Slim Kwdt patrzy na ruiny (1/2)

Wyobrażam sobie siebie czytającego Michaux i pochłoniętemu używać meandrów pamięci. Poznawcza funkcja bytu mieści się w przypisach do estetyki panującej w filmach z lat osiemdziesiątych. Na twarzy mam wzrok dwudziestoletniej akrobatki specjalizującej się w szarfach. Kiedy pisałem o wydobywaniu surowców do zarządzania umysłowością w niekonwencjonalny sposób nie sądziłem, że doznam widzenia korytarza złotych kości. Mogę tylko współczuć, powiedział obrażony na własne inwestycje. Cokolwiek lepiej niż bazowi, proszę przyznać. Oddaję Panu głos:

Pamiętaj o względach jakie żywi Pani. Gdybyś musiał wyrzeźbić ze słów postać kochanka – lepiej nie wybierać zamiast leżącego. Tutaj widzą scenę:

MŁODY MICHAUX

Jeślibyś dotarł do słów, które wypowiadam, wiedziałbyś o nieprzemakalnych dla łez wartościach humoru ontologicznego. Ja sam posiadam w zbiorach małą broszurę poświęconą zagadnieniu komizmu w „Psalmach Wołania”* – zaśmiewałem się do, no właśnie, łez. Naprawdę.

* zbiór wierszy Pawła Szutzera zniszczony w przeciągu doby od utworzenia. Czytały go dwie osoby. Matka i ja. Kto jest więc autorem broszury? To jedna z trzech zagadek czekających na czytelnika. Wracaj wzrokiem w górę.

JA WYCIĘTY Z TEKTURY WISZĄCY NA PATYKU

Słyszałem tylko, że patrzący na ruiny Slim Kdwt powiedział do swojego kuzyna: „Lepiej zasięgnąć, zaczerpnąć ręką z zewnątrz”. No, jak dla mnie – bomba z akrylu jeśli chodzi o podsumowanie tego, co się stało ze sceną.

MŁODY MICHAUX

Masz pan już za sobą doświadczenia z noskiem?

JA PŁONĄCY OGNIEM ZAPAŁKI I REXONY

Znaczy, że w obieg śluzówką najczęściej sproszkowane fragmenty krajobrazu?

MŁODY MICHAUX

Pozwól, że posypię:

słońcewracawobeckształtujakiniesiewrękach

księżycpiętrzyzdjęteczęścigarderobycharakteru

Prawie równe. No to siup!

JA Z BANKNOTEM ZWINIĘTYM W RULONIK W NOSIE

Niech poskąpi chłoście śmiechu nad rozlanym grobem!

Tutaj zmiana oświetlenia. Reflektor punktowy skierowany na losowo wybranego widza. Głos z taśmy odtwarzanej na magnetofonie leżącym na podłodze:

Głęboki” – że pozwolę sobie dopiąć tak by nikt nie zauważył złącza. Ten („głęboki”) kubeł pełen sensu stoi w kącie korytarza. Wystarczy nasączyć sensem szmatę i wytrzeć nią podłogę. „Kuriozalny pomysł” – powiesz i mimowolnie dołączysz kostkę znaczeniowego domina. Niech osoba przede mną pomyśli mocno o dzieciach w wieku przedszkolnym, niech budują samoloty z kartek wyrwanych z zeszytu.

JA ZAPEWNE NIEWYJĘTY Z PRALKI

Gruba bania mnie przysłania, choć to mnie powierzono kontrolę nad receptą. Innymi słowy: muszę Was trzymać za rękę jak torbę z zakupami dla starszej kobiety, niezłej pisarki, co to rozlewa uczucie na koty jak „Lux aeterna” Ligetiego słuchane w muszli pełnej zabarwionych emocjami cudzych ludzi poduszek.

Tutaj warto wspomnieć, że znajdująca się obok Maria opracowuje w zeszycie plan anihilacji poprzez śmierć głodową. My błądzimy sobie po kaprysach kwestii, podczas gdy ona sumiennie wylicza racje wody. Spędziłem dzisiaj z Marią cały dzień. W łóżku leżeliśmy do szesnastej, dwa razy mieszając leżenie aktem miłosnym, po czym zrobiła mi (Maria) jedzenie. Jajko i kanapki. Wypiłem piwo leżajsk i wyszli(tu uczyłem się, jakim skrótem klawiszowym wykonać komendę „cofnij”)śmy w lekki, depresyjny deszczyk. Maria zapomniała zabrać tytoniu, więc wróciliśmy po przybory. Jechaliśmy 184, po czym wysiedliśmy na Os. Podwawelskim, gdzie długo czekaliśmy na 179. Maria odwiedzała dilera i oddawała skrzypce. Towarzyszyłem pierwszemu, przy okazji udzielając ankiety koledze dilera. Rekomendowałem mu ludzi przy pomocy telefonu. Z telefonami sprawa wygląda tak, że jak na mój gust, na moje oko, są już (telefony) naprawdę nieźle zaawansowane. Podejrzewam, jak się to potoczy, mam takie estetyczne wyobrażenie. Miałem się pojawić na prywatnym weselu Ani i Arka, i czekałem na nich, jak przykazali, na Długiej 55, ale nic tam nie było. I ich. Więc skorzystałem z przysługującego mi od niedawna jednorazowego stypendium twórczego, jakie zaoferował Grześ. Za ostatnie pieniądze kupiłem kartę do telefonu (5,25 zł, bo prowizja) i zadzwoniłem do rzeczonego. Czule zaprosił na Rondo Grzegórzeckie. Lubię te rejony, przemieszkałem tam dużo pisania i dobrodziejstw używek. Grześ wyjął wszystkie moje tomiki i poprosił o osobne dedykacje, równolegle stawiając przede mną talerzyk z korutem i podwieszonym uśmiechem własnym mówiącym: „Bierz, Tomeczku, bierz, ile Ci potrzeba, na ile się cenisz, hehe”. Wziąłem ładną dwójkę. Kiedy już wracałem do Marii, na Kurdwanów, zadzwonił Arek z telefonu Łukasza i zaczął przewijać mi filmy po czesku, że melanż na Szlaku. W domu w nosek i płuco. Filmy, muzyka, wiersze, wspólne przeglądanie połaci kultury. Aż palce spierzchnięte.

Nareszcie odnalazłem (albo wypreparowałem) formę, która uniesie aktualność (moją?). Jeszcze nie czuję obecności wiekowych atomów, które – jak uczy film – mogą się zmaterializować zawczasu, obdarzając porządnymi halucynacjami. Bohater (filmu) eksperymentuje z ekstraktem z grzybów. Niektórzy twierdzą, że świadomość jaźni powstała wskutek konsumpcji grzyba przez człekokształtnego. To jest, kurwa, bohater! Widzę go, jak na bani, z wytrzeszczonymi oczami stara się wyartykułować swój stan przed członkami plemienia. Przejebany motyw: las skąpany w intensywności młodej rzeczywistości, pomruki dobiegające z gardeł grupy małp. Te rozmyślania skłaniają mnie do chmurki i twórczości plastycznej.

Jakże wspaniale jest rozciągać ramiona przy Dwójce o czwartej nad ranem. Chciałbym z tego miejsca wyjaśnić kwestię „Vida Local”, gdyż jest to rzecz, której poświęciłem wiele jednostek fazy. Czego ja nie wyprawiałem, pisząc te popierdolone wersy. Tylko lektura skonfrontowana z pejzażem używek może poradzić sobie z tym konstruktem. Piszę to bez emfazy, po prostu dostrzegam ogrom nieprzyswajalnych na trzeźwo koherencji. Jest tam taki moment, że w potoku wizji i obrazów o zróżnicowanym natężeniu semantycznym narrator orientuje się, co robi i opisuje jak ślepiec, bo jest potężnie udupcony, opisuje swoją sytuację. Cytując:

Tu zaniechał cytować bo jeszcze raz owładnęła nim brawura „Vida Local”. Zastanawiał się po cichu, czy by nie wkleić „Vida Local” w ten tekst, żeby jedno drugim obudować. Żeby – póki nie nadaży się okazja opublikować – niech rośnie. Treść „Vida Local” jest bardzo ekspansywna. Chciałbym, żeby tę książkę puszczono wraz z zafoliowaną lufką dołączaną do egzemplarza. Najlepiej mały nakład. 200 egzemplarzy. „Impresje” z bonusem mrocznego dziennika to też dobry marketing, niskonakładowy. Może własną ręką? Ze zdjęciami wywołanymi, jeden egzemplarz, zdjęcia w kopercie z podpisami ręcznymi na odwrocie. A to? Czyżby w końcu w teatr? Teoretyczną sferę, prototyp nowej dramaturgii. Gdyby jeszcze to w ładnym tempie formułować i zteledyskować muzyką obraz rosnącego tekstu. I podróże kursorem by zapisać, bo skrótowi się nie wierzy. Dzisiaj już nauczyłem się jednego skrótu. To co mówię też może lecieć z taśmy, z podłogi, kto wie czy nie leci, gdy ja tylko ruszam ustami. O, proszę – przestałam.

Niepostrzeżenie kolejny awatar, który chciałby być malowany farbą olejną:

Takie dywagacje nad losem tego całego „wobec”, jakie się wydarza na krawędzi pisania będącego autorefleksyjną relacją z wnętrza osobowości (? – czy raczej: podmiotowości?). Niewątpliwie dobrze jest skierować uwagę na samo pojęcie uwagi; jakby wietrzyć zimą pokój po popołudniu spędzonym na czytaniu Ciorana i paleniu papierosów. Maria chrapie. Brzmi jak mała pluszowa zabawka służąca do wytwarzania odgłosu pochrapywania. Ustalasz częstotliwość i ton. Może służyć jako metronom. Użyłem słowa „metronom” kilka razy w życiu, czytając „Wstęp do nowych wierszy” otwierający „Mixtape”. Dobrze wspominam tę książkę, byłem wtedy szczęśliwy. Dni spędzałem na grze w polo pojęć, uruchamiałem zapierdalające koniki i co rusz uderzałem z całej siły w bierne ustalenia. Droga zakonu jest wymoszczona gwoździami i ostrością. Prowadziłem się umiarkowanie niezdrowo. Biorąc pod uwagę leżące i lśniące możliwości eksploracji głębi.

MŁODY MICHAUX

Moim przekleństwem jest niemoc postawienia się obłędnej potrzebie syntezy fragmentów i komponowanie elementu garderoby zszytego ze szmat.

JA JUŻ NIECO BARDZIEJ KRYTYCZNY

Mnie z kolei cieszy wprost wyeksponowana autoteliczność zakładająca zainteresowanie. Choć wiemy przecież, że takie zabiegi służą maksymalizacji spektrum odbioru podczas rodzinnych wycieczek tutaj. Raczej „samotnych”. Ale rodzinnie samotnych.

W takich chwilach dzwoniliśmy po Opis Przyrody, dzisiaj też wystukamy jego numer i dowiemy się, co ma na stanie ten diler frazy. Halo? Halo? Elo, to ja, Pułka, miałbyś obstawić jakiś opis w konwencji „Opisów Przyrody” Sendeckiego? To zajebiście, lajtowo. Maila masz. Pozdro. Piętnaście minut czekania. I oto i opis:

Uprząż fanatyzmu wybieliła maskę: trzewik postaci uwiera, lecz nijak nie można wypłukać plam (kran jest zbyt daleko). Swobodne karanie repertuaru albo „Poznajecie tę Panią?” – wystawy promieniują kością wyglądającą jak przedłużenie biletu miesięcznego w wolnostojącym automacie. Przytoczmy Wróblewskiego:

PAN SPOLIK Coś w tym z pewnością jest.
MATKA Jakiś istotny znak, to prawda.
PAN SPOLIK Inaczej rozpłynąłby się jak lodowa rzeźba.
MATKA Pozostałby sam.
PAN SPOLIK Jak pomnik.
MATKA Pozbawiony przyjaciół i opiekunów.
PAN SPOLIK Nieruchomo zapatrzony w niebo.
MATKA Ale na szczęście temu zapobiegliśmy.
PAN SPOLIK Nie było innego wyjścia.
MATKA Nasza silna wola.
PAN SPOLIK W ostatniej dosłownie chwili.
MATKA Ponieważ szybko zareagowaliśmy.
PAN SPOLIK Ludzie niepotrzebnie czekają do końca.
MATKA I przez to tylko tracą. A my podjęliśmy decyzję.
PAN SPOLIK Ponieważ nie było czasu do stracenia.
MATKA I możemy być teraz z tego powodu dumni.
PAN SPOLIK Coś w tym z pewnością jest…
MATKA Jakiś znak?

Widzimy bowiem. Pustoszejące hangary wołają o wodę, wiatr opóźnia włącznik. Oferty, którymi posługiwaliśmy się w dzieciństwie, zawodzą jak promocyjna cena, jak „połączenie” z „przewodem”. Ukrop i żar leją się przez lejek. Przypuśćmy, że fanatyzm jest piłeczką wrzuconą w sweter i że w tym swetrze trzeba spędzić cały dzień udając, że piłeczki nie ma, że ani ani się jej nie czuje. Albo taka epifania: spacerując po Warszawie z Andrzejem Szpindlerem, natknęliśmy się na maleńką galeryjkę sztuki, której „kuratorka” nie miała pojęcia o Andrzeju Wróblewskim. Przypadkowa zbieżność? Nie sądzę.

Dodać do zalewy poszatkowane deseczki, bo dogranie wyczarowanego złomu wystarczyło jedynie na pominięcie drutów. Barak okalały klęczące figury. Postanowiliśmy szybkim krokiem zbiec zza wyłomu i paść, robiąc w locie kilka pompek. Owoce wylęgały na światło dzienne, powoli zapełniając pachnące drewnem skrzynki. „Wyjmij kieszeń z noża!” zawołała Format. „Już, już, momencik!” odpowiedział Pomoc.
Widzimy bowiem układ, jaki tworzą koleiny pozostawione wewnątrz kościoła:

– Plumkają żabki swobodnego wejścia. Trójka kołysze i zapada w pamięć, jak zakładka w książkę wpada, by po chwili wyczarować dwójkę tańczącą na samym tylko brzegu, brzeżku stołu. Biodra oparte o dłonie, aż dziw, że nie wypadną z łożyska miednicy.
– W miednicy myliśmy najmniejsze dzieci. Moje rodzeństwo było liczne i nieskore do żartów. Wszyscy z poważnymi minkami czekali na swoją kolej. Matka brała delikwenta w prawą rękę, lewą dzierżąc mydło. Płukała myśli długo i swobodnie.
– Plumkają żabki swobodnego wejścia. Dwójka przestaje dawać radę, patroszy koło „przejścia i wyjścia” z taką niezdarną siłą, że patrzący z klęczek powstają i biegną, co sił w krzyku, by tylko domyć barwnik przemierzający ręce.
– Matka brała w ręce i nie wypuszczała, przepuszczając wodę przez sito kanałów i kanalików wyrzeźbionych w jej naskórku przez najmniejsze dzieci.

Podnoszą się trąbki podchodzenia. Idąc w głąb Sali, dostrzegamy już lekko pijaną Wokal, jak tańczy przy oknie, co chwilę wznosząc w górę toast.
– Gdzie jest Repertuar?
– Nie mam pojęcia, sprawdźmy tamtego Murzyna.
– Nie, nie – popatrz!

Repertuar wyglądał jakby wypił dwa tuziny nawigacji, przepalając je 23`ką. Format nastąpił mu na odcisk i zagwizdał w ucho. W uchu rozległa się kobieta, a groch pęczniał i pęczniał. Niskie jak elektryczność popędy kupczą warzywami. Jeśli przyjmiemy za pewnik, że pałka i kijek są narzędziami w rękach nieobecnych, jest duże prawdopodobieństwo, że obudzimy się sami, a pokój będzie prosił i falował. O tym mówi Gnejusz Newiusz, porównując hipotetyczny antykwariat do tabunu elektrycznych ptaków zawieszonych na żerdzi przez kominiarza. „Towards a Poor Theatre” traktowana jako niezbędny do uruchomienia koła przycisk – zawodzi, lecz pozwólmy jej w pełni wybrzmieć, przywołując Grotowskiego: Peter Brook potknął się i wysypał pracę; później biegał i pęczniał jak rozległy groszek.
W odległości od Repertuaru wybrzmiewał pisk pokryty zwierzęciem łudząco podobnym do kuny. Przypatrzyliśmy się z bliska. Wydumanie „arbaty” i kolejności posągów wzmogło panującą dookoła ciszę. Nikt nie śmiał podnieść nogi, nikt nie odważyłby się zapukać do kolana i czekać na zysk. Przewieszone przez kitarę struny nie reagowały, radio nie grało, firany zasmuciły się wielce patrząc na błyszczące Centrum. Plan przemielił molo i wyłożył nim luki w boazerii. Dziara wschodzi na miejsce reklamy.
Plumkają żabki i story nań zawieszone. Historia kładzie koleiny i pisze połączenie. Centrum jest wypolerowane jak krawędź szyny: kwadracik z podwiązką. Wyświetlamy tylko opozycję. Repertuar wznosi toast i klaszcze utargiem. Wokal pamięta takie zdanie z dzieciństwa, stosunkowo często wypowiadane przez ojca: „Raz w roku nawet grabie strzelają”. Podnosi drinka i wymierza go prosto w nasze uszy. Równocześnie. Pomoc i Format wybierają owoce na targu. Przyglądają się badawczym wzrokiem gruszkom, śliwkom i jabłkom. Nacinają owoce maleńkim nożykiem ukrytym w mankiecie. Za skrzynkami pełnymi dobrodziejstw natury stoi Wokal i pilnym wzrokiem patrzy na elektryczność.

– Była tutaj zanim jeszcze postanowiłem pooglądać program. Grzmi od czasu do czasu, po czym wyciera do pełna i pakuje na tylne siedzenie. 

Wszystko się ładnie ze sobą wyjaśnia i nie powinno nas to w żadnym razie cieszyć. Znajduję się teraz w niekomfortowej pozycji. Bolą mnie plecy, jak jakiegoś pianistę albo Julkę. Ważne, że będzie można poczarować z czasowością, tj.: co rządzi przywoływaniem konwencji, co prawda naprędce zbijanych młoteczkiem, ale zawsze organizujących sporą sferę uczestnictwa w tekście. Złapałem pracę w kinie. Będę rwał bilety i stanę się negatywnym bohaterem wiersza „Bilet” Wiedka. Przytoczmy:

Bilet

co można? można coś
dostać albo gdzieś
pojechać innych
możliwości nie ma

w ostateczności nagrodą
jest bilet który trzeba
będzie oddać do
przedarcia komuś

kto na ten seans
już od dwóch albo
trzech tygodni mógł
wejść za darmo

Kraków, 21.1.02

Jest jeszcze jeden utwór Wiedka z motywem biletu, ale to tylko wers: „W kieszeni mam już cztery niesprawdzone bilety.”

Czcioneczki tańczą, i dobrze. Chyba powinienem przypalić albo przyciągnąć. Na co się zdecydować? Zaprzęgnijmy do tego naprędce wymyślonych bohaterów:

HOLOCAUST MIENIA

Co jak co, ale ksywka mi się udała. Celę sobie przysposobię. Plakaty przywieszę. Z gołymi dupami.

MIECZYSŁAW „BAKUŚ” MALINOWSKI

Ty, człowieku, powiedz, ale szczerze; piłeś albo ćpałeś zanim tu trafiłeś?

HOLOCAUST MIENIA

Lubiłem smażyć grass i zjadać szczury z białka.

MIECZYSŁAW „BAKUŚ” MALINOWSKI

Kolejny głos w nierozstrzygalne pytanie! Może inaczej, bo skoro już dwa levele za nami: decyzja: ćpać oraz decyzja: obydwie substancje. Pytanie zawężone: co najpierw?

HOLOCAUST MIENIA

Ja bym najpierw nakreśliła troszkę proszku. I lufa po dwudziestu pięciu minutach.

Wspaniale, wspaniale. Lecimy z realizacją:

szybkisenwykonanyjakfotelwygodnyrefleksją

I poszło. Aż sobie pozwolę z tej strony,
Na moment. Niepotrzebnie zwiększa
Nieistotne rozmiary
Jak buty na wagę kupione podczas cienia
To właśnie dykcja brytyjska
Wypluj to! – angielska

Możemy teraz swobodnie wrócić do omawianych w pewnych momentach kształtów stanu uczuć i światopoglądowych kostiumów. Nie drażni cię, że jaźń jest taka bezdomna? Piątka dla Szczepana za przejęte hasło. Ja na przykład mam wygodnie, to wiele zabiera, ale rekompensuje pojedynczym „bezpieczeństwem”, o jakie się rozchodzi, gdy nas przygotowują do pracy. Znowu ten przerażający okres, jakim było nasze dzieciństwo spędzone w poważnym oderwaniu od spraw świata tego. Oczywiście na opak, ale żeby. Kiedy się w wieku dziewiętnastu lat pierwszy raz wyprowadziłem z domu, czułem nieustającą gorączkę zabawy i radości. Moje pobory wcale nie były skromne, dysponowałem też nie wiedzieć gdzie nabytym sprytem i wówczas wiernym mi szczęściem, toteż dni mijały mi na grze w psychodeliczno-euforyczne simsy, których nowatorskim celem było doprowadzenie postaci do krawędzi rozkoszy albo na równiny uśmiechu. Łukasz tylko od czasu do czasu przyjeżdżał, a ja byłem pochłonięty swoim małym pokoikiem, zagadnieniami poezji w towarzystwie koruta i browara oraz ówczesną, porządkującą wszystkie dziedziny mojego życia, dziewczyną. Pewnego dnia namówiłem ją na pixy, legendarne już dzisiaj „białe serduszka”. Byłem wówczas urodziwym młodzieńcem, więc chętnie poddałem się jej fascynacji ciałem, komplementowałem w odpowiedzi na zachwyty dotyczące mojego fizys i pokazywałem świat bani MDMA od najbardziej epifanicznych momentów: kąpiel, seks, papierosy. Trzy paczki spaliła Madzia. Oprócz dedykacji z „Mixtape`u” i kilku wierszy z Madzią w tle w tymże tomiku, napisałem jeszcze kiedyś pamiętnikarski wyimek z tamtej rzeczywistości. Był 2008 rok, dostałem stypendium twórcze od prezydenta i postanowiłem rozjebać te osiem koła w przeciągu miesiąca. Udało się przy aktywnej asyście Madzi. Wspomnijmy tamte czasy:

http://cycgada.art.pl/?p=736

Na drugich pixach (Madzia zawsze brała tylko jedną, bo ma 152 cm wzrostu, ja brałem zawsze dwie, choć ważyłem wówczas około 65 kg przy 181 cm wzrostu. Dzisiaj ważę prawie sto, ale czuję się równie dobrze.), a były to kurewsko mocne AP, zabrałem Madzię na plac zabaw, do piaskownicy. Nieopodal mojego pokoiku stał całkiem popularny wśród najmłodszych mieszkańców dzielnicy Grzegórzki plac zabaw. Często nieświadomie waliłem pedofila, pijąc piwo bez koszulki na trzepaku na wprost huśtawek, dopiero mi Michał Lenda uświadomił, jak to wygląda. Michał Lenda mnie wtedy odwiedzał i ja również go odwiedzałem. Ale nie bakaliśmy dużo. Bronki łoiliśmy. Kiedyś próba minimetrażu w konwencji spaczonej undergroundem reklamy:



Ale zacząłem o drugich pixach Madzi, po których naszły ją z miłości do świata przedstawionego myśli promacierzyńkie. Przyjąłem je ze zmieszanym uśmiechem i trwogą wobec narkotyku. Co jakiś czas odwiedzał mnie też Michał Dzieciuchowicz. Z nim chodziłem po pijaku do kościoła, który się mieścił parę kroków od pokoiku. Nie profanowaliśmy, szpilkę wbijaliśmy. Po korut jeździłem wtedy albo do Koziego albo do Kowalika. W „Mixtape`ie” są na końcu podane daty powstania i „Kozi – Kowalik”, bo kursowałem między Śródmieściem a Wieczystą i Parkiem Lotnictwa. Często brałem tylko połówkę i czytałem wiersze. Czytałem wtedy dużo wierszy.

Opowiadanie „Po obiedzie” zostało już wydrukowane w 2008 roku w piśmie „Odra” z niekorzystną wersją zakończenia, co jednakże nie przeszkadza rozkminiać strukturę czasowości, co jest podstawowym zagadnieniem tego skrawka prozy. Głaszczę się myślą, że w stosunku do Karola Irzykowskiego jestem – tym powstającym właśnie utworem – miłą porcją tabaki, którą częstuje go w zaświatach jakiś poczciwy akolita. Szymek Szwarc powiedział, że „Pałubę” koniecznie, ja z wielką radością obszerny wstęp do niej i żal mi zaczynać czegoś, co albo wykarczuje we mnie ochotę do pisania, albo przeciwnie – porwie mnie w jeszcze dalsze, mroczniejsze rejony studiów nad bieżącą podmiotowością i jej właściwościami metodologicznymi. Trzeba zajechać odpryskiem z reala: jest 06:03, ja wciąż uprawiam uciążliwą pozycję siedzenia, za moimi plecami śpi Maria. Renesans uczuć do Marii. Mogę to tutaj napisać. Zdecydowałem jednak zadedykować „Cennik” Marii, bo jej udział w tej książeczce jest obszerny. „Powinnością liryki krząta się od wczoraj.” – jak to sobie wykoncypowałem.

Oddzielenie.

Kroki na strychu zajęte płomieniami nie mogą odebrać.

Odłóż telefon do bazy.

Teraz sobie skurzę zieleń.

Tomasz Pułka

(1988) Autor czterech tomów wierszy: "Rewers" (Mamiko, Nowa Ruda 2006), "Paralaksa w weekend" (Portret, Olsztyn 2007), "Mixtape" (Staromiejski Dom Kultury, Warszawa 2009), "Zespół Szkół" (Korporacja Ha!art, Kraków 2010) oraz współautor ""Biuletynu poetyckiego. Kryzys" (Korporacja Ha!art, Kraków 2009). W przygotowaniu książki poetyckie: "Cennik", "Autarkia" i "bród" oraz tom narkoprozy pt. "Vida Local". Ostatnio mieszkał w Krakowie i Wrocławiu. Zginął tragicznie 9.07.2012.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!