Natura jako grób (o Indagacji Rafała Rutkowskiego)

1.

Indagacja

Podłączyliśmy wariograf do łąki
przestałem jej wierzyć a tym bardziej
w nią więc zwołałem kamienie co było
pod ręką i zaczynam przesłuchanie

moje pierwsze pytanie to co widziałaś
łąko i czy faktycznie w tobie siedzi
tyle przedmiotów tyle kości pokaż
co zostało po twojej rzekomej bytności

udowodnij prócz twardości że jesteś
może i cię widzę może czuję
ale czy to wszystko naprawdę wystarczy
aby uznać że istniejesz uwierzyć

i uwiecznić ciebie taką jaką jesteś
w swojej rozległości i intensywności
podłączę pod ciebie mały telewizorek
komputer i gordyjskie kable

będę tłukł cię prądem i kopał fundamenty
aż się wszystko w tobie rozpadnie
stanę się osobistym i jedynym ss manem
jaki przekona cię że nie jesteś łąką

aż sama uwierzysz w to całe płakanie
i będziesz już tylko lotniskiem
albo osiedlem parkingiem dla naszych samochodów
dla naszych dzieci nieoddychającą dziuplą

aż wreszcie zrozumiesz i ja zrozumiem
że w tobie nic już nie ma a co zakopane
to chała i ułuda marny ślad tego co teraz
i z tego też coś w tobie zostanie

i wtedy zrozumiem wreszcie że jesteś
jednak łąką do której wpadamy
a jak nie łąką to chociaż ziemią
która nawet jak się zmieni nią będzie

2.

Łąka jest osobliwym symbolem natury – bo nawet na poziomie naukowej definicji otwarta pozostaje kwestia, czy jej istnienie wymaga ludzkiej interwencji. W szerokim znaczeniu za łąkę można uznać górską halę, step albo tereny nadrzeczne – czyli obszary, na które z różnych powodów nie wkracza las. Istnienie łąk w znaczeniu węższym zależy natomiast od ludzkiej aktywności. Nawiązywał do tego faktu Bolesław Leśmian w jednym z wierszy z cyklu Łąka (przydatnym dla naszej analizy z uwagi na skojarzenie natury i przemocy):


Kosą grozi twa miłość, co pożera kwiaty,
Sierpem zgarniasz do duszy mych maków szkarłaty,
Lecz miłości się nie boję,
Jeno w zgrozie ci dostoję.

Łąka obiecuje tu skutecznie konkurować z człowiekiem w dziedzinie zgrozy i przyjąć jego osobliwą miłość, której atrybuty stanowią sierp i kosa. Miłość, która zgodnie z biologiczną wiedzą – powtórzmy – warunkuje istnienie łąki, nie pozwalając na wykształcenie się na jej terenie innych formacji roślinnych.

I słowo „miłość” trzeba tu powtarzać wielokrotnie. Wiersz Leśmiana wiele miał bowiem wspólnego z gatunkiem literackim niejako z definicji łączącym tematykę miłosną i opisywanie okoliczności przyrody. Mowa tu o sielance w rozumieniu literatury dawnej – o gatunku, w którym teoretycznie rzecz biorąc natura, pełna szczęścia i harmonii, miała stanowić tło dla równie spokojnego i pogodnego życia.

Piszę „teoretycznie”, ponieważ demontaż tej ramy rozpoczął się co najmniej w wieku szesnastym. W renesansowych i barokowych sielankach odnaleźć można historie o wyzysku chłopów (Żeńcy Szymonowica, w których jedna bohaterka śpiewa drugiej o tym, że ekonom bije chłopki do krwi), albo o makabrycznych zaklęciach (Odczary Gawińskiego). W wierszach luźniej nawiązujących do reguł gatunku, takich jak Pieśni albo Treny Wacława Potockiego, dzieją się rzeczy jeszcze dziwniejsze. Oto gospodarz, czyli zgodnie z ówczesnymi poglądami idealnie zsocjalizowany członek społeczeństwa, przedstawiony zostaje jako człowiek, który z drzewami rozmawia z pomocą siekiery, a jagnięta pozbawia należnego im mleka. Inny utwór z tego cyklu relację człowieka z pszczołami tłumaczy z kolei za pomocą terminologii feudalnej:


Nie tylko na się, robi i na pana pszczółka,
Wysysając po łąkach wyborniejsze ziółka.
Nie bądźcie tak uporne,
Dajcie aby komorne.

Te wszystkie zabiegi byłyby niemożliwe, albo zupełnie pozbawione efektu, gdyby nie świadomość literackiego tła. Ekscesy stają się ekscesami dopiero wobec istnienia normy, dlatego jasno zdefiniowana konwencja sielanki z zadziwiającą skutecznością przyciągała autorów, którzy pragnęli sprawdzać jej wytrzymałość na wprowadzanie obcych elementów.

Do tej grupy należał również cytowany wcześniej Leśmian. Odrobił on nie tylko staropolską lekcję o dwuznacznym charakterze sielanki, potrzebującej świetlistych krajobrazów po to, aby niespodziewanie zacząć mówić o mroku, ale także późniejszy kurs podyplomowy romantycznej miłości człowieka do natury. Temat ten powracał u niego w osobliwych, nacechowanych erotycznie obrazach:


Nie przeciwiąc się trawom, obnażę się cały,
Aby mnie tchnienia twoje; jak wierzbę, przewiały,
A ty paruj tym oparem,
Co pokłębił się nad jarem,
Niby przed snem zrzucony twój przyodziew biały.

3.

Wiemy zatem, że Rutkowski porusza się po łące bardzo już gęsto zaminowanej przez literaturę. Świadomość tego faktu potrzebna jest, ażeby wytłumaczyć, dlaczego stawia kroki tak a nie inaczej, co chce omijać, a które ścieżki przedłużać, wydeptując je odrobinę dalej. Leśmianowska erotyzacja, zresztą bardzo nieśmiała jak na poetę, któremu zdarzało się pisać o gryzieniu piersi (http://www.zbaszyn.com/poezja/lesmian/pragnienie.htm), stanowi niezły precedens dla proponowanego współczesnemu czytelnikowi w tym samym kontekście sado-maso. Potwierdzona dawno i skutecznie możliwość wpisania w kod sielanki historii o wyzysku, szczególnie zaś historii wyzysku natury przez człowieka, także swoiście moduluje charakter gróźb wypowiadanych pod adresem łąki. Ta miłość nie musi być miła, ten układ nie musi pozostawać w równowadze.

I chyba właśnie fakt, że sielanka wbrew pozorom nadaje się także do opowiadania o mroku, w ogóle daje lubelskiemu poecie powód, aby do tego gatunku nawiązywać, i ażeby do listy kolejnych zaprzeczeń sielankowej konwencji dołączyć jeszcze swoje: że ta relacja z naturą nie musi być realna. Niewiarę w jej realność nakazuje język tego wiersza, nawet jeśli z początku wydaje się, że zamiar poety był dokładnie odwrotny, a brutalna indagacja natury służyć miała potwierdzeniu jej niesproblematyzowanego istnienia.

Przesłuchiwana łąka ma odpowiadać na wątpliwości teologiczne, ontologiczne oraz, jeżeli można tak powiedzieć, archeologiczne. Te pierwsze sugeruje fraza „przestałem jej wierzyć a tym bardziej / w nią”. Te drugie wyrażone zostały w sposób dość banalny, jak gdyby język filozoficznego zwątpienia był tylko zbiorem wyuczonych sloganów, nie zaś narzędziem pozwalającym określić miejsce podmiotu w świecie. Ton, jakim Rutkowski powtarza kwestię Kartezjusza, jest po prostu lekceważący: „może i cię widzę może czuję / ale czy to wszystko naprawdę wystarczy / aby uznać że istniejesz”.

O wiele ciekawiej ma się sprawa z archeologią, to znaczy z kośćmi i przedmiotami, których obecność przesłuchujący przeczuwa w strofie drugiej. Jawią się one jako potencjalne ślady, dowody i świadectwa „rzekomej bytności” łąki – zupełnie jakby była ona nie formacją roślinną, a na przykład kulturą pucharów lejkowatych czy inną naukową abstrakcją. Podmiot liryczny nie ma kontaktu z naturą. Wszystko czym dysponuje to kilka słów na jej określenie oraz mgliste poczucie, że coś takiego jak natura powinno istnieć. Stąd bierze się potrzeba weryfikacji, czyli przesłuchania, prowadzonego środkami technicznymi, skoro do żadnych innych podmiot nie ma dostępu.

O braku rzeczywistej relacji z naturą świadczy znowu ton wiersza. Poeta wie, że zniekształcana przez niego sielankowa konwencja wymagałaby pochwalnego opisu przyrody albo przynajmniej uczynienia z niej tła akcji. Z drugiej strony tematem wiersza jest właśnie niemożność zadośćuczynienia wymaganiom konwencji. Dlatego niespełniona relacja z naturą nazwana zostaje językiem bladym i zupełnie apoetyckim:


uznać że istniejesz uwierzyć

i uwiecznić ciebie taką jaką jesteś
w swojej rozległości i intensywności

Wszystkie czasowniki odnoszą się do działań intelektualnych, a atrybutami łąki stają się abstrakcje – rozległość i intensywność, nie zaś barwa i zapach. Rutkowski staje się w tym fragmencie anty-Leśmianem, operatorem słów, które nie są ani opisowe, ani nastrojowe. Wyrażeń, którym odpowiada wyłącznie zawartość umysłu.

Fakt, że istnienie łąki mieści się dla podmiotu lirycznego tego wiersza w sferze abstrakcji, w jakimś ogólnokulturowym imaginarium, skutkuje nie tylko wyłączeniem sensualności opisu, ale także pewnym zakłóceniem perspektywy czasowej. Apostrofa do łąki wygłaszana jest bowiem w sposób, który nie pozwala stwierdzić, czy najwłaściwszy byłby czas teraźniejszy, czy może przeszły:


pokaż
co zostało po twojej rzekomej bytności

Tę osobliwą formułkę uspójnić można w następujący sposób: czas teraźniejszy to czas, w którym łąka jest tylko ideą, i to do idei kierowane jest polecenie. Czas przeszły natomiast, w który się wątpi, to czas, gdy do natury odnieść się można było jako do bytu fizycznego.

Tam, gdzie wyobrażenie łąki mimo wszystko nabiera cech bardziej materialnych, okazuje się, że główną cechą tej materialności jest podatność na zmianę. Łące – będącej, jak to ustaliliśmy na początku, wytworem pracy rąk ludzich i przemocy dostarczanej na ostrzu kosy – grozi się bowiem głównie odrolnieniem i przekwalifikowaniem na plac budowy:


będę tłukł cię prądem i kopał fundamenty
aż się wszystko w tobie rozpadnie

Przytoczony dystych stanowi zresztą dość wdzięczny obiekt interpretacji. Po pierwsze, dwuznaczne jest samo kopanie fundamentów – chociaż wiadomo, że chodzi raczej o pierwszy etap budowy niż o bezsilne (bądź bezmyślne) wyżywanie się na przyziemiu budynku. Po drugie ciekawa, choć nie do końca zrozumiała, jest wzmianka o rozpadzie. Może to być albo kolejny przykład fałszywego rozumienia łąki jako obiektu złożonego z części, albo też próba skierowania groźby głębiej – tak, by zaczęła się ona odnosić do „przedmiotów i kości”. Mówiąc wprost – do zmarłych.

4.

Bo ostatecznie cała archeologia, którą wiersz przeprowadza, dąży do ekshumacji. Przy takim postawieniu sprawy powierzchnia łąki nie ma zaś znaczenia. Może być traktowana dowolnie brutalnie, albo – co w rzeczywistości tego wiersza wychodzi na jedno – opisana w sposób, który uniemożliwia jakiekolwiek zrozumienie. Może wreszcie ulec przekształceniu w którąś z charakterystycznych dla współczesności „nieoddychających dziupli”. Granica tych możliwości pojawia się dopiero, gdy usiłuje się zanegować jej ostatnią zachowaną funkcję – funkcję swego rodzaju podziemnej pamięci.

Negacja, choć początkowo wypowiadana bardzo kategorycznym tonem (w czym pomaga spiętrzenie jednosylabowych wyrazów) psuje się podobnie jak wcześniejszy opis. Zaprzeczone funkcje łąki okazują się bowiem potrzebne do pochowania i zachowania także „tego, co teraz”:


w tobie nic już nie ma a co zakopane
to chała i ułuda marny ślad tego co teraz
i z tego też coś w tobie zostanie

Wycofanie się z negacji nie jest może niespodzianką – bo gdyby nie gotowość na ten zwrot w myśleniu, to całe przesłuchanie łąki nie miałoby większego sensu. Z czego ono jednak wynika? Najogólniej mówiąc – z przenikającej wiersz tęsknoty za kontaktem z naturą, bardzo osobliwie materializującej się w obrazach tortur.


stanę się osobistym i jedynym ss manem
jaki przekona cię że nie jesteś łąką

aż sama uwierzysz w to całe płakanie
i będziesz już tylko lotniskiem
albo osiedlem parkingiem dla naszych samochodów
dla naszych dzieci nieoddychającą dziuplą

Linijki te sugerują, że tęsknotę za naturą i niszczycielskie zapędy wobec niej napędza ten sam mechanizm emocjonalny. Przyroda karana jest za swoją domniemaną sztuczność, a przede wszystkim za to, że człowiek rozumie z niej coraz mniej, w ten sposób, że za sprawą ludzkiej działalności staje się coraz dalsza, coraz bardziej niezrozumiała i coraz bardziej zniekształcona.

Przy okazji okazuje się, że przemoc ma doprowadzić naturę nie tylko do jasnej deklaracji w kwestii jej istnienia, lecz także do wspólnego płaczu. A mówiąc ściślej: do uwierzenia w płacz, który już jest, czyli zapewne w ludzki płacz nad zerwaną więzią człowieka z przyrodą.

Ale to tylko pierwszy, nieudany projekt nawiązania straconego kontaktu z naturą. Drugi, rokujacy pewne szanse powodzenia, sformułowany zostaje pod koniec wiersza. Ostatnia strofa proponuje pogodzenie się z łąką na miarę średniowiecznej pedagogiki strachu, albo eseju rozpoczynającego książkę Roberta P. Harrisona The dominion of the dead. Eseju, który traktuje o kulturowym lęku przed śmiercią na morzu, którego główną przyczynę ma stanowić brak grobu, brak upamiętnienia. Zaś niekoniecznie istniejąca, dręczona, redukowana do statusu „nieoddychającej dziupli”, czyli po prostu zabijana w wierszu Rutkowskiego łąka tej jednej funkcji nigdy nie straci.

I znowu wszystko, co w tym wierszu najważniejsze, wyraża się poprzez ton głosu, sposób wypowiedzi. W ostatniej strofie jest on wyraźnie spokojniejszy niż w całym wierszu, a w slowie „wreszcie” pobrzmiewa poczucie ulgi. Perspektywa wpadnięcia w łąkę, albo chociaż w ziemię, w jakiś paradoksalny sposób zapewnia spokój.

Paweł Kozioł

Poeta, krytyk literacki, badacz literatury i kultury dawnej. Laureat nagrody im. W. Hulewicza (2003). Wydał cztery tomiki wierszy, książkę krytyczną o poezji najnowszej (Przerwane procesy, Lampai Iskra Boża, Warszawa 2011; w czasie jej pisania korzystał ze stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego) oraz zbiór esejów o średniowiecznych kronikach Historia i porządek (Towarzystwo Naukowe w Przemyślu, 2010). Współpracownik miesięcznika Lampa, w którym od trzech lat publikuje comiesięczne przeglądy tomików poetyckich. Redaktor – wraz z Marią Cyranowicz – książki Gada !zabić? pa]n[tologia neolingwizmu. Artykuły krytycznoliterackie drukował m.in. w Twórczości, Dekadzie Literackiej, Odrze oraz Przemyskim Przeglądzie Kulturalnym. W 2008 roku obronił doktorat w Zakładzie Literatury Staropolskiej na Wydziale Polonistyki UW, gdzie wykładał historię literaturyoraz tradycje antyczne i biblijne. Obecnie pracuje w Fundacji Nowoczesna Polska, redagując teksty udostępniane na wolnej licencji na portalu www.wolnelektury.pl.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!