Robimy hałas, mówimy z sensem

Kobiety do wyjścia na scenę zbierały się od miesięcy, od lat, od wieków. Przez kilka ostatnich sezonów konkursów nazywanych slamami poetyckimi, odbywających się regularnie w kilku miastach w Polsce, kobiety, babki, dziewczyny stoją na niej bardzo pewnie. Są dobre w tym, co robią, i publiczność chce ich słuchać. Przestały się także bać. Przestały się bać, że to, co mają do powiedzenia, jest nieważne, bo jest tylko ich doświadczeniem.

 

Teraz w slamie nastał czas kobiet, ale historia powstania i pierwszych dwóch fal popularności slamu poetyckiego w Polsce to historia mężczyzn, poetów, performerów. Organizowanie tego typu konkursów zapoczątkował chicagowski robotnik Marc Kelly Smith 20 lipca 1986 roku w klubie „Green Mill” cyklem trwających do dziś spotkań pt. „The Uptown Poetry Slam”. Wykrystalizowane wtedy zasady są dość proste i mniej więcej obowiązują do dzisiaj w trakcie każdego rozgrywanego według tego formatu konkursu na świecie. Po pierwsze, prezentuje się tekst, jak sama nazwa wskazuje, „o odchyleniu poetyckim”, w określonym regulaminem czasie (zwykle są to maksymalnie trzy minuty). Po drugie, rolę szacownego jury, krytyków, znawców literatury odgrywa zgromadzona publiczność, czasem dość na pozór przypadkowa, choć knajpiana. Wygląda to więc tak, że artyści przedstawiają swoje teksty, a publiczność ocenia na bieżąco zarówno treść, temat oraz konstrukcję wierszy, jak i umiejętność prezentacji. Po trzecie, wygrywa tylko jedna osoba po trzystopniowym turnieju składającym się z eliminacji, półfinału i finału.

Polska historia slamu też zaczęła się od odważnych mężczyzn, czyli ówczesnego studenta filologii angielskiej, Bohdana Piaseckiego, który 15 marca 2003 roku w warszawskiej Starej ProchOFFni poprowadził podpatrzony przez siebie w Londynie rodzaj konkursu, oraz Jasia Kapeli, zarówno tryumfatora pierwszego wydarzenia w tym formacie, jak i pierwszej wyniesionej na fali popularności slamów poetyckich polskiej gwiazdy. Chciałabym jednak zaznaczyć, że piszę o odwadze na serio, bo ile jej trzeba mieć, a także dystansu do siebie, by wyjść na scenę, spojrzeć na publiczność, zachęcaną do żywiołowych reakcji (hasło polskiego slamu to „Przyjdź pokrzyczeć na poetów!”) nawet w trakcie występu, i opowiedzieć z lekką wadą wymowy o tym, jak to kobiety nie są za bardzo nim zainteresowane, natomiast skore do przemocy osiłki na ulicy już tak. Kiedy usłyszymy opowieści o pierwszej fali popularności slamów, pojawią się tam obok Wojtka Cichonia (Kidd), Grzegorza Bruszewskiego (Estragon), Michała Kobylińskiego (Gil Gilling), Dawida Kotei, Macieja Zimowskiego (Maciej Kaczka), Kuby Przybyłowskiego, Andrzeja Leśniewskiego może trzy godne zapamiętania występujące: duet Dorota i Marta, które bardzo szybko z osób na scenie stały się organizatorkami, ale już nie prowadzącymi (choć podobno kiedyś, czasem), oraz Weronika Lewandowska, której piękne melodyczne recytacje z elementami hip-hopowych trików są bardzo wyjątkową, osobną kreacją.

 

„Nie chcemy być więcej ciche, zgodne i niewidoczne”

Występ na slamie może być trudny. Knajpiana atmosfera, wchodząca na głowę, rozochocona i często podlana alkoholem publiczność. Miejsce, w którym to poeta czy poetka są odpowiedzialni za efektywne komunikowanie się z czekającym na ich teksty tłumem. Może dlatego niektórym wydaje się, że na slamach najlepiej sprzedają się wiersze zabawne, łatwe i nawet lekko rubaszne, bo przecież to się generalnie podoba ludziom. Trik jednak polega na tym, że bardzo często zebrana publiczność przywiązuje się nadmiernie do członu poetry/poetycki i o ile czasem śmieszne rymowanki zapewniają wyjście z eliminacji, o tyle nie dają wygranej czy choćby miejsca w finale. Swada, humor czy ironia mogą się jednak okazać przydatne. W jednym z pierwszych artykułów, jeśli nie pierwszym w ogóle, na temat slamu poetyckiego w Polsce Igor Stokfiszewski napisał:

Slam poetry jest szansą na dowiedzenie, że poezja może funkcjonować w polskiej rzeczywistości początku XXI w. jako równoprawny partner telewizji, tygodników i komputerowych konsoli, nie tracąc przy tym swojej kulturotwórczej roli.

Prawda jest taka, że – jak wszystko – ma lepsze i gorsze sezony, ale pojawiło się na niej po 2004 roku kilka wyrazistych, niemalże przerysowanych kobiecych osobowości. Na pewno jedną z nich była dziewczyńsko wściekła Marta Marciniak, która umiała pięknie zarymować o tym wszystkim, co ważne w popkulturze, ale i w naszym kobiecym doświadczeniu. Później do mainstreamau weszła niewspominająca zbyt dobrze swoich występów na slamach poetyckich Alex Freiheit, głos duetu Siksa, który „chce wyrzygać światu to co przeżywa i przeżyła”. Na pewno po drodze musiało być ich więcej (tu chciałabym wspomnieć o Miss Fopa czy o Paulinie Daneckiej), ale kto by potrafił wymienić je wszystkie. Od jednego, dwóch, trzech sezonów doszło na scenie slamowej do dużej zmiany – pojawiło się wiele dziewczyn, kobiet, babek, które mówią ze sceny o tym, co je interesuje, co je obchodzi, używając slamu nie tylko jako miejsca rywalizacji, ale też specyficznego hyde parku.

 

„Nie damy sobie przerywać”

Jerzy Jarniewicz w artykule, który był polemiką do tekstu Igora Stokfiszewskiego z 2004 roku, punktuje slam poetycki za to, że:

W tego typu imprezach panuje filozofia, że aby być dobrym, trzeba być lepszym od konkurenta. Przyjemność wygrania slamu to nie tyle satysfakcja z uznania publiczności, ile radość ze znokautowania konkurenta – w slamie odzywa się więc wysublimowany instynkt walki, doskonale odpowiadający dzisiejszym czasom, które premiują osobowości asertywne, przedsiębiorcze i rywalizacyjne, umiejące jak najszybciej – a idealnie: natychmiast – osiągnąć zamierzone cele. Sprzeczne jest to z moim rozumieniem literatury jako spotkania wielu równoprawnych głosów, jako niekończącego się dialogu, któremu pośpiech może tylko zaszkodzić.

O ile pierwszy zarzut nie do końca jest dla mnie zarzutem, o tyle z uznaniem, że konkurs w formule slamu poetyckiego nie jest spotkaniem wielu równoprawnych głosów, obserwując scenę od wielu lat, zgodzić się nie mogę. Zwłaszcza dziś, kiedy w trakcie slamów słyszę tyle mocnych, różnych kobiecych głosów. Są to m.in.: Dagmara Świerkowska (Awałsia Askrobmysz), Rudka Zydel, Zuzanna Kanar, Edka Jarząb, Katarzyna von Alexandrowitsch (Nujska), Patrycja Sikora, Zuzanna Szmidt (Józek) czy Joanna Kessler. Z drugiej strony jest to miejsce na ballady Iwonny Buczkowskiej i Magdaleny Walusiak. Podejrzewam też, że jest ich więcej. Opowiadają nam swój świat, ale też mówią wiele o świecie, który ich otacza. Tu nie tyle strategii, ile głosów jest wiele.

 

„Zderzamy się z wieczną krytyką”

Rudka Zydel, zwyciężczyni Ogólnopolskich Mistrzostw Slamu Poetyckiego i finalistka drugich z tego, 2018 roku, gdzie przegrała z Aleksandrą Kanar (sic! Finał potyczek, do których eliminacje w całej Polsce trwały pół roku, odbył się pomiędzy dwiema dziewczynami!), zajmuje miejsce kompletnie wyjątkowe. Z niezwykłą lekkością, ale jednocześnie ładunkiem emocjonalnym opowiada o stosunkach damsko-męskich, jak i o tym, dlaczego nie jest wstyd być bitą żoną, czy z jakich powodów będzie pisać feministyczne wiersze. Nie tylko jej teksty powodują gorące dyskusje w trakcie głosowania publiczności, ale również długo po zakończeniu turnieju. Co więcej, część występujących mężczyzn zaczyna czuć zagrożenie i próbuje pisać teksty, które mają za zadanie kontrować slamowe feminazistki. Niestety, skazani są na porażkę, bo próbując zwalczać te najbardziej jaskrawe objawy, sami punktują ten sam patriarchat, więc – chcąc nie chcąc – stają po ich stronie. Sytuacja jest win-win, o ile spojrzą prawdzie w oczy.

Wasza kaowczyni z domu wczasowego w Warszawie.[1]

P.S. Zainteresowanych slamem zapraszam na slam.art.pl.

 

[1] Odwołuję się tu do cytowanego wcześniej tekstu Jerzego Jarniewicza: „powiedzieliśmy już to, co najważniejsze, pozostańmy więc przy swo­ich zdaniach. Slam jest ustrukturyzowany, ma scenariusz, nawet prowadzącego. To zabawa przypominająca mi prowadzone przez kaowca gry i zabawy towarzyskie w domach wczasowych w Ciechocinku”.

Monika Błaszczak

(1984) Animatorka akcji kulturalnych, absolwentka psychologii, studentka filologii polskiej. Laureatka Rzeźni Literackiej i kilku turniejów jednego wiersza oraz slamów. Od 2010 roku związana z londyńskim wydawnictwem OFF_PRESS. Lubi projekty z pogranicza słowa i teatru, a czasem nawet coś pośpiewa. Zawodowo związana z kreowaniem wizerunku (PR-em). Pochodzi z Olsztyna, mieszka w Warszawie.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!