Ciężar, pod którym wszystko się zapada

Wydane w 2019 roku Dziecko z darów to ósma książka poetycka, a dwunasta – wliczając cztery prozatorskie – w karierze Justyny Bargielskiej, warszawskiej pisarki, laureatki Bierezina i Gdyni, nominowanej do m.in. Nike (dwukrotnie), Szymborskiej i Silesiusa.

O niezwykłym miejscu Bargielskiej na polskiej scenie literackiej pisała już Marta Koronkiewicz[1], zwracając uwagę, że choć jej twórczość jest wykorzystywana do skrajnie odmiennych politycznie interpretacji – goszcząc na łamach od „Krytyki Politycznej” po „Uważam Rze” – to, na mocy niezwykłego paradoksu pozostaje Bargielska dla wszystkich światopoglądów autorką raczej niekłopotliwą, a nawet, przy wysiłku felietonistów tych czasopism, potrafi być uznana za doskonałą ilustrację dla przeciwnych opinii. Ta niedookreśloność Bargielskiej wynika, moim zdaniem, z konstrukcji podmiotki jej wierszy. Jest to konstrukcja skomplikowana, wielowarstwowa, zmienna, mieszcząca w sobie paradoksy, a przede wszystkim – utyrana w codziennym ogarnianiu domu, dzieci, męża, kochanków i siebie.

Ta nieustanna „tyrka” jest u Bargielskiej trudem męczeńskim. W wierszu „300 gwiazd dziennie” pojawia się nawiedzający podmiotkę sen, w którym „przecięło mnie na pół, a potem cofnięto taśmę”. Kobieta jest skazana, by, mimo wiedzy o tragicznym końcu, nie tylko jak zwykle przeżywać zapracowane życie, a w nim „(…) gipsować ściany,/ podawać do chrztu dzieci, wieszać obrazy,/ wynosić baseny, jeździć na wschód słońca”, ale jeszcze codziennie robić tę jedną straceńczą, cyrkową gwiazdę, „tylko tym razem wiedząc, że mnie przetnie” (JB, „300 gwiazd dziennie”). Mueller [2] przy omawianiu tomiku Nudelman nazwała ten motyw u Bargielskiej „sadomasochistycznym cyrkiem”, zaś Kałuża [3] zarzucała tamtej książce przesycenie obrazami autoagresji. I choć w nowych wierszach nie pisze już Bargielska o „prętach, które wyjdą cipą” czy „nasraniu sobie do cipy”,  formy przemocy, choć wysubtelnione, wciąż trzymają podmiotkę w garści:

Dzieci mi powiedziały, że Luke Skywalker umarł,
ale sama sprawdzić nie poszłam, bo to by było,
jak oglądać własną śmierć albo co najmniej śmierć Bogdana
z równoległej klasy, który podduszał dziewczynki,
gdy nie mógł się z nimi dogadać. Czy ktoś się kiedykolwiek
dogadał z dziewczynką? No, więc właśnie, Bogdanie.
Inna rzecz, że gdy Bogdan dusił akurat mnie,
wszystko psuła obawa, że w dorosłym życiu
trzeba go będzie znaleźć i się z nim ożenić.
(…)

(Na dzieci (spoiler))

Wyjść za mąż za dusiciela? Krytyczny odbiór Bargielskiej dobrze rozpoznaje u niej motyw rezygnacji – bo właśnie wcale nie sprzeciwu – wobec agresji. Niektóre badaczki przypisują jej zresztą ten rodzaj subwersywności, który de facto umacnia patriarchat. Przywołująca te odczytania Joanna Orska [4] interpretuje jednak nowy tomik Bargielski jako rodzaj derridańskiego daru – daru wmuszonego. Zdaniem Orskiej, podmiotka, w swojej udręce kobiety-opiekunki, zostaje nieustannie „napominana przez miłość”, co czyni z niej raczej „biopolityczną zakładniczkę miłości”, choć czy nie przebrzmiewa w tych tekstach „rozkosz uległych wobec przemocy bohaterek”, temu się stanowczo zaprzeczyć nie da.

Kiedy więc dzieci „mówią sorry” czy też raczej „próbują powiedzieć, że coś im nie poszło”, podmiotka przygląda się im cierpliwie, wysłuchuje ich wyjaśnień, po czym konkluduje: „biorę ich winę na siebie, wyciągam je, wycieram,/ całuję, całuję i wrzucam z powrotem” (JB, „moje dzieci, kiedy mówią sorry”). Więzy krwi, zobowiązania macierzyńskie, opiekuńczość i przywiązanie czynią z niej skrajnie wykończoną, ale jednak matkę-heroskę, która w coraz bardziej groteskowych sytuacjach przyjmuje ofiarnie kolejne poświęcenia: „W piątek po szkole nie mogłam się zabić, jak planowałam,/ bo musiałam karmić piersią znalezione na półpiętrze/ dziecko przyjaciółki (…)”. Ta męczennicza matka (matka-męczatka) nie tylko ocala niemowlę, którego matka z babcią musiały wyjechać na weekend, ale jeszcze na dodatek, jak w jakimś niemożliwie rozrośniętym żarcie, na szybko udowadnia hipotezę Riemanna, i to zanim pójdzie spać. „(…) dałam z siebie wszystko”, konkluduje skromnie podmiotka (JB, „Młodość wiecznie roboczy”).

Czy jest to, jak proponowała przy tomiku Nudelman Mueller [5], gest nakreślenia ofiarnego siostrzeństwa? W końcu w wierszu „Próba doszorowania” ocalające ciężarne mają ustawić się niczym futryna wspierająca rozpadający się świat; ba! dziewczyny – na wezwanie podmiotki – niech zrobią grzecznie całą piramidę z futryn. Niech zakładniczki daru miłości – macierzyństwa, małżeństwa – z humorem ogarniają siebie, dom, męża, dzieci, dzieci przyjaciółek i hipotezy matematyczne, a na dodatek przypilnują koleżance córki pająków, chociaż te się, jak na złość, rozłażą: „Czy Luiza liczyła te pająki, bo nie wiem, ile mam jej oddać?” (JB, „Rozwiązywanie funkcyj”).

Bargielska wydaje się więc pogodna, choć podszyta rozpaczą. W wywiadzie z Agnieszką Wolny-Hamkało [6] mówiła o pisaniu poezji, że przypomina wyszukiwanie w życiu niepozornych szczelin, w których trzeba zmagazynować to, co niemożliwe i wymykające się. Efekt humoru i lekkości jest więc pochodną nieustrukturyzowania rzeczywistości, w której mieszają się porządki, „gada się”, podsłuchuje („Wydaje mi się, że cierpię na lekkie odhamowanie”, wyznaje w wywiadzie Bargielska, opowiadając o swoim przymusie zagadywania obcych).

Zastanawia, że w Dziecku z darów mniej jest cudów i uwzniaślania niż w dawniejszej twórczości. Choć wciąż zdarzają się wiersze, w których nagle wysoko na drzewie pojawia się dziecko niczym mara (JB, „Wyglądasz dziś jak ośrodek maryjny, powiedział kolega”), a podmiotka wspomina, jak to kazała aniołom skakać przez swój pierścionek jak przez płonącą obręcz (JB, „Żelazna bogini miłosierdzia”). Ale nie jest to już książka, w której przejawia się – jak pisała Koronkiewicz o pierwszych kilku tomikach [7] – „otwarta, ekstatyczna nostalgia za utraconym niesamowitym”. W nowych wierszach dominuje za to nieustanne wyzyskiwanie dramatyzmu tej męczennicy darów, o której pisze Orska [8] – bohaterskiej futryny; zamarłej i posągowej:

Niosłam mamie coś z apteki i ptak
narobił mi na głowę. (…)
(…) i chodziłam
z obsraną głową do wieczora.

Pozdrawiam was, topole, sekwoje.
I my cię pozdrawiamy, królowo nasza.

(Kiedy idziesz, ale nagle zaczynasz biec)

Choćby ptak narobił jej na głowę, dzielnie będzie niosła mamie „coś z apteki”. Jest więc podmiotka współczesną Hiobką; Hiobką pogrążona raczej w ciemnościach melancholii niż – jak rozróżnia Mueller za św. Janem od Krzyża [9] – oślepiona mistycznym „promieniem ciemności”. Kuszona, lecz trwająca na posterunku jako wieczna opiekunka-pocieszycielka. Jej nagrodą jest ten dar, którego, jak wiemy, jest odwieczną zakładniczką. „Ale takiej nie macie”, obwieszcza zuchwale w wierszu „My sweet little poet to be fucked”. Wiersz opiewa pewną uroczą poetkę, która „kierowców upomina szminką, a Boga uśmiechem”. Jednak okazuje się, że także ten spektakl rozpadłby się bez zaciętej pracy podmiotki, bo oto wiersz kończy się  takim wyznaniem:

Gdy układa się do snu we wklęsłym zwierciadle
śnić swój smutny mądry film sen,
wbijam w ten nieboskłon gwiazdy, żeby miała na rano.

(My sweet little poet to be fucked)

W obliczu tej udręki stawia Bargielska pytanie o sensowność układu, który kobiety zniewala. Systemowe nierówności, choć w chwili wydania książki nie zostały jeszcze tak brutalnie obnażone przez światowy kryzys wywołany epidemią, są jednak głęboko wpisane w instytucję państwa i definiowanej przez nie rodziny. Skoro tak niski jest status pracy opiekuńczej – w naszym systemie wykonywanej bezpłatnie i niewdzięcznie przez matki i babcie na trzech pokoleniach domowników – to czy jest sens płodzić tyle dzieci? W innym wierszu stawia się właśnie takie, śmiałe pytanie:

(…)
Wybraliśmy takiego boga,
żeby dzieci chronił, a wilki trzymał z daleka,
a może trzeba było zrobić inaczej?
(…)

(obraz przedstawiający)

Czy Bargielska podważa tu konserwatywne normy, czy też – jak zawsze zarzucali jej, zdaniem Anity Jarzyny [10], krytycy – jest tylko „zaczepna i niestosowna”? Wypunktowane przez Koronkiewicz [11] problemy z dotychczasową krytyką zniechęcają do prób zrobienia z Bargielskiej głosu w sprawie bieżących sporów, daremne więc jest rozstrzyganie afiliacji światopoglądowych. Co w tych wierszach na pewno widać, to że zmęczenie „tyrką” prowokuje do zadawania pytań o ład, a takie pytania, jeśli zostaną rozwinięte, mogłyby prowadzić do podważania tego ładu. Mogłyby. Bargielskiej jednak nie interesują alternatywne światy, które można wywieść z tej myśli. Jak zauważa Monika Glosowitz, alternatywność światów Bargielskiej polegałaby raczej na tym, że przeszłość, teraźniejszość i przyszłość istnieją w jej tekstach jednocześnie [12]. Nie ma tu jednak prób zbudowania podmiotki nieuwiązanej darem miłości i zbadania utopijnej rzeczywistości. Jest tu tylko podmiotka, która czasem ma już dość:

(…)
Pokładłam dzieci do łóżek,
choć próbowałam je zastrzelić. Zwycięstwo
za zwycięstwem, to jest nie do zniesienia.
(…)

(Samica kamienia)

Tak skonstruowana podmiotka ma też swój potencjał emancypacyjny. Polska poezja, zdominowana przez męskie doświadczenie, coraz szerzej realizuje postulat feministyczny. I choć akces kobiecego doświadczenia do sztuki wysokiej odbywa się stopniowo, to coraz więcej jest w naszej poezji wyrazistych głosów kobiet-matek, które, niczym pół wieku temu Anna Świrszczyńska, „mówią, jak jest”.

Najnowszy tomik Katarzyny Michalczak, Tysiąc saun (Wydawnictwo Literackie, 2020) naznacza wiele odświeżających momentów, w których macierzyństwo okazuje się nie ciągłym darem, a zwykłą komplikacją. Takie ujęcie rozwija się  od początku twórczości poetki. W wierszu „Farmina karma nowość bez zbóż!” (tom Pamięć przyjęć) podmiotka Michalczak leży w piachu powalona latem, gdy wtem: „mój syn wchodzi na drzewo, trzeba go podziwiać./ nie chce nam się. (…)”. Podmiotka nie rozgrywa tu swojego matko-męczeństwa, nie zastyga w dramatycznych pozach jak Bargielska, a jednak wciąż pozostaje zakładniczką. Pamięć przyjęć, wcześniejszy tomik Michalczak (Dom Literatury w Łodzi, 2017), opisuje w wierszu „niedziela” taki obrazek: „(…) wolałam// leżeć na balkonie, jeść truskawki i być/ ładna, ale// musieliśmy wychodzić natychmiast. (…)”. Preferencje podmiotki, jej plany, chęci i zachcianki składniowo uprzedzają nadchodzący poryw pociągu, awantury, którą zgotował syn, i całego matczynego cierpliwego tłumaczenia i wyrozumiałości. Niewdzięczna rola matki-opiekunki czasem ciąży na podmiotce, skupionej na swojej młodości, czułej i szaleńczej afirmacji życia i wspaniałym dzikim seksie. Jako matka przeżywa pewne niepowodzenia i z rzadka przyznaje się do poczucia winy, jak w wierszu „kasztany”: „raz – // raz przywiozłam ci kasztany z Krakowa, synku,/ pamiętasz? całą siatkę. płakałeś. liczyłeś, że to będzie/ miecz świetlny. do dziś wyrzucam sobie,/ że nie pomyślałam. (…)”. Ta udręka, choć zazwyczaj opowiedziana z lekkością i żartem, raz kumuluje się w myślach o autoagresji: „to był koszmarny dzień. nie chciał mnie słuchać (…)” „chciałam się trochę poharatać. ha!” (wiersz „drugi rok”).

Być może nie da się opisać doświadczenie macierzyństwa bez świadomości, że wystawia się na miażdżącą ocenę. A przecież opis ten, gdyby został pozbawiony złości i zmęczenia, nie byłby wiarygodny. Zarówno u Bargielskiej, jak i u Michalczak sytuacja podmiotek-matek przypomina niekończącą się sytuację obrony, którą Koronkiewicz zauważyła w Bach for my baby i Małych lisach [13], tam jednak wywodząc ją z romansu, który przydarzał się mniej lub bardziej w sekrecie. Koronkiewicz analizuje pozycję tak skonstruowanej podmiotki. Jest to ciągłe odpieranie oskarżenia afektywną narracją, brak tłumaczenia jako strategia pisania, a także wywołanie wstydu u czytelniczki i czytelnika. Wydaje się jednak, że w Dziecku z darów ta konstrukcja przeciągnięta została w stronę samego opisu macierzyństwa. Bargielska zdaje się mówić: „tak, czasem mam ochotę zastrzelić dzieci, proszę bardzo, bierzcie to i mnie oceniajcie”. Ale jednak położyła je spać, więc chyba jest dobrą matką? Wstydźmy się więc, że potępiamy, bo każda podmiotka ma czasem dość.

Praca opiekuńcza podmiotki Bargielskiej, choć pełna poświęcenia i niewielkich pociech wydłubywanych ze szczelin rzeczywistości, to jednak niejedyne źródło udręk. O jej „nieratowalności”, jak nazywa to Mueller [14], decyduje też niemożność wydzierzgnięcia się z więzów, związków i relacji. Charakterystyczne dla Bargielskiej jest ciągnące się od wielu tomików sprzężenie żałoby po ukochanych, po psie, po sobie: „[…] gdy skończy się sezon,/ co będziesz robić? Ja poproszę, żeby mnie spalono.” (JB, „Obraz przedstawiający”). Można spekulować, do jakiego stopnia „utracenie siebie” jest powiązane z rolą matki i żony. Jednak wydaje się, że sytuacja podmiotki, choć naznaczona przez przemocowość systemu wobec kobiet, to jednak głównie utyrana jest uniwersalnym uwikłaniem ludzi w relacje. Mówiąc w skrócie, nawet zabić się nie da, bo ciągle czegoś od ciebie chcą.

Wiersz pod wiele mówiącym tytułem „Tracker wychodzenia z żałoby” omawia próbę zamówienia usługi „pochowania bardzo płaskiego psa”, którego jednak, jak radzą podmiotce usługodawcy, najlepiej włożyć do książki. „(…) Istotnie,/ do czego innego mogłyby służyć książki,/ jeśli nie do grzebania naszych ukochanych psów.” I niejednokrotnie już Bargielskiej służyły książki do grzebania naszych ukochanych psów; choćby w poprzednim tomie Selfie na tle rzepaku (2016) przegrany „pojedynek pieska z tramwajem” wywołuje w podmiotce niepokój o to, czy pozna, że już umarła („Trauma o piesku”). „Keep dying”, ironicznie radzi mąż, i to przekręcenie popularnego hasła Blitzu, epitomii brytyjskiego stoicyzmu, zamienia samodyscyplinę w obliczu kryzysu w wytrwałe obumieranie.

O śmierci pisze też Bargielska do głębi przejmująco. W wierszu adresowanym do „najmilszego” porwana składnia wyzyskuje pustkę, która pozostaje po jego odejściu. Dobitne akcentowanie ostatniego wersu, który jest niepełnym powtórzeniem poprzedniego, czyni z tej wypowiedzi ni to wyrzut, ni to szept urywający się pod wpływem emocji. Cała strofa rozgrywa się zresztą w absurdzie sytuacji, w której ktoś opowiada to, co powinno zostać zobaczone, a nie usłyszane. Można się tylko domyślać, że intymna więź między podmiotką a „najdroższym” została podrażniona przez jakiś obcy głos, który wdarł się pomiędzy nich, zawłaszczając tę prywatną utratę, by zaprezentować sylwetkę ukochanego słuchaczom.

(…)
Pokazywali w radiu jakieś twoje fotografie, najdroższy.
Sądząc z opisu, bardzo by mi się spodobały.
Sądząc, najmilszy, z opisu, bardzo.

(Darkroom revisited)

O otchłani i metafizycznej depresji (jak nazywa to Mueller [15]) Bargielskiej pisze się od zawsze. Nowy tomik przynosi więcej przenikających do głębi opisów rozpadu świata podmiotki. W wierszu „Kapitanie, tu Sally” ofiarą padają zresztą rzesze ludzi: (…) Część widoku,/ na który patrzymy, zapada się akurat pod własnym ciężarem,/ grzebiąc przy okazji tych bez ciężaru”.  Czy są to inni współcierpiący, nieprzebrana wspólnota bezradnych, którzy ostatkiem sił trzymają się ziemi? Ziemi, która zdaje się tak obca, że aż nie do zniesienia?

(…) Musieliśmy się zatrzymać
pośrodku niczego i czekać do rana,
aż zrenderuje się świat.

Zrenderował się zupełnie niepodobny do siebie,
do tego, co znaliśmy, kochaliśmy, cośmy mieli,
co miało nas. (…)

(Spawn point)

Smutek okazuje się żywiołem, który wolno, acz nieubłaganie niesie podmiotkę ku zagładzie. Jest jak rzeka, „od której nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie oczekiwał,/ że się zatrzyma, by pogadać, zanim dotrze na miejsce” (JB, „Scena balkonowa”). A jednak jest na tym świecie szczególne, metafizyczne zadanie, którym naznaczono życie podmiotki. W wierszu „Wszystko dla” chciałaby być niczym „przepisywacz znaków”, który, jako jedyny, potrafi dostrzec światła. Choć boi się ciemności, będzie w tych ciemnościach siadać i tłumaczyć „ludziom/ zwierzętom, ptakom, glizdom i kamieniom:/ to, że zgasły, nie znaczy, że nigdy nie świeciły”. Ten wiersz kontynuowałby kierunek mistyczny odważnie (zdaniem Jarzyny [16]) wyznaczony Bargielskiej przez Mueller [17].

Tym, co spowija tomik Dziecko z darów, jest poczucie końca. Jest to koniec nieustanny, następujący, na tyle bliski i znany, że podmiotka nauczyła się z nim żyć, a nawet potrafi się z niego uczyć nowych umiejętności, jakże praktycznych, gdy ma się tyle ról do odegrania:

Dziewczyny się kłócą,
czy to dużo, czy mało. Jak dorosną, pokażę im,
ile można zrobić z tego listka
właśnie dzięki rozłażeniu
się towarzystwa, gdy kolejne odejścia
nizasz na rzemyk jak rekinie zęby,
jak ochrydzkie perły, jak nowe planety.

(Rozwiązywanie funkcyj)

I nawet kiedy wiersz obwieszcza, że, jak głosi tytuł, „to naprawdę koniec, musimy być dzielne”, zdaniem Orskiej [18] konstrukcja podmiotu u Bargielskiej wymaga wręcz ciągłej inspekcji więzów, które nazywa się przerwanymi, a jednak nigdy do końca się nie rozrywają.

Podobnie zmiana i rozpad są ciągłym tematem twórczości Katarzyny Michalczak. Powraca u niej temat związku, który rozpaść się nie może. Pocieszeniem dla Michalczak okazuje się jednak często właśnie syn, który w wierszu „Podróż do Edo” jest niczym pomost do magicznego świata fantazji: „nagle mój syn jest szogunem, drzeworytnikiem świata, kaczką/ mandarynką. Nagle ten wieloletni ciężar/ zamienia się w stację Honjō, naj-/ piękniejszą.” (Tysiąc saun).

Jeśli więc u Bargielskiej, jak zauważa Orska, nieustannie przypatrujemy się temu zawieszeniu między rozerwanym a nierozrywalnym, a „[c]hwila tej nadświadomości [że pozostaniemy związani] przeciągana jest z wiersza na wiersz” [19], to u Michalczak rwanie się wypełnia cisza obsesyjnie zapełniana inkantacjami do dziecka. W wierszu „koniec z nami” opis rozstania wetknięty jest pomiędzy wyliczankę o synu: „w moim synu lubię, że chodzi w kapeluszach./ interesuje go tylko senator z kosmosu/ i obsesyjnie/ rysuje sceny, w których smoki zabijają ryby.” Te akumulowane „lajki” mają zapewniać o tym, że mimo zmian, coś w tym świecie pozostanie nietknięte. Więzy krwi między matką a dzieckiem są nienegocjowalne, co obie poetki rozgrywają dwoiście – jako udrękę, ale przecież i otuchę. Żeby tylko uniknąć tego, co Bargielska nazwała zupełnie obcym nam „światem zrenderowanym na nowo”.

 

Justyna Bargielska, Dziecko z darów, Wolno, 2019.
Katarzyna Michalczak, Tysiąc saun, Wydawnictwo Literackie, 2020.

Przypisy:
[1] Marta Koronkiewicz, Bargielska bez wymówek, „Śląskie Studia Polonistyczne” 2014, 5 (1–2), s. 201-215. Pobrano z https://www.journals.us.edu.pl/index.php/SSP/article/view/3346
[2] Joanna Mueller, „FA-art” 2014, nr 3.
[3] Anna Kałuża, Sama sobie zrobiłam, „BiBLioteka. Magazyn literacki” (bez daty publikacji)
https://www.biuroliterackie.pl/biblioteka/recenzje/esej-anny-kaluzy/
[4] Joanna Orska, Dar, „Wizje” (Aktualnik, bez daty publikacji)
https://magazynwizje.pl/aktualnik/dar-justyna-bargielska-dziecko-z-darow/Document2
[5] Joanna Mueller, dz. cyt.
[6] Śmierć przebiśniegów. Z Justyną Bargielską rozmawia Agnieszka Wolny-Hamkało, wywiad,: http://www.dwutygodnik.com/artykul/1791-smierc-przebisniegow.html
[7] Marta Koronkiewicz, „Panny z Wilka» w wersji Tima Burtona, „Antologia krytyczna. Tom II [w:] „Polska poezja współczesna. Przewodnik encyklopedyczny”, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu,
http://przewodnikpoetycki.amu.edu.pl/panny-z-wilka-w-wersji-tima-burtona/
[8] Joanna Orska, dz. cyt.
[9] Joanna Mueller, dz. cyt.
[10] Anita Jarzyna, hasło: „Justyna Bargielska” [w:] „Polska poezja współczesna. Przewodnik encyklopedyczny”, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu,
http://przewodnikpoetycki.amu.edu.pl/encyklopedia/justyna-bargielska/
[11] Marta Koronkiewicz, Bargielska bez wymówek…, dz. cyt.
[12] Monika Glosowitz, Niemożliwe światy Justyny Bargielskiej. Lektura afektywna [w”] „Śląskie Studia Polonistyczne” 2014, 5(1-2), s. 173-186.
https://www.journals.us.edu.pl/index.php/SSP/article/view/3343
[13] Marta Koronkiewicz, Bargielska bez wymówek…, dz. cyt.
[14] Joanna Mueller, dz. cyt.
[15] Joanna Mueller, dz. cyt.
[16] Anita Jarzyna, dz. cyt.
[17] Joanna Mueller, dz. cyt.

Literatura:
Monika Glosowitz, Niemożliwe światy Justyny Bargielskiej. Lektura afektywna [w:] „Śląskie Studia Polonistyczne” 2014, 5(1-2), s. 173-186.
https://www.journals.us.edu.pl/index.php/SSP/article/view/3343
Anita Jarzyna, hasło: „Justyna Bargielska” [w:] „Polska poezja współczesna. Przewodnik encyklopedyczny”, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu,
http://przewodnikpoetycki.amu.edu.pl/encyklopedia/justyna-bargielska/
Anna Kałuża, Sama sobie zrobiłam, „BiBLioteka. Magazyn literacki” (bez daty publikacji)
https://www.biuroliterackie.pl/biblioteka/recenzje/esej-anny-kaluzy/
Marta Koronkiewicz, Bargielska bez wymówek, „Śląskie Studia Polonistyczne” 2014, 5 (1–2), s. 201-215.
https://www.journals.us.edu.pl/index.php/SSP/article/view/3346
Marta Koronkiewicz, Panny z Wilka” w wersji Tima Burtona, „Antologia krytyczna. Tom II [w:] „Polska poezja współczesna. Przewodnik encyklopedyczny”, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.
http://przewodnikpoetycki.amu.edu.pl/panny-z-wilka-w-wersji-tima-burtona/
Joanna Mueller, Czy poniechała cię noc? O „wołaniach z głębokości” Justyny Bargielskiej, „FA-art” 2014, nr 3.
Joanna Orska, Dar, „Wizje” (Aktualnik, bez daty publikacji)
https://magazynwizje.pl/aktualnik/dar-justyna-bargielska-dziecko-z-darow/Document2
Śmierć przebiśniegów. Z Justyną Bargielską rozmawia Agnieszka Wolny-Hamkało, wywiad,: http://www.dwutygodnik.com/artykul/1791-smierc-przebisniegow.html

Ola Wasilewska

Ola Wasilewska (1989) – graficzka, wideoklipperka, słowoskładaczka. Redaguje warszawski „Wakat/Notoria” i kobiecy zin „Sklejka”. Jej najnowszą animację wyświetlano na fasadzie Muzeum Sztuki Współczesnej w Zagrzebiu.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!