dorobku. Dziennikarze unikają zaś pisania o pradziejach, gdyż wymaga to dobrego rozeznania w archeologii. Ograniczają się do zdawkowych informacji o bieżących odkryciach lub pisania tekstów sensacyjnych, odległych od promowania rzetelnej wiedzy. Skalę kryzysu widać nie tylko w gazetach codziennych i czasopismach popularnonaukowych, odbija się on również na rynku książki. Jakiś czas temu wszedłem do księgarni pewnej znanej sieci i ze zgrozą zauważyłem, że na dwóch półkach podpisanych „Archeologia” nie było ani jednej wartościowej publikacji popularnonaukowej. Co więcej, wszystkie (!!!) książki sprzedawane jako archeologiczne zawierały rozmaite teorie pseudonaukowe: od teorii o kosmicznych cywilizacjach na ziemi po modne ostatnio turbosłowiaństwo. Nic dziwnego, że teren osierocony przez naukowców i szkołę zajęli różnej maści hochsztaplerzy i pseudouczeni.

 

Lechia na miarę naszych marzeń

„Początki Wielkiej Lechii datuje się na około 1800 rok p.n.e., gdy rozpoczęła się stopniowa migracja Elamitów z ziem dzisiejszego Iranu na tereny Europy Środkowej. Kroniki podają, że wówczas Sarmata został wybrany pierwszym Lehem/Lechem (tj. Królem) na wiecu słowiańskim. Założona przez niego dynastia przetrwała ponad trzy tysiące lat, o kilka stuleci dłużej niż samo Imperium. Kraj ten, w odróżnieniu od reszty świata antycznego, nie znał niewolnictwa. Na obszarze Imperium funkcjonowały największe metropolie starożytnego świata, takie jak Kodan (Gdańsk), Gniezno, Carodom (Kraków) i Szczyt (Szczecin). Zamieszkująca je ludność ario-słowiańska stanowi wprost przodków dzisiejszych Polaków. Wielka Lechia, zanim zniknęła z kart historii, skutecznie opierała się perskim szachom, królom Macedonii i cesarzom rzymskim. Na terenach jej podległych powstała unikalna cywilizacja. W różnych momentach wojenne wyprawy Lechitów pustoszyły Ateny, Rzym, Kartaginę i Konstantynopol. Na gruzach zachodniego Imperium Rzymskiego lechiccy wodzowie stworzyli własne królestwa. Kres istnieniu Wielkiej Lechii – i to nie od razu – położył dopiero globalny spisek niemiecko-watykański. Również wpływy Kościoła katolickiego oraz Niemców sprawiły, że nasza wspaniała przeszłość przez długie stulecia była fałszowana i ukrywana.”

W ten sposób streściłem kiedyś teorię zaprezentowaną przez Janusza Bieszka w książce Słowiańscy królowie Lechii (2015). Kto jest zainteresowany naukowym odparciem tej teorii, łatwo natrafi na moją książkę, artykuły popularnonaukowe czy wywiady, których tu i ówdzie udzieliłem. Z perspektywy tego tekstu ważne jest, że tysiące czytelników Bieszka zafascynowała wizja przedstawiona w jego dziele. Sukces komercyjny spowodował, że autor ów wydał szereg kolejnych prac poświęconych „historii” Lechii, a dzieła innych pseudonaukowców (na przykład Kosińskiego czy Szydłowskiego) również trafiły do księgarń. Równolegle, rozmaite teorie turbosłowiańskie kwitną od kilku lat w internecie. Można znaleźć poświęcone Lechii blogi, grupy dyskusyjne czy kanały na YouTubie. Odbiorcami tych materiałów są różne grupy. Na jednym biegunie mamy osoby czepiające się „ario-słowiańskiej” przeszłości z powodu zainteresowania ezoteryką, magią run, okultyzmem itp. Po drugiej stronie są osoby zainteresowane historią, a niemające wiedzy i kompetencji, by ocenić prawdziwość teorii Szydłowskiego czy Bieszka. Pewnie nie każdy, kto obejrzał nagranie na YouTubie opowiadające o Lechii, uwierzył w istnienie tego domniemanego imperium. Zaryzykuję jednak stwierdzenie, że łatwiej w sieci znaleźć materiały pseudonaukowe o pradziejach Słowian niż wartościowe, popularnonaukowe treści im poświęcone. Czyni to przypadkowych odbiorców nieco bezbronnymi wobec tego typu teorii.

 

Materiał na piękną opowieść

Czy istnieje lekarstwo na „lechityzm”? Po pierwsze, trzeba przywrócić pradziejom naszego kraju odpowiednie miejsce w systemie edukacji. Ludność kultury łużyckiej, Goci czy Wandalowie nie byli Słowianami. Żyli jednak pod tym samym niebem, pili wodę z tych samych rzek, co my. Chociażby z tego względu zasługują na naszą ciekawość i zainteresowanie ich dziedzictwem. Co więcej, zasługuje ono na obecność w naszej kulturze. Francuskie dzieci mogą kibicować Asteriksowi w walce z Rzymianami, ale we Francji równą pieczę przykłada się do spuścizny galijskiej, rzymskiej czy frankijskiej. Może kiedyś dożyjemy czasów, w których będą powstawać filmy o pierwszych Słowianach wyprawiających się nad Wisłę? O ich starciach z pozostałościami germańskich plemion i późniejszej koegzystencji? Brakuje nam również pozytywnego obrazu polskiej nauki w popkulturze. Może jacyś filmowcy zainteresują się na przykład życiem Józefa Kostrzewskiego? Pierwszy badacz Biskupina nie był może Indianą Jonesem, ale jego kariera naukowa to materiał na piękną opowieść. Byłoby w niej miejsce na uczone spory, wielkie odkrycia, gorliwy patriotyzm, horrory niemieckiej okupacji, trudne lata powojenne. To tylko garść moich luźnych pomysłów. Jedno jest pewne: wobec popularności teorii lechickiej nie należy przechodzić obojętnie. W innym wypadku obudzimy się w świecie, w którym turbosłowianie zawłaszczą naszą przeszłość.

Roman Żuchowicz, Wielka Lechia. Źródła i przyczyny popularności teorii pseudonaukowej okiem historyka, Wydawnictwo Naukowe Sub Lupa, Warszawa 2018.

Roman Żuchowicz

(1990) Historyk, podróżnik, czasem dziennikarz, zazwyczaj utracjusz. Absolwent MISH UW, obecnie doktorant na Wydziale Historycznym UW. Zajmuje się późną starożytnością, a hobbistycznie, różnorakimi teoriami pseudonaukowymi. Napisał książkę pt. Wielka Lechia. Źródła i przyczyny popularności teorii pseudonaukowej okiem historyka (2018). Z tej przyczyny uchodzi wśród turbosłowian za niemiecko-watykańskiego oszusta, opłacanego za pieniądze Sorosa.

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!