Skry, zaprzeczenia, inkantacje

„ty jesteś ślepy, kiedy myśmy głusi i głos się nam/ podnosi, a siada nagłośnienie” – pisze Konrad Góra w Pokoju widzeń, swojej drugiej – po Requiem dla Saddama Husajna i innych wierszach dla ubogich duchem – książce poetyckiej. A składając te wersy wskazuje na ton i charakter swojego głosu: wyraźny, nieszukający poręczeń, wymagający uporu i odwagi. „Mój narrator dokonał/ samospalenia. Nagi, złuszczony, leży pode mną/ jak swój cień, a ja znowu odpowiadam za niego” – w ten sposób przedstawia się podmiot tej poezji. Jest to osoba mówiąca (Egon Bondy, do którego wrócimy pod koniec tego tekstu, twierdził, że postać literacka „nie ma przecież nic do powiedzenia”) we własnym imieniu – w imieniu świadka konkretnej, odartej ze złudzeń rzeczywistości. Głos Konrada Góry nierzadko wznosi się do granicy, poza którą odnajdziemy nieudolność i manierę. Mimo to (a może dlatego też) wybrzmiewa on z dala od zgodnego i bezpiecznego chóru najnowszej poezji polskiej. Ten głos wart jest najwyższej uwagi.

Tytułowy pokój widzeń to przestrzeń obserwacji, patrzenia i nadzoru. W niej spotyka się więzień z odwiedzającym – w obecności władz więziennych. Odwiedzający (ten z zewnątrz) podczas spotkania zmuszony jest wyzbyć się na czas odwiedzin części własnych praw. Wówczas – w tej konkretnej rzeczywistości – tak więzień, jak i odwiedzający poddani są prawom szczególnym. Ale czym są te prawa? Przyjrzyjmy się jednemu z trzech pantumów w tym tomie:

Będziemy parli do naszych matek
W pokojach widzeń mokrych i głuchych
Strachem strażnika, że czuje wszystko
Ostatnią nicią, którą po nas plącze.

W pokojach widzeń mokrych i głuchych
Nie wyprzeć się niczego i wisieć
Ostatnią nicią, którą po nas plącze,
Oto jest nadzieja za pieniądze rządu:

Nie wyprzeć się niczego i wisieć
Rojeniem włosa; wszystko co nas łączy.
Oto jest nadzieja za pieniądze rządu
Znana naszym matkom z ustałego mleka.

Strażnik – będący symbolem władzy – sprawdza każde słowo i każdy najmniejszy gest. Spotkanie w pokoju widzeń przyczynia się do odsłonięcia własnej osoby wobec innego, ale także do zerwania z siebie wszelkich rojeń, widm i poręczeń (tytułowych widzeń). Dwukrotnie powtórzone (a wymuszone przez formę, jaką jest pantum – przez obecność zasady, który powtarza, żeby ściąć to, co powtórzone przez różnicę) słowa: „Nie wyprzeć się niczego” wskazują na prawdziwość własnej osoby, na bycie wobec siebie i innych w pełni. I tutaj tkwi główna wartość (siła) i niebezpieczeństwo poezji Konrada Góry; jak również podobnej postawy wobec świata. Zrywając z siebie „wszystko”, całą powłokę, patrzymy na świat i na samych siebie w sposób prawdziwy i bezlitosny. Nasz wzrok jest subiektywny i władczy. W naszym początku jest nasz kres.

Spotkanie w pokoju widzeń nie przynosi pocieszenia. Sprawdza, odsłania. Nie pozbawia wszystkiego, zawsze bowiem pozostaje „wisieć/ Rojeniem włosa; [to] wszystko co nas łączy”. Wydaje się, że wskazuje się tutaj na ocalającą „łączność” ze światem zewnętrznym, przede wszystkim jednak pokłada się nadzieję we wspólnym widzeniu. Dotyczy ono pamięci własnej osoby i subiektywnego patrzenia, które – za sprawą wzroku strażnika – zdziera ze świata bezpieczne mamidła, oddziela bylejakość, pozostawiając na wierzchu to, co najistotniejsze. Podobny wzrok – określmy go widzeniem czystym, które widząc wszystko odsłania nicość – jest nadzieją nielicznych. Jest to wiara mówiąca jednocześnie o wspólnej nicości, jak również o prawdziwej, wspartej na sobie samej wolności. Czy z tego właśnie względu lektura przypisu do wiersza Kryjcie wiarę 2 przynosi taką przyjemność?:

Wedle obowiązującego (pisane 4.01.2009) w Polsce prawa, limit legalnych zgromadzeń bez rejestracji wynosi 15 osób. Ale są nadzieje, wkoło których nie zbierzesz tylu ludzi, i jest tam tak cicho, jakby już do końca było po wszystkim.

Milczenie ludzi zgromadzonych wokół „nadziei” podważa istnienie złudnych słów czy też wszelkich innych znaków, które mają zaświadczać o słuszności tego uczestnictwa. Uczestnictwo w widzeniu nie potrzebuje potwierdzenia (rejestracji), bowiem każdy gest zaświadcza o niepodważalnym wyborze konkretnej zasady. Wszystko zostało powiedziane. Jest już po wszystkim.

W wierszu Banały Konrad Góra pisze, że „Dla mnie poezja to przekazywanie ludziom tego, czego nie czują”. Takie widzenie spotyka się jednak z przeciwstawnym poglądem poety, „dla którego to jest sprawianie nam, ludziom, skóry tam, gdzie cierpimy klęskę jej urodzaju”. Czy traktować te słowa jako znaczące? Jak się do nich odnieść? Autor Requiem dla Saddama Husajna, formułując podobne frazesy i „samograje”, przymusza do podejrzeń. Nie należy traktować ich dosłownie, ale próbować odnaleźć zasadę, na jakiej są zbudowane. W drugiej części przywołanego utworu – równoznacznej z cytowanymi przed chwilą głosami – czytam: „Przyniósł mi tlen. Oddychamy na zmianę”. Natomiast w wierszu I właśnie teraz mówi się o szaleństwie czyhającym „po skraju dotknięcia”. Zestawienie szaleństwa („Błoto ucieka mi z ust”) z brakiem usprawiedliwienia („Nie/ odwołano terminów”) zmusza do sprawdzenia, do wylegitymowania tego, co wymknęło się spod kontroli, co jest „na wznak”. I na tej granicy między szaleństwem (wytrącającym mnie z siebie) a światem (który nie przyjmuje istnienia czegoś, co wychodzi poza normę i zwyczaje), wystawionej na wszelkie zagrożenia, w obecności zaprzeczenia, w spotkaniu przeciwstawnych głosów i spojrzeń – powstają wiersze Konrada Góry. (Czyżby z tego względu krytyk literacki, biorąc do ręki tom Pokój widzeń, częściej korzystał z banałów i oczywistości niż z – traktowanej jako głos zaprzeczający samemu sobie – drwiny z „naiwnej wiary”?) Spokojnie możemy teraz powiedzieć, że poezja autora Requiem dla Saddama Husajna jest poszukiwaniem miejsc granicznych, gdzie moja własna prawda ukazuje swoją drugą stronę, staje się dla mnie obca.

„ilekroć przyznają ci rację, rozłóż, w czym twój błąd” – to kolejny z Banałów, który każe wątpić w napisane. Czytelnik zmuszony jest spojrzeć (nie chce uchodzić za ignoranta, dlatego też sam wobec siebie staje się prawem) z innej strony. Ale gdzie spojrzeć? Na przykład na ostatni wers wiersza Cyrk: „Mim brnie w szczudłach wprost na haki aresztu.” Ten zapadający w pamięć obraz (w całym tomie jest ich kilka) odzwierciedla niepewność upodabniania się, naśladowania rzeczywistości, która ostatecznie równa się utracie wolności.

Spotkanie w pokoju widzeń dotyczy zawsze czegoś innego. Odwiedzający, będąc nastawiony na zmianę, musi raz po raz wyzbywać się części własnych praw, by usłyszeć rację przeciwną i się uwolnić. Kim jest więc odwiedzający i więzień? Dochodząc prawdy, odwiedzamy kogoś, kto zanurzył się w rzeczywistości prawd wygodnych, stał się więźniem wyboru. Gestem założycielskim (otwarciem) jest tutaj przyznanie się do ludzkiej ułomności. W pokoju widzeń spotykamy się z małością języka i własnej natury – a przyznanie się do tego, wyznanie człowieka, który zawsze poszukiwać będzie odpowiedzi, skazuje na samotność.

– Stąd, nasze grzeszne ja, nasza nieszczęsna nadzieja, z którą dryfujemy ku mglistej obietnicy delty… – głos chwilowo przechodzi mu nieomal w zaśpiew – …musi nam starczyć i za ster, i kotwicę. – Zajęty sobą, patrzę bez pogardy, jak jeszcze mocniej wzdyma się jego twarz i wszelkimi porami opuszczają ją mrowia czerwi, które wciąż usiłuje przełknąć, nagle samotny w oblężonym centrum.

W końcowym fragmencie prozy poetyckiej Spotkanie Konrad Góra ukazuje, jak w jednej chwili tonący w „Ogólnej wesołości. Śmiechu” uczestnicy stają się przerażająco obcy. Słuchany życzliwie i z zainteresowaniem człowiek, przyznając prawo istnieniu małości, a więc odsłaniając swoją prawdziwą (śmiertelną) naturę – zrywa z rolą niewzruszonego centrum. Ale zwróćmy teraz uwagę na obserwującego. Jest on „Zajęty sobą” i patrzy „bez pogardy”. Widzi bez uprzedzeń, przenika nieszczęsną naturę osoby otoczonej uczestnikami spotkania. Co odsłania jego wzrok? Samotność człowieka walczącego z nicością podszywającą każde działanie. Z władzą (tak, to jest właśnie demokracja), wobec której zawsze przypominać będziemy „martwe ptaki na patykach poruszanych przez asystenta myśliwego”.

Konrad Góra jest świadkiem rzeczywistości, która chroni swoje ciała wśród widm niosących ulgę, wśród duchów przywoływanych przez modlitwę. Ten akt odsłaniania, chirurgicznie skupiony na sobie, doprowadzony zostaje do ostateczności; potwierdzając stałą gotowość do otwierania, odsłaniania, nacinania realności („łom zostanie w mojej/ ręce, choć zamek wykruszał”). Oto fragment litanii Matki Boskiej Rzeźnej:

Nastrzykiwarka dwudziestoczteroigłowa
Detektor metali

Klipsy do zaciskania przełyków
Detektor metali

Krajalnica automatyczna
Detektor metali

Rolownica szynek
Detektor metali

Góra sprawdza rzeczywistość i tym samym skazuje – niewielu ma dzisiaj tyle odwagi – własną poezję na funkcjonowanie w nacięciu: między łagodnością i tym, co bezlitosne, nędzą i urodzajem (stąd między innymi różnorodność form w tomie), kpiną i powagą, patosem i ironią. W przytoczonej litanii autor Requiem dla Saddama Husajna czyni z wiersza święto metali, urodzaj urządzeń rzeźniczych. Ogłoszenie z gazety poddane monotonnemu, narkotycznemu rytmowi maszyny (podobnie ma się sprawa z wierszem przypominającym punkową piosenkę Warszawie) staje się poetyckim narzędziem rozdzierającym absurdalność wiary, która pozwala – za sprawą akceptacji kłamstwa – przetrwać. Wiara ta zawsze bliska hipokryzji okazuje się ostatecznie wyłącznym oparciem istnienia („Dratwa się przeciera i milkniesz a przynajmniej/ Zamilkłbyś gdybyś jeszcze został”).

Matki Boskiej Rzeźnej odczytywana na spotkaniu autorskim – w ciszy jednostajnej melodii słowa – obchodzi się bez kadzideł i hostii. Pochłania i paraliżuje. Staje się inkantacją przeciwną, jak w omawianym wierszu Spotkanie, gdzie zaśpiew człowieka w centrum traci swoją magiczną funkcję. W tej jednej chwili przekształca się w wyznanie dotkliwej bezradności wobec maszynerii świata. Ale z drugiej strony poezja Konrada Góry wymawiana z dala od centrum i zaślepionego tłumu („Spaliłem ten tekst na chujowym konkursie”) jest głucha na złudzenia i fałszywe wezwania. A jak brzmi prawdziwe wezwanie? Spójrzmy na instrukcję obsługi, jaką dostaje – podobne zabiegi znajdziemy również w książce Requiem dla Saddama Husajna – na początku utworu Idzie „dobry czytelnik”, dla którego „przyjazne będzie czytanie [poszczególnych wersów] w dowolnej figuracji”. Jest to niezwykle ważny trop pozostawiony przez autora. Postawmy kilka pytań. Czy „dobry czytelnik” to czytelnik posłuszny? A jeśli tak, to wobec czego posłuszny? Dlaczego autor pozwala czytelnikowi odczytywać wiersz „w dowolnej figuracji”? Czyżby była tutaj mowa o uczestnictwie – o „figurowaniu” w wierszu?

Idzie wszechfilozof, jego konkubina dzierży zaś monstrancję.
Idzie ruin kobierzec na najświeższą skórkę.
Idą bożki czeredą, najtężej Pan Jezu.
Idzie litość pazerna dla dalszej ofiary.

Jest to przykład swoistego rodzaju poezji zaangażowanej, a ściślej (i jest to jedyne dopuszczalne rozumienie): poezji umożliwiającej zaangażowanie w wierszu. Podanie „instrukcji obsługi” w przedostatnim utworze tomu i kolejne przyznanie pierwszeństwa do-wolności – zanurza czytelnika w będącej przestrzenią porozumienia nadziei, której Konrad Góra w Pokoju widzeń broni z godnym podziwu i naśladowania uporem. Wzięcie udziału w lekturze wskazuje na „posłuszność” czytelnika jedynie wobec samego siebie. Poeta wierzy w ocalającą wolność udziału w świecie – wolność sprzeciwiającą się temu, co nieustannie nadchodzi, co człowieka odwiedza. Zwłaszcza wówczas, gdy odwiedza on sam siebie, jak w wierszu Nawet w tramwaju, w którym własna obcość „odpycha mnie od drzwi, kiedy/ próbuję wrócić […] do domu”. To wytrącenie z siebie, które wiąże się nie tyle z bezdomnością, co z dotkliwą bezbronnością – jak we wspaniałej prozie poetyckiej Muszą być miliardy – stwarza warunki spotkania w pokoju widzeń i umożliwia odkrycie prawdy, staje się ostatecznie siłą.

Pokój widzeń otwiera wiersz-motto Egona Bondy’ego, a kończy dwuwers: „Egonie Bondy w płonących gaciach,/ ślubowałem skrze, że nie zgaśnie”. I jest w słowach Konrada Góry kpina, ale i powaga (pamiętamy, że czeski poeta i filozof zmarł podczas snu – gdy jego piżama zapaliła się od papierosa) obietnicy złożonej sile, która przynosi śmierć i jednocześnie się jej przeciwstawia. To wymówione głośno (nasączone szyderstwem) przyrzeczenie trwania odsłania wartość i bezsilność czuwania w nieprzyjaznym świecie. Niewiele dzisiaj poetyckich głosów brzmi tak głośno i wyraźnie – mówiąc „tak sobie jak i nam”. Dlatego powtarzam: głos Konrada Góry wart jest najwyższej uwagi.

Konrad Góra, Pokój widzeń, Wielkopolska Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury, Poznań 2011.

Maciej Topolski

(1989) Prozaik, krytyk literacki. Publikował m.in. w Odrze, Lampie, Korespondencji z Ojcem, Ricie Baum. Współpracuje z Fundacją im. Tymoteusza Karpowicza i Biurem Literackim. Redaktor serwisu Niedoczytania.pl. Jeden z założycieli inicjatywy Dworzec Wschodni.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!