Sentymenty pragmatysty. Książka tradycyjna wobec tekstu internetowego

W niniejszym tekście zamierzam zastanowić się nad sensem utrzymania się na rynku książek drukowanych w sytuacji, gdy postęp technologiczny coraz bardziej przemawia za publikowaniem tekstów w formie cyfrowej. Na tę okoliczność proponuję urządzić interpretacyjną zabawę, w ramach której pewien tekst literacki opublikowany w formie tradycyjnej najpierw zinterpretuję w kontekście medium papierowego, w jakim się ukazał, a potem wyobrażę sobie, że opublikowano go w Internecie, odpowiednio modyfikując interpretację. Pomijam tu problem ściągania ewentualnych opłat za dostęp do zamieszczanych w internecie tekstów – nad tym niech namyślają się ich potencjalni, wirtualni wydawcy. Obiektem moich zainteresowań będą wyłącznie różnice między sposobami recepcji stymulowanymi przez publikację tradycyjną i cyfrową.

Tekstem, który wykorzystam, będzie książka Mikołaja Łozińskiego o wielce wymownym tytule: Książka. Zdaję sobie sprawę, że transponując w wyobraźni Książkę na medium wirtualne postępuję nielojalnie względem twórczego zamysłu autora. Kto jednak powiedział, że muszę być lojalny?

Chciałbym też zaznaczyć, że jako faktu przemawiającego za przetrwaniem książki papierowej nie postrzegam dokonań twórców parających się liberaturą, która, mimo że z wielu względów ciekawa, to większości czytelników jawi się raczej jako zawracanie głowy. A to większość decyduje o funkcjonowaniu rynku literackiego w określonej postaci.

Książka drukowana przetrwa albo w postaci współcześnie typowej (czyli tomu), albo wcale.

Podręcznik małego pisarza – czyli jak napisać Książkę?

Książka to historia trzech pokoleń rodziny Łozińskich opowiedziana przez pryzmat przedmiotów, które za sprawą swoistych wyimków ze zwykłego życia prezentowanych w kolejnych rozdziałach kojarzone są z poszczególnymi jej członkami. Zwykłe rzeczy typu szuflady, zeszytu, pistoletu, czy fifki uwznioślone przez Łozińskiego niemalże do rangi artefaktów rodzinnej tradycji pełnią na płaszczyźnie kompozycyjnej Książki funkcję emblematyczną. W ogólnym schemacie całości Książki każdy z nich reprezentuje określony wątek obrany na oś kompozycyjną danej całostki, skupiającej się na portretowaniu konkretnej osoby. Układ relacji międzyludzkich przekłada się więc na układ relacji między przedmiotami, których nazwy uczynione tytułami rozdziałów zastępują nazwy stosunków pokrewieństwa.

Emblematem służącym Mikołajowi Łozińskiemu do włączenia siebie w obręb tej przedmiotowo-rodzinnej konstelacji jest tytułowa Książka. Ta sama, którą trzyma przed sobą czytelnik w momencie lektury i proces pisania której podczas tej lektury śledzi. Łoziński wprowadza do tekstu swoje literackie alter ego, które sytuuje niejako na marginesach świata przedstawionego i czyni osią metaliterackiego dylematu, rozdzierającego je pomiędzy harmonijnym współistnieniem z innymi postaciami a koniecznością kształtowania ich tekstowych osobowości na drodze aktu pisarskiego. Z jednej strony, wpisany w tekst Mikołaj Łoziński jest współuczestnikiem opisywanych wydarzeń – jako ich aktor bądź też osoba referująca cudze opowieści o nich. Z drugiej zaś strony, w rozdzielających poszczególne rozdziały intermediach zaznacza swoją nadrzędną wobec pozostałych postaci pozycję selekcjonera opowieści decydującego o tym, które fragmenty z historii rodziny przekazane zostaną czytelnikowi po przekształceniu ich w literaturę, a które zostaną przed nim zatajone. Za sprawą rozsianych po Książce napomknięć o tych innych, nieopisanych wydarzeniach, sygnalizuje się, że na tło opisywanych historii składa się warstwa prywatności, do naruszenia której czytelnik nie dostanie upoważnienia. Intermedia są też partiami Książki, w których występującym w kolejnych opowiadaniach postaciom ich tekstowy syn, wnuk, bądź brat demiurg udziela audiencji. Pozwala im on wówczas zastrzec, których partii swojego pozatekstowego życia nie chcą widzieć przekształconych w opowieść, pozostawiając je w formie napomknięcia, np.

TATA:
– Synku jest jeszcze jeden przedmiot, o którym masz nie pisać.
– O nie. Jaki?
– Legitymacja partyjna mojego taty. W 1968 roku wezwali go na przesłuchanie. […] Ale czemu nie oddał wtedy legitymacji? […] Nie jestem w stanie go zrozumieć. Dlatego mam alternatywną wersję, którą wszystkim opowiadam. […] Niech ta wersja zostanie. Po prostu bardziej mu się należy.

Wyobraźmy sobie teraz, że Łoziński opublikował Książkę w Internecie, na portalu Drzewogenealogiczne.lozinscy.pl/ksiazka (czy jakoś tak) – tak afiszując w sieci literackość zawartych pod tym adresem treści, aby w obliczu biograficzno-dokumentalizującej stylistyki nikt nie podważał wartości artystycznych przypisywanych projektowi przez autora. Przypuśćmy też, iż rzeczywiście nikt ich nie podważa (w Internecie, owszem, każdy protest jest możliwy, ale ta kwestia nie jest w niniejszym tekście istotna). Emblematyczne nazwy przedmiotów pełniłyby tam funkcję odsyłaczy do stanowionych przez kolejne rozdziały baz danych z beletryzowanymi informacjami na temat poszczególnych postaci.

Skoro powiedzieliśmy A, powiedzmy też B. Wyobraźmy sobie, że wpisujemy podany wyżej adres w wyszukiwarkę. Na ekranie pojawia się strona przypominająca okładkę wydania rzeczywistego – tzn. drewniane, częściowo odsunięte szuflady wypchane „sztabkami” liter. Odnośnik mamy na razie tylko jeden, lecz stosunkowo duży i umieszczony centralnie: „KSIĄŻKA”. Klikamy na niego. Odsyłacz pozostaje w centrum, ale zmniejsza się. Dookoła niego w różnych odległościach symbolizujących stopień pokrewieństwa lub emocjonalnej zażyłości pojawiają się pozostałe odsyłacze: „ZNAK”, „OKULARY”, „PISTOLET”, „KLUCZE” itd. Z ewentualnymi, poczynionymi mniejszą czcionką podpisami typu „mama”, „tata”, „brat”, „babcia” itd. – żeby jeszcze przed lekturą wiadomo było, o kim będzie historia.

Znajdujemy się wewnątrz Książki, a schemat widziany na ekranie odzwierciedla porządek narracyjny nadany przez autora wydaniu oryginalnemu. Jeśli przyjęliśmy, że pod odsyłaczami znajdują się podpisy, to pod odsyłaczem „KSIĄŻKA” zobaczyć teraz możemy „Mikołaj Łoziński”, a jeszcze niżej, jeszcze mniejszą czcionką – „brat/wnuk/syn”. Naciskając na ten odnośnik, poproszeni zostajemy o podanie hasła administratora. Tutaj bowiem znajdują się historie, w przypadku których postaci występujące w Książce wystąpiły do administratora o utajnienie przed osobami z zewnątrz (spoza tekstu czy spoza rodziny?). Czytelnik jako osoba nieposiadająca hasła może jedynie zaznajomić się z listą „wątków zakazanych” wyświetlającą się teraz pod okienkiem logowania, a składającą się z informacji, które w wydaniu rzeczywistym zawarte były w przerywnikach tekstowych (intermediach) oddzielających poszczególne rozdziały.

Zastanówmy się chwilę nad nowymi możliwościami interpretacyjnymi otwieranymi przez wyobrażony powyżej sposób opublikowania Książki. Otóż, należałoby wymienić dwie, z których pierwsza wydaje się skorelowana z przestrzenią Internetu ściślej od drugiej, odnoszącej się do ogólnej charakterystyki tekstów utrwalanych w formatach cyfrowych.

Pierwszą nową możliwość stanowi większa niż w przypadku wydania książkowego swoboda czytelnika w manipulowaniu schematem konstrukcyjnym łączącym poszczególne całostki tekstowe. Nie chodzi o samo zaburzenie chronologii lektury, na co z racji braku przyczynowo-skutkowych powiązań pomiędzy rozdziałami tekst Łozińskiego zdaje się przyzwalać. Do tego wystarczyłoby wziąć do ręki rzeczywistą Książkę i zacząć ją od końca lub od środka bez konieczności transponowania całości na medium internetowe. Mam raczej na myśli możliwość płynnego przeskakiwania między perspektywami opisu. Szansę na to, że po kliknięciu na odsyłacz do kolejnych postaci zobaczymy schemat relacji wewnątrzrodzinnych stawiający w centrum je, a nie ich brata/wnuka/syna, oraz że zamiast czytać tylko historie opowiedziane z jego perspektywy poznamy też te snute z perspektywy ich. Oczywiście, w obecnej swojej objętości Książka nie byłaby w stanie zapewnić tekstowego materiału w takich ilościach, jakiego ten zabieg by wymagał, i konieczne byłoby znaczne jej rozbudowanie. Łoziński nie sili się bowiem na to, by pisząc, wejść w cudzą skórę. W żadnej historii nie dopuszcza do głosu perspektywy innej niż własna, a pozostałe postaci (nie zapominajmy, że w Książce jest on nie tylko instancją piszącą, ale też wśród innych przez siebie opisywaną) jawią się w swej tekstowej kondycji jako ubezwłasnowolnione przez jego poznawczy autorytaryzm (zawieszany tylko podczas wspomnianych „audiencji” w intermediach).

Skoro jednak pozostajemy w sferze wyobraźni, przypuśćmy, że konieczne uzupełnienia w treści zostały poczynione. Czytelnika dopuszczałoby się wówczas do pełniejszej interakcji z tekstem, pozwalającej mu brać z tekstu tylko najbardziej interesujące go bądź przemawiające do niego wątki i perspektywy, z których następnie konstruowałby własne ciągi narracyjne. Każdy lekturowy wybór wynikający z tego typu interaktywności z tekstem, motywowany aktualnymi potrzebami żywionymi wobec niego przez czytelnika, w jakiś sposób determinowałby wybory kolejne. Wymowa tekstu, zmieniając się z perspektywy czytelnika, w różny sposób korelowałaby z jego intencjami, które, w wyniku wyborów powziętych wcześniej, również ulegałyby modyfikacjom. Książka ze zwartego tekstu w określonej postaci przekształciłaby się w ten sposób w interaktywne pole do popisu dla lekturowej kreatywności. Funkcjonujący w Internecie tekst unosiłby się w przestrzeni wirtualnej, której fizyczna nieokreśloność przydawałaby mu cech medium interaktywnego. A raczej quasi-interaktywnego, bo nie dochodziłoby przecież do rzeczywistej wymiany informacji między tekstem a czytelnikiem, lecz tylko do manipulacji przez tego drugiego gotowym materiałem tekstowym (zob. P. Sitarski, Rozmowa z cyfrowym cieniem. Model komunikacyjny rzeczywistości wirtualnej, Kraków 2002).

Drugi sposób, w jaki przeniesienie Książki na medium internetowe poszerzyłoby stymulowaną przez nią perspektywę narracyjną, jest bardziej abstrakcyjny od zarysowanego powyżej, lecz kto wie, czy nie donioślejszy z filozoficznego punktu widzenia. Dotyczyłby zaś teoretycznych konsekwencji przeniesienia w cyberprzestrzeń metatekstowego dynamizmu Książki. Mianowicie, napięcie między lekturą a wmodelowaną w tekst symulacją tworzenia go „na gorąco” wzbogacone zostałoby o aspekt nadbudowywania tekstu Książki nad systemem znakowym przestrzeni, w której jako tekstowi internetowemu przyszłoby mu funkcjonować.

O co właściwie by chodziło, najłatwiej zrozumieć w oparciu o słynne stwierdzenie Jacques’a Derridy z książki O gramatologii, że „nie istnieje poza-tekst”. Odnosząc się do sposobu, w jaki znaczenia słów służących nam do opisu rzeczywistości determinowane są przez kontekst znaczeniowy słów je same definiujących, prowadzi to do wniosku, że niemożliwe jest przypisanie żadnemu aspektowi rzeczywistości znaczenia stałego, które w obliczu płynności językowego i kulturowego kontekstu pozostałoby nienaruszone. Użyte w kontekście świata empirycznego (namacalnego zmysłowo) owo stwierdzenie z oczywistych względów musi być wzięte w cudzysłów, bo siatka znaczeniowa, w jaką łapiemy świat podczas procesu jego percepcji i rozumienia, nie ma przecież wpływu na fizyczną strukturę tego świata.

W przypadku tekstów internetowych – jak też wszystkich innych, które zapisywane są w formatach elektronicznych – owo zastrzeżenie znika. Uruchamiając plik tekstowy na komputerze, czy też czytając zawartość strony internetowej, operujemy w świecie, w którym nie tylko czytany przez nas tekst, ale też wszystko poza nim dosłownie ma charakter znakowy. Począwszy od kursorów będących wirtualnymi przedłużeniami naszych rąk, poprzez okienka, w których otwieramy teksty i strony internetowe, aż po litery składające się na czytane przez nas teksty – wszystko powołane zostało do istnienia za pomocą ciągów zero-jedynkowych i języków programowania, które my humaniści znamy tylko ze słyszenia. A przecież fizycznie to wszystko nie istnieje. Jeśli już, to najwyżej jako gra świateł na ekranach monitorów.

Postrzegana z perspektywy tekstowej cyberprzestrzeń jest ontologicznym palimpsestem, w którym różne płaszczyzny tekstowych bytów oddzielone są od siebie tylko systemami kodowania znaków. Osadzana w niej literatura pierwszy raz w swojej historii dostaje więc szansę zmierzenia się z sytuacją, w której rzeczywistość, w jakiej przyszło jej funkcjonować, tak jak ona sama jest nie-rzeczywista.

Są takie rzeczy, których w necie się nie da

Przeszkodą blokującą elektronicznym i cyfrowym nośnikom literatury drogę do dominacji nad książką tradycyjną jest swoista kultura czytania narosła wokół książek jako przedmiotów. Rozmawiając z osobami różnych profesji i o różnym doświadczeniu czytelniczym, często słyszy się opinię, że czytanie książek zapisywanych w formatach elektronicznych odziera literaturę z uroku towarzyszącego jej wówczas, gdy lekturę utożsamiamy z wodzeniem wzrokiem po zapisanych atramentem stronicach i z nieznaczną chropowatością papieru, odczuwaną za każdym przewróceniem kartki. Nie ma się w tym przypadku z czego śmiać, twierdząc, że jest to objaw zacofania. Postawa taka jest raczej efektem uzasadnionej obawy przed zanikiem kultury koncentracji, a w efekcie również umiejętności odczuwania w stosunku do literatury pewnych emocji.

Pisząc Książkę, Łoziński z fizycznego kontaktu z nią uczynił faktyczny wyznacznik wartości literackich. Będąc odnośnikiem do wewnątrz-tekstowej sytuacji Łozińskiego jako autora i narratora, tytuł „Książka” zamyka w sobie spektrum wplatanych pomiędzy postaci emocji, takich jak miłość, niechęć, sympatia, oddanie, a czasem i żal – które wszystkie przenikają przez niego jak przez pryzmat nadający im literacką formę. Jednocześnie, odnosząc się do książki jako do przedmiotu trzymanego w rękach przez czytelnika oraz książki, której spisywaniu świadkują na przestrzeni metatekstowej akcji wszystkie występujące w niej postacie, tytuł jest emfazą łączności między światem literackim a czytelnikiem. Trzymając w rękach książkę, czytelnik trzyma w istocie świat, który w czasie lektury jego wyobraźnia obiera sobie za dom, oraz postaci, których życiem podczas tej lektury żyje.

Publikacja tekstu literackiego na nośniku elektronicznym wywołuje zmianę porządku percepcji, którą jeszcze przed powstaniem internetu spróbował opisać Marshall McLuhan w Galaktyce Gutenberga. Odchodząc od druku jako głównego sposobu przekazywania wiedzy o świecie, porzucać mamy, według niego, krąg szczegółowego, dyskursywnego namysłu, ale też myślenia linearnego, każącego nam sądzić świat w całej jego okazałości. Rozpraszając swoją percepcję pomiędzy bodźce z mediów elektronicznych, zyskiwać mamy ogląd bardziej panoramiczny, utrudniający jednak dogłębny namysł, a czasem powodujący wręcz ogłupienie. McLuhan zawarł jednak w swojej książce interesujące stwierdzenie, że „każda technika, którą człowiek stworzył i „wydał z siebie”, w pierwszym okresie interioryzacji przytępia jego świadomość. Być może więc doczekamy się jeszcze stanu świadomości, w którym nasze możliwości percepcyjno-analityczne ewoluują do stopnia, pozwalającego nam łączyć panoramiczne przyswajanie informacji z jednoczesną dogłębną ich analizą. Z punktu widzenia niniejszych rozważań rzeczywisty problem leży gdzie indziej.

Odrzucając książkę „fizyczną” jako konieczny i jedyny nośnik dla literatury, powtarzamy w istocie rzecz, z którą McLuhan piętnował kulturę druku w stosunku do kultury średniowiecznej, narosłej wokół sztuki skryptorskiej. Tak jak wraz z wynalezieniem druku zlekceważyliśmy sztukę średniowiecznej kaligrafii, sprowadzając ją do rangi zbędnego ozdobnika, tak teraz lekceważymy fizyczny aspekt książki jako zbędną przeszkodę w nieograniczonym udostępnianiu jej treści poprzez sieć. Pięćset lat temu fakt zbagatelizowania przez nas metod kształtowania i ozdabiania liter jako dróg do indywidualizowania perspektywy w oglądzie rzeczywistości zamknął naszą kulturę w nieustannie zapętlającej się przestrzeni dyskursywizacji, każącej nam przyjmować do wiadomości tylko tę wiedzę i spostrzeżenia, które dawały się przedstawić w formie zwartego wywodu. Teraz, przyklaskując przenikaniu literatury na nośniki wirtualne, w istocie potwierdzamy wypowiedzianą wówczas deklarację, że interesuje nas, co literatura ma do przekazania, a nie to, jak. Przy czym w obu przypadkach określenie „jak” odnosi się nie do języka – jak zwykło się przyjmować – lecz do tego, co w samym języku można jedynie zasugerować, ale nie w zupełności wyrazić. Do zmysłowego kontaktu z książką jako taką.

Wśród psychologów i socjologów rozpowszechniony jest pogląd, że w rzeczywistości Internetu i bytów wirtualnych niemożliwa jest żadna zażyłość, która nie byłaby jedynie nieograniczoną projekcją na drugą osobę własnych o niej wyobrażeń (zob. np. U. Jarecka, Wirtualne więzi w globalizującym się świecie, w: Kultura w czasach globalizacji, pod red. M. Jacyno, A. Jawłowskiej, M. Kempnego, Warszawa 2004). A co z hermeneutyką literacką? Czy w sytuacji, gdy nawiązując w internecie nowe znajomości, przekształcamy pulpity naszych komputerów, okienka dialogowe do obsługi czatu i przeglądane mimochodem strony internetowe w prywatne interfejsy ponadterytorialnego przypinania innym klasyfikujących łatek, możliwe jest nawiązanie intymności z tekstem? Co z tradycją metafizycznego kontaktu z literaturą, każącą traktować akt lektury jako wyjście poza ograniczenia własnej osobowości, a trzymaną w rękach książkę jako artefakt, rozchylający wrota naszej samoświadomości szerzej niż wydawało nam się to możliwe? Czy nie rozpłynie się ona w cyberprzestrzeni?

Nie wyobrażam sobie, że degradację książki papierowej można powstrzymać, tak jak nie można było powstrzymać wyparcia kaligrafii przez druk. Nie wydaje mi się nawet, żeby było nad czym płakać. Szkoda drzew i miejsca na półkach, zważywszy, że do większości książek, z którymi miało się styczność, zagląda się tylko raz, czasem przelotnie, rzucając je następnie w kąt i przeważnie zapominając nawet, jaki miały tytuł. Sądzę jednak, że stopień samoświadomości, wykazywany współcześnie w refleksji o świecie uczestników kultury, pozwoli wziąć postęp technologiczny w karby. Choć znakomitą większość tekstów czytać będziemy na tabletach bądź w Internecie, to każdy z czytelników mieć będzie kilka książek dla siebie szczególnych, które na jego specjalne zamówienie dostarczone mu zostaną w formie papierowej. Tak, aby nie tylko mógł je przeczytać, ale też poczuć. Gdyby ich również fizycznie przy nas zabrakło, byłby to znak, że pora samemu podpiąć się do kabla i przenieść w cyberprzestrzeń, poszukując ich bliskości tam, gdzie wcześniej zostały przez nas zesłane.

Mikołaj Łoziński, Książka

Paweł Rutkiewicz

(1987) Prozaik i krytyk literacki. Absolwent Uniwersytetu Łódzkiego i doktorant na Wydziale Filologicznym tej uczelni. Studiował również, w ramach programów stypendialnych, na uczelniach w Poznaniu (UAM) i Dreźnie (TU Dresden). Stypendysta MNiSW w roku akademickim 2010/2011. Publikował m.in. w Zagadnieniach Rodzajów Literackich, Opcjach, Odrze, artPapierze i E-Splocie. Pochodzi z Kielc.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!