Wiersze

Pracowite popołudnia

Pachniesz niemowlęciem, powiedział, i przejechał ręką
po moim pośladku. Czytałam Adorno pod Elizabeth Bishop,
żeby natknąć się na zdanie, które chciało bezgłośnie opuścić ciało:
pozwól mi.
To przecież niewiele i na dobrą sprawę
może okazać się zbawienne. Jak haust mroźnego powietrza,
w którym groźne majaki mieszają się z żółtym piaskiem
(nawieźli tego, gdy zdecydowali się położyć
kostkę brukową przed wejściem do klatki). Chcę. Poczekać,
aż zabrzmi drugie piano i mimo południa
damy sobie po rękach, jako pamiątkę i namiastkę.

Bo pachnę niemowlęciem i chcę się dotykać, być cicho
jak matka, gdy wszyscy już spaliśmy.
Wtedy patrzę przez okno: kładący bruk zbierają się pospiesznie.
I czekam na zimno, które zaraz wpłynie, i czekam na ciepło,
które je pochłonie.

 

W każdym stanie

Jestem pełnoletnia w każdym stanie Ameryki (nie to, co wy,
kościste biedactwa). I kiedy rano wracam jak na szpilkach,
czytać „Burzę” Szekspira, widzę z dosłownością – ten dom
jest pusty, nie ma w nim nikogo. Co kręciłaś, kochanie,
zanim zrobiłaś wyskok, jakie zimne kraje musiały zostać
odłożone. Gdzie się podział haszysz, dobry cytat
z posłowiem, włoski akcent chłopaka o oczach typu giacchi.
Nie ma w tym przesady, jeśli zaraz powiem: kłócili się sami,
przy moim milczeniu, żarli się jak psy nad kawałkiem
tekstu. Ale ty jesteś wciąż obecna,
w całkiem innej formie – tembr
głosu jako era. Mierzyłam szybkość, z jaką podnosisz

mokre od śniegu rękawiczki.

 

Para-filia

Każdy opowiada wierszem to, czego nie zdążył
przemyśleć wieczorem. Gdy zjawia się kobieta
z kucykiem (krnąbrny konik), wypadają mu myśli
jak włosy, zawiłe przekleństwa. Malują im
szerokie tory. Trącają ich króciutkie struny.

(ścieżka, gdy ją przebyć, jest awangardowa,
ciało, gdy je odkryć, piekli się w pianie)

 

Pisząc o zjawiskach (niewiersz)

Pisząc o zjawiskach, dajmy na to – o sytuacji współczesnego nam debiutanta – w sposób bezpośredni trudno (jeśli w ogóle
można) uciec od deklaratywności, a zatem: jednoznaczności. I nie będzie to miało wiele wspólnego z rozróżnieniem:
subiektywne-asubiektywne, nawet przy nadziei, że rozróżnienie takie może nas kiedykolwiek wspomóc. Jeśli jednak
wypowiadam się dla celów komunikacyjnych, powinnam mówić bezpośrednio, nie obrazem, nie skrótem, nie pauzą, nie
uniesieniem brwi, bo inaczej dość prędko zostanę, jako mało komunikatywna, odrzucona. A po cóż innego w ogóle mówić,
jeśli nie po to, żeby do kogoś dotrzeć, usłyszeć na siebie odpowiedź?

Problemem, który mnie zajmuje (także o fizyczne zajmowanie mnie jako pewnego rodzaju lokalu dla siebie tutaj chodzi) jest
nieunikniony paradoks, clash między tym, co chcę, a tym, co chcę, ale inaczej. To są te wszystkie za wysokie koszta
alternatywy, których nie umiem godnie ponieść. Bo z jednej strony, gdyby jednoznaczność, realizacja twardych
wittgensteinowskich postulatów (względnie wersji z włączoną opcją pragmatyczną czyli maksym Grice’a) i chęć przysłużenia
się ludziom były mi bliskie, wybrałabym publicystykę, nie poezję. Z drugiej, gdyby nie pociągała mnie własna chwilowa
deklaratywność, nie targały mną potrzeby ekspozycji, wykładni i jasności (błogość), nie pisałabym przecież wcale, a
najpewniej nie odzywała się w ogóle.

Z tej niemożności zdecydowania, zadeklarowania się i konsekwencji bierze się pozycja, którą coraz częściej i intensywniej
przyjmuję: obserwatora. Milczka, który rozgada się po kilku dniach, miesiącach. Nigdy dla samego gadania, własnej rozrywki
(dlaczego wydaje mi się to marnowaniem energii, napisałam wcześniej), ale zawsze dla czystego (bo odległego) i bystrego
czytelnika, niekoniecznie adoratora, choć wystarczająco często. To pozycja milczka, który owszem, po czasie może
wysmarować elaborat, podanie, ‚profesjonalną’ analizę razem z kilkoma ripostami i zwrotem w sprawie, ale nie jako
bezpośredni korespondent, bardziej jako świadek z przemożną chęcią uniknięcia starej konfrontacji.

Nie jest to pozycja wygodna ani wystudiowana, ani nawet na spokojnie wybrana, choć coraz bardziej siebie świadoma i z
siebie czerpiąca. Bierze się jednocześnie z tzw. życia (doświadczenia) i nie bierze, bo tak jak w pewnym momencie trzeba się
na imprezie odezwać, tak i pęcherzyk wokół mojego podmiotu musi zostać kiedyś nakłuty, by wydobył się z niego (podmiotu,
nie pęcherzyka) jakiś obraz, jęk, upór. Żeby pisać, muszę nieustannie, tj. każdorazowo łamać własne zasady, wcześniejsze
ustalenia między mną metaforyczną (obraz) a mną konkretną (komunikat). Nieustanne nakłuwanie i rekonstruowanie
pęcherzyka. Dlaczego się go nie pozbywam? Czy dlatego, że moje zaangażowanie w świat nie pozwala na taki brak
wyobraźni?

Staram się wierzyć, że w tym podejściu jest jakaś metoda. Że jest we mnie, w tekście coś z anarchistki i coś z przerażonej
prymuski. Jest niezgoda i zgoda, ale inaczej.

I ktoś z czytelników da mi może kiedyś odpowiedź.

Natalia Malek

(1988) Poetka, absolwentka anglistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Autorka książki Pracowite popołudnia, wydanej nakładem Staromiejskiego Domu Kultury w Warszawie w 2010 roku. Jej wiersze znalazły się m.in. w Autografie, Blizie, Dodatku Literackim - Nagroda Literacka Gdynia, Toposie. Jest laureatką m.in. III nagrody w Konkursie TVP Dolina Kreatywna oraz VI Wielkiego Poetyckiego Prania na Strychu (2007). Była nominowana do nagrody głównej w Konkursie im. Jacka Bierezina. Mieszka w Warszawie i Redzie.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!