Wiersze

Stormur albo ciemne pacierze kapitana Nemo z domu Kretschmer

Niech nie pocieszają mnie opalizujące widoki głębokich dolin,
wąwozów schodzących w dół, tam gdzie tętnią wszystkie niewidzialne
dotychczas aorty, kominy, wulkany i jamy pełne przerażającego życia.
Twoje imię nie wymienia się na żaden najdoskonalszy wiersz, czołowy
wynik w sieciowej lidze zabijania się na niby. Tego łaknienia nie wypełni
dotyk kocich łap, gest darowania życia pająkowi na środku podłogi kuchni,
uratowanie ślimaka na ścieżce w parku, jeża od ostrza spalinowej kosy.
I ta jasność, że pomimo tego jesteś. Szczęśliwy ten, kto się nie narodził,
aby Cię szukać w podwodnych miastach – obcych i złych. Zamykam
wszystkie włazy przed zanurzeniem i słucham jak promieniują odległe
galaktyki, jak donoszą na siebie pulsary i plączą się w zeznaniach meteory,
jakoby widziały cię w przelocie. Nigdzie tak dobrze nie słychać gniazd
jak na dnie, gdzie czekam aż kosmos zacznie się kurczyć do stanu sprzed.
I znowu będziemy obok siebie i nie będzie już krwi  z krwi, kości z kości,
tylko chmury wolnych elektronów, coraz bliżej i bliżej, nie do rozdzielenia.
Teraz nie ma mnie wewnątrz tego batyskafu ani nikogo żywego, sam jestem
pozbawionym załogi okrętem, smugą drgających cząstek wokół peryskopu,
urządzeniem nasłuchowym, które samo siebie słyszy. Tu znajdziesz
mnie kiedyś Ty i wszystkie moje dzieci, których nie dotknie śmierć
a mimo tego – co do jednego nie żyją.

 
 

Muł albo lament pierwszy

Niech tak będzie, że oto jestem mułem pośrodku tej równiny.
I doskonały jest ruch połyskującego niebiesko lemiesza, którym
odkrawasz moją pustynię od pastwisk gdzie prawowierne stada
nie złorzeczą i są tobie poddane. Nie wznoszę oczu w oczekiwaniu
na deszcz. Jedyne co potrafię, to tkwić z boku krajobrazu jak gwóźdź,
zwierzę suche niczym obol, pęd dzikiego krzewu pielęgnowanego
i porzuconego przez istotę o imieniu Noemi. Nie chcę winić nikogo
za radioaktywny opad wiosną, łykanie polopiryny S z własną żółcią.
Rozeszły się linie życia, zeszły się struny światła i usłyszałem siebie:
jestem wolny jak ścięty pień i mój na własność jest suchy step wokół.
A odpowiadał mi delikatny powiew wśród suchorostów: aż przyjdzie
wiatr i ogień po horyzont. Na pewno.

 
 

Recyckling albo lament drugi

Niech tak będzie, tor pomiędzy polami i gwizd lokomotywy jakby tętniak
pękał. Myślę, że większość zwierząt przeżyła – mówi dziewczynka pewna
siebie, z myślą niezmąconą tym, co się dzieje ze zwierzętami, gdy woda
zalewa wszystko. Jeszcze nie wie, że potem przychodzą faceci w gumowych
roboczych fartuchach i dają ci do ręki nóż, żebyś skończył to, co zacząłeś.
w błocie wiją się wiersze załączone do czasopisma w formie zwartej.
Z folią nie przyjmujemy państwa do stalowego kontenera – mówi jeden
i potrząsając nożem w wyciągniętej ręce powtarza ciągle – Da się? Da się?
Rozumiem, że nikt nie chce sobie brudzić rąk ostatnim aktem za ogrodzeniem
z drutu kolczastego. Za rogiem czekają bezlitosne wózki widłowe. Wstępny
etap powrotu do punktu wyjścia, kiedy w głowie się jeszcze nie mieści,
że nie należy się do większości zwierząt, która przeżyła. No weźmie pan,
sam tego nie będę przecież robił, no, da się?
Żebyś wiedział cieciu,
zupełnie nie da się odciąć od życia,
od wycia.

 
 

Dying on the road blues

Konające zwierzę na szosie odwraca łeb w stronę nadjeżdżającego
z tyłu samochodu i miga w snopie. I na co liczy ten strzęp życia,
z którego życie właśnie wartko rozlewa się deltą po asfalcie?
Na pojednawczy strzał czy może na lekarza weterynarii w środku
lasu, Rabbiego, który uzdrawiał ludzi, mających wieczną duszę,
tym bardziej może uzdrowi zwierzę, które nie ma duszy. Może właśnie
dlatego byłoby warte tego dotyku bardziej niż reszta, która ma jasną
perspektywę na nieskończone rozdziawianie ust w jakimś hosanna
czy innym bluesie, który jak wiadomo musi być czarny. I skąd wszyscy
nagle tacy zdziwieni, i byle dalej w mrok, dalej od tego, co odsłania światło
na chwilę, tego co wsiąka, tego, co stygnie. Cichnący skowyt i zdumienie,
że jednak to się w końcu kiedyś stało. I jest. Właśnie teraz, już, nie za chwilę,
że przecież mogłem wyskoczyć wcześniej albo w ogóle zostać w tym lesie
do cholery. Za późno. Nadchodzi, widać odblaski na pniach, słychać śpiew
gumy po drodze, słuchaj. Już tak nie odwracaj łba, i tak nic nie zobaczysz.
Tak teraz trzeba śpiewać, tak. Tylko tak.

Radosław Wiśniewski

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!