Wiersze

Meble i lampy

Nie okazywałam zainteresowania nowemu nauczycielowi.
Zamiast tego badałam szczyt biodra,
gdzie dostały się żółte siniaki, jakby za pomocą kolejek
górskich i jaskrawych jeepów, turystyki niekonwencjonalnej.
Lub za pomocą twojego ciała, zniecierpliwienia, jakim jest ciało.

– Moglibyśmy założyć biznes – i zbić
na tym pieniądze? Organizować zbiórki siniaków na ścięgnie,
pokazywać im trasy wzdłuż moich nóg jak skróty pocztowych.
Nie sądzisz, że to gospodarka, w której deponuje się optymizm?

Ale nie o nim teraz mowa, lecz o nauczycielu, przyjacielu,
za jakiego chce się podawać. I kto ma mu na to pozwolić,
jeśli nie goście w górze bioder i obojczyków?
Ich prowizoryczne wioski podobają się nam bardziej niż odległe posądzenia.

 

Plastikowe krasule

Trzeba walczyć o czytelnika. Jeśli trzeba,
jestem jak te, które widziały gały,
samotna matka, tło kubańskiej afery.

Na przykład za pomocą obrazu – błękitny kotylion.
Na przykład za pomocą dźwięku – okrągły, mysi pisk.
Na przykład za pomocą groźby – zniszczę cię, szefie,
jak tylko znajdziemy się w hotelu.
Na przykład za pomocą seksu – och, szkoda, że mnie wtedy nie widziałaś.
Na przykład za pomocą rodziców – etos to spóźniona paczka,
którą jedna z bab próbowała nam rozpakować,
ale udaremniono janosikarstwo.
Na przykład za pomocą taksówki – zrzuta na trzy, widzimy się zaraz
w filmie o skalpach i masywie ardeńskim.
Na przykład za pomocą czapeczki – droga duchowa nie jest dla każdego.
Na przykład za pomocą imienia – o mamo, w pomarańczowej szmince
moje wargi są pomarszczone jak grejpfrut na porcelanie.
Na przykład za pomocą kuratora – gdyby tylko dało się zbadać,
czy jestem żydówką.
Na przykład za pomocą lekarza – prosimy o pielgrzymki, wycieczki
osobiste i jak najdokładniejsze świadectwo.

 

Misiek

Piszę CV do firmy komputerowej, biorąc udział
w koncercie dwóch najbliższych sobie sąsiadów: piły i wiertarki,
chwalących na przemian triumfy rąk, techniki, wielkiego materiału.

Więc i to, co się wynosi z parku: kikuty, wióry, medaliony w panierce,
i to, co przenosi na nas: detergent, folia, chęć nagłego rabunku;
i ten dokument, który co wieczór unosisz pod kołdrą

wolniej, ale przez to bardziej rytmicznie,
karton owoców podduszonych w siatce,
wszystkie chcą błędu. Domagają się nieuwagi.

Nie tak będziemy współpracować.
Nie tak będziemy się gnieść. Choć przejściowy kataklizm
możemy przeżywać wspólnie jak żółwie orgazm,

skoro jesteśmy na miejscu.
Wypisuję zasługi: surowa przyszłam do hangaru,
później rezygnowałam z wygód. – Naturalnie. – Ochoczo.

Natalia Malek

(1988) Poetka, absolwentka anglistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Autorka książki Pracowite popołudnia, wydanej nakładem Staromiejskiego Domu Kultury w Warszawie w 2010 roku. Jej wiersze znalazły się m.in. w Autografie, Blizie, Dodatku Literackim - Nagroda Literacka Gdynia, Toposie. Jest laureatką m.in. III nagrody w Konkursie TVP Dolina Kreatywna oraz VI Wielkiego Poetyckiego Prania na Strychu (2007). Była nominowana do nagrody głównej w Konkursie im. Jacka Bierezina. Mieszka w Warszawie i Redzie.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!