Futbolowe smęty

Do przerwy bezbramkowy remis w meczu piłkarskim Polska – Tom
Waits. W czasie przerwy Polacy zeszli do szatni, a kapela Waitsa
wyciągnęła sprzęt, podpięła wzmacniacze i wykonała na
wypełnionym po brzegi Stadionie Narodowym „Rotę”, jakby to
ochrypłe „Nie rzucim ziemi” miało całkowicie dobić drużynę
gospodarzy. Niech mi ktoś powie, dlaczego najfajniejsze sny urywają
się nagle, niedośnione?

Tomasz Majeran, Pasztet z renifera

 

Narodowe sarkanie

Polactwo. Polacy. Polska. Pol-ska-aaa…. Ze wszystkich identyfikacyjnych stereotypów, w których odnajduje się dziwnie pojęta wspólnota naszego narodu, jeden w ostatnich tygodniach był najbardziej odczuwalny: piłka nożna. Przez „dziwnie pojętą wspólnotę” rozumiem tu zarówno jej dość inkluzyjny charakter (wszak kopać każdy może), jak i podbudowaną latami wykluczeń i uproszczeń kulturę, która wokół futbolu narosła. Kulturę mimo wszystko męską – patriarchalną, szowinistyczną – wytwarzaną i dyskutowaną między podstarzałym ekspertem (w studiu przed meczem z Senegalem zasiadło dziesięciu wzorowych synów narodu, własną piersią broniących orzełka), niedzielnym widzem z piwkiem oraz stereotypowym kibolem. Ale nasza kultura futbolowa to i tężyzna, i duch, równocześnie zbrojne skrzydło ostatniej husarskiej szarży i bogoojczyźniana modlitwa. Jak kpił niedawno Krzysztof Varga w „Dużym Formacie”:

Podobnie jak miliony rodaków odczuwałem przed rozpoczęciem mundialu intensywne wzmożenie patriotyczno-futbolowe. Co prawda flag nie wywieszałem, twarzy w barwy narodowe nie malowałem, skrzydeł husarskich nie przywdziewałem, w trąby plastikowe nie dąłem, starałem się do zapowiedzianej wiktorii podejść w sposób mniej ostentacyjny, a bardziej uduchowiony […]. W każdym razie kibicowałem przeciw Senegalowi, kibicowałem przeciw Kolumbii, odmawiałem litanię i wzmacniałem swoją polskość, bo jak powiedział dla tygodnika „Do Rzeczy” jeden z najdostojniejszych autorytetów Kościoła, ksiądz Jarosław Wąsowicz, sławny organizator pielgrzymek kibicowskich na Jasną Górę: „Ci, co nie chcą kibicować Polsce, mają problem z identyfikacją z tym, co polskie”.[1]

Skłaniam się ku tezie, że piłka nożna, zwłaszcza ta reprezentacyjna, to obraz Polaków w miniaturze, w mikroskali, ze wszystkimi poprzełomowymi szansami, nadziejami i traumami, z ukrytą walką klas i syndromem oblężonej twierdzy. Jeśli szukać gdzieś strategii identyfikacji i wzorców, w których konserwuje się brać (bo przecież nie siostrzeństwo) narodu, to właśnie tutaj: we wspólnych okrzykach nadziei i w tradycyjnych już homospołecznych łzach, przechodzących w bardziej radykalne formy reakcyjnej, emocjonalnej polityki gniewu: „wyjebać ich z kadry”, „trener na bruk”, „to jest właśnie polska myśl szkoleniowa”, „nieroby”, „sprzedawczyki”, „precz z obcokrajowcami z kadry”.

Gdybyśmy rozłożyli okołofutbolowy mit na elementy pierwsze, co zresztą wielokrotnie już czyniono, odnajdziemy w nim wszystkie nadzieje na odzyskanie godności narodowej i międzynarodowej, a także wszystkie lęki, traumy i kompleksy, gdy już odkrywamy marginalną rolę naszej piłki (naszego kraju) w globalnej wspólnocie, która okazuje się przede wszystkim wspólnotą interesów ekonomicznych i wielkiego kapitału[2]. Z jednej strony wiemy, że dobrą wolą się nie wygrywa (co powtarza do znudzenia nasz reprezentacyjny kapitan), z drugiej żądamy w chwilach słabości nadmiaru tej woli (mocy), która niczym Don Kichot pokona sprzymierzone siły złych FIFA i PZPN-u, obali rządy i korporacje, zdobędzie dwie wieże i koniec końców przyniesie narodową dumę. , jako symbol rozwijającej się mocarstwowości demokratycznego i wolnego ludu (paradoks? raczej czysta fantazja o szlacheckim rodowodzie).

Tymczasem jest jak zawsze: co dwa lub co cztery lata z telewizora słychać słynne „było blisko”, „zabrakło odrobiny szczęścia”, a potem jest ocieranie łez, poczucie kompromitacji, podziały, pytania „kto zawinił?”, które równie dobrze mogłyby przejść w „kto zdradził?” i zbiorowe okrzyki „hańba!”[3]. I czasem tylko w radiu puszczą Macieja Maleńczuka, którego Mundialerio okazuje się bardziej aktualne z każdym kolejnym turniejem.

Najpierw patrzymy więc na siebie przez filtr do selfie, który wygładza twarze, dzięki któremu możemy wszystko i chcemy jeszcze więcej. Potem patrzymy w pęknięte już lustro, mówiąc: jesteśmy beznadziejni (masochizm to jedna z naszych narodowych cech). Skoro jednak Donald Tusk mógł przez lata zbijać polityczny kapitał na „charataniu w gałę”[4], a Tomasz Lis objaśniać ducha narodu kolejnymi piłkarskimi metaforami (jego rozprawa o tymże duchu My, naród aż mieni się od pseudointelektualnych futbolowych perełek[5]), coś musi być na rzeczy.

 

Kopanina

Wiedziony poczuciem, że zapewne połowa wspólnoty ma w głębokim poważaniu sagę transferową Lewandowskiego oraz kolonizację naszego rynku telefonów przez chińską markę Huawei, postanowiłem zerknąć do poezji i sprawdzić, jak ta krytyczna z natury instytucja radziła sobie z futboleiros. I nie mam na myśli fanowskich wierszyków na cześć kadry ani stadionowych przyśpiewek.

Współczesny futbol to z jednej strony czyste symulakrum, Debordiański spektakl podniesiony do potęgi, z drugiej – poręczna metafora funkcjonowania całego świata – od stosunków ekonomicznych i mechanizmów globalizacyjnych, po politykę i sposób prowadzenia wojen, od relacji płciowych i tożsamościowych do strategii emancypacyjnych[7]. Spójrzmy tymczasem na poezję. „Futbol interesował zwłaszcza tych poetów, którzy zajmowali się kwestiami cielesnego doświadczenia, walki, widowiska i przeżycia grupowego, jednocześnie tworząc samozwrotne akty mowy” – pisze Dorota Wojda w świetnym skądinąd eseju, w którym padają nazwiska samych tuzów (Barańczak, Eco, Barthes, Foucault[8]). Potem mamy też poetów: Boya, Peipera (ze słynnym wierszem „Footbal” z Żywych linii) oraz Wierzyńskiego (z „Matchem footbalowym”), czyli trzy różne ujęcia: parodystyczne, estetyzujące i spektakularne. Wierzyński myślał o publiczności, o sytuacji spektaklu, ogrywał w wierszu antyczne wręcz igrzyska i ich herosów. Peiperowi chodziło o samą zasadę ruchu, o geometrię futbolu, która jest geometrią poetycką z gruntu, tzn. taką, jaką sobie upatrzyli krakowscy konstruktywiści ze „Zwrotnicy”. Boy, jak to Boy, drwił i wyśmiewał, ale najbliższy był temu, co mnie w tym tekście interesuje: poszukiwaniu modeli identyfikacji i wskazywaniu stereotypów, refleksji nad wspólnotą (narodową i lokalną), która tę piłkę kopie i która wokół niej nabudowuje swoją tożsamość. Trafnie wskazuje Wojda, że pamflet Boya na piłkę nożną zawiera wiele celnych i nadal aktualnych spostrzeżeń: degradację kultury wysokiej, psucie języka przez sportowo-kibicowski żargon, paramilitarny charakter samego sportu i napędzających go metafor oraz wizję maczystowskiej, patriarchalnej kultury fizycznej, która staje się obowiązującym wzorem wychowawczym (ów militarny charakter piłkarskiego komentarza wydrwił zresztą z klasą Tadeusz Pióro w wierszu „Bez znieczulenia”, kreśląc wizję globalnego konfliktu zbrojnego na miarę kolejnej wojny światowej[9]).

Mamy oczywiście całą galerię poetów-futbolistów, od dawniejszych po najmłodszych: Barańczak, Nowak, Grześczak, Bursa, Krynicki, T. Różewicz, Podsiadło, Śliwka, Majzel, Zadura, Świetlicki, R. Różewicz, Sadulski, Szeremeta, Gawin, Kapela, a także poetek: Lipska, Szymborska i świetna Bargielska z wierszem z China Shipping. Z tego całego zestawu pominę teksty, w których futbol staje się (jak u Peipera) metaforą działania samego języka lub komunikacji (aktem performatywnym), a będę podążać raczej w stronę spektakularności i mechanizmów tożsamościowych (jak Boy i Wierzyński).

Znamy oczywiście z krytyki i z samych wierszy „poetycki drybling”, „mijankę”, „słowną żonglerkę”, metaforę komunikacji jako „podań na wolne pole” („daj mu tam, gdzie go nie ma” – choć tu akurat, u źródeł, szło o tenis stołowy, ale metafora się uwolniła i poleciała, hen, w okienko), pewnie niektórzy pamiętają jeszcze świetny moment z „Dojczland” Bartosza Sadulskiego: „gary lineker powiedział/ że piłka nożna to taka gra/ w której dwudziestu dwóch mężczyzn biega za piłką/ a na końcu i tak wygrywają niemcy// czy gary lineker wiedział że śmierć/ jest mistrzem z niemiec? czy wiedział/ że niemiec niebieskie ma oko trafi cię celnie?”[10]. Mnie jednak bardziej interesuje teraz socjologia rodzimej piłki nożnej, jej pamięć językowa i związane z tym praktyki wspólnotowe. A zatem pytanie: futbol jako wzór communitas, partycypacja komunikacyjna i – jak chciał nieco na wyrost pasjonat sportu H.U. Gumbrecht[11] – zmiana paradygmatów z odtwórczego na uczestniczący, uobecniający, czy też jako wzór wykluczeń, biopolityki, zarządzania gniewem i konserwowania patriarchalnych modeli identyfikacji, innymi słowy: futbol jako lustro narodowych przywar?

Tematykę futbolową, która ma coś wspólnego z pojęciem polskości i identyfikacją narodową, podzielić można na kilka dość ogólnych grup. Pewne wiersze korzystają oczywiście z metaforyki piłkarskiej i przetwarzają ją tak bardzo, że przestaje ona dotyczyć zmagań sportowych, usamodzielnia się i staje się rodzajem przechwyconej pamięci językowej lub filozofii egzystencji. Tak działa np. „Piłkarska zima” i „Piłkarska wiosna” z debiutanckiej Igły Jacka Bieruta (2002): nie znajdziemy tam rozważań nad duchem narodu, a raczej nad ogólną kondycją ducha bohatera, dla którego sportowa metafora okazuje się idealnym środkiem opowiedzenia o świecie w międzysezonie, najpierw zawieszonym w niebycie, potem gotującym się do życia. Tego typu poetyckie „zagrania” spotkamy u wielu autorów w średnim wieku, którzy sam futbol uważają za jedno ze swoich hobby i traktują jako naturalny język do budowania porozumienia z czytelnikiem: Grzebalskiego, Maliszewskiego, Śliwki, czy w epickim (wartym więc przywołania) pasażu z Ryby, świetnego zresztą bramkarza.

Pogodziłem się z tym,
że widzę i słyszę.

Nudzące jest bycie kuszonym
przez własne wyobrażenie
doskonałości. Przygniatające
jest bycie komentowanym,
choć się nie istnieje w pełni.
Jestem piłkarskim meczem,
który doprowadza do utraty
tchu najwytrzymalszych komentatorów.
Nie wiesz jeszcze, ile we mnie
akcji obiema stronami, strzałów
z voleya, główek, żelaznonogich
wykopnięć i bramkarskich parad,

nie wiesz jeszcze, jakie gwizdy
mnie otaczają i chóralne śpiewy

(„…mehr Licht!”, [w:] Podręcznik naukowy dla onironautów, s. 242)

Druga grupa wierszy dotyczy języka i pamięci, a więc dwóch rzeczy w sposób najbardziej intensywny definiujących wspólnotę w jej momentach błysku i odtwarzanych w nieskończoność upadkach. To wiersze, które już wprost odwołują się do wydarzeń futbolowych z przeszłości, cytują wyniki, wypowiedzi, wykorzystują świadectwa emocjonalne, żeby uczynić z nich użytek w teraźniejszości. Czasem będzie to zawiązywanie lub wspominanie wspólnot (rodzinnych, koleżeńskich, narodowych), czasem wyłącznie afirmacja lub krytyka życia w przeszłości, w świecie minionych wydarzeń.

Trzecia grupa dotyczyć będzie publiczności, a więc wspólnoty jeszcze bardziej specyficznej: widzów i kibiców, którzy łatwo przechodzą w kiboli. To wiersze, które redefiniują relacje rodzinne czy rozważają modele wychowania i samej rozmowy. Tutaj najciekawiej rozprawia się z samym polactwem, ale też manifestuje się ono na wyższym jeszcze poziomie: wciska się w język, przechwytuje go, zmienia krytykę w narzekactwo, a ironię w sarkazm.

We wszystkich tych ujęciach-grupach jest oczywiście nieco uniwersalnego humanizmu (w duchu akademickiej antropologii futbolu), ale też znacznie więcej specyficznie polskich przywar, niemożności, ułomności i narodowych fantazmatów. Na te trzy tematyczne kategorie nałożyć by można jeszcze jeden filtr, który dzieliłby poetów na futbolowych fascynatów i desperatów. Ci pierwsi utożsamiają się z piłkarską kulturą – byli graczami lub wiernymi widzami, a sam futbol służy im nadal do pozytywnej identyfikacji w rolach społecznych: mężczyzn, ojców, obywateli. Zamiast meczu reprezentacji wybierają często mecz lokalnej drużyny, zamiast oglądania telewizora wolą „pocharatać w gałę” z kumplami. Są oczywiście tacy, jak Maliszewski, którzy afirmują teraźniejszość, i tacy – bardziej w duchu Grzebalskiego – którzy patrzą w przeszłość: nostalgicy, dla których piłka i młodość to pewne wciąż nieprzepracowywane doświadczenia. Desperaci opierają się z kolei głównie na obserwacji i negatywnym afekcie, oglądają grę, ale tak naprawdę analizują samo widowisko – spektakl, który od początku (od ustanowienia relacji widz-obraz) do końca (afekty, promowany model kultury i wartości) poddaje się u nich krytyce (Bąk czy Kapela). Nie chodzi im o sam futbol ani o sposób jego doświadczania, a raczej o socjologię zbiorowości.

 

W kadrze seniorów

Trzeba pamiętać, że futbol to nie tylko kibolstwo i rozrywka dla ludu, a przeciętny inteligent III RP jest na ogół jego wiodącym filozofem (nie bez powodu w każdą „filozofię narodowej piłki” włączyć się musi „Więź” i „Tygodnik Powszechny”, a Jerzy Pilch, Jerzy Sosnowski czy Michał Okoński stają się na chwilę trybunami ludu). Taki futbol to niekończąca się opowieść o nas, tzn. Polakach (bardziej niż o Polkach), o odziedziczonych hierarchiach i społecznych rolach, o „przeżywanych światach” i wewnętrznych emigracjach, oraz o przedsolidarnościowych jeszcze podziałach na intelektualistów i lud. Męski świat Janusza Drzewuckiego to szczególnie wdzięczna płaszczyzna takiej futbolowej identyfikacji. To nie tylko poeta koleżeński, lubujący się w dalekich podróżach z innymi futbolowymi kompanami (Grześczak? Stasiuk? Varga?), ale też sportowiec, biegacz i admirator piłki kopanej. Nic więc dziwnego, że gdy tylko Drzewucki porzucił klasyczne metrum na rzecz wiersza gadanego, snutej melancholijnie opowieści o własnych losach, losy te przecinać się zaczęły z futbolem. I tak w Dwunastu dniach (2013) przeczytamy na przykład fragmenty na temat borykania się z przeszłością miasta w obcym już Budapeszcie:

kiedy byłem w filharmonii,
kombinowałem
jak by tu się wyrwać
do opery, na stadionie
Honvédu plułem sobie
w brodę, że nie jestem
na meczu Ferencvárosu,
w tym samym czasie
w tym starym pięknym
mieście umierał
Ferenc Puskás, ale o tym
dowiedziałem się
kilka tygodni później;
w oknie wystawowym
u zegarmistrza
na deptaku Váci
mignęła mi jego
fotografia sprzed pół
wieku, z czasów
Złotej Jedenastki.

(„Na moście Łańcuchowym”, [w:] Dwanaście dni, s. 18)

U Drzewuckiego w futbolowej przeszłości odbija się nie tylko on sam, ale cała właściwie Europa Środkowo-Wschodnia, jej mit męskich historii, w których braterstwo kolejnych walk niepodległościowych za Żelazną Kurtyną przerywane było braterstwem sukcesów wielkich reprezentacji i ich bohaterów. Nie bez ironii, ale też nie bez nuty sentymentalizmu przytoczona  zostanie wypowiedź Esterházy’ego, on sam zaś będzie figurował najpierw jako „książę Péter Esterházy/ (brat Mártona, piłkarza/ Honvedu Budapeszt i AEK Ateny,/ który strzelał bramki Realowi Madryt/ i reprezentacji Brazylii)” („Rejs po Morzu Czarnym”, s. 29). Żart to, czy prawo pierwszeństwa, w którym pamięć powszechna wyprzedza kulturę literacką? Raczej to drugie, bo chociaż książki wypełniają życie poety, nigdy nie przegapia on okazji, żeby to właśnie za pomocą futbolu usytuować czas i przestrzeń albo oddać aurę okolicy:

Ale Belgrad
się nie poddaje,
na stadionie Marakana
Crvena Zvezda bije się
z Partizanem o rząd
dusz w stolicy

(„Belgrad się nie poddaje”, [w:] Dwanaście dni, s. 51)

W wierszu poświęconym pamięci Jerzego Lisowskiego („Podzwonne dla Jurka”, [w:] Dwanaście dni, s. 99–100) to oczywiście mecz piłki nożnej będzie momentem ważenia się (czy lepiej – rozważania przed podmiot) kwestii tożsamościowych:

Nigdy nie doszedłem do tego, kim jest bardziej;
Gdy na stadionie Parc des Princes reprezentacja
Polski bohatersko broniła się przez zaciekłymi
atakami reprezentacji Francji, oglądaliśmy
ten mecz razem, nie dał po sobie poznać komu
kibicuje, z kim trzyma. Jego serce zawsze biło
po lewej stronie, nie ma co do tego żadnych
wątpliwości.[12]

W innym tekście, poświęconym Marianowi Grześczakowi, znanemu fanowi sportu, o indywidualizmie i prywatności bohatera świadczyć ma fragment: „lubił/ piłkę nożną, ale od meczu Realu/ z Barceloną wolał Wicher Kobyłka/ kontra Huragan Wołomin, więcej/ tu prawdziwego sportu, twierdził” („Podzwonne dla Mariana”, [w:] Dwanaście dni, s. 106). Nie tylko zatem futbol jest tu podstawą identyfikacji, ale futbol specyficzny, ten lokalny i „prawdziwy”, wolny od wielkich pieniędzy i wielkiego spektaklu. Taki, w którym twarda rywalizacja jest ważniejsza od umiejętności i widowiskowości. Taki, który – jako odtrutkę na kapitalistyczne spektakle – polecał Filip Springer, a z etnograficzną precyzją transmitują Kartofliska.pl.

Nawet Henryk Bereza umiera u Drzewuckiego w futbolowym kontekście, w wierszu chyba najbardziej intymnym i publicznym zarazem („Podzwonne dla Henryka”, [w:] Dwanaście dni, s. 111–112): „tego samego dnia na moście Poniatowskiego,/ w drodze na Stadion Narodowy/ kibice polscy starli się z rosyjskimi,/ interweniowała policja,/ po całkiem dobrym meczu Polska/ zremisowała z Rosją i zachowała szansę/ na wyjście z grupy,/ bo Czesi wygrali z Grekami”. Kolejne informacje o chorobie – stadia szpitalnej agonii – krzyżują się z kolejnymi meczami, aż po moment: „ale zanim operacja się/ zaczęła, zmarł; wieczorem/ w ćwierćfinale Czechy przegrały z Portugalią”. To jednak nie koniec, bo w dniu pogrzebu Portugalia przegrała z Hiszpanią, a w finale Hiszpanie ograli Włochów „i przeszli do historii, jak zgodnie/ orzekli sprawozdawcy i komentatorzy”. Euro 2012 splata się zatem z prywatną historią śmierci przyjaciela, ale też jego odchodzenie w niebyt (w pamięć) kontrastuje z „przechodzeniem do historii” samych futbolowych mistrzów. To ten rodzaj nasłuchu języka, który spotkamy również u Bohdana Zadury: napompowana do granic codzienna proza, która nijak ma się do skrzętnie podpatrującej ją, oszczędnej w słowa poezji. Sam Zadura zresztą przynosi nam drugą część tej relacji, tym razem prozą, na bazie której ów splot życia i futbolu u Berezy (ach, te piłkarskie metafory) należałoby przypisać już inwencji samego Drzewuckiego:

Szybko wezwano karetkę. To było w czasie Euro 2012, w Sheratonie mieszkali piłkarscy sędziowie, w okolicy było dużo policjantów. W ostatnich dniach Henryk chodził w takiej kibicowskiej czapce, którą sobie kupił czy dostał w trakcie jakiegoś meczu siatkarskiego meczu Ligi Światowej w Katowicach czy Bydgoszczy, na który ktoś go namówił. I z jednej strony było w tym coś absolutnie wzruszającego, a z drugiej przejmującego, bo ten powłóczący nogami Henryk wyglądał trochę na menela. Biało-czerwona czapeczka z orłem na głowie kogoś, kto nigdy nie interesował się sportem.[13]

To nie Bereza żył zatem i umierał w sportowym ferworze, ale sam Drzewucki[14], przez co jego wiersz staje się być może jeszcze bardziej dramatyczny: bo śmierć krytyka okazuje się tylko drobną rysą na taśmie, na której dalej toczy się zbiorowa historia futbolu. W tej zbiorowości jest miejsce i dla Kurta Cobaina, który w swoim życiu po życiu „załatwił sobie fuchę/ w firmie informatycznej, kibicuje/ Ruchowi Chorzów, jest stałym/ bywalcem stadionu przy Cichej” („Elvis żyje!”, [w:] Rzeki Portugalii, s. 76), i dla kontemplacji religijnej w myśl: futbol to największe święto nowoczesności, i dla celebracji rodzinnej (męskiej) wspólnoty: „Derby Lizbony/ w Wielką Sobotę, najpierw gol/ Benfiki, potem gol Sportingu,/ Wielkanoc w Lizbonie, chwila/ w katedrze i piknik między wieżą/ Bélem, a Pomnikiem Odkrywców,/ sardynki z grilla, zielone wino,/ gra w piłkę na małe bramki/ z lotnym bramkarzem, synowie/ przeciwko ojcom” („Wielki Tydzień w Portugalii”, [w:] Rzeki Portugalii, s. 67). Ale przecież nie przeciwko ojcom, lecz wraz z ojcami, bo tutaj właśnie tworzy się wzorcowy model rodziny. Kobiet nie ma w tej opowieści, jak zresztą w większości wierszy Drzewuckiego. To męski świat.

A skoro Drzewucki przez zasiedzenie w „Twórczości” i samą osobę Berezy podaniem uruchamia Zadurę, niech będzie i o Zadurze, który w ostatnim tomie Po szkodzie (2017) postanowił wrócić do słynnego cytatu z Kochanowskiego: „Nową przypowieść Polak sobie kupi,/ Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi” i stworzyć szyderczy portret nas samych. Wracamy zatem do sedna narodowych kompleksów, do pojęcia głupiego i otumanionego ludu, z którym trudno się pojednać, bo ten nawet po fakcie działa na własną niekorzyść (jest u Zadury od dawna obecne dość fatalistyczne myślenie o wrodzonej nieumiejętności tworzenia przez Polaków społeczeństwa obywatelskiego, podpartej nieświadomością kulturową, historyczną, a przede wszystkim językową – o czym pisałem w recenzji tego tomu). Co to wszystko ma wspólnego z futbolem? Może tyle, że Zadura to również wierny kibic piłki nożnej, który za sprawą związanych z nią metafor, w kontekście oglądanych meczów i podsłuchiwanych komentatorów uwielbia się z polactwem wadzić. W „Biało-czerwonych” odnosi się – w sposób doraźny – do bieżących sporów politycznych w łonie POPiS, do kolejnych prób zagospodarowania gniewu kibicowskiego i zagrania dumą narodową w duchu kibolskiego fanatyzmu: „Nasze kobiety mają biało-czerwone cipki/ Nasi mężczyźni mają biało-czerwone fiuty/ W naszych żyłach płynie biało-czerwona krew/ Nasze dzieci mają biało-czerwono w głowach”. Kibic-kibol-patriota to dla Zadury temat wdzięczny:

słynni w całym świecie w zeszłym stuleciu
angielscy kibole
nie interesowali się tak kulturą i historią
Anglii choć mieli Szekspira
i księżną Dianę
jak kibice polscy
prawdziwi bohaterowie XXI wieku

jestem dumny

Margaret Thatcher z nimi
nie korespondowała
a Beata Szydło
z naszymi koresponduje
jestem dumny

(„Hosanna”, [w:] Po szkodzie, s. 9-10)

W Po szkodzie jest jeszcze sporo innych tego typu odniesień („Co ta polityka robi z ludźmi”, „Nadzieja”, gdzie kij do hokeja zostaje ironicznie zastąpiony kijem bejsbolowym), a i dawniej Zadura od nich nie stronił (np. wiersz „BÓG HONOR OJCZYZNA”: „Widzew psy Legia kurwa Śląsk ponad wszystko”[15]). O polactwie stadionowo-ulicznym pisał autor Kopca kreta uważnie, ironicznie, i jak to Zadura: podsłuchując nowomowę mediów i ulicy. Nie charatał w gałę z Tuskiem, zresztą, gdy inni charatali, on tworzył akurat klasycyzującą Podróż morską i W krajobrazie z amfor, więc dopiero po latach mógł się oddać obserwacji narodowych przywar. Na myśl przychodzi mi jednak inne spojrzenie, raczej egzystencjalne, ale też przypominające trochę Różewicza – Delfin z Zejścia na ląd (1983), w którym Zadura mówił jeszcze własnym głosem, prowadząc na bazie futbolu empatyczną lekcję życia na linii ojciec-syn („Tatusiu opowiadaj jak Deyna/ nie strzelił karnego/ i o tym jak kibice/ powybijali mu szyby”, „Tłumaczę mu że raz się/ wygrywa raz przegrywa/ Nie musimy być lepsi/ ani gorsi To jednak/ nie trafia mu do przekonania”), ale też pełną melancholii snujkę o dorastaniu i ojcostwie. Z międzypokoleniowej lekcji „fałszowanej historii futbolu” wychodzi się tu raczej z własną, sprywatyzowaną wersją historii (zbawiennym przekłamaniem) niż z zestawem uniwersalnych, stoickich prawd.

Z jeszcze innym modelem „polskiej edukacji”, która staje się modelem humanistycznym i zarazem pozostaje własnym, naszym, prowincjonalnie-szlachecko-upupionym, mamy do czynienia w dialogu ojca i syna w wierszu Tadeusza Różewicza z tomu Wyjście (2004) – „Rozmowa ojca z synem o zabijaniu czasu”[16]. Tekst zaczyna się cytatem z Brechta, by potem przejść w  iście absurdalną (pozytywnie, tzn. bliską teatrowi absurdu) rozmowę czy raczej lekcję życia:

Do czego dojrzali, Tato?

Tego nikt nie wie

Ale kibice się nie nudzą?

Nudzą się i kibice
bo piłka nie jest okrągła
mecz jest sprzedany
sędzia jest kupiony
jesteś za młody
żeby pamiętać
historycznego gola
którego strzelił Lato
przed trzydziestu laty

Cały monolog ojca to nasz narodowy wyrzut sumienia, zbiór frazesów zawsze słusznych we wspólnocie przegranych, syndrom oblężonej twierdzy z jednym światełkiem na końcu, majaczącym w oddali pozytywnym wspomnieniem jedynego sukcesu, wyjątkowego zwycięstwa, legendarnego gola. Nim wiersz Różewicza zmieni się w typową dla późnej twórczości poety krytykę ponowoczesności z elementami postsekularnej blasfemii i nim rozmowa okaże się w rzeczywistości niemożliwa, bo role z dawna rozdano, a model wychowawczy oparto na przemocy i odrzuceniu, przeczytamy jeszcze, że:

Kibice chodzą pomalowani
jak ludożercy
z pałkami nożami siekierami
łańcuchami kijami flagami
papierem toaletowym
którego za komuny nie było
ani u nas ani w imperium zła
ale nie zapomnij że Polska
wygrała z Grecją choć nie została
koniem trojańskim Mistrzostw Europy!

W zdesakralizowanym świecie, w którym ojcu trochę z nudów, trochę z niechęci do rozmowy, a trochę, ot tak, przypadkiem, wymyka się genialna w swojej prostocie fraza „światło bramki/ zastąpiło światło wiekuiste”, jest u Różewicza miejsce na kolejne etapy rozpoznań tożsamościowych: najpierw resentyment pokoleniowy, potem narodowy, ostatecznie zaś globalny. Od wprowadzenia dyspozycji (ty tego nie pamiętasz, nie przeżyłeś), przez groteskowy obraz kibiców-kiboli i złudne pocieszenia (wygrany mecz towarzyski z Grecją 1:0, ale to Grecy wygrali potem Mistrzostwa Europy), po szerszą wizję świata sprofanowanego, w którym „filozofia piłki nożnej/ zastąpiła teologię fundamentalną” – poeta przeprowadza nas przez ponowoczesne piekło. Duchowość się skapitalizowała, relacje rodzinne zostały utowarowione, język reklamy wyparł rozmowę, a futbol wciąż trwa, w dobie późnej nowoczesności podtrzymując przy życiu komunikacyjne zombie: Widza-Ojca. Na ile Różewicz trafia w sedno przemian globalnych, trudno stwierdzić, bo sama postbrechtowska poetyka utrudnia tu filozofowanie. Na pewno udaje mu się jednak kilka diagnoz spod znaku ducha narodu, z odwiecznym poczuciem klęski i bycia oszukanym, z militarnym pojmowaniem ram naszej wspólnotowości, z widmowym życiem minionymi tryumfami lub ich ułudą. Różewicz staje po stronie desperatów – nie uczestniczy, nie doświadcza, obserwuje. Na bazie tego tworzy dramatyczną scenkę, w której pozwala mówić dwóm alegorycznym duchom ojczyzny: Synowi i Ojcu.

Do futbolowych fascynatów zaliczyć możemy za to Karola Maliszewskiego i Mariusza Grzebalskiego. Ten pierwszy całkiem nieźle gra, ten drugi miał nawet zadatki na profesjonalistę. Maliszewski to wyjątek: nie tyle obserwuje lub piętnuje poprzez futbol narodowe wspólnoty, ile wciela sportową ideę w pewien model afirmacji świata. Mimo materialnej biedy, niepowodzeń i ułomności (fizycznych i metafizycznych) piłka nożna pozostaje płaszczyzną pojednania, prawidłowej rywalizacji i wysiłku niemalże egzystencjalnego. Nie dowiemy się zatem od autora Sajgonu za wiele na przykład o kibicach-kibolach czy polactwie, ale za to spojrzymy na ten sport oczami kogoś, dla kogo jest to jeden z trzonów tożsamościowych, co wydaje się równie istotne dla oddania pełni obrazu. Maliszewski był zresztą jurorem konkursu na wiersz futbolowy podczas Poznania Poetów 2012 i regularnie występował w większości meczów poeci–krytycy, poeci–poeci itd., a sporo jego tekstów weszło w skład antologii Co piłka robi z człowiekiem? Młodość, futbol i literatura (Poznań, 2012), za którą odpowiadali Jerzy Borowczyk i Wojciech Hamerski („Mecz w Poznaniu”, „Czy można?”, „Albo albo”, „Prosta historia”, fragmenty prozatorskiego „Sajgonu”)[17]. Dojrzymy u Maliszewskiego coś z futbolisty u samych korzeni, nauczyciela-trenera, który niemalże pozytywistyczną pracę podnosi do rangi metafizycznego doznania („potem takie same dzieci spotykałem/ w szkołach […] wybierałem z nich/ najlepsze do składu na mecz/ z sąsiednią biedą, i kiedy obrzucały się błotem/ na boisku pod hałdą, miałem łzy w oczach”), albo też futbolisty egzystencjalnego, który model sportowej rywalizacji zmienia w braterstwo bądź ekstazę:

Albo gonić skurwysyna, za
przeproszeniem, co uciekł
obronie, zrobić go na szaro
i dobrze wrzucić
chłopakom. Drzeć się jak opętany
po tym golu, a potem chodzić
po górach zachrypnięty
i po kolędzie (za kolesia,
który się oberwał) też.

(„Albo albo”, [w:] Jeszcze inna historia, s. 75)

U Maliszewskiego futbol to przecież samo życie, element autentyczności w nieautentycznej dziedzinie literatury, element uprawiany zresztą przez „fajnych chłopaków”, którzy w tej kopaninie (bo chodzi tu właśnie o walkę, o „gryzienie trawy”, jak to się mówi w żargonie) odnajdują siebie i swoją męskość. Wszak deklaruje noworudzki poeta: „Chciałbym umrzeć na boisku,/ w wyskoku. Za grabarzy mieć/ towarzyszy miłych; Grzebala/ i resztę zlanych potem/ panów po czterdziestce. Umrzeć/ dla drużyny, iść w ślady Nemeczka” („Mecz w poznaniu”, [w:] Jeszcze inna historia, s. 162). Owa „drużyna – jej rdzenny, zatajony sens” to wykładnia poezji sprywatyzowanej w wersji Maliszewskiego: poezji doświadczanej sobą, wynikającej bezpośrednio z przeżyć, ufającej tylko sprawdzonym w praktyce, lokalnym i intymnym wspólnotom. A że są to wspólnoty mężczyzn, „panów po czterdziestce”, którzy trochę śmieją się z samych siebie, a trochę próbują zachować wierność pewnej hegemonicznej wizji męskości („Następna mówi ci, że już/ nie może, że tak dalej być/ to koszmar. Nie jestem pedałem/ i nie chcę nim zostać. Ale ile/ można. Przychodzi taka chwila.// Można, można”? Cóż, tak wygląda historia futbolu w zarysie i jeśli coś w poezji futbolowych fascynatów zasługuje na uwagę, to właśnie ich „miękkie” gesty, owi „towarzysze mili”, którzy chętnie poddaliby się pracy genderowej teorii z zakresu men’s studies.

W duchu Rancière’a możemy jednak założyć, że jeśli o czymś się tu nie mówi, to również celowo, i ma to swoje polityczne zaplecze. Użyję więc pewnej uogólniającej formuły: nie znajdziemy u Grzebalskiego czy Maliszewskiego (niech będzie w duchu „kolegów od piłki”) krytyki spektakularności współczesnego futbolu ani obrazów Polaka-kibica, tak jakby obaj odcinali się od prawa do krytyki czegoś, co wykracza poza ich własną rolę społeczną, poza ich mały świat. Jest zatem gracz, sportowiec, wojownik – nie ma kanapowego oglądacza. Jest prawdziwa rywalizacja – nie ma narzekactwa i krytykanctwa. Jest raczej teraźniejszość rozgrywanego meczu niż przeszłość wspomnień, jest wspólnota kolegów, nie ma tej narodowej. To gest charakterystyczny dla poezji okołobrulionowej: jeśli wchodzi z zwadę z ogółem, to testując go na sobie.

Grzebalski pozostaje jednak bardziej fascynatem nostalgicznym. U niego futbol to również gra prawdziwych mężczyzn, miejsce wspólnoty, najpierw lokalnej, ale też dobra płaszczyzna do obserwacji socjologicznej, powiedzmy: punkt wyjścia. I tak w świetnym skądinąd „Prawym obrońcy”, który przez swoją prowokacyjną puentę („Po prostu podnieś się, oprzyj o mnie – i idź”) staje się polemiką z samym „Przesłaniem Pana Cogito”, futbol to raczej czas, w którym stanęło życie niektórych ludzi:

Tak się upiłeś, że zasnąłeś na trawniku.
Kiedyś byłeś dla mnie bogiem –
ta lewa noga i stałe fragmenty!
Karne bite bez rozbiegu, jak Socrates[18].
Nieznaczny ruch stopy i piłka lądowała w siatce –
leciała tam, gdzie nie patrzyłeś.
Któregoś razu pękła po twoim strzale poprzeczka.
To była tylko zbita z desek bramka
na wojskowym osiedlu,
a jednak to pamiętam.
Daleko odlecieliśmy, kapitanie.
Nosiło mnie tu i ówdzie, ty tutaj zostałeś,
jak wielu innych, których rozpoznaję –
z niedowierzaniem, po latach.

(„Prawy obrońca”, [w:] Dziennik pokładowy, s. 118)[19]

Z jednej strony mamy oczywiście afirmacyjność w duchu Wierzyńskiego, młodzieńczą wolę mocy i boskość, które manifestowały się w sportowej dyspozycji, z drugiej – jest to zaledwie ślad, wspomnienie po byłych kolegach z podwórka, którzy podzielili losy wielu innych okołotransformacyjnych, męskich bohaterów: popadli w alkoholizm, „ugrzęźli”, nie załapali się na ruch „tu i ówdzie”, który był ruchem zmiany symbolicznej, ale też ekonomicznej (innymi słowy: nie wyjechali na studia, nie wyruszyli za pracą). Taki obraz amatorskiego piłkarza-Polaka znamy doskonale z każdego podwórka, ale szczególnie charakterystyczny wydaje się właśnie dla roczników 60. – najpierw młodzieńcze sukcesy, szacunek osiedla, potem dorosłe życie, używki, droga w dół, aż do symbolicznej roli pijaczka spod monopolowego (której używam tu jako pewnej charakterystycznej kliszy wizualnej, znanej na każdym blokowisku). Naprzeciw niego jest obraz poety-nostalgika, człowieka doraźnego sukcesu, który dzięki trudom własnej pracy opuścił lokalne strony, dorósł, zapracował na swoje miejsce, a teraz może czuć się symbolicznie spełniony. Tymczasem wraca na stare śmieci i z empatią przygląda się tym, którym się nie powiodło, bez zgłębiania mechanizmów, bez specjalnego poczucia wyższości, raczej z przekonaniem, że cała historia rozegrała się po sportowemu, dzieląc pokolenie na zwycięzców i przegranych. Ot, roczniki 60. w pigułce i przekroju.

 

Drużyna w (wiecznej) przebudowie

Nie chcemy jednak ugrzęznąć w wierszach jednego pokolenia, spójrzmy więc na młodszych z różnych stron barykady: na prawym skrzydle Krzysztof Szeremeta, na środku Grzegorz Olszański, Rafał Różewicz i Bartosz Sadulski, na lewej obronie i ataku Jaś Kapela i Tomek Bąk. Każdy z nich popełnił kilka futbolowych wierszy, migawek, spostrzeżeń , które pozwalają się przeanalizować w omawianym tu kontekście.

Najpierw przywołajmy więc Tomka Bąka i jego „Pressing” z debiutanckiej Kanady (2011). A jest przecież jeszcze bardziej uniwersalne, globalne wręcz „Oran-Yeah!”, gdzie futbol staje się zręczną metaforą wyzysku i nierówności w zaawansowanym kapitalizmie, a „Arjen Robben mija/ kolejnych niepiśmiennych potomków Szekspira/ i oddaje strzał, precyzyjny niczym podział pracy/ w przystadionowym handlu: produkują żółci, sprzedają czarni,/ zarabiają biali”. Są też w [beep] Generation (2016) pastiszujący Ginsberga poeci generacji [beep], którzy „nie bardzo mają się gdzie zaczepić, odkąd/ światową piłką rządzą przestępcy”. U Bąka futbol to metafora konfliktu i oszustwa, ale metafora specyficzna: świata skłamanego, w którym dokonuje się metonimicznych ruchów podstawiania czegoś za coś: półprawd za prawdy, niedopełnionych identyfikacji za gesty tożsamościowe. W „Pressingu” Bąk wykorzystuje retorykę wojenną, ale robi to zupełnie inaczej niż na przykład Tadeusz Pióro: jest poważny, pisze na serio, a jego obserwacja przechodzi od spostrzeżeń globalnych na temat natury piłki nożnej do lokalnych, związanych właśnie z narodową i lokalną tożsamością. Początek to jeszcze ustawienie retorycznych ram: „Wojna przypomina futbol?/ To futbol przypomina wojnę, najpewniej./ Króla strzelców w niemym filmie z Mateuszem Borkiem;/ capriciosę, capuccino, cosa nostrę”. Druga część, wyraźnie oddzielona, jest refleksją typową dla podmiotu Bąka, wprowadzanego  w tomie regularnie w stan zagrożenia, narażonego i narażającego się na niechciane, niepotrzebne konflikty:

Albo lata dziewięćdziesiąte w Europie Środkowo-Wschodniej
i żaden tam Dino Baggio, tylko Dworzec Centralny w Warszawie.

Podchodzi do ciebie Wojciech K.
– oskarżony o zmarnowanie wielkiego talentu –
w wytartym dresie z eLką
i zamiast najzwyczajniej w świecie sprzedać mecz,
najzwyczajniej w świecie sprzedaje dowcip z brodą
i prosi o papierosa.

A ty naciągasz na oczy czapeczkę
z napisem Widzew Łódź – Mistrz Polski 1996,
rzucasz grajkowi wymiętego Camela
i, odwróciwszy na pięcie, na cały dworzec
wrzeszczysz: Marek Citko, Marek!,
bo co właściwie miałbyś zrobić?

A mógł zabić. Dokładnie tyle i tylko tyle
w kwestii działań zbrojnych na starym kontynencie.

No właśnie, bo co właściwie miałbyś zrobić? To wszak typowy pojedynek kibiców o pietruszkę. W jednym narożniku Legia, ale tylko trochę i bardziej z przypadku, w drugim Widzew, ale też raczej bez wiary i sensu (skoro w czasach wspomnianych tryumfów Widzewa sam Bąk miał kilka lat, trudno uznać je za jego doświadczenie tożsamościowe). Co więc dzieje się w tym wierszu, co mówi nam o nas i sytuacji samego bohatera? Że prowokuje on konflikt, budząc kibicowskie demony? Że wchodzi na obcy teren z emblematem innego, wrogiego klubu? Może tak, a podziały na swoich i obcych są nadal silne. Ale wszystko to jest przecież od początku niewyraźne, skłamane: nie stadion, a dworzec, nie kibice, a zmarnowany piłkarz i poeta, nie akty agresji, ale wzajemnego samoupokarzania, kto więcej stracił. „Przegryw” to sytuacja obu bohaterów tego wiersza, i chociaż w tle majaczy ironiczne „a mógł zabić”, przejęte z młodzieżowego slangu (nie wiem nawet, w jakich okolicznościach stało się to popularne), nie zanosi się ani na konflikt, ani na rozstrzygnięcie. To raczej szachowy pat ze świadomością obustronnej porażki, a sam okrzyk „Marek Citko, Marek!” wydaje się reaktywną próbą przełamania bierności i niemożności, nieudaną, bo nawet (zmarnowana przez kontuzję!) kariera Marka Citki nie jest już bankiem gniewu „na starym kontynencie”.

Emocjonalnie aktywny pozostaje za to futbol w wykonaniu Rafała Różewicza. Może to coś z wyuczonego zawodu dziennikarza sportowego, a może pewien rodzaj językowej pamięci, która wydobywa z codziennej komunikacji swoiste miejsca sporne, punkty zapalne, które wciąż nawiedzają nasz język. A futbol takim tematem pozostaje, zwłaszcza gdy jego resentymentalne wspomnienia wdzierają się do komunikacji społecznej albo gdy samo przyglądanie się historycznym meczom okazuje się przyczynkiem do refleksji nad mechanizmami pamięci (jak w wierszu „1954”: „mszczących się za austro-węgierskie/ robactwo; język, leczo i gulasz, odbijający się czkawką,/ Nemeczka, bo zawstydził najtwardszych chłopaków./ Mecz, gdzie wszystko miało pójść gładko// okazał się na youtube wielce popularny. Inne,/ zwycięskie pozbawione są dźwięku; jedynie szum/ płynący z ekranu przypomina, że było to/ ponad pół wieku temu, a ja oglądam setki przeszłości”).

Futbol to jednak sprawa tożsamości – powie nam Różewicz w innej ze swoich refleksji o światach możliwych, w „Wertując Empik”:

Być może istnieje równoległa rzeczywistość,
w której Polska to mocarstwo ze stolicą w Moskwie.

W której najlepsze drużyny oddają mecze walkowerem,
pozwalając każdorazowo wywalczać tytuł mistrza świata i Europy.

W której mistrzostwa są organizowane tylko u nas, jak igrzyska,
a otwarcie sprowadza się do czterogodzinnej mszy –

odprawianej na stadionie imienia tych, co zginęli
walcząc z ludźmi o innych poglądach.

W której Matka Boska nie jest wcale Żydówką,
a Polką – dokładnie Matką Boską Częstochowską[20].

I tutaj perspektywa kibica staje się podstawą do fantazmatycznego mierzenia się z kompleksami, które – spotęgowane w wierszu i doprowadzone do absurdu – zmieniają się w splot narodowo-katolickich fantazji, w których większą rolę niż sama sportowa rywalizacja zaczynają odgrywać polityka i pamięć historyczna (bo jednak Moskwa to nasz wieczny wróg, mecz to msza i wiec, a mit żołnierzy-ofiar to mitologia samego futbolu). W kolejnym tomie autora, Państwo przodem (Warszawa 2016), takich nawiązań również nie brakuje, więcej nawet, pewien futbolowy model „polactwa” zaczyna nasycać książkę sportowo-wojenną retorycznością, czyli będącą zawsze pod ręką kibica listą historycznych resentymentów:

Tymczasem nasz bohater bitwy na głosy w komentarzach
chce coś osiągnąć: strzela w stronę domniemanego agenta
serią bluzgów, aż mu się zacina ta jego polskość.

Studzona przez dostawcę z Zachodu, który nakłada limit
wojennych wydatków, bo tamten staje niczym ość w gardle
na granicy porządku. Wyzywa od kacapów, banderowców;
to jest wojna, na niej ofiary nie mają prawa głosu,
co najwyżej pretensje […]

(„Polska myśl szkoleniowa (Pan z laptopem)”, [w:] Państwo przodem, s. 32)

Przed samymi mistrzostwami po FB zaczął tymczasem krążyć nowy-stary mem, czy raczej internetowa zabawa, w której za zawodników reprezentacji podstawia się poetów[21]. Różewicz (na prośbę Michała Małysy) skompletował swój skład. Był to skład otwarty, egalitarny, szanujący obie płcie, ale też ciekawie skomentowany szeregiem futbolowo-językowych metafor, które sprawiały wrażenie czekających „w zanadrzu” na kogoś, kto je podejmie, np.:

3. Prawy obrońca: Bruno Jasieński – rewolucja musi iść naprzód, zatem nieobce będą mu dalekie wypady i sprinty w myśl zasady „słowa na wolności”. A przy tym wiara w postęp, taka trochę wersja Krzynówka i jego „do przodu”. Zalety: niekonwencjonalne, lecz skuteczne zagrania, czasem sprzeczne z przyjętymi normami. Wady: wdaje się w słowne pyskówki z sędzią.

4. Para stoperów: Wisława Szymborska i Czesław Miłosz – gwarantująca spokój i opanowanie, nobliści, a więc niemalże (?) nie do przejścia dla przeciętnego grajka. Poza tym Miłosz: gwarantujący obronę wartości na światowym poziomie.

Trener: Artur Sandauer – znający swoich podopiecznych jak własną kieszeń, w dodatku znany ze swojej słabości do Białoszewskiego, który – jak mówią złośliwi – dzięki Sandauerowi gra w wyjściowej jedenastce, choć powinien w niej grać Tymoteusz Karpowicz. Dobry taktyk, mający posłuch u piłkarzy. Przeżył kilka piłkarskich rewolucji, a tym samym – posiada gruntowną wiedzę oraz doświadczenie. Ikona „polskiej myśli szkoleniowej”.

Wynik? 74 lajki, sporo komentarzy. Jak na poetę, całkiem niezły.

Autoironiczną i metatematyczą refleksję proponuje w „Gran Derbi” inny środkowy obrońca: Grzegorz Olszański, zaczynając mottem z rozmowy Rafała Steca (jeden z najbardziej znanych dziennikarzy piłkarskich związany z „Gazetą Wyborczą”) z Markiem Bieńczykiem (taki pisarz, nagradzany, podobno „kibic inteligent”[22]): „Chciałbym być Iniestą”[23]. Olszański drwi, ale drwi z powagą i dobrym okiem, bo remis w meczu jest u niego równocześnie patem społecznym i starciem dwóch porządków symbolicznej władzy – marginalizowanej kultury wysokiej z tzw. kulturą futbolową:

Mój ojciec („bez ojca, wiadomo, w tej części Europy nie ma
mitycznych opowieści, a o piłce zwłaszcza”) usiłuje dowiedzieć się,
jak wyglądało wczorajsze spotkanie Barcelony z Realem,
bo anorektyczny, gazetowy druk
nie zawsze mówi prawdę.

(„Gran Derbi”, [w:]Biały album, , s. 11)

Bez ojca, wiadomo, nie ma bajek, nie ma kultury futbolu, nie ma kultury pamięci w Europie Środkowo-Wschodniej, bo futbol to pamięć ojców i ich ojców, to inna wersja historii narodowej, w której gazety nadal kłamią, mężczyźni tylko czasem do siebie strzelają („Chlubna hodowla – przekształcanie chłopców w żołnierzy – poprzez piłkę nożną i cyrk”, jak głosi słynna „Pedagogika” Świetlickiego), na ogół jednak kopią piłkę. Aż wreszcie przychodzi olśnienie, z ducha Peiperowskie:

A jednak, kiedy widzę, jak jupiter słońca wydłuża cienie,
ściemniając równocześnie czerwoną kartkę nieba,
niczym automatyczny regulator kontaktów,
zaczynam nagle rozumieć, że tak naprawdę te rozśpiewane trybuny
stolików, samotne rajdy na pole karne bufetu i mistrzowski drybling
słowami na własnej połowie języka
mają jedynie odwracać uwagę.
W końcu wciąż przegrywamy, gdy reszta dnia dobiega końca

bez szans na dogrywkę.

Od absurdu sytuacyjnego przechodzimy oczywiście do futbolu jako metafory życia, ale jednak uwikłanej w czysto tekstualny charakter powtarzanych pojęć, w Wittgensteinowskie gry językowe, których końcem jest porażka; w pierwszej części wiersza komunikacyjna – między panami od poezji i panami od piłki, w drugiej – ostateczna, egzystencjalna.

Tymczasem na prawej stronie prezentuje się ostatni sprawiedliwy, etnokibic prawdziwego futbolu i wielki fan Cracovii („niech każdy powie: cracovia/ rządzi w krakowie”) – Krzysztof Szeremeta z tomem Nowy dokument tekstowy (Gniezno, 2011). Jeśli Bąk przedstawiał nam zestresowanego widzewiaka, który nawet nie jest kibicem, ale świat zmusza go do takiej roli w konkretnej sytuacji społecznej i każe odgrywać znane wszystkim przedstawienie, to Szeremeta tworzy krakusa, katolika, dorastającego chłopaka, który poprzez boks (i MMA) oraz futbol próbuje dopiero ugruntować swoją tożsamość genderową i opowiedzieć o trudach jej osiągania w chaotycznym świecie, w pełnej kompleksów wspólnocie narodowej. To fascynujące, jak się u Szeremety splatają futbol i religia, naród i przemoc: wszystko w rodzaj sakralizowanego Bildungsroman, w którym poszczególne rejestry uprawomocniają wzajemnie takie na przykład frazy: „Dziś kochający piękno są za Barceloną,/ kochający inaczej pozostają w domach./ Kto biegł za nami – nie przestał” („Przygotowanie do ewangelii”), „Jeszcze się poskładam i dojdę do siebie./ Boski jak Maradona, nowy jak stadion Legii./ Przykryty śniegiem, pobielany wapnem” („Składanie rąk”), „Gran Derbi Europa, odcinek tysionc pińćset. W części/ trzeciej Leo Messi znowu strzela gola. Antychryst zaciesza./ Tłumaczę spalonego, lecz nikt nie zrozumiał” („Campeones”). Wszak:

Z wysokości trybun nikną białe linie.

Arbiter roztrząsa kwestie estetyczne.
Panie, daj bramkowy remis na wyjeździe.

Biegnę na spalonym. Rośnie sztuczna trawa.

(„Próba ewangelii”, [w:] Nowy dokument tekstowy, s. 46)

W wierszach pewien typowo polski mariaż narodowości, dumy, męskości i religijności na ogół jest tylko obiektem obserwacji. Przygląda się mu z zewnątrz, albo z bardziej socjologicznym zacięciem (Bąk), albo z ironicznym komentarzem (Kapela, Rafał Różewicz, czy Rafał Gawin: „Gotowe na wszystko? Chyba we śnie/ najważniejszego Turasa w mieście. Panie Turek, kończ pan mecz!/ Kto meczem wojuje i tak dalej, głębiej, więcej. Mężczyznę poznaje się// po tym, że nie myśli, tylko działa i znajduje do tego działa rym”[24]). Tymczasem w poezji Szeremety możemy od wewnątrz obserwować konstytuowanie się tego mariażu, wzajemne dopełnianie się metafor futbolowych, genderowych (hegemonicznej męskości) i religijnych. Zapewne w innym kontekście byłoby to nieco profanacyjne, ale w Nowym dokumencie tekstowym coś broni tego splotu, coś sprawia, że to, co z zewnątrz rozpoznajemy przez filtr wiersza jako polactwo, od wewnątrz wydaje się atrakcyjne, udziela odpowiedzi, rozstrzyga dylematy i proponuje modele identyfikacji. Ale nawet tutaj wkrada się raczej opowieść o warunkach nieuniknionej porażki niż o drodze do zwycięstwa, podszyta zresztą melancholijnym ukłonem w stronę Świetlickiego:

plątanina kabli, prawdziwi mężczyźni, którzy gubią piłkę
w ostatnich sekundach, koledzy z liceum albo z internatu,
polski związek piłki nożnej, nigdy nie będziemy mieli
takiej fajnej kadry, na jaką nas stać. Oglądam telewizję,
ruszam palcami jakbym tańczył walca, a po chwili wstaję,
wysypują śmieci, zaraz będzie klapa

(„Kolekta”, [w:] Nowy dokument tekstowy, s. 28)

A skoro Szeremeta przedstawia nam to wszystko od środka, z serca prawej strony, niech skontruje ktoś z przeciwnej, zdecydowanie z grona futbolowych frustratów, taki na przykład Jaś Kapela:

rzuć życie. zajmij się futbolem.
wyobraź sobie grupę mężczyzn w sile wieku
ganiających po murawie w pogoni za piłką
na oczach milionów rozentuzjazmowanych telewidzów.
mówię jakbym się na tym znał. mówię jakbym wiedział o co chodzi
o co biega właściwie. podobno poranny jogging poprawia nastrój.

(„Trumna ze zwłokami jana pawła”)

Kapela wypowiada się z pozycji frustrata, z miejsca zajmowanego na ogół przez innego, wbija kij w mrowisko i wielokrotnie ośmiesza miałkość tak narodowo-kibicowskiego dyskursu, jak i samej idei futbolowej rywalizacji jako interesującego spektaklu, widowiska czy współczesnych igrzysk. Jako troll-komentator życia politycznego jest zresztą zobowiązany wypowiadać się na tematy, na których zna się przeciętnie, i robić to z politycznie niepokorną swadą, na przykład układając mundialowy Dekalog,  a w nim:

Jam jest mundial Twój, który Cię wywiódł z syzyfowej pracy zarobkowej i od partnerki, z domu niewoli, nie będziesz miał piłek innych przede mną, piłką kopaną, piłką kochaną. […]

2. Zapomnij, że znasz więcej niż dwadzieścia słów. Wszystkie których będziesz potrzebował przez najbliższy miesiąc to: „kurwa, gola, podaj piwo, kurwa, Legia pany (nieważne, że Legia nie gra, ważne, że jest w naszych sercach), spierdalaj sprzed telewizora, kurwa, gdzie jest piwo?, nic się nie stało, Polacy nic się nie stało, kurwa”. Jeśli jesteś intelektualistą z ambicjami zapamiętaj tylko określenie „mecz o wszystko”. […]

6. Pozwól sobie na bycie rasistą. To w końcu wojna, Polacy to wielcy wojownicy, a żaden z krajów afrykańskich nie wygrał jeszcze żadnej wojny, hehe. Kibicom Senegalu proponuj wysmarowanie się czarną pastą Kiwi. Jak spotkasz kogoś czarnego, nie bij od razu, pozwól na to naszym piłkarzom.

To oczywiście nie jest poezja, ale nikt nie odmówi Kapeli ironicznego zacięcia, tego samego, które pojawia się zresztą w samych wierszach, z niewielką różnicą w sposobie delimitacji: więcej pauz i przerzutni. W gruncie rzeczy jednak opowieść lewicowego publicysty niewiele różni się od opowieści prawicowego krytyka (Szeremeta) i liberalnego dziennikarza (Różewicz). To wciąż opowieść o pewnych narodowych słabostkach, które w ironicznym zwierciadle zdają się być przymiotami, o słabostkach, z których jedni drwią, a drudzy je zaklinają, próbując zaczarować rzeczywistość. I tak jak Grzebalski uderzał w Pana Cogito z charakterystyczną empatią dla tych, którym się nie udało zachować postawy wyprostowanej, tak uderza Kapela, tylko w coachingowym tonie i z dużo większym cynizmem:

idź tam gdzie twoje miejsce
w trzecim rzędzie z prawej
przyklęknij jak ten koleś z posągu rodina
cheerleaderki śmieją ci się za plecami
one jeszcze nie wiedzą
na wszystkich murawach świata jesteś najlepszym skrzydłowym
w twoich nogach tkwi siła o której szepczą trybuny
dziewiętnastkę na twojej koszulce podziwiają reflektory

(„Lotto”)

Czy nie takiej autoafirmacji oczekuje płeć niepiękna, poszukując w futbolowych zmaganiach odpowiedzi na własną niemoc? Fantazja o byciu wielkim sportowcem, ale też o szaleńczym rajdzie z piłką („gdy dostaniesz piłkę nic cię nie zatrzyma”), o biegu po zwycięstwo, najlepiej na skrzydle, wzorem Peszki i Grosickiego, to fantazja iście ułańska: o ostatniej szarży bezgłowej kawalerii, która szturmuje bramkę przeciwnika… Jak piszą autorzy Postfutbolu:

Futbol jest opowieścią. W tym krótkim (i kategorycznym) zdaniu wyraża się jeden z fenomenów piłki nożnej. W jego najprostszej interpretacji mowa jest o tym, że meczom piłkarskim towarzyszy niezwykła narracyjna otoczka składająca się ze wspomnień o ważnych i mniej ważnych zdarzeniach, refleksy genialnych akcji, „zwycięskich remisów” […] i niesprawiedliwych decyzji sędziego. […]

Futbol jest zatem formą konsumowania czasu i snucia na ten temat opowieści, niekiedy zaś ta konsumpcja przybiera zgoła namacalne wymiary (…). Futbolowe opowieści są przeto nie tyle ornamentem dla boiskowej rywalizacji lub ich kroniką, ile niezbywalnym pierwiastkiem piłkarskiej materii.[25]

Jedna rzecz wyłania się w pierwszej kolejności z futbolowych opowieści w rodzimej poezji, bez względu na to, czy są to fascynaci czy frustraci: to na ogół opowieści przegranych mężczyzn, których okiwało życie, czas lub poezja. Zostali ze zdrowym rozsądkiem, wspomnieniami, może z pasją, ale ich wspólnym doświadczeniem są klęski. To „prawdziwi mężczyźni, którzy gubią piłkę w ostatnich sekundach” (jak to świetnie ujął Szeremeta). Charakteryzuje ich ucieczka od historii narodowej w historię sprywatyzowaną, gorzkie wspomnienia porażek, z których czerpie się życiową mądrość, ale które nie dają siły ani nie wzmacniają dumy. To raczej niestrzelone karne, stracone bramki, nieobronione sytuacje, cudem zremisowane mecze. I gdyby nie jeden Karol Maliszewski, który do końca gryzie murawę, można by pomyśleć, że nasza poetycko-futbolowa historia najnowsza ma w sobie coś z narodowego ducha: masochizmu, pesymizmu, niedasizmu, oswajania się za młodu (ach te konwencje edukacyjne „ojciec i syn”) z nieuchronną porażką w przyszłości. U młodszych poetów więcej jest językowych prób zmierzenia się z pamięcią, więcej socjologizowania, ale podobne padają diagnozy: niemożności, nieistniejącego zwycięstwa, marazmu, bezproduktywnych powrotów do przeszłości, z których wyłania się dość pesymistyczny obraz tak polskości, jak i polskiego futbolu – festiwalu zmarnowanych szans w ciągłej pogoni za uciekającą nowoczesnością. Jak pisał niezastąpiony w podbramkowych sytuacjach filozof ludowy Tomasz Lis:

Robi wrażenie przenikliwość księdza Chmielowskiego. Jak on przewidział sytuację Polski w 2008 roku i stan naszych przygotowań do Euro 2012? A może to nie ksiądz Chmielowski był taki przewidujący, tylko natura polska jest niezmienna? Złe rządy, złe drogi, piłkarze kiepsko grają, pogoda pod psem, ceny rosną, w telewizji nic porządnego na święta nie dają – taka standardowa polska litania, malkontenctwo a la polonaise.[26]

Znalezione obrazy dla zapytania creative commons cc by Tekst dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska (CC BY 3.0 PL).

[1] K. Varga, Męka polska, czyli modlitwa za Nawałkę, „Duży Format”, 2 lipca 2018.
[2] Por. choćby ostatnią, kontrowersyjną oczywiście książkę Jana Sowy i Krzysztofa Wolańskiego Sport nie istnieje. Igrzyska w społeczeństwie spektaklu, Warszawa 2017.
[3] Por. A. Haska, Hańba! Opowieści o polskiej zdradzie, Warszawa 2018.
[4] Por. okładkę wydanej przez „Newsweek”, afirmacyjnej książki Andrzeja Stankiewicza i Piotra Śmiłowicza: Donald Tusk. Droga do władzy, Warszawa 2008.
[5] Dwie z brzegu, pierwsza z cyklu „życzenia normalności”, druga ze zbiorowej psychoanalizy: „Na ostatnich piłkarskich mistrzostwach świata i na mistrzostwach Europy byłem na kilku meczach Polaków. Serce rosło. Niestety, nie wtedy, gdy patrzyło się na to, jak grają nasi. Ale rosło, gdy patrzyło się na naszych kibiców. Uśmiechnięci ludzie, którzy przyjechali z całej Polski, by dopingować naszych. Przyjechali tak jak Portugalczycy, Rosjanie Holendrzy, Szwedzi i wszyscy inni. Na mecz przyjechali a nie na wojnę. Naszym przyjechali kibicować, a nie gwizdać an innych” (s. 246). I druga: „Chyba w październiku 1996 roku polska reprezentacja piłkarska grała jakiś eliminacyjny mecz do mundialu 1998 z Anglią na Wembley. Byłem akurat w Ameryce, meczu nie mogłem oglądać, więc niecierpliwie czekałem na wynik. Dzwoni kolega i mówi: – Stary, ale mecz, świetnie graliśmy, a jaką bramkę strzelił Citko. – To ile wygraliśmy, zapytałem. – Nie, przegraliśmy 1:2, odpowiedział kolega, ale była to honorowa porażka. Niestety, za honor nie dają bonusów” (s. 58).
[6] Ciekawie opisano to zresztą w książce Piłka nożna: tożsamość, kultura i władza Zbyszka Melosika (Poznań 2016).
[7] O różnorakich antropologicznych aspektach, wcale nie tak oczywistych, nie zawsze negatywnych i nie zawsze związanych z utowarowieniem, przeczytamy choćby w ciekawych analizach z Postfutbolu (Gdańsk 2012) oraz potężnego tomiszcza zbiorowego Futbol w świecie sztuki (Gdańsk 2012).
[8] D. Wojda, Zdanie złożone z kilku podań. Poezja – futbol – performans, „Teksty Drugie” 2014, z. 3, s. 243–267.
[9] Pisze Pióro: „Kamerun podbił Argentynę, lecz nieposkromione lwy/ dostały manto od machiny wojennej Związku Radzieckiego./ Czechosłowacja pokazała amerykańskim oportunistom/ co to defenestracja i zmogła austriackiego tyrana/ z paluszkiem. Szkoci rozłożyli na łopatki Szwedów, lecz/ cóż, Kostaryka rozniosła ich na szablach tak, że mieli się/ z pyszna. Niemcy zadali śmiercionośny cios Arabom/ zjednoczonym w Emiratach i zjedli Jugosłowian z rogami” i tak dalej, kolejne wersy eskalującej przemocy, opartej na komentatorsko-dziennikarskich kliszach i samej retoryce meczu jako konfliktu (T. Pióro, za tomem: O dwa kroki stąd, Wrocław 2011, s. 46).
[10] B. Sadulski, „Dojczland”, [w:] Post, Poznań 2012, s. 6.
[11] Por. H.U. Gubrecht, Piękno sportu zespołowego. Futbol amerykański – na stadionie i w telewizji, przeł. K. Krzemieniowa, [w:] Media – eros – przemoc. Sport w czasach popkultury, wybór, wstęp i oprac. A. Gwóźdź, Kraków 2003. Polecam zarejestrowaną przez DFB-TV debatę, w której równoprawnymi uczestnikami byli Gumbrecht i Thomas Tuchel, obecny trener PSG, a kiedyś Borussii Dortmund, uważany wręcz za „futbolowego filozofa”.
[12] Chodzi o mecz z 1995 w eliminacjach Mistrzostw Europy, zakończony wynikiem 1:1. Debiutował wówczas w kadrze Tomasz Iwan, gola strzelił Andrzej Juskowiak, a naszą reprezentację wielokrotnie ratował bramkarz Andrzej Woźniak (obronił choćby rzut karny). Na koniec pada oczywiście znana każdemu kibicowi mantra Dariusza Szpakowskiego: „tak niewiele brakowało nam do szczęścia, ale jest się z czego cieszyć”.
[13]Jakiegoś stocka nie masz?”, Bohdan Zadura o przyjaźni z Henrykiem Berezą, rozmawia Konrad Wojtyła, „EleWator” 2013, nr 3.
[14] Wystarczy odesłać do jego dziennika i tamtejszych futbolowo-coachingowych perełek: Życie w biegu. O ludziach, miejscach, literaturze, piłce nożnej, maratonach i całej reszcie, Warszawa 2015, np. „Wracam do domu i  co robię? Włączam telewizor. Niebawem zacznie się mecz. Kto z kim gra? A czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Mecz to mecz. Nie ma meczów ważnych, mniej ważnych czy nieważnych…” (s. 203); „Transmisja telewizyjna z meczu Niemcy-Polska w Hamburgu. Mecz towarzyski, chociaż dziennikarz telewizyjny twierdzi, że to mecz sparingowy. Cóż, młodzi dziennikarze nie odróżniają meczów towarzyskich od sparringowych. A różnica jest taka, że mecz sparringowych jest meczem nieoficjalnym, a towarzyski oficjalnym jak najbardziej. No i przed towarzyskim, jeśli to mecz międzypaństwowy, gra się hymny (…). Na zakończenie transmisji z meczu informacja, że sponsorem transmisji był oficjalny sponsor reprezentacji polski Cinkciarz.pl. Faktycznie, nic dodać, nic ująć” (s. 229).
[15]B. Zadura, Kaszel w lipcu, Wrocław 2000, s. 54.
[16] Więcej uwagi poświęciła temu wierszowi Maja Dziedzic. Por. Światło bramki zastąpiło światło wiekuiste. Tadeusza Różewicza rozważania o futbolu, [w:] Futbol w świecie…, dz. cyt., s. 276–285.
[17] Inna sprawa, że sam Borowczyk to oczywiście zagorzały kibic, a analogią futbolową postanowił wyjaśnić jedną z bardziej nieoczywistych (i ważniejszych) antologii poetyckich Powiedzieć to inaczej, Poznań 2011: „Doświadczamy czegoś, co przytrafia się trenerom, zwłaszcza tym prowadzącym reprezentacje narodowe. Zwani są selekcjonerami, takimi piłkarskimi antologistami. A my – antologiści – jesteśmy trenerami-selekcjonerami. Każdy selekcjoner narodowej jedenastki zawsze jest krytykowany za dobór piłkarzy do poszczególnych formacji. Nawet Kazimierz Górski w 1974 roku był gromiony, że zabiera na mistrzostwa świata w  RFN młodziutkiego Żmudę, który potem okazał się jednym z odkryć turnieju. Piłkarski selekcjoner układa swoją jednostkę pod swoją wizję gry oraz w związku z taktyką, która na każdy mecz jest inna. Rozliczany bywa z  wyników. Co może być uznane za wynik gry naszej antologijnej jedenastki (czyli dwudziestki dziewiątki)? Jakość wybranej poezji” (Autorska playlista nowoczesności. Z Jerzym Borowczykiem i Michałem Larkiem, autorami antologii pt. Powiedzieć to inaczej. Polska liryka nowoczesna rozmawia Justyna Zimna, „Dodatek LITERAcki” 2011, nr 8(9), s. 18).
[18] Świetny brazylijski piłkarz z lat 80., pomocnik, kapitan reprezentacji w ‘82, strzelił karnego w meczu z Polską w 86’, ale – paradoksalnie – nie strzelił z ćwierćfinale z Francją i Brazylia odpadła z turnieju.
[19] W wersji sprzed tomu wiersz wyglądał nieco inaczej i nosił tytuł „Sen prawego obrońcy”, a czasownik „upiłeś” wymieniała fraza „tak się zalałeś” (oraz: „jesteś tak zalany”), bardziej dosadna.
[20] Oba wiersze z debiutanckiego tomu Product placement, Gniezno 2014: 1954 – s. 13, Wertując Empik – s. 22.
[21] Podobną akcję przeprowadził swego czasu w „Przekroju” Piotr Czerniawski (2002, nr 22, s. 38-47), do składu typując starszych (Wierzyński, Peiper, Zadura, Barańczak, Grześczak, Bratkowski, Sommer, Pióro) i nieco młodszych poetów (Hamkało).
[22] Por. Jestem narcyzem na wspak. Marek Bieńczyk o piłce nożnej i melancholii, rozmawia M. Robert, „Polityka” 2015, 7 maja, https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1618625,1,marek-bienczyk-o-pilce-noznej-i-melancholii.read.
[23] Wiersz został napisany na potrzeby księgi pamiątkowej, poświęconej Bieńczykowi, kolejnemu fanowi futbolu, i ukazał się w pracy o znaczącym tytule: Piłeczka: studia o ruchu i melancholii, red. A. Nawarecki, W. Bojda, Katowice 2016, a w samej przedmowie redaktorzy powoływali metaforę „piłeczki w grze”: „Przeciwieństwem tej właśnie nieruchomej i  jakby nieuchronnie ciężkiej kuli ma być nasza książka – nie piłką nawet, lecz piłeczką, niedużą, skoczną i wibrującą. Piłeczką w grze, która wymaga od graczy precyzyjnych i szybkich ruchów, nie pozwala na zamyślenie się, na bezczynność, na smutne opuszczenie twarzy” (s. 8). W części „Piłeczka” wiersz Olszańskiego uzupełniały szkice samych tuzów naszej humanistyki: Jarniewicza, Zaleskiego, Uniłowskiego, Swobody i Leociaka.
[24] R. Gawin, „Falsetem przez wyobraźnię i kozy”, [w:] Wiersze dla kolegów, Skierniewice 2017, s. 14.
[25] M. Czubaj, J. Drozda, J. Myszkorowski, Postfutbol. Antropologia piłki nożnej, Gdańsk 2012, s. 97-100.
[26] T. Lis, My, naród…, dz. cyt., s. 12.

Jakub Skurtys

Krytyk literacki, doktorant na Wydziale Filologicznym UWr, publikuje, głównie teksty na temat poezji.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!