Obiady, na których nas nie będzie

Do Zjadania zwierząt podeszłam z pewnym dystansem wegetarianki z długim stażem, która za sobą ma już okres dość intensywnego propagowania bezmięsnej diety i moralnego oburzenia wobec każdego aktu konsumpcji zwierzęcia. Nie chcę przez to powiedzieć, że z biegiem lat jestem do tej idei mniej przekonana czy też stłumiłam w sobie współczucie dla zabijanych na ludzkie potrzeby żywych istot. Przeciwnie, popieram wegetarianizm i weganizm tym mocniej, im bardziej dowiaduję się (choć wciąż nie potrafię sobie tego wyobrazić), jak ogromne okrucieństwo, ale także koszty środowiskowe i społeczne, niesie ze sobą coraz powszechniejsza przemysłowa hodowla zwierząt, której dalsze utrzymywanie i wzrost może grozić po prostu ekologiczną katastrofą.

Z drugiej strony z biegiem lat nabieram coraz silniejszego przeświadczenia, że wegetarianizm, oprócz tego, że jest niewątpliwie wyborem etycznym, staje się jednym z wyznaczników środowiskowej przynależności, dystynktywnym elementem stylu życia. W integrowaniu się wegetarian jako grupy i tworzeniu wspólnego ruchu nie ma nic godnego krytyki, gorzej jednak, kiedy zwyczaje żywieniowe nie pozwalają osobom, które mogłyby skądinąd być sobie bliskie, zasiąść do wspólnego posiłku. W tym sensie wegetarianizm, a zwłaszcza weganizm, jako emblemat wykształconych, raczej wielkomiejskich członków klasy średniej, wyższej bądź inteligencji, wznosi kolejny mur między tymi środowiskami a ludźmi o innym pochodzeniu społecznym i mniejszym kapitale kulturowym, widoczny szczególnie wtedy, gdy zwyczaje żywieniowe stoją w konflikcie z normami społecznymi takimi, jak przyjmowanie wyrazów gościnności. Konfliktów tego rodzaju doświadczył z pewnością każdy, kto przez jakiś czas powstrzymywał się od jedzenia mięsa.

Jedna z takich sytuacji przydarzyła mi się wiele lat temu w Bieszczadach. Z przyjaciółką wybrałyśmy się na zimową wędrówkę po górach, licząc na zakwaterowanie w poleconej przez kogoś, usytuowanej na odległej polanie chatce studenckiej, która jednak na miejscu okazała się być zamknięta na cztery spusty. Zmuszone zostałyśmy więc do dalszej wędrówki z ciężkimi plecakami w poszukiwaniu noclegu. Wkrótce zrobiło się ciemno, miałyśmy przemoczone buty, a ja czułam, że łapie mnie gorączka. Gdy udało się wreszcie dotrzeć do najbliższej szosy, naszym losem zainteresował się przejeżdżający nią gospodarz i zabrał nas do domu. Tam dostałyśmy pościelone łóżka, a pani domu podała przedtem ciepły posiłek, który szczególnie zapadł mi w pamięć. Były to gołąbki. Nie chcąc robić kłopotu, nie przyznałam się gospodyni do swoich zwyczajów żywieniowych. Próbowałam więc na talerzu oddzielić mięso mielone od ryżu, co okazało się, jak można sobie wyobrazić, zadaniem karkołomnym. W końcu bąknęłam coś o problemach z żołądkiem i zmuszona byłam pozostawić zmarnowany posiłek, mając w głowie nieprzyjemną myśl, że lepiej byłoby w ogóle odmówić zjedzenia go i „przyznać się” do wegetarianizmu. Z dzisiejszej perspektywy zastanawiam się, czy moja niechęć do ujawnienia swoich dietetycznych ograniczeń i „sprawienia kłopotu” nie wynikała ze stereotypowych przedsądów na temat udzielającej nam gościny wiejskiej gospodyni. Czy rzeczywiście przyjęłaby moje preferencje z wrogością? Może poprosiłabym o kromkę chleba z masłem i wszystko byłoby w porządku?

Zjadanie zwierząt, pełne podobnych, osobistych historii z życia autora i ludzi, których spotkał na swojej drodze, nie ucieka od tych problemów. To książka pisana z przekonaniem, że jedzenie mięsa jest normalne, a przeważająca większość, która mu się oddaje, to nie zasługujący na odrazę barbarzyńcy, lecz zwykli ludzie postępujący zgodnie z odwiecznym ludzkim zwyczajem. Przy takim spojrzeniu cała tragedia związana z przemysłem mięsnym wydaje się tym poważniejsza i trudniejsza do udźwignięcia, a położenie jej kresu – tym bardziej odległe. Foer próbuje się z nią zmierzyć, pokazać nam straszliwą prawdę bez owijania w bawełnę. Jego książka nie ma jednak charakteru traktatu o moralności, jak chociażby Wyzwolenie zwierząt, klasyczna praca Petera Singera. Zjadanie zwierząt, pomimo że w sposób bezlitosny konfrontuje nas z prawdą o systemie przemysłowego hodowania i zabijania, oddaje głos zarówno ludziom, którzy w tym procederze uczestniczą, jak i tym, którzy wybierają różne strategie walki z nim. Autor powstrzymuje się od ostatecznych ocen, choć nie pozostawia wątpliwości co do tego, że najlepiej nie jeść mięsa wcale. Pytanie, jak doprowadzić do upowszechnienia tej postawy, okazuje się jednak, niestety, kwestią otwartą, za co trudno winić Foera, którego podstawowym zadaniem jest pokazanie zakrytego zazwyczaj przed nami, wszechobecnego aspektu codzienności. „Po prostu chciałem dowiedzieć się, czym naprawdę jest mięso” – pisze.

Początek książki nie zapowiada ciężaru treści, która pojawia się w następnych rozdziałach. Lekki i osobisty w tonie, nawiązujący, w sposób może nieco zbyt sentymentalny, do historii rodziny, przypominał mi nastrój filmu Everything is illuminated nakręconego na podstawie pierwszej powieści Foera. Rażący przesadnym romantyzmem w stosunku do przeżytej tragedii portret babci ocalałej z Holocaustu, charakteryzującej się obsesją na punkcie karmienia swoich bliskich i gromadzenia zapasów żywności, tkliwy opis przemian wewnętrznych związanych z ojcostwem, a także życia rodzinnego, którego częścią jest niesforny, nie od początku lubiany i często nierozumiany pies George – tworzą obrazy aż nadto typowe dla pewnego stylu amerykańskiej narracji, przesiąkniętej nieco irytującym, sytuacyjnym poczuciem humoru graniczącym czasami z łzawością.

Wstęp ten, choć polskiej czytelniczce może wydawać się lekko protekcjonalny (trzeba się spoufalić i trochę pożartować, aby opowiedzieć o czymś poważniejszym), służy jednak do nakreślenia pewnego ważnego kontekstu: kulturowego i społecznego uwikłania naszych wyborów żywieniowych i stosunku do zwierząt. Jedzenie, karmienie, wspólne spożywanie, gotowanie dla rodziny niesie ze sobą silny ładunek emocjonalny, który sprawia, że wybór pokarmu nie jest czystą, racjonalną kalkulacją. Podobnie nasza niekonsekwencja w traktowaniu zwierząt (na przykład oburzanie się spożywaniem psów – por. przepis na weselnego psa duszonego) wynika z kulturowych i społecznych uwikłań, a te z kolei powodują, że na pewne fakty wolimy przymykać oczy. To wszystko skłania autora do wniosku, że rezygnacja ze spożywania mięsa może mieć poważne skutki społeczne i osobiste – jedzenie buduje relacje i jest mocno splecione z rodzinnymi narracjami: „Jeśli wychowam syna na wegetarianina, prawdopodobnie nigdy nie spróbuje popisowego dania swojej prababci, nie będzie w stanie przyjąć tego wyznania miłości ukrytego w jej potrawach, może nawet nigdy nie pomyśli o niej jako o najlepszej kucharce na świecie. Opowieść jej życia, opowieść tworząca rdzeń mojej rodziny, będzie musiała się zmienić” – pisze Foer.

W istocie, po przeczytaniu kolejnych rozdziałów myśl o ulubionym mięsnym daniu może nie być już tym samym. Rozstajemy się z ciepłym, familiarnym tonem i rodzinnymi historyjkami, a prostota języka i lekkość opisu zostają użyte teraz w zupełnie innym celu. Jeśli czytelnik, oprócz mięsa, karmi się iluzjami na jego temat, to czytając dalsze fragmenty książki, krok po kroku będzie musiał się ich pozbyć. Począwszy od części Słowa, znaczenia, w której autor zajmuje się definicjami pojęć na co dzień uznawanych za niekontrowersyjne, jak choćby „zwierzę”. To także słowniczek terminów używanych w przemysłowej hodowli, takich jak „nioska”, „brojler” czy „przyłów”. Przez ten proces przedefiniowania trzeba przebrnąć, bo korporacje, które opanowały rolnictwo Stanów Zjednoczonych i, w dużej mierze, całego świata, robią wszystko, żebyśmy myśleli, że hodowcy i rzeźnie liczą się z dobrostanem zwierząt, a życie tych ostatnich przynajmniej przypomina obrazek z zielonej farmy, gdzie kury, krówka i świnka pasą się na ogrodzonym drewnianym płotem pastwisku. Nie do każdego dociera, chociażby, że kura z chowu klatkowego żyje w drucianej klatce o powierzchni mniejszej niż kartka A4, a jej całe męskie potomstwo ginie tuż po urodzeniu na metalowej płycie podłączonej do prądu (250 milionów ptaków rocznie), że zwierzęta poławiane „przypadkowo” podczas zarzucania sieci rybackich stanowią od 80 do 90 procent połowów, a ich ciała wyrzucane są z powrotem za burtę. Że „wolny wybieg” w praktyce zwykle oznacza… otwarte okno w budynku, w którym trzyma się kury. Że oznaczenie „produkt organiczny” wcale nie musi świadczyć o humanitarnym traktowaniu zwierząt (najczęściej tylko o karmieniu ich ekologiczną paszą i niestosowaniu hormonów). Przerażające szczegóły łączą się w jeszcze bardziej przerażającą całość: wpływ przemysłowej hodowli zwierząt na środowisko. Według badań ONZ z hodowli bydła pochodzi 18% wszystkich gazów cieplarnianych: „To o 40 procent więcej, niż produkują wszystkie statki, samoloty, samochody i pociągi razem wzięte” – jak dowiadujemy się z hasła „Ekologia”. Jest też hasło „Siła przyzwyczajenia”– o nawykach żywieniowych w rodzinnym domu autora: „Chociaż nie przepadam już za mięsem i widok czerwonego mięsa mnie odrzuca, wciąż cieknie mi ślinka, gdy czuję zapach letniego grillowania”.

Ten sentyment nie powstrzymuje jednak Foera przed eksploracją niedostępnego świata farm przemysłowych – i zabrania nas w tę podróż. Z aktywistką, która wcześniej podrzynała indykom gardła na taśmie produkcyjnej jednej z rzeźni, włamuje się w nocy na farmę, do szopy, gdzie dziesiątki tysięcy ptaków siedzą ściśnięte, ogrzewane światłem lampy zastępującej im matkę. Opisuje, w jaki sposób korporacje zatajają informację o sposobie hodowli zwierząt i o skutkach swojej działalności, między innymi powszechnie ignorowanym – dzięki lobby koncernów – zagrożeniu epidemią grypy, jakie stwarzają ogromne hodowle ptaków i świń. Ujawnia także wpływ tego lobby na Departament Rolnictwa USA, który w zmanipulowany sposób przedstawia zasady zdrowego żywienia.

Po tym wszystkim nie sposób nie zadać sobie pytania: jak to jest możliwe? Dlaczego pozwoliliśmy, by tak destrukcyjny system funkcjonował zupełnie bezkarnie, tuż obok nas, wyjęty spod niemal wszelkiej kontroli? Foer sięga do początków przemysłowej hodowli w USA i pokazuje, że jej rozwój mógł się urzeczywistnić dzięki „zapomnieniu”, tj. wyeliminowaniu zwierząt hodowlanych z przestrzeni życiowej człowieka. Pierwszy taki zakład powstał już w latach 20. XIX wieku w Cincinnati, a rewolucja w produkcji mięsa była efektem innowacji w transporcie (wynalezienie chłodni). Wprowadzone w kolejnych dziesięcioleciach rozwiązania stosowane są do dziś, wsparte jeszcze inżynierią genetyczną. Nieprzypadkowo zapewne rewolucja przemysłowa w rolnictwie i hodowli zwierząt okazała się następstwem modelu kapitalizmu, który zaczął rozwijać się w Stanach Zjednoczonych. To imperatyw nieograniczonego zysku, zasada, która w społeczeństwie amerykańskim zdobyła najpełniejszą bodaj hegemonię nad innymi wartościami, zasada skłaniająca do nieustannej intensyfikacji produkcji – doprowadziła do skrajnego uprzedmiotowienia zwierząt i uruchomienia niewyobrażalnej skali machiny śmierci. To ta sama logika, która napędza nadprodukcję wszystkich innych towarów, kosztem łamania praw pracowniczych i eksploatacji środowiska na całym świecie, zwłaszcza w krajach „rozwijających się”.

Refleksja na temat związku modelu gospodarczego z nieograniczoną eksploatacją miliardów istnień prawie nie pojawia się jednak w książce Foera. Co prawda, wspomina on o tym, że system przemysłowej hodowli wiąże się nie tylko z katuszą zwierząt, ale także ludzi pracujących na farmach, a zwłaszcza w rzeźniach. W tym sektorze ogromna rotacja pracowników (w USA najczęściej biednych imigrantów) wynika nie tylko z niskich płac i niezwykle ciężkich, w sensie fizycznym, warunków pracy, ale przede wszystkim z obciążenia psychicznego związanego z jej wykonywaniem (które, notabene, skłania do agresji i dodatkowego znęcania się nad zwierzętami). Fragmenty dotyczące nielicznych relacji z rzeźni, opisujące notoryczne odstępstwa od zasady ogłuszania zwierząt przed powieszeniem na haku, a czasem nawet ćwiartowaniem i obdarciem ze skóry, należą do najbardziej przejmujących części tej opowieści, którą coraz trudniej znieść.

Jak zatem nie uciec od tej wiedzy, choć to tak łatwe? Autor pozwala mówić ludziom, którzy starają się stworzyć alternatywę dla przemysłowego chowu, podtrzymując naturalne metody hodowli pastwiskowej. Docenia wysiłek „humanitarnych” farmerów, choć dostrzega także, że nie ma hodowli wolnej od cierpienia – w najbardziej „luksusowych” z nich zwierzęta się kastruje, wypala żelazem znaki na ciele, w końcu oddziela od towarzyszy i zabija. Całkowicie uczciwa odpowiedź pozostaje jedna – zrezygnować z mięsa kosztem swoich przyzwyczajeń, smaków czy pewnego nadszarpnięcia tradycji. Wracamy teraz do ciepłej, rodzinnej atmosfery i dziecinnych wspomnień ze Święta Dziękczynienia – bez pieczonego indyka nie jest już takie samo, ale wciąż trwa i zachowuje swój sens, który nadali mu rdzenni mieszkańcy kontynentu. „Wyobraźmy sobie te wszystkie obiady, na których nas już nie będzie, gdzie pytanie nie będzie brzmiało, czemu tego nie jemy, ale raczej czemu kiedykolwiek to jedliśmy”. Gdy pomyśli się o tym w ten sposób, trudno się nie rozmarzyć.

Warto na koniec się zastanowić, co może dać lektura tej poruszającej, ale też bardzo amerykańskiej opowieści polskim czytelnikom i czytelniczkom. Może chociażby skłonić do refleksji nad relacją między wegetariańskim stylem życia wielkomiejskiej mniejszości a zakorzenieniem w lokalnej obyczajowości. Wegetarianizm, a tym bardziej weganizm, długo jeszcze będzie budował bariery, jak w historii o gołąbkach pod Komańczą, można starać się je jednak osłabiać, sięgając, na przykład, do polskiej tradycji kulinarnej, w której zawsze było obecnych dużo potraw warzywnych (mięso w chłopskiej diecie, głównie ze względu na ubóstwo, należało do rzadkości). Myślenie o sobie jako o wegetarianinie lub wegetariance nie musi zatem iść w parze ze swoistą dystynkcją, byciem w kontrze w stosunku do „większości” – a bycie bliżej mogłoby uczynić tę postawę bardziej zrozumiałą i akceptowalną.

Drugi pożytek płynąłby z propozycji namysłu nad rolnictwem i hodowlą zwierząt w Polsce. Przemysłowy model hodowli, który Foer opisuje w kontekście amerykańskim, jeszcze w latach dziewięćdziesiątych zaczął wdzierać się także do Polski. Trudno jednak dotrzeć do wiarygodnych danych mówiących o tym, w jakim stopniu opanował on lokalny rynek mięsny, a prawdy na jego temat poszukiwali dotychczas raczej filmowcy czy dziennikarze zagraniczni. Nie znajdziemy także odpowiedzi na to pytanie w posłowiu Dariusza Gzyry, dla którego – co wynika z konsekwentnej postawy weganina – nie ma różnicy, w jaki sposób zabija się zwierzęta. Jednak pytanie o model rozwoju rolnictwa – i możliwość zatrzymania drastycznego procesu jego industrializacji – jest także pytaniem o skalę cierpienia, do którego my, lokalnie, się przyczyniamy. Gdy wiemy już, czym jest mięso, trudno będzie się od niego wymigać.

Jonathan Safran Foer, Zjadanie zwierząt, Wydawnictwo „Krytyki Politycznej”, Warszawa 2013.

Aleksandra Bilewicz

Socjolożka, socjalistka spółdzielczyni. Pracowała w redakcji "Res Publiki Nowej" i "Przekroju", obecnie współpracuje z pismem "Nowe Peryferie".

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!