Wszystkie horrory mówią mi, żebym się nie przepracowywał

W jednym z odcinków Teatru Telewizji z końca lat dziewięćdziesiątych, to znaczy z czasów, kiedy robiono jeszcze Teatr Telewizji regularnie, Józef Wissarionowicz Stalin ustami grającego go Janusza Gajosa, nad którymi czernił się sztuczny sumiasty wąs, mówił o sobie, że jest zapalonym miłośnikiem teatru. Podobna relacja łączy mnie z filmowymi horrorami, choć nie wiem, czy deklaracja Stalina była szczera, nawet jeśli Janusz Gajos grał go w tak wzbudzający zaufanie sposób. Unikam przy tym, w miarę możliwości, filmów klasy B, a raczej nie unikam, a odwlekam ich oglądanie. Wmawiam sobie, że kiedyś obejrzę Sharknado razem ze wszystkimi sequelami, chociaż najprawdopodobniej nigdy ich nie obejrzę, ale najpierw nadrobię klasyki, te wszystkie Lśnienia i Suspirie, Phenomena i Candymany. Najpierw nowy Strickland i Ari Aster, nowy film twórców Widzę, widzę i samo Widzę, widzę, które przegapiłem, a dopiero później, gdy odrobię zaległości z kanonu i gdy będę już na bieżąco z najnowszą twórczością wiodących żyjących twórców, przyjdzie czas na grzeszne przyjemności, na filmy, w których, daj Boże, o nic nie chodzi i z których znajomości nikt mnie nigdy rozliczać nie będzie.

Oglądanie horrorów, które kiedyś było dla mnie formą relaksu, też podporządkowało się roboczej logice, choć nie jestem ani krytykiem filmowym, ani filmoznawcą, nie piszę też biografii ani monografii któregokolwiek z artystów pracujących w tym gatunku. Jednak teatr, moje podstawowe źródło utrzymania, bezlitośnie żeruje na innych sztukach, na sobie samym zresztą też żeruje, przeżuwając i wypluwając z siebie pod różnymi postaciami przetrawione w ten czy inny sposób dania już raz jedzone. Twórcy puszczają do widzów oko, zostawiając w przedstawieniach nawiązania i cytaty, a widzowie cieszą się, że źródła tych cytatów i nawiązań rozpoznali. Kilkadziesiąt złotych wydane na bilet okazuje się niewielką ceną za potwierdzenie swojego kulturowego kapitału. Nawet jeśli przedstawienie nie jest najlepsze, radość z rozpoznania bliźniaczek ze Lśnienia albo chłopca jeżdżącego na rowerku, też zresztą ze Lśnienia, rekompensuje wszystkie niedostatki wieczoru. Dla porządku dodam jedynie, że sam w żadnym z reżyserowanych przez siebie przedstawień nie nawiązywałem do Lśnienia, choć były okazje, raz tylko próbowałem przeprowadzić na scenie inwazję zombie. Na szczęście wyperswadował mi ją dramaturg, dr hab. Piotr Morawski z Instytutu Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego, za co po dziś dzień jestem mu nieustająco wdzięczny.

Oglądam więc w czasie rzekomo wolnym od pracy horrory, klasyki, nowości, beklasy, licząc na to, że trafię na coś cytowalnego, jakąś scenę, jakiś kadr, jakieś rozwiązanie, które będę mógł ukraść do swojej pracy i tym samym wytłumaczyć chociaż przed sobą samym, czemu z uporem godnym lepszej sprawy spędzam czas, gapiąc się w ekran laptopa, który jest, a jakże, moim podstawowym narzędziem pracy, zarówno tej teraz, dla „Wakatu”, jak i tej świadczonej dla teatrów w różnych miastach wojewódzkich, obecnych i byłych. Wiem jednak, że tak naprawdę się zwodzę i szukając usprawiedliwienia dla oglądania horrorów, sam siebie oszukuję. Ostatecznie, pisząc ten tekst, nie obejrzałem żadnego horroru, choć akurat miałbym idealną wymówkę, żeby zrobić sobie maraton, dajmy na to, Candymana albo Halloween, których wcześniej nie widziałem. A jednak pisząc ten tekst dla „Wakatu”, nie obejrzałem ani jednego horroru, chociaż pisząc adaptację teatralną Ziemi obiecanej Reymonta czy skracając Krakowiaków i górali Bogusławskiego, oglądałem horrory pasjami.

W horror bowiem, jak w żaden inny gatunek, wpisana jest twarda, nieprzekraczalna jak linia Maginota granica między czasem pracy i czasem wolnym. Większość nadnaturalnych nieszczęść w horrorach, tych zupełnie naturalnych zresztą również, przydarza się bowiem ludziom, którzy nie są w stanie oddzielić życia zawodowego od prywatnego.

Oczywiście można próbować dowodzić, że to wszystko wina tych, którzy zdecydowali się zbudować hotel na indiańskim cmentarzysku, a szerzej ludzi, którzy doprowadzili do ludobójstwa rdzennych Amerykanów, ale bądźmy ze sobą szczerzy – gdyby Jack Torrance zadowolił się pracą nauczyciela, gdyby nie uroił sobie pewnego dnia, że zostanie pisarzem i gdyby w tym właśnie celu nie zaciągnął swojej rodziny w Góry Skaliste, wszystko potoczyłoby się inaczej. Gdyby Jack Torrance został w domu, najprawdopodobniej gdzieś w stanie Maine, i pisałby książkę po lekcjach, nie doszłoby do tragedii.

Tak samo zresztą Seth Brundle, brawurowo grany przez Jeffa Goldbluma w Musze Davida Cronenberga. Oczywiście, można próbować dowodzić, że Seth Brundle ściągnął na siebie nieszczęście, próbując bawić się w boga, a jednak jasne jest, że nie doszłoby do tragedii, gdyby Seth Brundle, brawurowo grany przez Jeffa Goldbluma w Musze Davida Cronenberga, nie brał roboty, a wraz z nią dwóch kapsuł teleportacyjnych, do domu. Gdyby Seth Brundle, i tak dalej, pracował, jak na genialnego naukowca z amerykańskiego filmu przystało, w sterylnych laboratoryjnych warunkach, zamiast w chałupie, nigdy by się z tytułową muchą nie przeciął.

Tak samo chłopcy pracujący w wypożyczalni VHS-ów w Krzyku Wesa Cravena. Gdyby traktowali swoją pracę w wypożyczalni kaset wideo jako pracę, a nie przedłużenie hobby, gdyby nie próbowali swojego hobby zmonetyzować, nie zostaliby nigdy Ghost Face Killerem, mordującym kolegów i koleżanki niewiedzących, że w pierwszym Piątku Trzynastego zabijała pani Voorhees, a nie jej syn Jason.

Pani Voorhees z Piątku Trzynastego też nie zostałaby horrorową morderczynią, gdyby zadbała o równowagę między życiem zawodowym a prywatnym, to znaczy gdyby miała jakiekolwiek życie prywatne. Pani Voorhees postanowiła jednak podporządkować całe swoje życie pracy w garkuchni obozu nad jeziorem Crystal, w którym kilkanaście lat przed akcją pierwszego Piątku Trzynastego utonął jej syn. Gdyby Pani Voorhees miała jakieś hobby albo chociaż ulubiony program w kablówce, albo audycję w radio, albo cokolwiek, nigdy nie chwyciłaby za maczetę. Ktoś mógłby rzecz jasna powiedzieć, że jej głównym motywem było pomszczenie syna i klasyczna amerykańsko-purytańska obsesja na temat pozamałżeńskich stosunków, ale byłaby to tylko częściowo prawda.

Nowa fala horroru wywraca w tej kwestii stolik, bowiem takie jest jej nowofalowe prawo. Pomijając już nawet estetyczną rewolucję, która każe jej filmy plasować raczej w okolicach najdonioślejszych osiągnięć najnowszego europejskiego art house’u niż w krainie Mordor, gdzie zaległy cienie, a wraz z nimi najróżniejsze beeklasowe horrory lat 80., nowa fala horroru, na zwale po euforii lat 90. i po ciężkim kacu kryzysu roku 2008 i wszystkiego, co po nim, obsadza nas, ludzi, którzy nie są w stanie swego czasu pracy grubą kreską oddzielić od czasu od pracy wolnego, tam, gdzie nasze w roli ofiar miejsce.

Bohaterowie Midsommar Ariego Astera (spoiler alert, choć z drugiej strony, ten film był przez bite trzy miesiące w kinach, więc jeżeli zależało ci na tym, by go obejrzeć, było wiele po temu okazji), giną bowiem tylko i wyłącznie dlatego, że zamiast cieszyć się w trakcie wakacyjnej przerwy w studiach urokami szwedzkiego Hälsinglandu, postanawiają rzeczonemu Hälsinglandowi poświęcić magisterki z antropologii.

Podobnie w Ouijy Mike’a Flanagana, w której tytułowa spirytystyczna tabliczka zostaje wyrwana ze swej pierwotnej funkcji imprezowej gry towarzyskiej i, niczym deska surfingowa, która dorosła i została deską do prasowania, ląduje w arsenale środków jednoosobowej spirytystycznej działalności gospodarczej prowadzonej przez Alice Zander, graną przez wspaniałą Elisabeth Reaser. Jak nietrudno się domyślić, ma to fatalne skutki nie tylko dla samej Alice Zander, ale również dla jej córek Doris i Liny.

Jeśli oglądanie horrorów czegoś mnie nauczyło, a nie mogę powiedzieć, że nie nauczyło mnie niczego, to byłoby to, w kolejności: będąc w domu jednorodzinnym, nigdy nie wbiegaj na piętro; niezależnie od tego, gdzie jesteś, nie uprawiaj seksu; niezależnie od tego, kim jesteś i czym się zajmujesz, dbaj o to, żeby mieć czas wolny od pracy. Od tego może zależeć twoje życie.

Michał Kmiecik

Dramatopisarz, reżyser. W latach 2015-16 dramaturg Teatru Nowego im. K. Dejmka w Łodzi. Publikował w "Krytyce Politycznej", miesięczniku "Dialog", "Notatniku Teatralnym". Laureat stypendium artystycznego miasta stołecznego Warszawy w dziedzinie literatury w roku 2018. Autor powieści Całkiem spora apokalipsa. Mieszka w Warszawie.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!