Nie stąd. Debiuty Patrycji Sikory i Krzysztofa Schodowskiego

Gdy piszę te słowa, kometa Neowise (C/2020 F3) przemierza niebo. Wśród entuzjastów, obserwatorów nocnego sklepienia, nastroje były dosyć sceptyczne. Niewielu wierzyło, że będzie ona dobrze widoczna.

Instrukcja dla ludzi nie stąd Patrycji Sikory oraz Milion depesz stąd Krzysztofa Schodowskiego to lipcowe świeżynki WBPiCAK-u z Poznania, jego Biblioteki Poezji Współczesnej. Pozycje te łączy nie tylko zaimek „stąd” w tytule – który już naprowadza nas na pewne tropy lekturowe. Ich punktem wspólnym jest też materia oporu – czy to u Sikory, rozumiana jako sprzeciw wobec zastanej rzeczywistości, czy u Schodowskiego, jako opór języka i nierozerwalnie z nim związanego ciała.

Gdy czytałam książki obu autorów, nieustannie przypominały mi się eseje Dariusza Czai, szczególnie te zawarte w Granicy bieli. Antropologia doświadczeń granicznych. Może przez to, że debiuty mają na sobie szczególne piętno transgresji – ostatecznie są punktem wyjścia, od którego „wszystko” się zaczyna. Jednak w głównej mierze działo się tak zapewne dlatego, że obie te pozycje tematu granic, graniczności wprost dotykają. Opór to przesuwanie granic. Banalne. Jednak

[g]ranice – nieco na przekór przyzwyczajeniom zdrowego rozsądku – zamykając konkretne przestrzenie (o różnej charakterystyce i różnych parametrach), coś jednocześnie otwierają. Są wychylone ku nieznanemu. Są forpocztą tego, czego nie widać i czego nie możemy doświadczyć. Granica przeraża, ale i fascynuje. Jest obietnicą złamania szyfru. Dlatego kusi ze szczególną mocą[1].

Obie omawiane książki coś otwierają i gdzieś nas kierują. I choć – mam wrażenie – w poezji Sikory eksplicytnie nie ma „wychylenia ku nieznanemu” (autorka opisuje świat zastany, tu i teraz), to subwersywna moc jej wierszy otwiera drogę nowym możliwościom. Z kolei u Schodowskiego ta podróż w nieznane jest raczej ruchem w głąb – podmiotu, tkanki świata, materii słów.

Jeżeli miałabym określić jakoś podmiot liryczny wierszy Sikory, to powiedziałabym, że jest to dziecko-kwiat, które utknęło w samym sercu kapitalizmu XXI wieku. A na dodatek w Polsce. Książka rozpoczyna się utworem „dogs welcoming their owners compilation”, który od razu wskazuje na jedno ze źródeł, z których czerpie wyobraźnia autorki. Kończąc każdą strofę wybranymi uczynkami miłosierdzia względem ciała („głodnych nakarmić, umarłych pogrzebać, więźniów pocieszać”), Sikora ustala poniekąd swój własny katechizm.

Lądujemy w Polsce anno domini 2020 roku, w Polsce, którą można „pocałować w INRI”. W Polsce, w której psy mają w żołądkach gwoździe. W Polsce, w której „Małgorzata rozenek-majdan otwiera firmę katerignową”, a „białe orły chorują na tokspolazmozę”. I ta Polska jest też punktem odniesienia dla całego świata. Świata „dlaczego i pomimo”, w którym „w kansas płoną domy z sidingu”, w którym nie ma już Kobane.

Być może dlatego, że „nie wyjdziemy z tego cało”, następuje powrót do krainy dzieciństwa. Ale nie jest to kraina wypełniona watą cukrową i lodami. Choć i takie odniesienia, do słodkich lat dziewięćdziesiątych, oczywiście się zdarzają („czy dzieci krzyczą jeszcze do pilotów”), to zawsze są zderzane z mrocznym, pierwotnym podglebiem tego, co kształtuje życie – śmiercią, która jest raczej przeczuwana niż rozumiana dosłownie. Możemy jej dotknąć, ale nie możemy zrozumieć jej struktury, jak w wierszu „parnik”:

próbujemy krzyczeć, ale słyszą nas tylko duchy
tych zwierząt, których obwody głów mierzył rano ojciec.

ścięte kłosy kojarzymy z ciszą,
szorstką skórą.

babie lato jest dziewicą,
chłopcy wiedzieli to przed nami.

Jest tu coś z wierszy Małgorzaty Lebdy i z Doliny Issy Miłosza. Pewien niewyjaśnialny i nieuchwytny mistycyzm. Jednak w dużej mierze to poezja, która opisuje świat, jakiego doznajemy na co dzień, ale który przemija gdzieś obok nas. Siłą tych wierszy jest to, że potrafią tę rzeczywistość na chwilę zatrzymać i zmusić, abyśmy się jej przyjrzeli. Nie możemy jej przewinąć jak stories na Instagramie. To świat, w którym płoną miasta, a „łodzie nie dobijają do brzegów”. Na jego podstawie Sikora projektuje możliwą przyszłość, jak w wierszu the future is darknet lub w kansas płoną domy z sidingu:

terytorium 2.0 zbudujemy ze skóry.
w archiwum stories znajdziemy relacje:
to tylko zabawa w dwa ognie.

Czy jak w tytułowym utworze:

wpisujcie miasta i oznaczajcie znajomych,
zróbcie sobie polskie dzieci z mleczną skórką,
z główką gładką jak aksamit, miękką jak aksamit,
velvet velvet
skondensowane dzieci, niskosłodzone,
ze śladową ilością grzechów.

będziecie tłumaczyć im trudne nazwy makaronów:
al dente, czyli na ząb,
al forno, czyli w piecu.

będziecie tłumaczyć im, że człowiek rozumie tylko
reakcje z facebooka, a jego dom to pusty folder
bez okien w XD home edition
trial license key.
(…)
będziecie tłumaczyć im dlaczego,
pomimo

Wszystkiemu patronuje jednak fatalizm, „przeszłość płochliwa jest, nieswoja,/ nie widzę jej” i jakąś ulgę przynosi fakt, że „za chwilę będzie już po wszystkim”.

Choć Sikora przypomina nam, w jakich kraju żyjemy („odwagi, strefy wolne mają płytki sen”, „w konstytucji jest o tym, że nas nie ma”), choć nie daje zapomnieć, że to antropocen z jego wszystkimi wojnami i wykluczeniami, to jednocześnie jej wiersze mają performacyjny, subwersywny charakter. Autorka ustala własny „katechizm” – względem zwierząt, przyrody i świata,  które w jej poezji są jednym, zespolonym organizmem, żywą współistniejącą istotą. Z tym światem coś jednak jest nie tak i pomimo tego, że wszystkiemu patronuje raczej delikatny pesymizm, że there is no future, to „zawsze to jakaś ufność, że powiedzą innym,/ co się z nami stało”. Zawsze pozostaje jakaś nadzieja, a przynajmniej możliwość zanegowania zastanej rzeczywistości. Przekroczenia granicy.

Nieco inaczej przekraczanie granic wygląda w książce Schodowskiego. Linia demarkacyjna przebiega tu między ciałem a rzeczywistością, między podmiotem a przedmiotem, między sferą sacrum a profanum. To wiersze, który są wyciągane z ciemności somy i wyrzucane w świat:

gdy saturn pożerał rozebrane dzieci zawieszono nas
gwałtownymi impastami na drewnianej belce z gestu pojednania

nie zdążyliśmy wystygnąć a już węgiel od środka
żyliśmy w zwiastunach ciszy
(…)
uszyję w tobie dom dla obłąkanych wejdę gwałtownie po żleby żeber

będę brał cię każdego dnia grzebał w języku ten szklany świat

To, co dzieje się tu w języku, jest równie ważne jak to, co dzieje się w ciele. Choć wiersze Schodowskiego w dużej mierze, jak mi się zdaje, mają perspektywę reminiscencji, to nie brak w nich odniesień do rzeczywistości zastanej – jak w wierszu strefy wolne. A trzeba powiedzieć wprost, że rzeczywistość tu także – podobnie jak u Sikory – jest opresyjna. I nie chodzi tu tylko o sferę polityczną, podobnie opresyjna wydaje się prywatna przestrzeń podmiotu. Chodzi o to, „żeby od czasu od czasu sobie pomóc/ wyładować napięcie jako blaszak sukcesywnie wytłumiany nie zgrałem wielu/ ciał nie zostałem zgrany”. W podobnym stopniu, o ile nie większym, nacisk na podmiot wywiera także jego własne ciało, które pomimo tego, że jest źródłem rozkoszy, to staje się też miejscem prywatnej kaźni. Opresja rzeczywistości jednak nie dotyczy wyłącznie społeczności LGBT+, dotyka także kobiety, o czym zaświadcza wiersz patriarchat podmiejski.

Poezja Schodowskiego wyrasta z pewnego oporu, jakie stawiało (stawia?) ciało. W pewnym sensie autor stara się opisać proces, w którym staramy się zanegować nasze somatyczne istnienie, naszą seksualność. Podobnie jak u Sikory egzystencja nieustannie przeplata się tu ze śmiercią, jednak jest to śmierć innego typu – przenika ona każdy oddech, każdy akt będący przejawem egzystencji, każde słowo. Jest wyznacznikiem wszystkiego, co żyje, jest początkiem (o czym świadczą Celanowskie odniesienia). Jest granicą:

próbowałem okryć tamtą nagość kolejnymi
skórami ale niezupełnie byłem wtedy topielcem

miałem wybór drewnieć lub napełniać podbrzusza
po brzegi tymczasem on jest mistrzem z niemiec

pielęgnuje pismo gdy obracam się do niego plecami
mówi że mieszka w opuszczonej komorze pamięta

dym który rwał do źrenic całe pokolenia gromadził
po nich włosy buty okulary śpiewając nie dopuścić

życia do owoców śmierci niech pękają

Jednym z elementów wyróżniających utwory Schodowskiego jest ich rytm, zespolony (a jakże!) ze sferą ciała. Rodzi się z głodu i ciszy, płynie poprzez żyły, utrzymuje słowa w krwiobiegu wiersza: „masz uda jak bachmann chcę w nich zakorzenić pestki /niezliczone sierpowate łzy pragnę by grzechotały jak kamyki  /uwięzione w pękniętej otchłani”. Czytając je, ma się  nieodparte wrażenie podglądania, jakbyśmy zostali przyłapani na podsłuchiwaniu czyjejś spowiedzi, ale nie możemy się ruszyć, ponieważ chcemy słuchać dalej. To w pewnym sensie poezja konfesyjna, ale jednak „spacyfikowana”  poprzez odniesienia do rzeczywistości, którą znamy wszyscy, do historii, do Holocaustu;

kości ruszą w gniazda przez zasieki
i piece wygrzejemy do granic cieszą się aryjskie
mordeczki z mesjaszem na smyczy

(
dam mu teraz w usta
gruby narząd mowy

niech się pienią w luftach
poszarpane głowy
melodio zapierdalaj
)

już sunie przez oczy twe oczy smutny węgorz holocaust
już się przysposabia w ziemię pełna najebka

Wiersze Schodowskiego są przede wszystkim przekroczeniem granicy ciała, są swoistym performensem, w takim sensie, jak rozumiała go Peggy Phelan: „Akt pisania, który ukierunkowany jest raczej na zanikanie niż zachowanie, musi pamiętać, że efekt zanikania stanowi samo doświadczenie podmiotowości”[2]. „Ja” wierszy Schodowskiego przeobraża się w podmiot sticte somatyczny i w tym sensie autor zrealizował postulat Jean-Luca Nancy’ego o zapisaniu ciała, a nie pisaniu o ciele[3]. I choć, jak twierdził Derrida, improwizujący nigdy nie zobaczy samego siebie, to zobaczą go inni. Granica zostanie przekroczona.

Debiuty Sikory i Schodowskiego, jak pisałam, podejmują temat oporu, są próbą przeciwstawienia się rzeczywistości. Niektórzy mogą powątpiewać w subwersyjną moc poezji i pytać, czy takie działania mają sens? A przecież ważny jest sam akt zanegowania, transgresji, ukazania nowej możliwości. Być może coś z tego zostanie.

Gdy piszę te słowa kometa Neowise (C/2020 F3) przemierza niebo. Niewielu wierzyło, że będzie dobrze widoczna.

 

Krzysztof Schodowski, Milion depesz stąd, WBPiCAK Poznań 2020
Patrycja Sikora, Instrukcja dla ludzi nie stąd, WBPiCAK Poznań 2020

Przypisy:
[1] D. Czaja, Gramatyka bieli. Antropologia doświadczeń granicznych, Kraków 2018, s. 8-9.
[2] PeggyPhelan, Ontologia performansu. Reprezentacja bez reprodukcji, tłum. A. Kowalczyk, [w:] Przyjdźcie, pokażemy Wam, co robimy. O improwizacji tańca, red. K. Słoboda, S. Nieśpiałowska-Owczarek, Łódź 2013, s. 270.
[3] Jean-Luc Nancy, Corpus, tłum. Małgorzata Kwietniewska, Gdańsk 2002, s. 12.

Olga Wiktoria Wybodowska

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!