Wiersze

INSPIRE BUILDING

O czym myślisz zimą, kiedy zbliża się dwudziesta druga,
a na górze nadal płoną punkty? O zbliżeniach owertajmu?
Dekonstrukcjach hierarchii? O prezesce zniżającej się
do członka? Menadżerze dającemu łoić się podwładnej?

Samotność biur. Szum klimatyzacji i sprzątaczka z wielkim
tyłkiem. Co robi, kiedy nikt nie patrzy? Skąd tyle kurzu z rana?

Cóż, zostawiłem kiedyś kamerę w pokoju. Dywan leżał.
Ściana była w pionie. Zegar nie stanął. Natomiast ćma,
która uderzała o lustro, wcale nie należała do najbardziej urodziwych istot.

 


BASEN DLA CHĘTNYCH

Natrysk ranny
Natrysk nocny

Metaliczny smak wody.

Wchodzą po mnie kobiety
Wchodzą po mnie mężczyźni
Na wysokości ust zeskakują
odbryzgi.

Ziemia się odwadnia.
Nie spada ciśnienie.

Dziesięć litrów na minutę,
nie spada ciśnienie.
Szturchnięcia organów,
gąbczasta gąbka, oddech na szybie.

Ambient w słuchawce, mydło w płynie,
oddech na szybie. E, e, e, a.
Woda za ciepła, woda za zimna.
Oddech na szybie.

Odpływ porasta szczeciną.

Natrysk w południe
i o północy.

Zajęte. Anektowane. Dostępne.
Publiczne prywatnie
Prywatne publicznie
Dla chętnych.

Czynne.
Niewierne niebierne.

 

ŚMIERĆ PRZEZ NIEOBECNOŚĆ

Niemowlę nie może przepchnąć się przez ryzę.
Ksero, biuro, archwium. Próbuje dalej.

Niemowlę wstydzi się przeciskać do zaplecza
sklepu. Za tyle nie warto wyściubiać noska

z macicy. Brzdąc – brzęk brzemienności?
Raczej szelest. Bilon się nie przydaje, chowaj

(żeby nie połknęło). Tymczasem tamten niemowlęciem
zagląda ci w oczy. Bobasem zagaja, berbeciem gniecie

twoje zgłoszenie. A dzidzia brnie.
Boisz się o swoje zabawki?

Musisz się zostawić. Zastawić, umorzyć,
orzec, jeziorzyć. Aż wody w końcu odejdą,

opuszczą zagajnik. A auto w końcu wyprzedzi
plemniki. Obecny, obecny. Nieobecny, ale usprawiedliwiony.

 

WĘDREC NOCNY, MĘDREC RANNY, ŚLEPAK

Ochroniarz i jego parter,
ekspedient z dystrybutorem.
Samotna koordynatorka ruchu
przejezdnych ulic Phenianu.

I białe gołębie na szwach.
Syczy ich sen. Odkąd pamiętam,
Gdynia nie miała nigdy nocnych
przechodniów. Czekam do rana.

Rankiem pod biurowczykiem
co każdą godzinkę gromadzi się
wielkie ryzyko wystąpień choroby
płuc, a w szczególności raczka.

Godzinki odchodzą. Przychodzi piąta.
Przecznicę dalej już szwęda się rakarz.
Czekanie z czekanem. Pukają drzwi.
Posłuchaj, jak skrobie. Parkuje kar od tyłu.

Ekspedient przykrywa dystrybutory.
Ruch milknie. Sygnalizacja pracuje.
Gzymsy chowają ostatnie gołębie.
Ochroniarz wraca do swojego partera.

 


KARMA DLA OWADÓW

wynoszą po nim meble.

teraz całe osiedle
patrzy na smutek forniru.

a przecież fornir
wreszcie jest wolny.

w objęciach dłoni,
które mocują się z klejem.
w szturchnięciach desek,
podczas delikatnego zraszania psim moczem.

teraz, gdy patrzą na sklejkę,
która odchodzi z nowymi właścicielami,
przypomina im się kadaweryna, a raczej fakt,
że tkwi ona również w męskim nasieniu.

aż ciepło robi się na sercu
na widok wybiegu dla jurnych prusaków.
pomiędzy resztkami, ząbkami szafki kuchennej.

wynoszą po nim meble,
jego metraż się rozlewa.
jego sufit wchłania Stratusy.
jego piwnica mięknie, nasiąka mżawką.

na połaciach wykwitają miejsca
zamieszkania. kopyta się ciągną, i ciągną,

 

     Tekst dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska (CC BY 3.0 PL).

Rafał Krause

Poeta, recenzent muzyczny i internetowy performer. Wydał książkę poetycką Pamiętnik z powstania (Łódź 2013).

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!