Przekrajanie krajobrazu

Według geomantów, ziemia, tak jak ciało człowieka, posiada czakramy – miejsca promieniujące szczególnie silną energią generowaną na przecięciach energetycznych linii oplatających planetę. Nie wdając się w polemikę z wiedzą ezoteryczną trzeba przyznać, że stoi za nią pewna słuszna intuicja. Istnieją miejsca, które mają szczególną zdolność kumulowania energii, równocześnie w wielu wymiarach – geologicznym i religijnym, botanicznym i politycznym, hydrologicznym i społecznym itd. W Warszawie takim miejscem jest Jazdów, który dał początek miastu.

Jazdów jest właściwie nazwą najwyższego i najbardziej wysuniętego na wschód fragmentu skarpy wiślanej. Ten szczególny charakter, to ekstremum w krajobrazie wielkich nizin Mazowsza jest początkiem i przyczyną kolejnych nawarstwień. Od wielu tysięcy lat stanowiło ono szczególny punkt zarówno dla ludzi jak i nieludzi, których miniona obecność piętrzy się warstwowo i generuje kolejne procesy. Poza geologiczną fizjonomią Jazdowa najmocniejszym znakiem (warstwą) jest Oś Stanisławowska, która włącza skarpę wiślaną w potężną figurę władzy a zarazem jedności z krajobrazem. Linia Osi krzyżuje się z linią skarpy pod kątem prostym, biegnąc na zachód do Placu Zbawiciela i dalej w miasto, na wschód zaś przechodząc w Kanał Piaseczyński i dalej nurtem Wisły (czego obecnie nie widać), która skręcając w tym miejscu na zachód odsuwa horyzont o wiele kilometrów. Zamek Ujazdowski wyznacza przecięcie linii. Studnia na zamkowym dziedzińcu, sięgająca dna skarpy i fragment nieba, wykadrowany przez dachy zamku dopełniają oś o wymiar wertykalny. Tu spotykają się cztery kierunki świata i niebo z ziemią.

Układ ten miał zapewne symbolizować potęgę władzy królewskiej Stanisława Augusta (swoją drogą dość wątpliwą w tamtych czasach). Można go jednak czytać inaczej. Nie tylko jako miejsce promieniowania politycznej władzy, ale znacznie szerzej – jako skrzyżowanie pradawnych żywiołów, które w wymiarze daleko przekraczającym życie miasta, prowadziło do kolejnych nawarstwień, powiązań i przetasowań tego, co określamy jako geologiczne, przyrodnicze i społeczne.

Próbą, odczytania Jazdowa jako fenomenu nie tyle społeczno-politycznego, ale społeczno-przyrodniczego było zrealizowane wspólnie z Anną Barcz i Jackiem Szczepankiem słuchowisko „Postnaturalna historia Jazdowa” w ramach tegorocznego projektu Archipelag Jazdów realizowanego przez CSW Zamek Ujazdowski. Słuchowisko jest próbą uchwycenia miejsca w całości i za jednym razem; równoczesnym spojrzeniem z kilku perspektyw: naukowej, zarówno nauk przyrodniczych jak i humanistycznych, ale i dźwiękowej. Jest kolażem ułożonym z rozmów, które przeprowadziliśmy z botanikami, geologami, archeologami, ornitologami oraz z fragmentów inspirujących nas lektur; kolażem będącym jednocześnie dźwiękowym krajobrazem, akustyczną pocztówką , fonicznym tekstem.

W pewnym sensie słuchowisko ma formę przekroju przez krajobraz. Ujawnia kolejne warstwy oraz ich współistnienie zakryte przed codziennym doświadczeniem. Już sama skarpa jest swojego rodzaju przekrojem. Wody prawisły, płynąc z południa, uderzały w lądolód nadciągający z północy, co zmuszało je do ucieczki na zachód, a manewr ten drążył dolinę i żłobił skarpę, która odsłoniła profil wierzchniej warstwy skorupy ziemskiej. Z niego rzeka wypłukiwała osady – kości zwierząt żyjących tu w minionych epokach, między innymi słonia leśnego i nosorożca włochatego. Szkielety woda przenosiła i rozrzucała wzdłuż brzegów rzeki, gdzie znajdowane są do dziś. Wykopywane przez paleontologów, eksponowane w gablotach Muzeum Ziemi (położonym w bezpośrednim sąsiedztwie Jazdowa) wracają na skarpę. Woda kroi głębiej, profil ziemi odkrywa kolejne epoki zapisane w nawarstwieniach. Atramentem nadal są szczątki – pozostałości ekosystemów, minionych roślinno-zwierzęcych cywilizacji. W końcu docieramy do czasów, gdy ląd był morzem a morze lądem, rzeki zaś płynęły z północy na południe. Jeszcze głębiej czas się zaciera, nie da się już odczytać zapisu, warstwy tracą znaczenie. Zbliża się obszar skalnej płynności.

Pracując nad słuchowiskiem zaintrygował nas pewien sposób opisu. Naukowcy mówiący o historii geologicznej często używali sformułowań w rodzaju: „Polska w tamtych czasach była płytkim, międzykontynetalnym morzem” lub „na terenach Polski żyły największe słonie w historii świata”. Pomijając wszystkie pragmatyczne przyczyny, formułowania opisu, jest w tym pewna doza absurdu – tak jak by Polska była wiecznotrwała, jakby istniała zanim pojawili się na tych terenach Polacy, pod zaborami wielkich jaszczurów czy mamutów. Być może jednak ten pozorny absurd ujawnia potrzebę okiełznania geologicznego ogromu siły i czasu, który totalnie przekracza nasze możliwości wyobraźni, nie mówiąc już o doświadczeniu. W tym sensie przeszłość geologiczna, minione epoki zostają znacjonalizowane a reprezentujące przeszłość artefakty – np. skamienieliny, kości, minerały – reprezentują nasz polski krajobraz.

Perspektywę geologiczną znacznie trafniej można odnieść do pojęcia ciemnej ekologii (dark ecology). Termin ten, ukuty przez Timothy Mortona, amerykańskiego filozofa i literaturoznawcę, stoi w kontrze do popularnie rozumianej ekologii, gdzie natura utożsamiana jest z tym co dobre i opiekuńcze, z tym co otacza i podtrzymuje cywilizacje i kulturę jak matka dziecko. Wyrazem tak pojętej ekologii jest zarówno ekologia głęboka, jak i hipoteza Gai Jamesa Lovlocka. Ciemna ekologia po pierwsze zrywa z podziałem na naturę i kulturę, zastępując go pojęciem siatki (mesh) – wzajemnych połączeń między gatunkami, przedmiotami i środowiskiem; połączeń tak mocnych, że granice pomiędzy uczestnikami sieci rozmywają się. Ciemna ekologia podkreśla również znaczenie katastrofy jako jednej z głównych sił twórczych. Morton próbuje pokazać, że siły które kształtują ekosystemy to właśnie niekończąca się katastrofa. Podstawowym surowcem tego procesu jest siatka, która w pewnym sensie odpowiada temu, co klasycznie określano jako materia.

Idąc dalej tym tropem trzeba przypomnieć wystawę Moniki Zawadzki pod tytułem „Bydło” prezentowaną w warszawskiej Zachęcie w zeszłym roku (zob. też recenzję wystawy, która ukazała się w „Wakacie” – przyp. red.). Artystka poprzez kilka smolisto-czarnych prac przedstawia swoją perspektywę radykalnego monizmu, gdzie podstawową substancją świata jest masa – czarna, jednolita i bezkształtna, aczkolwiek posiadająca świadomość – świadomość masy. Zawadzki podkreśla wyższość rozpadu nad łączeniem. Afirmacja i nie blokowanie rozpadu staje się wyzwaniem etycznym.

„Bycie uległym polega na zmianie podmiotowości oraz dobrowolnej rezygnacji ze świadomości własnej na rzecz tożsamości masy. Całkowite wyzwolenie mięsa ze stałego układu (śmierć) i uzyskanie właściwości masy (rozpad zbioru, oczyszczenie z nałożonych struktur, uzyskanie jednolitości z pozostałą masą) jest ewolucją, osiągnięciem najwyższego bytu”. Gnostyczny wątek, gdzie materia (tu masa) była źródłem zła, zaprzeczeniem prawdy zostaje odwrócony – to właśnie masa staje się prawdą.

Są miejsca w krajobrazie, które sprzyjają przyjęciu perspektywy zbliżonej do tego, o czym mówi Morton i Zawadzki. Skłania do tego zwłaszcza spojrzenie z perspektywy geologicznej, która proklamując nową epokę antropocenu domaga się coraz szerszego uznania. Wyjątkowość krajobrazu Jazdowa, zwłaszcza w ujęciu przekrojowym (prze-krajobrazu) opiera się na obecności śladów minionych katastrof, zlodowaceń, ociepleń, erozji, tektoniki – procesów, które za pomocą nieograniczonego czasu sprowadzają każdy przejaw materii do najprostszych form.

Równocześnie Jazdów jest miejscem pełnym życia, które od wielu wieków porządkowano w ogrody: Królowej Bony, Anny Jagielonki, Łazienek Królewskich, Parku Ujazdowskiego, Parku Agrykola, Ogrodu Botanicznego, przydomowych i przyszpitalnych ogrodów czy w końcu – społecznościowych ogrodów na osiedlu Jazdów. Czy te ogrody są jedną z prób oswajania ciemnej ekologii? Zapewne dla niektórych twórców miały takie znaczenie – odnosiły się do idei ogrodu jako metafory raju, przyrody pozbawionej wymiaru katastrofy, wymiaru rozpadu. Taki sposób konceptualizowania przyrody ma swoiste odzwierciedlenie w nauce. Społeczności nieludzkie – np. uspołecznione grupy roślin[1], dążą do stanu równowagi, który charakteryzuje wzajemnie wzmacniająca się różnororodność gatunków, pozwalająca ukształtować fragment środowiska tak by służył pełni rozwoju przedstawicieli poszczególnych gatunków. Ten stan równowagi bardzo rzadko zostaje osiągnięty. Jest on zazwyczaj przerywany przez wszelkie możliwe zaburzenia i katastrofy. Dążenie, jednak jest cechą immamentą i nigdy nie ustaje.

Czy można powiedzieć, że w pewnym sensie figura raju jest obecna również w nieludzkich społecznościach? Czy będzie to tylko kolejna antropomorfizacja? I czy antropomorfizacja jest też udziałem nauk przyrodniczych?
Właściwie cała skarpa warszawska, a szczególnie Jazdów, ma dwoisty, niejasny charakter. Ten geologiczny (s)twór, świadectwo potężnych sił, które go ukształtowało i znak przyszłych katastrof – kolejnych zlodowaceń, pozostał niezbudowany, wyeksponowany, stał się miejscem odpoczynku, przestrzenią parków i ogrodów, salonem miasta. Te sprzeczności przyciągają się i kumulują. To chyba charakteryzuje miejsca mocy, dążenie przeciwieństw do tego samego punktu. Jak zatopiony wrak, który z czasem obrasta koralowcem, zamieniającym się w rafę pełną ryb, rybaków, turystów i wapiennych miast.

[1] Badaniem społecznego wymiaru organizmów zajmuje się między innymi fitosocjologia, która posługuje się pojęciem potecjalności roślinności naturalnej, czyli ostatecznej formy rozwoju, do którego dąży każda fitocenoza (społeczność różnych gatunków roślin). Por. C. Wysocki, P. Sikorski, Fitosocjologia stosowana w ochronie i kształtowaniu krajobrazu, Wydawnictwo SGGW, 2009.

Maciej Łepkowski

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!