Ekonomiczna szczepionka

Ciężko znaleźć sensacyjny temat skupiający na sobie w danym momencie uwagę sporej części użytkowników wszelkiego rodzaju mediów, który uchronił się przed odniesieniem go do ekonomii. Pandemia Covid-19 czy protesty w USA od razu przyciągają do studiów telewizyjnych, przed komputery i na szpalty gazet ekonomistów, drżącym głosem wyrzucających z siebie: „rynek”, „kryzys finansowy”, „co na to gospodarka”. Równocześnie z nimi pojawiają się politycy – ci jednak mówią głosem przekonanym i dodatkowo umieszczają słowa: „rynek”, „zysk”, „potężna gospodarka” w programach wyborczych. Nie tylko jednak wybory i kryzysy sprowadzają się do powtarzania bez ustanku o wolnym rynku, równowadze gospodarki oraz o destabilizujących (a tym samym zgubnych) skutkach interwencji państwa. Założenia ekonomii neoklasycznej, jako ekonomiczne po prostu, są pewnym punktem dyskursu publicznego. Rzucane jako niepodważalne pewniki wyznaczają granice dyskusji. Przekroczeniem granicy jest na przykład wysunięcie samej koncepcji dochodu gwarantowanego. Reakcją stać się może krótki wykład z narracji późnego kapitalizmu podsumowany ostrzeżeniem, że „wszyscy mogą stracić też coś, co dotąd napędzało nasz świat. Chodzi o chęć bycia lepszym i bogatszym”[1].

Narracja ekonomii neoklasycznej nie paraliżuje jednak jedynie dyskusji w mediach nad różnymi rozwiązaniami walki z m.in. systemowym bezrobociem, ubóstwem czy nierównością. Odnoszenie się do paradygmatów neoklasycznych jako transcendentnych praw umacnia w wielu grupach obraz sprawiedliwego (bo dającego wedle zasług), niepodważalnego kapitalizmu. Prawa tego jednego z nurtów myślowych ekonomii stają się naraz odpowiednim narzędziem do wyjaśniania, a później „rozwiązywania” problemów związanych z edukacją, środowiskiem naturokulturowym czy tolerancją. Pomimo jednak siły oddziaływania same założenia neoklasycznej teorii pozostają na marginesie medialnej siatki porządkującej rzeczywistość. Nikną na skraju. Ktoś wspomni od czasu do czasu jakieś nazwisko, ale tak tylko, żeby pokazać, prawdziwość swojej wypowiedzi. Wszyscy wiedzą, że rynek, kryzys i popyt, ale co w związku z nimi, wie niewielu. Ukryte paradygmaty teorii neoklasycznej jedynie wzmacniają narrację jej piewców, dodając jej obiektywnego sznytu prawdy.

Ekonomia neoklasyczna: fałszywy paradygmat Steve’a Keena miała swoją polską premierę trzy lata temu, lecz pomimo tego doczekała się recenzji (zdawkowych zresztą) jedynie na portalach związanych z ekonomią, co ograniczyło jej siłę oddziaływania. Sama książka Keena sytuuje się jednak na granicy ekonomii. Nie znaczy to, że autor balansuje pomiędzy problemami przypisywanymi różnym obszarom wiedzy, czy decyduje się na narzędzia mające podważyć ekonomię jako dziedzinę nauki. Wręcz przeciwnie. Kolejne rozdziały są poświęcone całkowicie paradygmatom neoklasycznej teorii ekonomii. Ich wprowadzanie oraz obalanie następuje przy użyciu narzędzi ekonomicznych, a celem wyrażonym wprost jest umocnienie ekonomii jako dziedziny wiedzy naukowej. Graniczność Ekonomii… polega więc na tym, że analiza dominującego nurtu ekonomii neoklasycznej w łonie ekonomii i jego obalenie jest skierowana głównie poza środowisko ekonomistów. Samo zwrócenie się „do odbiorców, z których ekonomiści niegdyś szydzili” (s. 71), jest możliwe dzięki rozpoznaniu granic narracji funkcjonujących w polu ekonomii oraz granic samej ekonomii. Ruch ten nosi znamiona herezji dla ortodoksyjnych teoretyków neoklasycznych oraz medialnych komentatorów rzeczywistości, ponieważ w ich mniemaniu ekonomia operuje twierdzeniami prawdy totalnej, a nie jedynie modelami. Keen jest świadomy, że krytyka ekonomii z zewnątrz nie jest niczym nowym, bowiem dochodzi do niej każdorazowo, gdy „prawdy totalne” zostają na przykład zrelatywizowane i przypisane danej strukturze. Autor zaznacza jednak, że „[n]ovum tej książki polega na zwróceniu na to [błędność mantr ekonomicznych – K.K.] uwagi przy wykorzystaniu teorii ekonomii” (s.71), co realizuje podejmując również liczne działania mające wprowadzić jego krytykę do dyskursu publicznego (głównie w Australii oraz USA). Ekonomia… jest więc napisana jako wektor z punktem zaczepienia w teorii ekonomii skierowany „na zewnątrz”, by umożliwić zwrotną reakcję i zmianę układu sił w polu ekonomii.

Na razie bowiem „zewnętrze” nie jest w stanie wywierać jakiejkolwiek presji. W dyskursie publicznym powołanie się na „ekonomię”, „gospodarkę” lub „kryzys finansowy” działa niczym latourowska Nauka odbierająca „moc zwyczajnemu życiu politycznemu poprzez zawieszenie nad nim groźby natury, z którą się nie dyskutuje”[2]. Co gorsze, ekonomia nie funkcjonuje jako „substytut ideologii gospodarki wolnorynkowej” (s. 44) jedynie w narracji generowanej przez neoliberalne media głównego nurtu. Utożsamienie ekonomii z ekonomią neoklasyczną ma miejsca na samych uniwersytetach, co skutkuje tym, że „[s]tudenci i studentki ekonomii kończą zatem studia magisterskie lub doktoranckie z bezkrytycznym i nieuzasadnionym przekonaniem, że podstawy analizy ekonomicznej są solidne” (s.66). Ma miejsce więc utożsamienie ekonomii (obszar badań) z ekonomią neoklasyczną — układem despotycznych paradygmatów uznających kapitalizm za system sprawiedliwej, samoregulującej się równowagi, wytwarzającym narrację umacniającą układ władzy. W skrócie – ekonomiści neoklasyczni mówią, jak chcieliby, żeby wyglądał utopijny (w ich mniemaniu) kapitalizm, a echo niesie niepodważalne reguły strzegące nas przed kryzysem.

Keen zgodnie z przyjętą strategią obnażania wypaczeń teorii neoklasycznej wprowadza jej podstawowe koncepcje i metodycznie rozkłada na serie założeń, paradygmatów, aksjomatów. Wprowadza, a nie przywołuje, ponieważ każdy rozdział rozpoczęty zostaje od omówienia „w sposób szczegółowy konwencjonaln[ej] teori[i]” (s.73). Poszczególne paradygmaty zostają wpierw zrekonstruowane zgodnie z intencją twórców. Pozwala to na prześledzenie ich drogi oraz sposobu, w jaki wpływają one na konstruowanie narracji o kapitalizmie, wolnym rynku i gospodarce. Skrupulatne wyłożenie fundamentów myślowych neoklasycznych ekonomistów służy temu, by w ich ramach wskazać niespójności i błędy. Drugim krokiem jest więc „szczegółowy opis sposobu demaskacji konwencjonalnej teorii” (s.74). W kolejnych rozdziałach do rozbijania pozornego monolitu służą wewnętrzne jego braki i przekłamania, a nie zewnętrzne zanegowanie dajmy na to z poziomu nauk o kulturze. Jest to zadanie trudne oraz żmudne zarówno dla autora, jak i potencjalnego czytelnika. Wymusza bowiem śledzenie wszystkich założeń początkowych pozwalających np. na stworzenie paradygmatu umożliwiającego analizę popytu i podaży (m.in. modelu reprezentatywnej jednostki maksymalizującej przyjemność), przy jednoczesnym wykazywaniu ich niespójności. Jednak w kolejnych krokach czytelnik za Keenem musi zawiesić wcześniej wykazaną błędność założeń. Pozwala to bowiem na wyłożenie koncepcji pokrewnych oraz czerpiących z paradygmatów wcześniej zanegowanych. Tym samym można się przekonać, w jaki sposób błędy i nieciągłości kumulują się w kolejnych koncepcjach oraz jak wpływają ostatecznie na neoklasyczne prognozy.

Przyjęty sposób prowadzenia wywodu może być dla czytelnika męczący, sam autor zachęca do czytania wyrywkowego. Nie tylko ostrzega przed fragmentami obfitującymi w szczegóły, które nie są konieczne do zrozumienia argumentów, ale również w kolejnych rozdziałach powtarza w skrócie wcześniejsze ustalenia. Wybieg ten sprawia, że książka staje się nieco przystępniejsza, może też zapewne otworzyć Ekonomii… drzwi do uniwersyteckich sylabusów. Nabiera ona bowiem cech podręcznika dla studentów, z którego zadać można jedynie fragmenty.

Kwestia dostępności przeprowadzonej krytyki jest kluczowa zarówno dla autora, jak i dla mnie. Postawienie akcentu na „ludzi troszczących się o »dobro wspólne«” (s. 71) oraz początkujących studentów i studentki ekonomii (tj. grupy zdominowane przez ekonomistów neoklasycznych) jest ruchem dwojakim w skutkach. Po pierwsze Keen wyprowadza „neoklasyczne prawdy” z kręgu wyznawców reprodukowanych przez instytucje zdominowane przez neoklasyków. Wagę tego posunięcia zobrazować można poprzez przyrównanie Ekonomistów do Naukowców z wcześniej przywoływanego tekstu Brunona Latoura. Posiadacze kitli dążą bowiem do zaakcentowania zupełnego zerwania pomiędzy ich światem Nauki (Prawdy, rzeczy, Natury), a chaosem tego, co społeczne, umowne, subiektywne. Ekonomia… jest niejako wykradnięciem ekonomistom ich laboratorium (paradygmatów neoklasycznych) i ukazaniem, że ono nie tylko nie jest sterylne, ale co więcej nie działa w imieniu Prawdy/Natury, a układu władzy tj. tego, co społeczne. Tym samym niezwiązane z ekonomią grupy mogą uzyskać dostęp do ekonomicznych narzędzi nacisku na Ekonomistów. Ich dyskurs zostaje zaszczepiony. Tak jak się szczepi rośliny, by urozmaicić ich rozwój, lecz również tak jak się szczepi ludzi, by ich organizmy mogły przepracować bakcyle choroby.

Po drugie Keen poprzez krytykę neoklasycznych ekonomistów przy jednoczesnym wprowadzeniu alternatywnych narzędzi ekonomicznych rozbija wyobrażenie ekonomii jednego paradygmatu. Ruch ten nabiera sensu, gdy skierowany jest poza środowisko ekonomistów. Ci bowiem, nawet jeśli w ujęciu autora ignorują wszelkie głosy ekonomistów heterodoksalnych, muszą być mniej lub bardziej świadomi, że poszczególne prawa i reguły przynależą do określonych koncepcji. Mogą oni wierzyć w modele i teorie, w ich sprawczą siłę czy nomotetyczną wartość, jednak jest to wiara zupełnie inna niż ta, gdy ekonomię ogląda się z zewnątrz. Tak gruntowna krytyka połączona z wprowadzeniem krytykowanych koncepcji oraz alternatywnych narzędzi działa przeciwko utożsamieniu ekonomii z jej neoklasyczną odmianą. Jest to być może krok w stronę zdynamizowania samej ekonomii, zaszczepienia w niej wielości mającej poluzować sztywne struktury wspierające duże przedsiębiorstwa, banki etc. Co jednak ważniejsze, wydzielenie pozwala na pomyślenie innej ekonomii.

Keen jest jednak wciąż ekonomistą o raczej konserwatywno-pozytywistycznym spojrzeniu na świat i trudno udawać, że jest inaczej. Co kilka stron natknąć się można irytujące stwierdzenia czy na odniesienia do „prawdziwych naukowców szukających prawdy”, nauk ścisłych mających dostęp do „niezmiennych reguł rzeczywistości”, matematyki jako narzędzia pozwalającego na badanie ludzi. Jeśli komuś jeszcze mało, to na samym początku dostajemy zupełnie niepotrzebny komentarz w nawiasie odnoszący się do Romera, który wydaje się „gardzić filozofią postmodernistyczną, podobnie jak ja [tj. Steve Keen – K.K.]” (s.21). Pomimo jednak tych licznych potknięć oraz wyraźnych błędów (np. często używane pojęcie „ideologii”, czym zajmę się poniżej), które dla gardzącego tym całym głupim postomodernizmem ekonomisty niestety są niezauważalne, książka Keena potrafi zaskoczyć. Jednym z ciekawszych fragmentów jest podrozdział „Metodologia przejścia”, w którym ten zatwardziały przeciwnik postmodernizmu wykazuje, że wiele z błędów neoklasycznej teorii ekonomii wynika z kurczowego trzymania się statycznego modelu analizy. Nie dziwi samo obalenie narzędzi statycznej analizy ani podważenie centralnych założeń neoklasycznych (np. samoregulująca się równowaga kapitalizmu) – podważane są one konsekwentnie przez poprzednie trzysta stron. Wcześniej jednak Keen skupiał się na wykazywaniu wewnętrznych aporii oraz niespójności teorii, tj. podejmował krytykę prowadzoną na modłę scholastycznych sporów. Zaskoczenie pojawia się, gdy w celu podważenia założenia o stabilności i statyczności gospodarki autor sięga po nieliniowe równania algebraiczne oraz teorię chaosu. Niczym wytrawny postmodernista stwierdza, że „równowaga systemu z realnego świata może być niestabilna bez rozpadu samego systemu” (s.271) i wprowadza dynamiczne modele Lorenza powstałe na gruncie meteorologii. A to wszystko, by stabilny punkt przecięcia krzywych popytu i podaży zastąpić rozłożoną w trzech płaszczyznach symulacją, która „nie ma jednej równowagi lecz trzy [i – K.K.] co ważniejsze, wszystkie trzy równowagi są niestabilne.” (s. 271). Zaskakuje więc nie sam model, ale otwartość autora na próby ujęcia świata wraz z jego złożonością i podważenie metod redukcjonistycznych. Pomimo więc ciężkiej momentami pozytywistycznej maniery, Keen zdaje się rozumieć, że ciągi cyfr i punktów to jedynie skutek translacji. Niedoskonała próba ujęcia nieprzekładalnej, nieredukowalnej wielości świata.

W tym miejscu rodzi się jednak pytanie, na ile dekonstrukcyjne działania Keena nie służą jedynie drobnej rekonfiguracji elementów pozwalającej na utrzymanie ekonomii jako takiej? Ekonomii będącej narracją uznającą tylko jeden możliwy system – kapitalistyczny – wynoszącą go wraz ze wszystkimi jego wadami oraz zbrodniami. Narracją dążącą do dezawuacji każdej próby sprzeciwu, pragnącej wziąć w nawias „niepodważalne prawa rynku”. Na ile dekonstrukcja paradygmatów neoklasycznych prowadzi co najwyżej do przetasowań w środowiskach ekonomicznych, w szerszej perspektywie doprowadzając tylko do wygenerowania nowej równie deterministycznej acz wesołej śpiewki wyzysku? W skrócie, czy trzęsienie ziemi pozwoli na przemodelowanie miasta, czy ma jedynie wyburzyć kilka starych imperialistycznych kamienic, by w ich miejscu aktorzy układu władzy mogli postawić niemniej autorytarne chromowane wieżowce?

Keen, prowadząc niemal scholastyczną krytykę neoklasycznych paradygmatów, jest w bardzo dogodnej pozycji, bo może ograniczyć się właściwie do narzędzi logiczno-matematycznej teorii. W bibliografii zajmującej dwadzieścia pięć stron znajdziemy jedynie dwa nazwiska związane z badaniem ludzi/społeczeństwa/kultury itp., czyli Karola Marksa oraz Jeremiego Benthama. Dzieła autor Kapitału omawiane są jednak wyłącznie pod kątem teorii wartości opartej na pracy, twórca panoptikonu pojawia się jedynie w kontekście fundamentalnego dla neoklasycznych ekonomistów rachunku przyjemności. Ich obecność ogranicza się do bycia elementami składowymi teorii ekonomii. Trudno zarzucić Keenowi, że nie wprowadza literatury w kontekście jego próby zbędnej. Biorąc pod uwagę jednak grupę docelową Ekonomii…, wśród której książka ma pracować, brak jakiegokolwiek odniesienia do nauk strcite społecznych może być dla czytelników mylący. Autor wielokrotnie ubolewa nad brakami studentów z zakresu matematyki, fizyki, informatyki oraz nie-neoklasycznych teorii ekonomii, ale podkreślając, że ekonomia jest częścią nauk społecznych, nie zachęca wcale potencjalnego czytelnika do poszerzenia wiedzy z ich zakresu. Zupełnie jak gdyby ustalenia powyżej wypisanych dziedzin miały zastąpić opracowania kulturoznawcze, antropologiczno-kulturowe bądź socjologiczne. Mój niepokój wynika z możliwych skutków pominięcia jakichkolwiek odniesień do dorobku nauk o kulturze/człowieku. Czytelnik poprzez ciągłe odnoszenie argumentacji jedynie do Nauk (w rozumieniu latoruowskim) może zostać utwierdzony w przekonaniu o transcendentnym charakterze praw ekonomicznych oraz samej ekonomii. Transcendentne prawa będą wciąż niepodważalnymi prawdami pozwalającymi ekonomii na utrzymanie statusu centrum narracyjnego przekazującego obiektywne diagnozy rzeczywistości. To wysoce niefortunne, skoro, jak mam wrażenie, autor zdaje sobie sprawę, że siła ekonomii wynika z projektowania modeli funkcjonowania systemu, a nie z odkrywania reguł mechanizmów Natury. Różnica między tymi dwoma ujęciami przedmiotu ekonomii jest kolosalna. Chociażby dlatego, że wprowadzenie pierwszego rozumienia do dyskursu publicznego pozwala na zredefiniowanie celów ekonomii i podjęcie próby zmian mających doprowadzić do zredukowania strukturalnych nierówności, ubóstwa, wyzysku, a w dalszej perspektywie również różnego rodzaju wykluczenia.

Podejmowane przez Keena usilne starania, by uprawiać ekonomię przy użyciu koncepcji fizycznych, matematycznych a nawet biologicznych zdaje się wynikać z jego rozumienia „wiedzy obiektywnej”. Pozostaje on bowiem zakleszczony pomiędzy kategoriami „racjonalności”, „ideologii”, „Człowieka uniwersalnego” (choć ten ostatni nie pojawia się explicite). Gdy Keen pragnie wykazać błędność danego stanowiska, to na drodze logicznego wnioskowania udowadnia jego nieracjonalność. Jeśli natomiast chce podkreślić całkowitą nieracjonalność i bazowanie na błędnych aksjomatach, nazywa daną grupę „ideologiczną”. „Ideologią” obrywają zarówno marksiści, jak i neoklasycy, a przecież nie w tym rzecz, by zawłaszczyć racjonalność i zamknąć usta ideologom. Krzywienie się na „ideologię” nie jest wyłącznie moim kaprysem, krzywił się również chociażby Michael Foucault, Gilles Deleuze, Clifford Geertz czy Paul Rabinow. Zarzucenie komuś bycia „ideologicznym” nie tylko sugeruje istnienie „dyskursu prawdy”, ale automatycznie przypisuje narracji oskarżającego walor obiektywności. Podobnie rzecz ma się z konstruowaniem wywodu wokół kategorii „racjonalności” w liczbie pojedynczej. W tym przypadku konkretna narracja zostaje również uprzywilejowana jako ta posługująca się narzędziami wolnymi od nalotu interesów którejkolwiek z grup, konwencji. Staje się narracją, która nawet jeśli nie jest w stanie orzec dokładnie, jak jest (lub będzie), to może skutecznie zamknąć usta „nieracjonalnym ideologom”. Keen, tłumacząc, że „[o]pór marksistów wobec krytyki jest spowodowany w dużej mierze ideologią – podobnie jak ma to miejsce w przypadku ekonomistów neoklasycznych” (s. 582), wpada w pułapkę narracji układu władzy. Po gruntownej krytyce neoklasycznej ekonomii przyjmuje możliwość istnienia obiektywnej nauki. Utrzymuje i wzmacnia tym samym ramy narracyjne oraz sam ośrodek poprzez wymianę treści przekazu na „bardziej racjonalną”. Czym przekaz bardziej racjonalny, tym bardziej transcendentny, a więc niepodważalny.

Czy jednak umacnianie formy dominującego dyskursu przekreśla Ekonomię… jako książkę mogącą przyczynić się do zmiany układu sił lub chociażby poluzowania układów maksymalizacji zysku? Niekoniecznie. Keen broni się sposobem ujmowania kapitalizmu jako systemu organizującego świat na poziomie mikro (jednostki) oraz makro (państwa, korporacje, globalne przepływy). Odnosi się do kapitalizmu w dwójnasób. Jako idealnego systemu równowagi w teorii neoklasycznej, który obnaża jako wytrych mający służyć uprawomocnieniu funkcjonowania struktury przynoszącej korzyści finansistom. Jednocześnie jednak kapitalizm pojawia się u Keena jako faktyczny system organizujący handel, strukturę społeczną i sposób funkcjonowania ludzi. Drugie ujęcie jest skutkiem zaakceptowania konkretnej faktycznej struktury, a co się z tym wiąże, Keen nie esencjalizuje kapitalizmu. Tym samym unika on częstego błędu prześladującego zarówno piewców, krytyków, jak i tych przekonanych o niemożności zmiany systemu. Nie pojawiają się w Ekonomii… jałowe zazwyczaj pytania o to, co po kapitalizmie. Brak w niej również przyrównywania „jakiegoś ogólnego” socjalizmu do „jakiegoś ogólnego” kapitalizmu, czy też zastanawiania się, ile można zmieścić socjalizmu w kapitalizmie. Brak tego typu wyabstrahowanych opozycji sprawia, że sam kapitalizm przestaje być zwartym lewiatanem, którego trzeba pokonać lub przekroczyć.

Zamiast tego Keen, skupiając się na obaleniu twierdzeń m.in. o niewidzialnej ręce rynku czy altruistycznym podziale zmaksymalizowanych zysków, podaje zwartą linię argumentacyjną przemawiającą za zmianami strukturalnymi. Wyłożone w sposób klarowny powody, przez które skierowanie pieniędzy mających załagodzić Wielką Recesję z roku 2008 do banków zamiast do gospodarstw domowych było błędem, są stosunkowo łatwo aplikowalne do dyskursu publicznego. Argumentacja za działaniami państwa na rzecz zredukowania stopy bezrobocia (zaniżanej przez wąsko definiowane pojęcie „bezrobotnego”) jest w stanie odeprzeć peany o wolnym rynku wygłaszane prze telewizyjnych komentatorów. Nie są to postulaty totalne jak Nowy Komunizm Żiżka[3] czy wątpliwa argumentacja za rozbiciem struktur państwowych[4]. I całe szczęście, ponieważ te drobne zmiany odpowiednio wprowadzane – być może najpierw do obiegu medialnego – jeśli trafią pewnego dnia do sejmowych komisji, mogą realnie wpłynąć na życie wielu ludzi.

Ekonomia neoklasyczna: fałszywy paradygmat jest książką stanowczo zbyt długą, momentami zupełnie jałową, skupioną na krytyce narracji już dawno podważonej przez antropolożki kultury, posthumanistów czy badaczki zajmujące się procesami społecznymi. Umacnia ona dominującą racjonalność, a wręcz separuje momentami nauki społeczne i ekonomię. Pomimo tego jest jednak ważna i to nawet nie dla ekonomistów. Trudnym jest wprowadzenie do obiegu publicznego pojęć wiedzy usytuowanej Donny Haraway, uwarstwienia i segmentacji Deleuza czy nawet instytucji Bronisława Malinowskiego pozwalających na alternatywną narrację względem tej dominującej, neoliberalnej. Zrobienie tego w sposób przekonujący wydaje się jeszcze trudniejsze. Jako droga łatwiejsza, być może na ten moment bardziej skuteczna, jawi się zanegowanie transcendentnych praw ekonomii nie poprzez ich zrelatywizowanie i immanentyzację, a użycie ich języka w celu wykazania wewnętrznych niespójności. O ile kryzysy i rewolucje są dużo bardziej kuszące, to by się pojawiły lub by je odpowiednio wykorzystać wpierw trzeba pokazać, że „There are many alternatives”. Czytana z takim nastawianiem Ekonomia… staje się rodzajem szczepionki i pomimo licznych niedociągnięć warto podejmować próbę zaczepiania jej (oraz nią) do dyskursów różnych grup.

 

Steve Keen, Ekonomia neoklasyczna: fałszywy paradygmat, Wydawnictwo Heterodox, Poznań 2017.

Przypisy:
[1] Czy się stoi, czy leży, 2 tysiące się należy. Dochód dla każdego sposobem na przetrwanie kryzysu?, https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2020-04-15/czy-sie-stoi-czy-lezy-2-tysiace-sie-nalezy-dochod-dla-kazdego-sposobem-na-przetrwanie-kryzysu/ (dostęp: 07.07.2020).
[2] B. Latour, Polityka natury, Wydawnictwo Krytyki Politycznej Warszawa 2005, s. 28.
[3] S. Žižek, Koronawirus jest jak cios z Kill Billa w kapitalizm i może prowadzić do wynalezienia komunizmu na nowo, https://www.facebook.com/PraktykaTeoretyczna/posts/3074500312581938 (dostęp: 08.07.2020).
[4] M. Pospiszyl, Po co nam państwo w czasach zarazy, https://www.praktykateoretyczna.pl/artykuly/michal-pospiszyl-po-co-nam-panstwo-w-czasach-zarazy/ (08.07.2020).

Konrad Kopel

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!