Ludzkie flaki po wielkim wybuchu

Dominika Dymińska i Dorota Masłowska. Co je łączy? Obie piszą o kulinariach, obie debiutowały w młodym wieku, obie zaczynały od tworzenia wierszy – i chyba na tym podobieństwa się kończą, a zaczyna rozpościerać ogromna rozpadlina. Dominika żyje w Internecie, Masłowska gardzi nim jako uosobieniem spotworniałej, podgniłej i destruktywnej nowoczesności. Dominika używa Skype’a, wyjada „z wyrzuconych sandwiczów tylko szynkę parmeńską, resztę usuwając, bo nie przepada ani za sałatą rzymską, ani tym bardziej za musztardą Dijon”[1], obsesyjnie myśli o odchudzaniu, piciu drogich drinków z palemką w Hiltonie, seksie przez portal randkowy z użyciem kamerki i sprośnych fotosików – jest właściwie egzemplifikacją tego, co Masłowska zdaje się nazywać nieporuszonym bagnem wyjałowionego i banalnego „tu i teraz”. Jednak Dominika bierze na klatę to, że żyje w roku 2012 i nie wstydzi się, że urodziła się teraz, a nie w XIX w., kiedy nie było czasu wolnego i ludzie nie mogli oddawać się wielogodzinnej mizerii myślenia o seksie i Bubble Tea. Dominika zdaje sobie sprawę z wszechmarności postmodernistycznej, „POSTREALNEJ” rzeczywistości tak samo jak Dorota, ale – w przeciwieństwie do autorki Kochanie, zabiłam nasze koty – nie odcina się od niej moralizatorsko i pozwala sobie w niej żyć. Cóż, innego wyjścia nie ma (chyba, że domek na wsi, który pieśnią glorii i ubóstwienia opiewa Masłowska w wywiadzie udzielonym[2], lub samobójstwo, które nie wskazane jest przy pisaniu książek, bo dość skutecznie je utrudnia). Mięso Dymińskiej przybija piątkę diagnozie współczesnego świata, którą wystawia Masłowska, ale jakże skutecznie opiera się ogniowi piekielnemu, w którym, według autorki Kotów…, Dymińska powinna się chyba strawić.

Bohaterka Mięsa to dojrzewająca dziewczynka, stąd zapewne nota na okładce klasyfikuje ją jako powieść dziewczyńską, z czym nie może się w swojej recenzji zgodzić Zofia Bałdyga:

Nie znam definicji powieści dziewczyńskiej, ale gdybym spróbowała ją skonstruować zgodnie z powszechną zasadą ‘nie znam się, to się wypowiem’, myślałabym, że książka powinna być raczej niewinna, dość pastelowa, alkohol i popalane za szkołą papierosy występować powinny dość sporadycznie, z męsko-damskich zbliżeń najwyżej ręka w majtkach, ale i to raczej nieśmiało. Mówiąc w skrócie, oczekiwałabym bardziej wiosny, wiary w świetlaną przyszłość, szczypty naiwności a później dopiero jakichś niby dorosłych eksperymentów[3].

Dziwi mnie jawnie manifestowana ignorancja recenzentki i poetki, gdyż tak zwana powieść dziewczyńska jest wspaniałym rozdziałem w historii światowej literatury, wystarczy wspomnieć Pamiętniki Fanny Hill czy powieści Colette, a dzieła te mało mają wspólnego z pastelowością, wiosną itd. Bałdyga przedstawia wyidealizowaną wizję „dziewczynki”, która nie musi się pokrywać z resztą dziewczyńskiej ludzkości. Bohaterka powieści ma prawo dojrzewać na swój własny sposób, nawet jeśli w pakiecie otrzymujemy dużo seksu (skąd Bałdyga wie, że kiepskiego?), dużo świntuszenia, opuszczania majtek, śluzu i spermy. Zarzucanie książce, że jest wierna doświadczeniu, wydaje mi się absolutną ślepotą interpretacyjną. Zofia pomija też fakt, że „niewinność, wiosna i szczypta naiwności” pojawiają się u Dymińskiej w warstwie stylistycznej, w przepięknie upoetyzowanym języku traumy, który sam w sobie emanuje ocalającą świeżością i wrażliwością: „Nie piszę o tym, o czym nie mogę mówić. Niektóre słowa nie przechodzą mi przez gardło. Niektóre słowa są zbyt poważne, żeby je wymawiać, można je tylko obracać w ustach i potem wypluwać ich przeżute kęsy. Wolałabym nie dzielić słów na wymawiane i nieme. Wolałbym już bardziej nie reżyserować rzeczywistości”[4].

Mięsu zarzuca się pretensjonalność, wulgarny ekshibicjonizm, zbytnią blogowość (jakby medium decydowało o jakości gatunkowej), epatowanie cierpieniem rodem z listów do „Filipinki” z działu „rozwód rodziców”, „bulimia”, „dotknął mnie w krocze staruch” oraz miałkość alienacyjnej, wirtualnej postawy życiowej. Jednak są to zarzuty bardziej skierowane w stronę kondycji współczesności niż książki, gdyż autorka przetwarza te zdegenerowane doświadczenia w poetycki, rzeczywiście chwilami pretensjonalny (ale mało której poezji udaje się tego uniknąć) język i jedyne, co można mu zarzucić, to nachalna obecność w zdaniach jej patronki stylistycznej – Herty Müller, która pojawia się jak krowa na drodze pod koniec powieści: „Byłam na spotkaniu z Hertą Muller i pamiętam, że wydawała mi się bardzo podobna do mnie, uśmiechała się ciągle, a każdy jej ruch był rozpaczliwy i ciężki. Jej oczy błyszczały jakby ze szkła, widziałam to nawet z ostatniego rzędu. Pamiętam też jak powiedziała: dla mnie moja biografia jest normalna”[5].

Najbardziej wartościowe w książce młodej autorki wydają mi się opisy jej życia seksualnego, o którym tak rzadko pisze się publicznie: „W środku był rysunek żeńskich narządów płciowych. Szukałam u siebie wszystkiego po kolei. Pierwszy raz widziałam łechtaczkę. Wsunęłam termometr w cipkę. Wszedł prawie cały. Byłam zachwycona. Nigdy wcześniej nie dowiedziałam się o sobie tylu rzeczy jednocześnie”[6]. Seks w naszej kulturze jest bowiem wciąż radykalnie sakralizowany, można mu się oddawać we wszystkich pozycjach z użyciem wyrafinowanych gadżetów w postaci złoconego wibratora w kształcie rzeźby Henry’ego Moore’a (widziałem osobiście w seks-sklepie), nie wypada jednak o nim mówić, a już na pewno nie o seksie zdrady, przypadku i pustki. „Wpisano zdradę w pocałunek, w czułe spojrzenia, szlachetny trunek, przypływa w nocy jak zimna woda, dla zdrady żadnej chwili nie szkoda”[7] – śpiewała Kora, Dominika z kolei pisze:

Następnego dnia rano jedziemy do mieszkania, zrywamy z siebie ubrania, seks jest histeryczny, cudowny, szyby w oknach parują. Potem leżymy koło siebie i patrzymy w sufit. On mówi, nie masz wyrzutów sumienia, Odpowiadam, nie mam. Naprawdę nie mam. On pyta, po co to robisz, skoro mówisz, że jesteś zakochana. Odpowiadam, jestem zakochana za bardzo, chcę nabrać dystansu. On pyta, i co, udało się. Odpowiadam, chyba nie. Ubieramy się, on pokazuje mi zdjęcia swojej córki na komórce, potem podwozi mnie do centrum. Idę prosto do mojego chłopaka. Wszystko jest normalnie[8].

Zła reputacja i neonowy blask skandalu towarzyskiego zapewne przylgną do Dymińskiej, demonizując i spłycając jej twórczość literacką, jednak radzę autorce się tym nie przejmować, gdyż wynalazła szczery, metaforotwórczy byt językowy odtruwający nicość nowoczesnej degrengolady świata wirtualnych relacji; słabiznę wymiętych kubków po kawie Sturbucks i kultu plastikowych manekinów podszywających się pod ludzi. Dzięki Mięsu zrozumiałem, jaką kreacyjną potencję ukrywa seks i gotowanie ziemniaków: „Ziemniaki stoją w wodzie, uparte czubki ziemniaków stoją nad wodą. Konrad je soli. Kiedy się gotują, w środku robią się miękkie. Konrad wbija nóż w ostre, mączne wnętrza, na nożu zostają ziemniaczane serca i nerki”[9].

Dominika Dymińska jest jakby wyjęta z koszmarnego widu Doroty Masłowskiej, czyli świata przedstawionego jej najnowszej książki Kochanie, zabiłam nasze koty. Konsumuje daimsy, delektuje się sałatką z rukoli, żyje na Facebooku, obsesyjnie się odchudza, ćpa i oddaje się całonocnemu, coweekendowemu pijaństwu. Jednak nie jest tak jednowymiarowa, papierowa i umysłowo zgładzona jak jej bohaterki. Obdarzona wyostrzoną świadomością i manifestująca swoją językową podmiotowość, jest niezauważonym przez Masłowską pęknięciem na plastikowej bryle jej antyfabuły. Dymińska naturalnie oddycha postmodernistyczną rzeczywistością, jednak nie pozostaje bezkrytyczna wobec swego w niej uczestnictwa, skupia się po prostu na życiu, zamiast jego niemożności czy falsyfikacji.

Koty… rozgrywają się w rozmytym świecie Zachodu, w apokaliptycznym półśnie końca cywilizacji, gdzie jedyną ambicją ludzkości jest tożsamościowa afazja: „Czy mogłabyś oddać nam swoją tożsamość? – mogłaby powiedzieć teraz do niej wolontariuszka kampanii ‘Bank tożsamości’. – Naszym darczyńcom dajemy też tożsamość zastępczą, sympatyczną maskotkę ‘Misia-Tożsamisia’ i koszulkę z logo akcji”[10]. Jest to wyjałowione uniwersum wielkiego śmietnika, na którego dnie spoczywają półżywe syreny uzależnione od alkoholu i heroiny, wraki pralek i rozmokłe egzemplarze idiotycznego pisemka newerthannewage’owego „Yogalife”. Ulice, rozbrzmiewające u Masłowskiej najpiękniejszą polszczyzną, to przeźroczyste symulacje komputerowe, rozpikselowany kapitalistyczny bełkot knajpek i sklepów oraz obrzydliwie przekoncypowanych zakładów fryzjerskich, to rozbłyski sztucznych ogni niczego. Banał i licytacja pustki nowego milenium musi Masłowską straszliwie irytować i nużyć, gdyż nawet do jego opisu używa wirtuozersko wynaturzonego języka maszyny translacyjnej GoogleTłumacz („Nie powinienem tak mówić, przepraszam – zasępił się, bezradny wobec jej przygnębienia. – Nie obchodzi mnie to. – Skrępowałem cię. Wyglądasz na skrępowaną. – Nie jestem skrępowana! – To właściwie intymne. Mogłaś mieć coś z żołądkiem”[11]). Postacie jedynie strzygą włosy i kopulują, namaszczają się żelem antybakteryjnym (pozdrawiamy Lady Makbet!), chodzą na wernisaże, a czasem dla ubarwienia zmyślają sobie polskie korzenie. Jeśli pojawia się problem, usuwany jest odpowiednim koktajlem „medykamentów”, nabyciem kaloszy Hunter Navy, wycieczką nad suchy przestwór oceanu[12] bądź radykalną operacją transplantacji jaźni:

Nie mówi się o tym głośno, bo jest to kontrowersyjne moralnie […]. Ale wśród bogatych mieszkańców krajów zachodnich powiększa się rzesza duchowych inwalidów, którzy gotowi są zapłacić niebotyczne pieniądze, by nie być dłużej sobą […]. Względy, którymi się kierują, są przeróżne […]. Bądź to popełniony ogrom zła i obrzydliwości, który bezustannie im się przypomina, bądź to przedłużająca się depresja i poczucie wyjałowienia, uzależnienie od alkoholu, narkotyków czy zaburzenia jedzenia. Nierzadko chętnymi powoduje przesyt zmysłowy czy seksualny, który uczynił ich niewrażliwymi na bodźce i nie pozwala im się więcej niczym cieszyć. W specjalistycznych choć niechlujnych, jak na zachodnie standardy, klinikach w Indiach, których prawo jako jedyne pozwala na ten proceder, dokonuje się bardzo skomplikowanego PRZESZCZEPU JAŹNI[13].

Pisarka dowodzi, że otaczające nas zewnętrze to rozpryski utłuczonego lustra, w których blado odbijają się idee dawnego świata, że wściekła mediatyzacja zmiażdżyła jego zwięzłość, a wypuściła beztreściwe hybrydy. Kumulacja dobrze znanych lęków przed stratą zbiorowej podmiotowości, ogołoconej z historii, i panowaniem jakiejś amorficznej siły bezsensu, staje się w Kotach graniczna. Koszmarny klincz nowoczesności zdaje się na zawsze odbierać umiejętność zdrowej komunikacji, a jedyne, co pozostawia, to zbiedzone truchła nibyludzi, którzy swoim istnieniem obrażają boski akt stworzenia. Wizja apokaliptyczna, ale też oczywista i właśnie przez to nieco rozczarowująca. O ile w poprzednich swoich powieściach Masłowska dokonywała gwałtu na czytelniku iluminacyjnym wymiarem swoich tez, w nowej książce razi dydaktycznym wycofaniem. Paw… i Wojna… były triumfem polifoniczności, wyłowieniem z fatyczności języka jego absurdalnej potęgi, idealnie zorkiestrowaną syntezą głosów, to była siła wielkiego wybuchu, który przynosił totalne oczyszczenie, „eksplozja eksplozja eksplozja”[14]. Talent pisarski emanujący z tej twórczości był jak „słońce tłustsze większe, jak pasożyt nas toczące, prosto we mnie wycelowane, prosto we mnie świeci”[15], nie można było się wyzwolić z percepcyjnego więzienia, w którym umieszczał odbiorcę, Koty… zaś dają nam tymczasową przepustkę od totalności tamtego projektu. Ożywczy błąd, którego pulsacja wyznaczała rytm dotychczasowej prozy autorki, przepoczwarzył się w zastygłą lawę stylistycznego wycyzelowania. Zdania w nowej książce są dopracowane, wypieszczone i w najlepszym guście, jednak jakby zamarłe, jakby tylko szykowały się do ataku, nie przynoszą nam w pysku upolowanego trofeum, swoją dionizyjskość zastępują klasycznym pięknem.

Ironia, doskonałe poczucie humoru, zdolność brawurowej kondensacji, oryginalne użycie gramatyki wciąż należą do repertuaru literackich sztuczek Masłowskiej, jednak śpiewane jest to już inną techniką. Najmocniejszą stroną dzieła są oniryczne opisy miasta, natury i postaci, w których widać owocną lekturę Schulza, Nałkowskiej i Kuncewiczowej, jednak bez śladu nachalnego naśladownictwa, jak u Dymińskiej. Dominika w warstwie językowej jest zdecydowanie bardziej zdystansowana, mniej odkrywcza i zaangażowana, stawia na melodyczny przepływ słów, metaforyczny zapis doświadczenia. Mięso stanowi artystyczny dowód na możliwość przeżycia w zblazowanej rzeczywistości postświata, kontakt z realnym i istnienie integralnego podmiotu. Koty… zaś są zdystansowane wobec przeżycia nowoczesności i niestety płynie w nich podskórny nurt kazuistyki, natomiast zwyciężają dopracowaną mocą zdań i źródłowym, autorskim stylem (pierwsze zdanie wygrywa w moim osobistym rankingu: „Na ulicy przed domem leżał kot z białym kołnierzykiem, ni to grzejąc się w słońcu, ni to raczej jednak nie żyjąc, wnosząc z faktu, że nie było słońca ani żadnych innych przyczyn, by leżeć wśród pędzących samochodów”[16]), ale brak w nich wszechwładzy formy, którą osiągnęła (podobnie jak Andrzej Sosnowski w Poems) w poprzednich powieściach.

Mięso i Koty… uosabiają dwa różne podejścia do współczesności, a zestawione ze sobą kreślą bogaty horyzont myślenia o niej. Książki te warto poddać refleksji i niejako wchłonąć, by odpowiedzieć sobie na pytanie, dokąd chcielibyśmy zmierzać oraz jakie pragnienia w nas przeważają: końca świata czy miłości i doświadczania. Co więcej, nie muszą się one wykluczać.

[1] Masłowska Dorota, Kochanie, zabiłam nasze koty, Noir sur Blanc, Warszawa 2012, s. 114.
[2] Ostatnio czytałam “chłopów”, Exklusiv, http://exklusiv.pl/ostatnio_czytalam_%E2%80%9Echlopow%E2%80%9D-s358.html
[3] Zofia Bałdyga, O Dominiki Dymińskiej przepisie na mięso, „Wakat”, nr 18 (3/2012).
[4] Dymińska Dominika, Mięso, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2012, s. 5.
[5] Tamże, s. 171.
[6] Tamże, s. 9-10.
[7] Maanam, Zdrada.
[8] Dymińska Dominika, Mięso, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2012, s. 120.
[9] Tamże, s.65.
[10] Masłowska Dorota, Kochanie, zabiłam nasze koty, Noir sur Blanc, Warszawa 2012, s. 108.
[11] Tamże, s. 109.
[12] Patrz: Mickiewicz Adam, Stepy Akermańskie.
[13] Masłowska Dorota, Kochanie, zabiłam nasze koty, Noir sur Blanc, Warszawa 2012, s. 120.
[14] Maanam, Ekplozja.
[15] Masłowska & CKOD, Świat wylazł z foremki.
[16] Masłowska Dorota, Kochanie, zabiłam nasze koty, Noir sur Blanc, Warszawa 2012, s.5.

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!