Miliard w rozumie, czyli moje życie z kuratorem

Marzec tego roku był wyjątkowo ciepłym miesiącem. Wszystko wokół pulsowało życiem, zakwitały pierwsze przebiśniegi, a ja zacząłem swój bezpłatny staż w galerii sztuki współczesnej. Po miesiącu uzupełniania strony internetowej zacząłem asystować kuratorowi przy planowanej wystawie prac Marioli Przyjemskiej. Kurator zjawił się o 7 rano, wyjął komputer i wpatrywał się uporczywie w ekran, po czym odwrócił się w moją stronę, po minucie lustracji doszedł do prawidłowego wniosku, że współpracuję z galerią jako stażysta, więc nie odezwał się do mnie ani słowem. Po trzech godzinach dalszego sondowania monitora komputera zwrócił się do mnie słowami, czy mógłbym dostać kawę, teraz?. Parzyłem mu kawę z nieukrywaną satysfakcją. Wiedziałem, że kiedyś nadejdzie ten cudowny dzień, kiedy będę mógł za darmo asystować kuratorowi, więc szkoliłem się w parzeniu kawy miesiącami, poznając coraz bardziej wyrafinowane i zaawansowane techniki i sztuczki.W końcu mogłem mu ją podać. Byłem zachwycony. Kiedy zaserwowałem kuratorowi szóstą filiżankę kawy, zapytał mnie jak mam na imię, przy siódmej czym się interesuję, a po całym dniu uczynnego wykonywania jego poleceń powoli wkradałem się w jego łaski. Pod koniec dnia na tyle się zbliżyliśmy, że zaprosił mnie na kolację i zaczął wtajemniczać w projekt. Poczułem niemal dreszcz ekscytacji, oto stawałem się prawdziwym asystentem.

Drugiego dnia kurator nie stawił się w galerii. Na szczęście dzięki smartfonom mogliśmy pracować cały dzień, odbywając wideoczaty. Chwaliłem w myślach moją matkę, która opłacała mi abonament z nielimitowanym internetem, mimo że skończyłem dwadzieścia siedem lat.

Trzeciego dnia kurator przywitał mnie radośnie. Rzeczywiście, chwila była wspaniała – tylko ja i on w pustej przestrzeni galerii. Była jedenasta, kurator wyznał mi, że do pracy może przystąpić jedynie w pełni zrelaksowany, a ostatnio odczuwa bóle w karku. Postanowiłem działać szybko, produkcja wystawy nie mogła stanąć w miejscu. Po dwu sekundowych negocjacjach z dyrekcją galerii udało mi się zamówić tajskie masaże na jej koszt. Kiedy kurator był masowany, aby dodatkowo go zrelaksować, wachlowałem go ogromnym plastikowym liściem palmowym (jako osobom związanym profesjonalnie ze sztuką przywoływał on najlepsze skojarzenia wizualne, był niemal żywą dekonstrukcją znanej rzeźby miejskiej). Po dwóch godzinach spędzonych na masażach, wachlowaniu i słuchaniu Eugeniusza Rudnika zrobiliśmy sobie przerwę na kawę. Kurator z ulgą wyznał, że czuje się lepiej, ale też ze wstydem dodał, że ma ochotę jeszcze nieco się zresetować. Mój refleks okazał się niezastąpiony i tym razem, zaproponowałem mu drinka. Skinieniem głowy prawie zaklaskał z radości. Udaliśmy się do pobliskiego baru, a ponieważ oboje byliśmy białostockimi gejami, mój ulubiony czarny barman nalał mi longa z whiskey z odrobiną cytryny i cukru, a mojemu partnerowi z pracy własną wersję cuba libre, gdzie nie wiedzieć czemu zamiast rumu używał portwajnu długo leżakującego w beczce, na koszt firmy, jak zwykł mawiać w takich sytuacjach, puszczając do mnie oko i posyłając w powietrzu sztuczny pocałunek swoich czarnych ust. Siedzieliśmy w barze do 23, wypijając 11. postawionych nam drinków. W końcu kurator uznał, że jest wystarczająco zrelaksowany, więc udaliśmy się (ja do swojego domu, on do hotelu) spać.

Z powodu porannego kaca postanowiłem nie stawiać się tego dnia na moim bezpłatnym stażu. Niestety, nie mogłem całego dnia przeleżeć w łóżku, gdyż przypomniałem sobie, że poproszono mnie bym prowadził spotkania z poetami. Organizatorzy zaprosili mnie pełni uznania wobec 7. lat uczęszczania przeze mnie na seminaria Marii Janion, na szczęście udało mi się ukryć fakt, że nie przeczytałem żadnej z lektur, w tym „Kultury jako źródła cierpień”. Miałem zupełną swobodę w doborze gości, zaprosiłem więc samych przyjaciół. Rozmawialiśmy godzinę. Nieźle wygłaskaliśmy się w tym czasie po chujkach, udało nam się powiedzieć też parę naprawdę mądrych zdań. Zarobiliśmy po 400 złotych. Dzień uznałem za udany, poza pieniędzmi, wygłaskanym chujkiem i książkami, które dostałem w gratisie, spędziłem cudowny wieczór z przyjaciółmi. Ze spokojem położyłem się do łóżka, tej nocy śnił mi się feminizm.

Następnego dnia jak zwykle stawiłem się rano by z zapałem służyć pomocą kuratorowi przy realizacji wystawy. Opowiedziałem mu o pewnym traumatycznym zdarzeniu, jakiego doświadczyłem podczas odbywania poprzedniego stażu. Museum of Modern Art w Nowym Jorku zamówiło u mnie transkrypcję wywiadu o heraldycznych przedstawieniach syren, z uwagi na niepodważalny prestiż owej instytucji przyjąłem zlecenie, nie pytając o stawkę. Jakież było moje rozczarowanie, gdy wysłano mi umowę na 80 zł brutto. Pokazałem ją wtedy kuratorowi Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, który był opiekunem mojego ówczesnego stażu i obaj wybuchnęliśmy śmiechem; sorry, powiedział, ale nie będą z polskich gejów artworldu robić białych murzynów, my jako Muzeum, kupimy od ciebie ten wywiad za milion. Rzeczywiście po dwóch dniach na moje konto spłynął milion dwieście tysięcy. Długo musiałem kłócić się z Kasią, producentką, by omyłkowo wysłaną mi nadwyżkę była łaskawa przyjąć z powrotem, upierała się bym ją zatrzymał, jednak udało mi się postawić na swoim. Na kuratorze opowieść ta zrobiła ogromne wrażenie. Zapewnił mnie, że ponieważ odbywany przeze mnie staż jest bezpłatny, on zrzeknie się dziewięćdziesięciu procent wynagrodzenia za wystawę i tę kwotę przekaże mi w gotówce. Następnie udaliśmy się na spacer, trzymaliśmy się za ręce i cieszyliśmy się się jak dzieci, że profesjonalnie zajmujemy się sztuką. Wypiliśmy dwa drinki na koszt galerii w restauracji na dole. Był dzień wernisażu, zaczęliśmy montaż wystawy.

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!