Wiersze

regencja snu

śniłeś mi się jako mężczyzna, który wyrobił 552 procent normy –
miałeś jego twarz. twoje medale pozawieszane na palcach i uda,
jak wykute w kamieniu. i myślałam o wszystkich rzeczach,
które uczyniły twoje ręce, a były one dobre. i myślałam o wszystkich ludziach,
którzy ci zazdroszczą, gdy zjawiasz się powolny obrotom taśmy.
bezgranicznie oddana, jak potrafią tylko dobrze wyrobione kobiety,
przynosiłam herbatę i masowałam stopy. kto by się spodziewał,
że wyjdzie z ciebie taki Jozef Fritzl, że porwiesz nasze dzieci i zostawisz je
na księżycu, ślepe, z ciałami porośniętymi mową zamiast sierści. zespawany
z kamieniem w środku siedziałeś przed telewizorem i udawałeś,
że o niczym nie masz pojęcia. na ekranie znowu ktoś kłamał o mleku i skórze,
ktoś głupio skamlał przeciw, ktoś inny szusował po rozgwiazdach dróg.
tymczasem, zamrożone w puszkach po coli, czekały – nienarodzone –
aż przyjadą koleje międzygalaktyczne i wywiozą je tam, gdzie kończy się świat.

 

poranek George’a

tego dnia George jak zwykle rano opuścił
swój wynajęty pokój i samochodem,
a potem ruchomymi schodami dotarł na miejsce,
w którym nie był już swój, tylko włączył laptop,
położył na biurku iPhona i poszedł zrobić kawę,
później pogadał trochę przez gg, zagrał w pasjansa,
gdy wszyscy sądzili, że zajmuje się
strategicznym kodem dot. pewnej istotnej funkcjonalności
zrobił sobie kolejną przerwę w przerwie,
zamówił zupę i gapił się w talerz, aż powiedziałem
do niego „hej, George”, a on wstał i wylał zawartość
naczynia na swoją głowę („chyba cię pojechało, George”)
po czym wyszedł; jego twarz pokryta
chińskim makaronem śniła mi się jeszcze
raz czy dwa, a kiedy pytałem o niego w firmie
powiedzieli, że nie tracą uzasadnionej
nadziei na poprawę.

 

kobold & city

to był ktoś trochę pomylony z krzykiem na ustach jak z jaskrawą szminką,
trzymająca się na wodzy dziwka w brylantynie przeszkód.
trochę pomylony, codziennie nawoływał nieistniejącego;
niósł rower, część ciała, co zawsze się przydaje, przy gwałtownym zerwaniu.
ktoś trochę pomylony, mówił, trutkę rozsypano, cukier, mąkę i papier,
chcą mnie otruć, szuje, płakał, miłosierne zbiry – tak bardzo pragnę być otruty.
pomylony, Maryjki jak suszone kokony wisiały na ścianach
jego mieszkania, wystawiały twarze do znikomego słońca.

Kamila Pawluś

(1979) Poetka, prozatorka, tłumaczka, krytyczka, animatorka kultury. Absolwentka Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych na UW. Współredagowała kwartalnik Tekstualia. Przetłumaczyła Antropologię religii Fiony Bowie (WUJ, 2009)i fragmenty Społeczeństwa sieci Manuella Castellsa (PWN, 2009). Laureatka nagrody głównej w Ogólnopolskim Konkursie na Debiutancką Książkę Poetycką organizowanym przez Kwartalnik Kulturalny Opcje (tom Rybarium, 2008). Teksty literackie i krytycznoliterackie publikowała m.in. w Zeszytach Literackich, Kwartalniku Artystycznym, Czasie Kultury, Wyspie, Portrecie, Opcjach. Stypendystka MKiDN w dziedzinie literatury (2011). W 2012 roku wydała drugi tom wierszy – "Klaustrofobia na wynos" (WBPiCAK, Poznań)

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!