Polska protekcjonalna

Krytycy literaccy i inni intelektualiści mają odruch ratowania mas, mówienia w ich imieniu, opisywania ich. A może nauczylibyśmy się mówić tak, by masy nie uznały tego, co mówimy, za pierdoły?

G.Ch. Spivak[1]

 

Trudne czasy stawiają przed polskimi pisarkami i pisarzami, komentatorkami i komentatorami życia społecznego trudne zadania. Nie wypada odwracać głowy, należy ją z zatroskaniem zwrócić w kierunku społeczeństwa i sformułować sąd. Mniejsza o to, co właściwie mamy do powiedzenia i komu, nieważne, z jakiego miejsca się wypowiadamy i czy mamy świadomość ograniczeń swojego oglądu. Kreowanie obrazu jakiejś wspólnoty i mówienie w jej imieniu ma u nas długą literacką tradycję.

Centralną postacią „Błędnego koła”, obrazu Jacka Malczewskiego, jest malarczyk siedzący na drabinie. On, artysta, znajduje się ponad wszystkim i wszystkimi, wzrok ma skierowany w dół, rysy melancholijne. Wokół kłębią się widma – emocje i wyobrażenia – jednak nie patrzy na nie, są uwewnętrznione. Niepokoi mnie to, bo twórczy dystans i wzrok skierowany w głąb siebie, w świat własnych wyobrażeń i nieuświadomionych stereotypów, nazbyt jak na moje gusta rezonuje z wieloma współczesnymi książkami kreującymi obraz społeczny – czy to poważnie, czy satyrycznie.

Część wydawanej ostatnio literatury zajmuje się, mniej lub bardziej poważnie, analizą grzechów społecznych. Zainteresowanie krytyków budzą zwłaszcza satyry na Polskę – książki budowane ze stereotypów związanych z polskością, prześmiewcze, w założeniu bezkompromisowe, w praktyce, jak się wydaje, dość przewidywalne[2]. Moją nieufność budzą nie tylko fundamenty tych stereotypów (i autostereotypów), ale także pozycja samego obserwatora – czy to pisarki, czy „satyryka”, czy „badacza” – osoby, która widzi więcej. Zastanawia cel – dekonstruowanie stereotypu stereotypem wydaje mi się mało sensowne, a utrwalanie stereotypu wręcz szkodliwe. Próbuję sobie również wizualizować postać czytelniczki i czytelnika takich satyrycznych ujęć i ten obraz niepokoi mnie szczególnie. Czy siedzący na szczycie współczesny społeczny malarczyk wie, do kogo mówi?

 

Kto i co czyta?

W „Krytyce Politycznej” 23 kwietnia 2018 roku ukazał się tekst Mai Staśko „Światowy dzień książki, na którą cię nie stać”. W pierwszym akapicie przywołuje ona, celnie i bardzo dowcipnie, fejsbukową akcję układania stosu książek i fotografowania ich. Demaskuje jej niewinną i radosną otoczkę, wskazując na elitarystyczny, wyższościowy, a nawet pogardliwy charakter.

Nieważne, że większość książek na półkach to gówno, pisane zresztą przez koleżanki i kolegów chlubiących się, że „Nie jestem statystycznym Polakiem, lubię czytać książki” czy „Nie czytasz? Nie idę z tobą do łóżka”. W końcu wszyscy marzą o seksie z bucem z przerostem ego, a największym problemem powszechnego nieczytania jest to, że czytający nie mają się z kim pieprzyć. W rzeczywistości na półkach leży kilka drzew. I kilka tysięcy złotych, często kilkanaście.

Pomijając już zabawne akapity, tezy Staśko są gorzkie – nie stać nas na książki, nie stać nas na pisanie książek, nie stać nas na pisanie o książkach. Kultura ma być ogólnodostępna, nawołuje Staśko, albo żadna. Interesujące jest wybrzmiałe w tym artykule „my”. Tak jak intrygujący wydaje się punkt, z którego mówimy o jakiejkolwiek wspólnocie. Wspólnota czytelniczek i czytelników jest pod tym względem szczególna. Staśko zniesmacza wyższościowy gest stawiania siebie – czytelnika, twórczyni kultury, uczestnika kultury – ponad rzeszą osób w niej nieuczestniczących. Słusznie, bo hasła, które przywołuje i obśmiewa, są protekcjonalne i wykluczające. Artykuł, napisany okolicznościowo (z okazji Światowego Dnia Książki), jest polemiczny wobec powszechnego zjawiska fetyszyzowania książki, czytelnictwa i czytelników – jednocześnie wpisuje się w pewną tradycję operowania związanymi z tą tematyką stereotypami. W tym wypadku krytyczka formułuje postulaty dotyczące dostępności książki, a także jej przystępności („naszym prawem jest możliwość wyboru – chcemy wiedzieć, jakie wartości są w książkach”), ale mówi przede wszystkim jako twórczyni kultury do ludzi kultury, ustawiając się jednocześnie w pozycji czytelniczki mówiącej w imieniu wyobrażonej wspólnoty czytelników. Zgłasza tym samym swój akces do walki o rząd dusz, ponieważ tak naprawdę wskazuje na pożądany kształt literatury, do którego niejako dopasowuje czytelników idealnych (świadomych, aktywnych, pragnących jasnych hierarchii i oczekujących książek wartościowych).

Warto, dla porównania, zobaczyć, co o kwestii czytania lub nieczytania sądzi zdeklarowany inteligent Andrzej Saramonowicz. W 2014 roku wyznał, że kobiety, które nie czytają, są dla niego niczym kobiety, które się nie myją. Jeśli zaintrygowało was to porównanie, to więcej takich można znaleźć w satyrze na Polskę – Pokraj (Warszawa 2018) – w której autor rozwija swoją światłą inteligencką refleksję o rodakach, że są głupi i brudni. Egalitaryzm Staśko jest być może dyskusyjny, ale elitaryzm Saramonowicza – wręcz nieznośny.

Kształt debat o polskim czytaniu książek, toczących się od lat (albo jak niektórzy wskazują – od całych wieków), jest bardzo znaczący. Trud prześledzenia tego zadała sobie Weronika Parfianowicz-Vertun.

Na pierwszy rzut oka dyskusje te wydają się również zaskakująco jednorodne – niepokój, jaki budzą wyniki kolejnych badań, jest powszechny, a reakcje zarezerwowane na ogół dla konserwatywnych krytyków stają się udziałem wielu komentatorów, niezależnie od ich poglądów i ideowego zaplecza. (…) Nie bez znaczenia jest również położenie nadawców i odbiorców tych debat, którzy mogą się zidentyfikować przez przynależność do wąskiego grona czytających, stojącego w opozycji do „milczącej większości” osób, które nie czytają. Określenie to szczególnie trafnie wyraża status grupy, która na mocy samej definicji zostaje wyłączona z dyskusji i staje się jedynie przedmiotem dyskursywnej gry, nie zaś jej podmiotem. Ten moment, w którym zaczynają działać mechanizmy „retoryki wykluczenia”, jest dla badacza dyskursu szczególnie interesujący, odsłania bowiem wpisane weń kluczowe napięcia, konflikty, a także relacje władzy, które dotyczą nie tylko praktyk czytelniczych, ale znaczenie bardziej złożonego kompleksu społecznych zjawisk[3].

Autorka pokazuje stereotypowość traktowania czytelnictwa w Polsce i sposób, w jaki ujmowanie tego tematu demaskuje wiele społecznych napięć. Statystyki i raporty można czytać różnie. Od kilku lat nie ma w nich raczej wielkich zaskoczeń, jeśli chodzi o liczbę osób nieczytających, a nawet tych wyjątkowo negatywnie nastawionych do lektury czegokolwiek. Tym samym fascynuje temperatura debat i wzniecanie nieco zniesmaczającego narodowego lamentu. Ma on wywołać poczucie winy i chęć natychmiastowego pobiegnięcia do biblioteki, czy po prostu poprawić co poniektórym samopoczucie?

Osób z negatywnym nastawieniem do czytania i odmawiających udziału w kulturze pisma jest coraz więcej. Należy jednak zwrócić uwagę na zjawisko zasygnalizowane przez raport Biblioteki Narodowej jeszcze w 2016 roku – chodzi „wypłaszczanie” struktury czytelniczej, czyli proces, w którym intensywność kontaktów z książkami coraz słabiej odróżnia warstwy społeczne. Czytanie staje się kompetencją coraz mniej istotną zarówno z punktu widzenia funkcjonowania w gospodarce, jak i ze względu na styl życia[4].

Nigdy temat czytelnictwa nie był przezroczysty – zawsze włączamy się do niego „wyposażeni w bagaż przesądów i literackich upodobań, jako uwikłani w różne ideologie reprezentanci sprzecznych interesów. Miejsce czytania na mapie kulturowych praktyk, literackie kanony i czytelnicze preferencje pozostaną obszarem walki symbolicznej”[5].

W Polsce czyta cokolwiek ok. 38% procent ludzi[6] – i to przede wszystkim literaturę popularną. Czytają, jeśli czyta ich rodzina i otoczenie. Czytają, jeśli robili to od dziecka. Gdy kończą szkołę i rezygnują z lektury, praktycznie nigdy do niej nie wracają. Nie zmienią tego żadne publicystyczne diatryby ani satyryczne przytyki. Nieczytający ich nie przeczytają! Raporty Biblioteki Narodowej z ostatnich lat wskazują, że na poziom czytelnictwa ma wpływ nie tyle pochodzenie (kapitał społeczny) czy wykształcenie, ile… socjalizacja do czytania. Jeśli faktycznie mamy coś do powiedzenia i wolę zrobienia czegoś w tej sprawie – powinniśmy do czytania zachęcać, głównie dzieci i młodzież, a nie wykluczać i upokarzać, operując stereotypem obytego czytelnika w kontraście do niemytego, ograniczonego umysłowo i zacietrzewionego prymitywa. Na rezygnację z uczestnictwa w kulturze pisma realny wpływ mają prawdopodobnie zarówno brak czasu, jak i – tak myślę – dość konsekwentne wykluczanie osób, które wprawdzie czytają, ale nie to, co uznajemy za właściwe.

Możemy więc spróbować poddać testowi hipotezę nieco prostszą, związaną z obciążeniem pracą, a głoszącą, że to z powodu nadmiaru zawodowych obowiązków nie mamy już siły czytać. Być może ona w jakiejś mierze pomoże wyjaśnić różnice. Fakt, że poziom czytelnictwa spada wyraźnie wśród osób, które niedawno ukończyły edukację i weszły na rynek pracy, zdaje się ją potwierdzać. Także to, że Polska należy do krajów, w których pracuje się najwięcej, stanowi argument na jej korzyść[7].

Co więcej, czytelnicy literatury popularnej właściwie przeszli w ręce marketingowców – akcja „Nie czytasz, nie pójdę z tobą do łóżka” była uznana za świetną i bardzo skuteczną kampanię[8]! Walka symboliczna polega jednak również na dyskredytowaniu czytelników literatury popularnej. Co ciekawsze, ta dyskredytacja jest częścią polskiego rozmawiania o książkach co najmniej od XIX wieku.

Atmosfera panująca wokół literatury popularnej, protekcjonalny ton towarzyszący wielu wypowiedziom, jej pozycja w hierarchiach uprawomocnianych przez profesjonalnych krytyków, pisarzy i dziennikarzy – wszystko to odbija się na przedsięwzięciach promujących czytelnictwo, które nie zawsze skłonne są uwzględniać najbardziej rozpowszechnione czytelnicze gusta.[9]

Od niedawna dopiero – co wyłapuje raport BN z 2016 roku – masową popularność zyskują nowe powieści pisane przez polskich autorów. Jednak procent czytelników intensywnych (takich, którzy trwale i stale czytają, a także rozmawiają o książkach) spadł – i to najbardziej w podgrupie czytających kierowników oraz specjalistów; intensywnie wśród nich czyta niewiele więcej osób niż wśród pracowników administracji lub usług i niedużo więcej niż wśród robotników[10]. Ciekawe też, kogo twórcy raportu BN zaliczają do kierowników i specjalistów. Otóż wśród nich są: menedżerowie wyższego szczebla (najmniej), kadra zarządzająca szczebla średniego (dyrektorzy, kierownicy), specjaliści o wysokich kwalifikacjach (tych jest najwięcej), a wśród nich lekarze, prawnicy, inżynierowie czy pracownicy naukowi. Zaznaczmy od razu, że bardzo niewielka część czytelników intensywnych korzysta z obiegu literatury artystycznej, tej najnowszej, która tutaj nas interesuje przede wszystkim – jest on wyjątkowo elitarny.

 

Komu są potrzebne autostereotypy?

Wprawdzie demokratyzm wywieszać się u nas zwykło, jak odświętną, deszczem odbarwioną już chorągiew, przy każdej sposobności; wprawdzie wielu publicystom naszym demokratyzm ów nie schodzi (nie powiem z ust, ale) z ostrza pióra; wprawdzie stoi wyraźnie jak wół na sztandarach, w imionach lewych i prawych partyj; (…) lecz społeczeństwo nasze w krwi, w poglądach, we wszystkich swoich, tak jednostkowych, jak i zbiorowych postępkach, wcale a wcale demokratycznem, jakby się spodziewać należało, nie jest.

Władysław Orkan, Listy ze wsi, t. 1[11]

Mając na uwadze powyższe rozważania, nawet nie próbuję zastanawiać się, kto i po co sięgnie po współczesne satyryczne portrety polskiego społeczeństwa. Chciałabym natomiast sama spojrzeć na nową książkę Adama Leszczyńskiego – historyka i socjologa, profesora w Instytucie Studiów Politycznych PAN, publicystę, redaktora OKO.press – No dno po prostu jest Polska. Dlaczego Polacy tak bardzo nie lubią swojego kraju i innych Polaków (W.A.B., Warszawa 2017). Dlaczego? Bo to nie satyra, tylko zupełnie poważna próba zrozumienia kształtującej stereotypy i autostereotypy historii naszego społeczeństwa. Tylko na ile autor uchronił się przed pułapkami łatwych analogii i banalnych oczywistości?

Czytałam książkę czasem z większą, czasem mniejszą przyjemnością, ponieważ rzecz jest nie tyle skomplikowana, ile szczególarska. Leszczyński mnóstwo tekstów przeczytał, wstępnie wyselekcjonował materiał, ale w mnożeniu dowodów troszeczkę przedobrzył. A że zajął się tematem, który jest naszym sportem narodowym, czyli narzekaniem na rodaczki i rodaków, państwo jako takie oraz społeczeństwo w ogóle – to właściwie w tych dowodach zatonął. Postanowił zrekonstruować autostereotyp:

Ta książka opowiada […] wyłącznie o obrazie samych siebie, jaki mają Polacy i jaki wyłania się nie tylko z sondaży i badań socjologów, ale też z niezliczonych opinii zawartych w publicystyce, literaturze i poezji, od romantycznych poetów po autorów tekstów piosenek hip-hopowych. Autostereotyp jest uogólnionym wyobrażeniem własnej wspólnoty, które bywa zakorzenione w rzeczywistości, ale jego relacja ze społecznymi faktami jest skomplikowana.

Zatem w książce znajdą się np. arcyciekawe wypowiedzi Władysława Orkana dotyczące antagonizmu społecznego w czasach, gdy inteligencja pochodząca ze zdeklasowanego ziemiaństwa była jeszcze bardzo młoda, czy Cypriana Norwida opowiadającego, jak go wnerwia, że powszechnie nie płaci się w kraju autorom za ich pracę. Będą tam także frazy przywoływane z forów internetowych, artykuły z naTemat i Onetu – jednym słowem: różne ciekawostki medialne powielające stereotypy, np. o używaniu przez Polaków mydła albo o czytelnictwie właśnie. Takie mocno demokratyczne traktowanie źródeł postulowane przez Leszczyńskiego trochę mnie jako czytelniczkę deprymuje, ale z drugiej strony stwarza szansę na wykorzystanie jego pracy jako zbioru zastanawiających materiałów. Wnioski badacza płynące z lektury wywołują jednak pewien sprzeciw – po tak tytanicznej pracy spodziewałabym się jakichś mocniejszych ustaleń, a one, łagodnie rzecz biorąc, nie są odkrywcze. Sprowadzić by je można do dwóch rzeczy:

Polski negatywny autostereotyp okazuje się też wyjątkowo spójny. Niesłychanie różni autorzy – pod względem płci, wykształcenia, poglądów politycznych, zawodu – zarzucają rodakom dokładnie te same negatywne cechy. Podobnie uderzający jest również jego demokratyczny charakter. Publicysta wielkiej gazety ma do zarzucenia rodakom z grubsza to samo co raper z blokowiska. Oczywiście używają różnych słów. Jeden ubiera swoją opinię w socjologiczny kostium, a drugi nie stroni od wulgaryzmów. Sens tego, co mówią o rodakach, jeśli się przyjrzeć, pozostaje jednak zazwyczaj uderzająco zbliżony. […]

Sądzę – i to jest jedna z głównych tez tej książki – że taki, a nie inny autostereotyp Polaków jest wynikiem historycznego doświadczenia, a ściślej: rozbiorów, nieudanych prób odzyskania niepodległości i nieudanych prób modernizacji. To one skazały Polaków na nieustanne porównania z Zachodem i przejmujące doświadczenie cywilizacyjnej niższości.

To ustalenie wygląda po prostu jak punkt wyjścia. Demokratyczność źródeł nie zmienia faktu, że są one mało wyważone. Kiedy Leszczyński cytuje Władysława Orkana, syna drwala, wypowiedzi wydają się uderzające – przenikliwe, gorzkie, poparte doświadczeniem człowieka z pogranicza światów. Okazuje się jednak szybko, że łatwiej zdobyć opinię rapera z blokowiska niż mieszkańca wsi, kobiety ze wsi czy – powiedzmy inaczej – podporządkowanej innej, podporządkowanego innego. Oczywiście, to między innymi kwestia źródeł pisanych. Przyjmuję takie wyjaśnienie. Co nam jednak przychodzi z rekonstrukcji autostereotypu, jeśli nie mamy go szans zdemaskować? Może nie było sensu wrzucać do jednego worka wszystkich oceniających wypowiedzi, jakie kiedykolwiek zostały rzucone o Polakach – Prusa, Orzeszkowej, Piłsudskiego, Dmowskiego… Czy te opinie mogły być inne niż właśnie zadziwiająco spójne? Co się zadziało w oku patrzącego? Gdybyśmy w myśli feministycznej pozostały na pozycjach Betty Friedan, ustalając, że każda z nas jest białą heteroseksualną kobietą z dobrego domu, to do czego byśmy doszły? Tę optykę zmienia np. bell hooks – doświadczenie historyczne musi być punktem wyjścia do zrewidowania uprzedzeń wobec wykluczonych[12]. Bez tego nawet najniewinniejsza rekonstrukcja autostereotypów będzie raczej je utrwalać. Dzięki bell hooks problem rasy pojawił się w teorii społecznej i debacie publicznej jako metafora losu chłopstwa lub robotników. Oczywiście jest tylko metaforą i – powtórzę za Ewą Majewską – „wymaga zachowania należytej staranności oraz unikania łatwego utożsamiania «nas» i «innych»”[13]. Niemniej to propozycja wykraczająca poza wytrychowe „doświadczenie historyczne”. Mało tego, zastanawiam się nad przydatnością książek historyczno-socjologicznych próbujących uchwycić i nazwać jakieś zjawisko, ale „ślepych na płeć”. Ewa Majewska wyśledziła to chociażby w tworzeniu kategorii prekariatu, odwołując się do książki Prekariat. Nowa niebezpieczna klasa Guya Standinga, a także do tekstów polskich autorów – Jana Sowy czy Edwina Bendyka. Pokazuje tam między innymi, że definicja prekariatu kompletnie „nie uwzględnia płci osoby (nie)zatrudnionej, a co za tym idzie, również kwestii reprodukcji gatunku i związanych z tym obciążeń z jednej strony oraz problemu obciążeń wynikających z redukcji zabezpieczeń socjalnych i trwałości zatrudnienia z drugiej”[14].

Co definicja prekariatu ma do rzeczy, jeśli chodzi o książkę Leszczyńskiego? Otóż zebranie nawet najciekawszych cytatów bez uwzględnienia kwestii wykluczeń społecznych – związanych z pochodzeniem i płcią – nie wystarczy. Odwołam się tu do Spivak i postkolonializmu w jej wydaniu[15]. W tym ujęciu zadaniem teoretyka jest próba uchwycenia i opisania sytuacji znajdowania się pomiędzy dominującymi dyskursami, a kluczowe wydaje się podważanie granic wiedzy, przesuwanie ich w momencie, gdy zaczynają utwardzać dominującą narrację[16]. Proces ten można porównać w pewien sposób do tłumaczenia z języka na język – podejmuje się wówczas nieustanny wysiłek, aby uchwycić znaczenie, ale też podporządkowuje się językowi oryginału, unikając łatwego utożsamienia „nas” i „innych”[17]. Analiza cytatów u Leszczyńskiego nie wyjaśnia, jakiego typu stanowią one reprezentację, nie wspominając o tym, że według Spivak kategoria podporządkowanego innego/podporządkowanej innej jest sytuacyjna – nie podlega ścisłej analizie klasowej[18]. A Leszczyński dokonuje przebieżki truchtem przez wieki, więc faktycznie łatwo wychodzą mu różne analogie, na których przecież żerują stereotypy. To jednak dzięki jego pracy łatwiej przejść do etapu takiego krytycznego działania, które wskaże mechanizmy represyjności i dominacji systemu.

W kontekście książki No dno po prostu jest Polska warto, także za Spivak, rozważyć problem reprezentacji i oddawania głosu. Wspominałam już, że proporcje tej reprezentacji są dla mnie niepokojące. Bardziej nawet niż rzecz historyczno-socjologiczna jest to dla mnie jeden z głosów we współczesnej debacie o społeczeństwie. Leszczyński nie tyle reprezentuje inny głos, mówiąc własnym, ile posługuje się wielością głosów, by potwierdzić stereotypową właściwie tezę. Może skoro przypuszczamy, że autostereotyp – tak spójny i silnie funkcjonujący przez całe wieki – zafundowany jest przez język przemocy, warto byłoby rozpocząć z nim negocjacje, by przesunąć granice sądów uznawanych za oczywiste?

 

Jakich książek nie czytają Polacy?

Ponieważ diagnozowaniem narodowych wad zajmowali się artyści, pisarze i uczeni – a ci w Polsce niezmiennie nie mieli z czego żyć (o ile nie byli bogaci z domu) i niezależnie od ustroju oraz momentu historycznego zarabiali za mało, narzekanie na narodowy brak zainteresowań intelektualnych łączyło się zwykle z żalami na własną opłakaną sytuację życiową.

Adam Leszczyński, No dno po prostu jest Polska

Adam Leszczyński nieczytaniu przez Polaków książek, i to od całych stuleci, poświęca osobny rozdział. To on zwraca uwagę, że „opinia o powszechnym fatalnym stanie czytelnictwa w Polsce – którego nie da się wytłumaczyć ubóstwem – powraca wielokrotnie od XIX wieku aż po dziś”. Przywołuje przy tym słowa Edwina Bendyka z „Polityki”, który mówi tak:

Jeśli popatrzeć na czytanie książek jak na praktykę kulturową, to statystyki BN korespondują dobrze ze statystykami nieuczestniczenia w innych praktykach, takich jak teatr, chodzenie na wystawy. Co nie znaczy, że Polacy w ogóle nie praktykują kultury, tylko raczej to, że choćby na skutek doświadczenia historycznego i opóźnionej modernizacji nigdy nie zdążyli nabrać nawyków kulturowych rozwiniętych społeczeństw mieszczańskich. (…) W Polsce czytała i czyta niezmiennie inteligencja. Inteligencja musi czytać, bo czytanie jest jej potrzebne nie tylko ze względu na wszystkie walory, jakie lekturze przypisujemy, od estetycznych po praktyczne, lecz także ze względu na kluczową rolę w reprodukcji inteligenckiego statusu.[19]

Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że najnowsze raporty BN tego nie potwierdzają, a wydawałoby się, że przeglądaliśmy te same. Bendykowi zapewne chodzi o grupę czytelników intensywnych, wahającą się w granicach 7–10% – w 2017 roku więcej niż siedem książek rocznie przeczytało 9%. Publicysta utożsamia to z inteligencją. Tylko właściwie na jakiej podstawie? W raporcie z 2016 roku jest fragment poświęcony tzw. orientacji materialistycznej – „z perspektywy osób oceniających innych przez pryzmat «drogich domów, samochodów i ubrań» fakt, czy czytają oni książki, ma znaczenie marginalne, a może być wręcz kontrproduktywne”[20]. Zważywszy na to, że raport też mówi o spadku czytelnictwa wśród specjalistów, o tym, że nie czytają oni nawet wtedy, gdy może to poszerzyć ich kompetencje zawodowe, felietonista dodaje dwa do dwóch. Kto czyta? Inteligencja przecież, bo potwierdza to jej status inteligencki. Raport sugeruje, że prawdopodobieństwo przynależności do grupy zaangażowanych czytelników książek nie jest w bezpośredni sposób zdeterminowane ani statusem majątkowym, ani wykształceniem rodziców – nie przekłada się też na wyższy dochód czy pewność zatrudnienia – a jedynie czoło zdobi (ma dodatni wpływ na aktywność kulturalną, poczucie sensu życia oraz stwarza większe pokłady wrażliwości i empatii społecznej)[21]. Przy czym raporty pod jednym względem są od lat kategoryczne – literaturę wysokoartystyczną (nie popularną, nie fachową, nie gatunkową!) czyta bardzo wąska grupa – ok. 1% czytelników intensywnych. Na tym obszarze toczy się walka symboliczna i zaznaczają podziały o charakterze klasowym.

Nie wystarczy czytać, aby stać się równouprawnionym graczem i awansować w społecznej hierarchii – trzeba jeszcze czytać właściwe rzeczy, we właściwy sposób. Mówiąc inaczej – nie wystarczy „czytanie czegokolwiek”, by zostać uznanym za czytającego, a do najwyższych kompetencji należy umiejętność rozpoznawania zmieniających się kryteriów i włączenie się w grę nadawania wytworom artystycznym znaczeń i ich hierarchizacji. Główny konflikt rozgrywa się – tradycyjnie – między tym, co przynależy do obiegu „popularnego”, a tym, co zaklasyfikowane jako „wysokoartystyczne”. Choć z badań prowadzonych przez Bibliotekę Narodową od lat wynika, że czytelnicy chętniej sięgają po szeroko pojętą literaturę popularną (szczególną popularnością cieszą się nieustannie romanse i powieści kryminalno-sensacyjne) niż wysokoartystyczną, jej status w medialnych dyskusjach pozostaje wciąż ambiwalentny.[22]

Jednym słowem: Bendyk wcale nie chce zauważyć, że wskazana przez niego grupa czytelników pożera przede wszystkim literaturę popularną – dla przyjemności – i ewentualnie (jest z tym spory kłopot) skubie literaturę fachową w celu pogłębienia kompetencji. On pisze przecież nie dla tych 9% czytających intensywnie, tylko dla tych 38% czytających cokolwiek – taki jest profil czytelniczy „Polityki”. I tej grupie publicysta niejako poprawia samopoczucie, zaliczając ją do elitarnej i wyselekcjonowanej.

Młodzież już nie przesiaduje w bibliotekach, ale za to siedzi na Chomiku (dzieciaki np. publikują nieoficjalne tłumaczenia literatury fantasy, poświęcając temu naprawdę sporo energii i czasu). Polski kryminał nigdy nie miał się tak dobrze, romanse wysypują się z tapczanów. Czytelnicze porno trwa. Najnowsze polskie powieści zyskują na popularności, czytelników kreują też wydarzenia literackie i nagrody. To nie jest księżycowy krajobraz. Niemniej, gdyby ktoś z was miał zamiar stworzyć kolejną satyryczną powieść o Polsce lub pobawić się obrazem ciemnego ludu, niech weźmie sobie do serca jeszcze jeden przekaz analityków BN:

Jeszcze skromniejsze jest grono tych, którzy czytali polską literaturę najnowszą (wydaną po 1989 roku) – liczy ono zaledwie kilkanaście osób, a więc w granicach 1% wszystkich osób deklarujących czytanie książek. Jest to trend odnotowany w poprzednich edycjach badania. (…) Trudno jest charakteryzować publiczność wysokoartystycznej współczesnej literatury pięknej z racji jej niewielkich rozmiarów. Możemy tylko stwierdzić, że dominują w niej osoby z wyższym wykształceniem, poniżej 50 roku życia. Osoby te czytają literaturę z różnych gatunków i poziomów, są „wszystkożerne”.

Literatura znajdująca uznanie krytyków, ta recenzowana, niemal nie przebija się do masowego obiegu. Czytelnicy, którzy przekraczają granice gatunku i tematów, potrafiący samodzielnie dokonać oceny, wybierający z list bestsellerów – to faktycznie obecnie szalenie elitarna grupa. Naprawdę należy im serwować sieczkę stereotypów?

Być może niektórzy z tego 1% poczują się lepiej, gdy uznają, że należą do tak wąskiego, wyjątkowego grona uprawnionych do ocen społecznych. Co mnie w tym wszystkim przeraża? Stajemy przed społecznym lustrem bezradni, po raz kolejny „niczego o nas nie ma w Konstytucji”, natomiast radośnie wraca era wielkiego pouczania. Tylko kto to wszystko przeczyta? I po co?

Znalezione obrazy dla zapytania creative commons cc by Tekst dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska (CC BY 3.0 PL).

[1] G.Ch. Spivak, Strategie postkolonialne, red. S. Harasym, tłum. A. Górny, M. Kropiwnicki, J. Majmurek, Warszawa 2011, s. 76.
[2] Por. J. Sobolewska, Literackie satyry na Polskę. Trudno być satyrykiem, „Polityka” 2018, nr 23.
[3] W. Parfianowicz-Vertun, O tych, którzy „nie czytają”, by czytać mógł ktoś. Figura „nieczytania” w dyskusjach o czytelnictwie i programach promocji czytelnictwa, „Kultura Współczesna” 2015 nr 2, s. 28, 31–32.
[4] Stan czytelnictwa w Polsce w 2016 roku: https://www.bn.org.pl/aktualnosci/183-czytelnictwo-polakow-2016-%E2%80%93-raport-biblioteki-narodowej.html, s. 39.
[5] W. Parfianowicz-Vertun, O tych, którzy „nie czytają”…, dz.cyt., s. 75.
[6] Stan czytelnictwa w Polsce w 2017 roku: https://www.bn.org.pl/w-bibliotece/3413-38%25-polakow-czyta-ksiazki.html.
[7] Stan czytelnictwa w Polsce w 2015 roku: https://www.bn.org.pl/download/document/1459845698.pdf, s. 21.
[8] W. Parfianowicz-Vertun, O tych, którzy „nie czytają”…, dz.cyt., s. 42.
[9] Tamże, s. 28.
[10] Stan czytelnictwa w Polsce w 2016 roku: https://www.bn.org.pl/download/document/1493378303.pdf, s. 39.
[11] W. Orkan, Listy ze wsi, t. 1, Gebethner i Wolff, Warszawa 1925, s. 69.
[12] bell hooks, Teoria feministyczna. Od marginesu do centrum, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2013.
[13] E. Majewska, Tramwaj zwany uznaniem. Feminizm i solidarność po neoliberalizmie, Książka i Prasa 2017, iBooks, s. 142.
[14] Tamże, s. 258.
[15] G.Ch. Spivak, dz.cyt.
[16] M. Popow, Negocjowanie ze strukturami przemocy, „Praktyka Teoretyczna” 2013, nr 1(7), http://www.praktykateoretyczna.pl/PT_ nr7_2013_NOU/17.Popow.pdf.
[17] Tamże, s. 142.
[18] Tamże.
[19] E. Bendyk, O pożytkach z nieczytania, https://antymatrix.blog.polityka.pl/2017/04/23/o-pozytkach-z-nie-czytania/.
[20] Stan czytelnictwa w Polsce w 2016 roku: https://www.bn.org.pl/download/document/1493378303.pdf, s. 24.
[21] Ibidem, s. 24.
[22] W. Parfianowicz-Vertun, O tych, którzy „nie czytają”…, dz.cyt., s. 45–46.

Sylwia Głuszak

(1979) historyczka literatury, nauczycielka języka polskiego, redaktorka. Współzałożycielka i redaktorka pisma „LiteRacje”. Redaktorka czasopism popularnonaukowych i medycznych. Uczestniczka seminarium „Wspólny pokój”. Redaktorka (razem z Beatą Gulą i Joanną Mueller) Warkoczami. Antologia nowej poezji (SDK, Warszawa 2016). Recenzje i artykuły publikowała w „LiteRacjach”, „Wakacie”, „Baroku”, „Nowych książkach”. Współpracowała przy organizacji festiwali literackich („Łódź na niebie”, „Manifestacje Poetyckie”, „Literatura jak fotosynteza”). Koordynatorka warsztatów literackich w Staromiejskim Domu Kultury.

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!