Przełamać zwyczaje gatunku

Kiedy na profilu społecznościowym starasz się wyjść w stronę perspektywy międzygatunkowej, od razu napotykasz opór. Nie mówię tu o przedstawicielach twojego światopoglądu, ale o głosach większości społeczeństwa. Bo okazuje się, że ta większość przebija się nawet do twoich znajomych w mediach społecznościowych.

Jest sporo takich barier i przesądów, które utrudniają zmianę paradygmatu i rozpowszechniają się nawet wśród ludzi myślących racjonalnie i odznaczających się chociaż odrobiną empatii. Spójrzmy przynajmniej na niektóre z nich. Znajdziemy je z łatwością w potocznym myśleniu mieszkańców nadwiślańskiego Mordoru.

Walka gatunków jest naturalna

Jest taka XIX-wieczna fraszka Mikołaja Biernackiego, która przetrwała w polskiej tradycji ustnej. Brzmi tak: „Idylla maleńka taka: / Wróbel połyka robaka, / Wróbla kot dusi niecnota, / Pies chętnie rozdziera kota, / Psa wilk z lubością pożera, / Wilka zadławia pantera. / Panterę lew rwie na ćwierci, / Lwa – człowiek; a sam, po śmierci / Staje się łupem robaka. / Idylla maleńka taka”. Pogląd ten ma rzecz jasna swoje źródła w darwinowskiej teorii ewolucji, a dodatkowo zapewne w świadomości ludowej, wynikającej z obserwacji przyrody. Wyciąga się z tego dość łatwo wniosek, że i człowiek ma prawo spożywać mięso zwierząt – jest elementem „naturalnego” mechanizmu przemiany (cyklu) życia i śmierci na naszej planecie, w którym to mechanizmie poszczególne byty wymagają do życia unicestwienia innych bytów. Można takie myślenie bez problemu ubrać w jakiekolwiek szaty metafizyczne, uzasadniając owe koło narodzin i śmierci.

Tymczasem mamy za sobą rewolucję przemysłową i informacyjną, a mimo to w Polsce fraszka wciąż jakby żyła udanym życiem. Zwolennicy humanizmu potocznego zauważają na przykład, że ewolucja wykształciła w uzębieniu naszego gatunku kły, a zatem człowiek powinien spożywać mięso innych gatunków, jest do tego przystosowany i może nawet zobligowany biologicznie. Zapominają przy tym, że w epoce postprzemysłowej globalnie nadal korzystamy z „dobrodziejstw” chowu przemysłowego, zwanego przez najważniejszych intelektualistów naszej epoki „holokaustem zwierząt”. Do tego dochodzi dezinformacja (że np. niejedzenie mięsa na półkuli północnej, w klimacie umiarkowanym i chłodniejszym, przynosi uszczerbek na zdrowiu) i konflikty wartości, np. pomiędzy prawem do wolności religijnej a prawami zwierząt w przypadku uboju rytualnego. Wedle dość rozpowszechnionej opinii ubój rytualny niewiele różni się od zwyczajnego uboju rzeźnego. Tymczasem różnica jest radykalna: w uboju rytualnym zwierzę do samego końca życia zachowuje świadomość, natomiast podczas uboju rzeźnego w naszym prawie wymaga się wyłączenia świadomości zwierzęcia, gdy jest zabijane, czyli musi nastąpić coś w rodzaju uśpienia go albo znieczulenia. Obrońcy wolności religijnej argumentują, iż prawo to w rzeczywistości polskiej nie jest egzekwowane, bo władze o prawicowym rodowodzie politycznym nie zabezpieczają na to środków budżetowych. Tłumaczą się tym, że ważniejszym problemem są dla nich złe warunki życia ludzi. Wynika to z ociężałości i oporności przesądu, jakim jest

tradycyjna hierarchia istot żywych.

Źródłem takiego widzenia rzeczywistości są zapewne pochodzące z odległych czasów tradycyjne, monoteistyczne porządki metafizyczne, które konstruowały hierarchie bytów. Wedle takich hierarchii człowiek jest ważniejszy od zwierzęcia, a cierpienie istoty ludzkiej nie równa się cierpieniu zwierzęcia. Pogląd ten jest rozpowszechniony również dzisiaj, mimo bardzo wielu badań, które dowiodły, że zwierzęta cierpią przynajmniej w takim stopniu jak kilkuletnie ludzkie dziecko. Tymczasem potoczny humanizm nakazuje poważniej traktować ofiary wojny między ludźmi niż ofiary innych gatunków. Odzwierciedla się to także w prawie karnym: zabójstwo czy torturowanie zwierzęcia przynosi znacznie lżejszy wymiar kary niż wtedy, gdy ofiarą jest człowiek.

Jeszcze niżej stoją w tej hierarchii cierpiących rośliny. Chociaż może to zabrzmieć groteskowo – ich sytuacja jest szczególnie trudna. Szczególnie, ponieważ nawet obrońcy praw zwierząt żywią się roślinami i poza eksperymentami perspektywy życia bez pokarmu roślinnego są nadzwyczaj skromne. Można zostać frutarianinem, jednakże na naszej szerokości geograficznej nie należy to do zadań łatwych. Można pójść jeszcze dalej i żywić się praną, to jest energią życiową (przez wielu utożsamianą z energią słoneczną). W Polsce jest to praktyka znana nielicznym, zamknięta w hermetycznych kręgach. Jest na tyle trudną praktyką, że nie należy raczej spodziewać się jej rozpowszechnienia. Sprawę utrudnia również towarzyszące jej odium ekscentryzmu i radykalizmu, a co za tym idzie – brak społecznej wiarygodności.

Rośliny nie są w Polsce poważane. Widać to na przykładzie złej polityki państwa względem lasów, motywowanej interesami rolników i właścicieli ziemi. Widać to po licznych wycinkach drzewostanu, także prowadzonego przez właściciela państwowego i to w najcenniejszych przyrodniczo obszarach. Widać to na przykładzie rabunkowej gospodarki obszarami zielonymi w miastach, zwłaszcza w dużych aglomeracjach. W samym Wrocławiu w ostatnich latach wycięto kilkadziesiąt tysięcy drzew! Eksterminacja drzew właściwie nie napotyka żadnych barier. Władzy i większości społeczeństwa los drzew nie interesuje, a deweloperom wręcz przeszkadzają. Sytuacja jest na tyle zła, że – to swoiste szczęście w nieszczęściu – ekologiczne ruchy obywatelskie otrzymują od niedawna coraz szersze poparcie opinii publicznej. Niestety, to nie przekłada się na razie na efekt wyborów politycznych – wygrywają tradycyjne treści hierarchizujące gatunkowo potrzeby społeczne.

Drzewa to jedno, rośliny uprawne – drugie. Jest taki, anegdotyczny wręcz, problem chyba każdego początkującego wegetarianina i ekologa międzygatunkowego: jak uprawiać warzywa, nie niszcząc przy tym chwastów? Rzecz aktualnie nie do pomyślenia w przemysłowej produkcji zbóż, warzyw czy owoców. Niską pozycję roślin w hierarchii bytów potwierdzają również współczesne badania biologów, wskazujące, że rośliny nie mają rozwiniętego systemu nerwowego i nie odczuwają bólu. W to, z racjonalnego punktu widzenia, nie ma co wątpić. Chodzi jednakże o coś innego. Myśląc o świecie w czasach jego globalnej dewastacji, powinniśmy chronić wartość każdej żywej istoty, bez względu na jej pozycję w powstałej kiedyś hierarchii bytów. Byłoby to więc zadanie etyczne identyczne do celu, jaki przyświeca indyjskim dżinistom, którzy pragną żyć w przyjaźni z wszelkimi żywymi istotami i – co więcej – wierzą, że także elementy przyrody nieożywionej zawierają w sobie dusze. Tę myśl Wschodu nieoczekiwanie możemy przetłumaczyć na język myślicieli europejskiego modernizmu: uważność. To punkt wyjścia dla międzygatunkowizmu i posthumanizmu. Chodzi o uważność wobec każdego elementu rzeczywistości, zarówno żywego, jak i nieożywionego. Walka o wyzwolenie zwierząt nie powinna kończyć się zatem na nich samych, powinna prowadzić dalej, w stronę roślin, a od nich jeszcze dalej, w stronę materii nieożywionej, by finiszować na wyzwoleniu całej rzeczywistości. Odległą perspektywą czy wręcz utopią jest bowiem świat, należący w równym stopniu do każdej składającej się nań istoty.

Marcin Czerwiński

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!