Polityka protestu i performatyka oporu

Dyskusja z udziałem Olgi Byrskiej, Sebastiana Cichockiego, Edyty Jarząb, Małgorzaty Amelii Jędrzejczak, Katarzyny Kasi, Ewy Majewskiej, Antoniego Michnika oraz Igora Stokfiszewskiego

 

Michał Kasprzak: Na początku chciałbym poprosić Was o wyjaśnienie pojęcia „praktyk postartystycznych”, które może okazać się dla nas przydatne w dyskusji o udziale sztuki w protestach społecznych. Czym różnią się one od działań artystycznych w ich tradycyjnym rozumieniu? Czy mogłybyście i moglibyście przytoczyć przykłady oddziaływania takich praktyk podczas zgromadzeń publicznych, tych niedawnych lub tych historycznych, co pozwoliłoby nam zastanowić się nad sposobami, w jakie sztuka może performować protesty?

Sebastian Cichocki: Przede wszystkim powinienem podkreślić, że poprzez postsztukę nie rozumiemy jakiegoś nowego „stylu” w sztuce czy aktywizmie. Ani tym bardziej nie sugerujemy końca sztuki współczesnej, bo ta ma się całkiem nieźle. Wprowadzając to pojęcie, ekshumujemy (choć wiem, że w Polsce to może nie jest dobre słowo) zapomniany termin zaproponowany na początku lat 70. przez Jerzego Ludwińskiego – teoretyka, pisarza, krytyka, autora tekstu Sztuka w epoce postartystycznej. Pisał on, i to mogłoby być mottem wielu postartystycznych praktyk, że prawdopodobnie przegapiliśmy moment, w którym sztuka stała się czymś, czego już nie możemy nazwać. Czyli mierzymy się z sytuacją, w której to, czym się zajmujemy, używając starych narzędzi (jak muzeum czy wystawa), nie jest już sztuką. Jesteśmy w epoce po doświadczeniu sztuki, ale nie jej końcu. Ludwiński sugeruje, że czymkolwiek się ona stała, daje nam większe możliwości niż klasyczne media, jak malarstwo czy rzeźba. Tekst powstał w 1972 roku, kiedy mieliśmy do czynienia ze zwrotem w stronę konceptualizmu, dematerializacją dzieła sztuki, momentem, sięgając po określenie z pola biologii, zapylania międzygatunkowego: przepływu idei pomiędzy dyscyplinami. Sztuka przenika więc inne obszary wiedzy, proponując rożne rozwiązania i prowokując, wprowadzając kompetencje z repertuaru awangard XX wieku, które służą pobudzeniu wyobraźni czy wprowadzeniu konceptualnego przekroczenia. Wiemy już, i dzieje się to co najmniej od końca XIX wieku, że sztukę można aplikować w wielu różnych obszarach: w polityce, rolnictwie, ekonomii, naukach społecznych, etnografii. Istnieje szereg różnych środowisk, w których sztuka może istnieć i się rozwijać, jednocześnie nie prowadząc do wytwarzania dzieła sztuki, które można zaprezentować w muzeum. Myślę, że warto podkreślać, że habitatem sztuki są nie tylko muzea i galerie, białe sześciany dla obrazów i rzeźb pilnowanych przez strażników, z konserwatorem i kuratorem. Pomyślmy np. o niezwykle interesujących zjawiskach związanych z eksperymentami w obszarze rolnictwa, np. stowarzyszeniach gejów i lesbijek uprawiających ziemię w USA, o projektach związanych z politycznymi konsekwencjami produkcji żywności i modyfikowania krajobrazu, jakimi od lat zajmuje się kolektyw Futurfarmers.

Niewątpliwie najbardziej interesującym obecnie dla nas środowiskiem dla postsztuki jest polityka i protest uliczny. Widzieliśmy to na przykładzie protestów w Standing Rock i zaangażowania takich artystów jak Cannupa Hanska Luger, który inspirując się zdjęciami z Majdanu, produkował tarcze-lustra, trzymane przez aktywistów, w których odbijali się policjanci. Tego typu rozprzestrzenianie się idei stworzonych przez artystów prowadzi do sytuacji, w której nie rozpoznajemy już ich pracy w kategoriach dzieła sztuki; nie ma cech, które pozwoliłyby wyodrębnić ją z nieartystycznego tła. Pomyślmy np. o jasno przypisanym autorstwie: często nie wiemy, kto wytworzył obrazy i slogany, zainicjował akcje, których jesteśmy uczestnikami i uczestniczkami na politycznych demonstracjach. Ruch Occupy Wall Street jest tu dobrym przykładem – wiele gestów, rytuałów i form organizacji zostało zaproponowanych przez artystów, a jednak autorstwo nie miało tu żadnego znaczenia; sama materializacja idei była rozproszona i wspólnotowa. Daje to praktykom postartystycznym innego rodzaju żywotność i skuteczność, większą niż to, co możemy osiągnąć w tradycyjnych, zinstytucjonalizowanych obszarach sztuki.

Ewa Majewska: Nad relacjami między sztuką, polityką i społeczeństwem, o których mówił Sebastian, mocno pracował Rancière. Wydaje mi się, że koncepcja postsztuki mieści się trochę obok idei Rancière’a, u którego to, co społeczne, jest przepracowywane, dzielone, porządkowane, układane jednocześnie przez narzędzia artystyczne i polityczne. Ta koncepcja wydawała mi się zawsze interesująca, bo zachowywała spójność i była w gruncie rzeczy bardzo Heglowska – pomimo antyheglowskich i antykrytycznych deklaracji Rancière’a. Zwróćcie uwagę, że Le Partage du sensible, czyli dzielenie tego, co zmysłowo dostępne, na polski przetłumaczono jako Dzielenie postrzegalnego. A to, co postrzegalne, różni się od tego, co doświadczane różnymi zmysłami (być może też intelektem). U Rancière’a postsztuki nie dałoby się wyodrębnić jako obszaru, z którego wynosimy pewne narzędzia i przenosimy je gdzie indziej, ponieważ nie ma żadnego „gdzie indziej”. U niego każda aktywność artystyczna generuje jakieś polityczne skutki albo w ogóle przekształca to, co społeczne. Sygnalizuję w tym miejscu ten szkopuł i oczywiście opowiadam się po jego stronie. W moim przekonaniu cały czas pozostajemy w tym samym polu, tylko tniemy je różnymi narzędziami. Artystka Mierle Laderman Ukeles dość kompulsywnie, bo przez trzy lata sprzątała ulice w Nowym Jorku, włączyła się też w życie związku zawodowego osób sprzątających przestrzeń miejską. Jako matka w swoim projekcie akcentowała pracę niewidzialną, którą wykonują także sprzątacze. Natomiast Aleksandra Polisiewicz, aby unaocznić tę pracę, sprząta polskie galerie publiczne. Można zatem powiedzieć, że kontynuacja tego, co społeczne, dokonuje się za pomocą innych narzędzi, ale wciąż w tym samym środowisku.

Przedwczoraj miałam wykład w Institute of Contemporary Arts w Londynie, gdzie wszyscy są straszliwie zdołowani Brexitem i energia w tamtej sali była zupełnie inna niż tu (śmiech). Chciałabym Was wszystkich zapewnić, że my jesteśmy w zupłenie innym miejscu – u nas naprawdę się dzieje! Mam wrażenie, że to jest jeden z ważniejszych momentów dla sztuki, także dla konceptualizacji praktyk artystycznych w naszym kraju – i powinnyśmy go docenić. Carpe diem – że sięgnę po tę durną maksymę, ale musimy złapać ten wiatr w żagle: archiwizować różne doświadczenia, praktyki i formy po to, żeby coś z nimi czynić i żeby one nas również modyfikowały.

Małgorzata Amelia Jędrzejczak: Ja również powiem: carpe diem, bo zostałam zaproszona nie ze względu na moje publikacje, które kończą się na odpowiadaniu na uwagi nauczycieli mojego dziecka, ale z powodu mojej czynnej działalności. Nie będę przywoływać znanych nazwisk i maksym, tylko opowiem o tym, w jaki sposób sztuka przenika do protestów na ulicach. Reprezentuję dziś energię wytwarzaną tak naprawdę przez rzeszę ludzi. Mnóstwo osób wykonało niedawno w sposób agresywny i manifestujący silny gest sprzeciwu. Z przeciwnej strony barykady czy płotu spoglądali na twarze, których w jakiś sposób, delikatnie mówiąc, nie lubili. Wytworzyły się silne, agresywne emocje wobec kogoś fizycznie obecnego, widzianego z niedużej odległości. Ale te emocje powodowały również, że ludzie się łączyli i razem głosili hasła podchwytywane przez ogół. Protestując, stawaliśmy się jednym głosem w wielu miastach, nie tylko Polski. Jednak w momencie, w którym posłowie wyjechali na wakacje, a jedynym miejscem, gdzie można protestować, były puste budynki, pojawiło się ryzyko, że morale wspólnoty zacznie siadać. Dla mnie i osób, z którymi staram się tworzyć Ruch 20 lipca, energia agresywna staje się teraz energią kreatywną, która z wychodzenia na ulicę i tworzenia blokad czerpie moc do tego, żebyśmy nadal istnieli, nadal czuli tę więź. Nastał moment, żeby posłużyć się innymi środkami, różnymi formami artystycznymi, czyli na przykład tworzyć plakaty (tak dobrych plakatów, jakie powstały w ciągu ostatnich 10 dni, nie widziałam od lat), banery, aranżować różnego rodzaju performanse, itp. One nie powstają „z potrzeby duszy” czy prezentowania sztuki, ale wynikają z tego poczucia wspólnoty, która istniała, kiedy prezydent jeszcze nie zawetował, a Senat przyjął kolejne ustawy bez poprawek. Nie mamy pojęcia, dokąd trafią plakaty i ile osób je zobaczy, może ktoś pod ich wpływem też postanowi stworzyć coś własnego. Ale to jest ta moc, która przez kolejne miesiące, kiedy być może nie będzie się nic działo w Sejmie, ma szansę nas zjednoczyć, spowodować, że staniemy się siłą nie tylko bojówkarską, co nam się zarzuca, ale faktycznie nową jakością w sztuce. W naszym działaniu nie chodzi o niszczenie, pobicie się z policją, ale o to, żeby manifestować nasz opór w sposób artystyczny.

Michał Kasprzak: Kiedy wspominam inicjowane przez Was „spacery” po przejściach dla pieszych wokół Sejmu pod hasłem „Cała Polska spaceruje!”, nasuwają mi się skojarzenia z sytuacjonistycznymi dryfami, które tutaj jednak odbywały się w bardzo konkretnych warunkach politycznych. W najnowszym numerze „Newsweeka” jest wywiad z Wami jako organizatorkami lub uczestniczkami blokad wokół Sejmu. 21 lipca internet obiegło Wasze słynne zdjęcie z kontenerem, którym zablokowałyście i zablokowaliście wyjazd z ul. Wiejskiej. Czy możesz coś więcej opowiedzieć o tamtych blokadach, działaniach Ruchu 20 lipca i grupy Spacerowicze?

Małgorzata Amelia Jędrzejczak: Uważam się raczej za spacerującą niż organizującą spacery, ponieważ zorganizował nas pewien polityk, Błaszczak, mówiąc, że na Krakowskim Przedmieściu był tłum spacerowiczów. Jemu to zawdzięczamy. Takie przechwycenie jest chyba zresztą piękną figurą; nie przerzucamy się inwektywami. Po tym, jak zostaliśmy nazwani „zdradzieckimi mordami”, mówienie do kogoś „Mordeczko” uchodzi za jedno z najczulszych określeń. A jeśli chodzi o Spacerowiczów, nikt z nas nie czuje się organizatorem tych działań, ludzie po prostu podjęli rękawicę i zaczęli spacerować, starając się tworzyć jakieś delikatniejsze blokady. Wykrzykiwaliśmy wspólnie „Spacerujemy!” w znaczeniu: nic nam nie możecie zrobić, bo my robimy to, co twierdzicie, że robimy – spacerujemy. Nie protestujemy na Krakowskim Przedmieściu – tylko spacerujemy.

Jeśli chodzi o protest i powstanie Ruchu 20 lipca – sytuacja z kontenerem była kompletnie filmowa, ale w żaden sposób niezaplanowana – my prawie w ogóle się wtedy nie znaliśmy. Nagle pojawił się kontener, chłopak z flagą UE i PL, a my zaczęliśmy śpiewać Warszawiankę – to był jakiś zbieg tysiąca przypadków, który stworzył ładny obrazek. Na szczęście, nie pozostał on tylko obrazkiem, bo później się szukaliśmy, łapaliśmy za ręce, pytaliśmy, czy wszystko w porządku… W końcu zaczęliśmy razem spędzać każdy dzień i planować mnóstwo różnych rzeczy. Nazwa ruchu wzięła się od tego, że ktoś powiedział o nas: „Wdowy ubeckie z 20 lipca”, a zaraz potem pojawiło się zdjęcie z kontenerem. I to wszystko do nas przylgnęło, nie chcemy się inaczej nazywać i rejestrować, chcemy być trochę anonimowi. Aby ktoś, kto nie mieszka w stolicy – a trzeba pamiętać, że to się nie kończy na Warszawie – ale zobaczy nasze działanie i chciałby coś wspólnie z nami robić, mógł poczuć się przynależny. Ten ruch jest sieciowy i zupełnie oddolny – są osoby, które będą chodziły się tłuc z policją, ale też takie, które chcą robić filmy albo spektakle pod wpływem tego, co się wydarzyło. To siła sprawcza i twórcza.

Edyta Jarząb: Najpierw odpowiem na pytanie, co to jest postsztuka. Może zacytuję kolektyw twórców szkoły sztuki zaangażowanej: „Potrzebujemy hybrydy poezji i ekologii, choreografii i miejskiego aktywizmu, politycznej ekonomii i wysublimowanej historii sztuki, militarnych badań i genderowo-queerowego eksperymentowania z dramaturgią, walki o prawa pracowników kultury z romantyczną wizją sztuki jako misji.” Dla mnie tym jest postsztuka i jest tym też protest, który ja chcę uprawiać. Z pełną świadomością tego, w czym biorę udział i jaki wpływ mam na rzeczywistość wokół, kiedy wychodzę na ulicę.

Byłam bardzo blisko wydarzeń lipcowych, bo na Wiejskiej siedzieliśmy z grupą ludzi, blokując wyjazd z parkingu na Frascatti. I mimo że nas strasznie nosiło, i co chwila ktoś krzyczał: „Idźcie tam, idźcie tam”, poczułam się współodpowiedzialna za tych, którzy siedzieli ze mną. Podjęliśmy decyzję i faktycznie siedzieliśmy chyba cztery godziny taką zwartą masą. Improwizowaliśmy różne hasła, śpiewając je, improwizując muzykę, używając często megafonu jako instrumentu muzycznego, nie jako tuby do politycznych konfrontacji.

Zajmujemy się również archiwizacją protestów. Ja na przykład od dwóch lat nagrywam większość demonstracji, w których biorę udział, i gromadzę zapisy. To jest ogromna biblioteka, z którą coś zamierzamy zrobić – niedługo będzie można sobie posłuchać różnych protestów na różnych kanałach radiowych i wybrać, czy jest się 11 listopada z nacjonalistami, czy po pokręceniu gałką na Czarnym Proteście.

Michał Kasprzak: Czy mogłabyś jeszcze powiedzieć o human microphone?

Edyta Jarząb: To technika rozpowszechniona przez Occupy Wall Street, którą zastosowano, kiedy policja zakazała jakiegokolwiek nagłośnienia – m.in. podczas przemówienia Judith Butler czy Slavoja Žižka. Polega na tym, że ludzie przekazują sobie komunikat, podając dalej zdanie po zdaniu, dzięki czemu informacje rozchodzą się niczym kręgi na wodzie. Jest to najprostsza technika nagłaśniania i dzielenia się treścią. Próbowaliśmy ją powtórzyć, gdy zajęłam się taką praktyką jak rozgrzewki przed demonstracjami i protestami, ale wtedy nie zadziałała tak, jak planowaliśmy. Ale udało się zupełnie coś innego. Potem ćwiczyliśmy ją podczas warsztatów human microphone w Centrum Sztuki Współczesnej, przerzucając komunikat przez kładkę nad Trasą Łazienkowską. Natomiast podczas protestów, kiedy usłyszałam ze sceny, że w tym miejscu się już nie mieścimy, zaczęłam kierować ludzi pod Senat, zatrzymując ich i mówiąc: „Podaj dalej”, tłumacząc szybko, jak to ma działać. Wytworzyła się wtedy spontaniczna siatka przekaźników i komunikatorów, dzięki czemu tysiące ludzi zaczęły napływać pod Senat.

Olga Byrska: Ta nasza energia i poczucie tego, co się dokonało, jest oczywiście efektem ostatnich wydarzeń, czyli tych niezwykle dynamicznych dziesięciu dni. Ale także pokłosiem Czarnego Protestu, protestów organizowanych przez KOD na przełomie 2015 i 2016 roku czy reakcji na nacjonalistyczne wystąpienia przeciwko Klątwie. Teraz powinniśmy złapać głęboki oddech, ponieważ wszyscy jesteśmy cholernie zmęczeni tym, co się działo, a z drugiej strony musimy tę energię przekształcić i w pewien sposób skonsolidować. Nie po to, aby utworzyć jedną zwartą grupę, ponieważ siłą i słabością tych protestów jest to, że ich uczestnicy mają zapewne odmienne poglądy na konkretne sprawy. Ale chodzi o to, by czerpać z różnych praktyk artystycznych i na bardzo wielu poziomach.

W dokumencie o Czarnych Panterach możemy zwrócić uwagę na mirroring – sposób, w jaki podążali oni za policjantami, działając na granicy prawa i wynajdując pewien ruch. Z drugiej strony, z koncertów wielkich diw popu jak Madonna czy Lady Gaga uczymy się angażowania publiczności i reżyserowania widowisk. Bo publiczny protest to też widowisko, podczas którego musimy panować nad emocjami, szczególnie jeśli nie chcemy żadnego naddatku przemocy czy hejtu.

Ludzie, którzy brali udział w protestach w ponad dwustu miastach nie zgadzali się na język, jakiego używano po przeciwnej stronie. Język jest kolejnym czynnikiem, nad którym musimy się głęboko zastanowić. Na pewno nie powinien być językiem nienawiści, ale chodzi też o znaczenie słów. Co znaczy słowo „suweren”, które słyszymy nieprzerwanie od dwóch lat? Co znaczy „demokracja” w ustach Jarosława Kaczyńskiego? Co znaczy słowo „symetrysta”? Jeszcze nie jesteśmy w stanie określić tego, przed jakim zadaniem stoimy. Co jest „tym czymś”, dla którego się dziś tutaj spotkaliśmy? W jaki sposób porozumiewać się tak, aby wydarzenia się na siebie nie nakładały (w tym momencie odbywa się spotkanie Akcji Demokracji, na którym nas, siłą rzeczy, nie ma). Musimy znaleźć jakiś sposób komunikacji, żeby nie dublować pewnych działań, czynności, nie wyważać otwartych drzwi. Po prostu zacząć działać. I musimy być w tym wobec siebie bardzo szczerzy. Musimy ocenić, na co stać każdego z nas, na jakie kompromisy sobie możemy pozwolić, co możemy poświęcić. Ponieważ powrotu do tego, co było przed 2015 rokiem, nie ma i wszyscy o tym doskonale wiemy.

Igor Stokfiszewski: Znajdujemy się w takim gronie i takiej sytuacji, w których zastanawiamy się, jak to, co robimy, robić jeszcze lepiej i jeszcze efektywniej. Bo jesteśmy jedną załogą, w sposób dość jednoznaczny odbieraną w sporze o Polskę, świat, kosmos… Dlatego na początek pewna uwaga: zgoda co do szczególnej dzisiaj funkcji kultury i praktyk, nazwijmy je, okołoartystycznych w ruchach społecznych, ruchach protestu, również w kręgach politycznych. Jesteśmy na spotkaniu partyjnym. I to jest wspaniałe. Jednak nie każda partia jest postępowa, a „postsztuka” nie jest postępowa czy demokratyczna z samej tylko definicji. Możemy takie założenie poczynić w naszym towarzystwie, bo wiemy, o jakich wartościach mówimy. Jako słaby punkt takiego ogólnego rozpoznania transformacji wewnątrz pola kultury, ale też kulturowej transformacji społeczeństwa, wskazałbym wychodzenie od sztuki w stronę tego, co inne – na przykład polityki. Moim zdaniem, Małgorzata trafnie zauważyła, że właściwie tu nie chodzi o pole sztuki i „wyjście do”, tylko o pewne praktyki, które moglibyśmy identyfikować jako artystyczne, okołoartystyczne czy kulturowe, i które każdy może uprawiać. To wydaje mi się bardzo istotne.

Wiemy też, że trwa wojna kulturowa, w której, musimy to niestety przyznać, nasza strona przegrywa. Ponieważ jeśli chodzi o nacjonalistów, to oni w postsztuce są mistrzami. W związku z czym, o ile zgadzam się co do szczególnej roli praktyk okołoartystycznych i kulturowych wewnątrz postępowego frontu, którego wszyscy jesteśmy częścią, o tyle interesowałaby mnie odpowiedź na pytanie: czym właściwie substancjalnie, w rozumieniu politycznym, te praktyki i to podejście różnią się od praktyk nacjonalistycznych?

Ciągle wahamy się pomiędzy zunifikowaną skutecznością mocnych sygnałów kulturowych, wyrosłych z tradycji anarchosyndykalistyczno-radykalno-lewicowej (wiemy, o co chodzi: jestem członkiem Inicjatywy Pracowniczej, identyfikuję się z tym, potrafię się odnaleźć i posługiwać danymi praktykami, itd.), a głęboką, partycypacyjną, uczestniczącą, radykalnie zdemokratyzowaną formą praktyki kulturowej, która jest oddolna i horyzontalna. W tej drugiej to odpodmiotowy element tworzenia sensu jest silniejszy niż na przykład proponowane przez artystów narracje do protestów. Co nie znaczy, że muszą to być radykalnie wykluczające się praktyki.

Chciałem zwrócić tutaj uwagę na hasło „Biała Polska tylko zimą”, które pojawiło się w filmie „Wakatu” z działań podczas marszu antyfaszystowskiego 11 listopada. Bo z tym hasłem, które wnieśliście, utożsamiła się masa ludzi. I ten element utożsamienia wydał mi się niezwykle ważny i bardzo trafiony: to inni ludzie zdecydowali, że ta propozycja jest sensowną narracją dla polityki postępowej i demokratycznej. Wydaje mi się więc istotne, abyśmy ponazywali te praktyki, które są postępowe w ramach pewnego paradygmatu myślenia i działania, oddzielając je od tych, które nie są. Bo jednak inna polityka jest możliwa… I inna sztuka jest możliwa!

Sebastian Cichocki: Być może wcześniej tego jasno nie wyartykułowałem, ale w tym, na co zwrócił uwagę Igor, nie widzę sprzeczności. Pojawia się szereg praktyk nieinicjowanych przez artystów – z ostatniego roku można przywołać chociażby wykorzystanie projektora do publikacji wyroku Trybunału Konstytucyjnego na fasadzie budynku KPRM. To działanie nie czyni partii Razem kolektywem artystycznym, ale korzysta z dosyć popularnego i skutecznego repertuaru, który znamy z historii sztuki XX wieku. Mamy więc do dyspozycji wiele różnych dryfujących rozwiązań. Choć, oczywiście, tego typu praktyki i metody są bronią obosieczną: prawica również używa ich często jako narzędzia propagandy, a nawet jest w tym skuteczniejsza, choć może jeszcze nie w Polsce. Wystarczy przypomnieć losy żaby Pepe.

Katarzyna Kasia: Podczas oglądania tego filmu pomyślałam, że on bardzo podnosi na duchu, sprawia, że czujemy się tacy fajni. Fajnie protestujemy, mamy fajne czapki, tęczowe kaptury. Jesteśmy rozśpiewani i weseli, stawiamy opór, stawiamy czoła tej platformie brunatnej nienawiści, która nas zalewa. Jednak, jak powiedzieli Igor i Sebastian, ta druga strona wykorzystuje podobne strategie – czy nazwiemy je sobie innymi strategiami  dzielenia postrzegalnego, czy strategiami postartystycznymi, czy postsztuką. I oni potrafią to robić bardzo skutecznie, również w poczuciu przynależności do wspólnoty, która czyni dobro. W filmie Edka mówi w pewnym momencie, że oni krzyczą jak jeden człowiek. Krzyczą jednym głosem, czego my nie umiemy.

Edyta Jarząb: I nie chcemy umieć.

Katarzyna Kasia: I to jest ważne, żebyśmy wyjaśnili, dlaczego nie chcemy tego umieć. Oni mają dużą wprawę, codzienną, bo, jak powiedziałaś, krzyczą na Żylecie. My nie chodzimy krzyczeć w ustalone miejsca i tam głosić naszych haseł. Ale może to jest jakiś pomysł? Może powinniśmy spotkać się czasem i wykrzyczeć wszystkie słuszne rzeczy, które mamy do wykrzyczenia? Może właśnie nad Trasą Łazienkowską spróbować przekrzyczeć szum jadących samochodów?

Trzeba jednak pamiętać, że wszystkie te strategie mogą też zostać łatwo wykorzystane przeciwko nam. Posthasłem, które zrobiło ostatnio wielką karierę, jest „postprawda”. Pretenduje do bycia prawdą, ale nią nie jest, a wręcz odwrotnie: jest fake news’em. A to, co zastępuje prawdę, jest lepsze od prawdy z różnych powodów. Życie nie jest zbyt koherentne, czasami to, co nas spotkało, uważamy za niewyobrażalne czy w ogóle niemożliwe. Postprawda jest superkoherentna – wszystko tu od początku do końca zostaje spójnie opowiedziane. Zastanówmy się więc nad tym, na ile pewne strategie opowiadania historii powinniśmy przyjąć jako swoje. Tu nie chodzi o to, żeby głośniej krzyknąć jednym głosem, ale żeby merytorycznie pokazać, gdzie jest ten nawias, w którym należałoby napisać: to nie jest fakt, to się nie wydarzyło. Pamiętając jednak o tym, jak przebiega dementowanie wszystkich błędów w mediach; ono się właściwie nie odbywa. Trzeba raczej demontować, a nie dementować. I dużo się napracować, żeby takie kłamstwo zniszczyć.

Foto: Marianna Dobkowska

Kolejna ważna rzecz – posługujemy się tu dwiema kategoriami: z jednej strony wspólnoty politycznej, wspólnoty ludzi, których łączą takie same poglądy, i wspólnoty estetycznej z drugiej strony. Jesteśmy w miłym towarzystwie osób, które łączy zarówno estetyka, jak i polityka. Jednak pamiętajmy o tym, że nie zawsze bywamy w tak szczęśliwej sytuacji. Może się okazać, że człowiek, który ma w domu najstraszniejsze meblościanki i jelenie na rykowisku, podziela nasze poglądy polityczne, ale to, co robimy w przestrzeni muzealnej czy w warstwie artystycznej, jest dla niego po prostu nieakceptowalne. I pomyślmy, jak rozszerzać tę wspólnotę estetyczną. Zastanówmy się właśnie nad strategiami włączającymi, które wychodzą poza konkretną warstwę wizualną czy dźwiękową. Przykładem może być działanie osób z Konsorcjum Praktyk Postartystycznych podczas ostatnich demonstracji, czyli odtworzenie performansu Akademii Ruchu z 1980 roku. To był niezwykle mocny gest. Ponieważ dał możliwość zbudowania pomostu międzygeneracyjnego. Bardzo młodzi ludzie nieśli długi baner z napisem „Sprawiedliwość jest ostoją mocy i trwałości Rzeczypospolitej”. Widzieliście ich? Ja się im przyglądałam i widziałam, jak ludzie pamiętający 1980 rok – ten moment, ten niepokój i niepewność – płakali na ten widok. Wydaje mi się, że to był bardzo skuteczny i piękny pomysł, budujący wspólnotę, która jest ponadwiekowa, która wykracza poza wspólnotę estetyczną, a jest wspólnotą polityczną i wspólnotą oporu. I – jest wspólnotą etyczną, opartą o wspólne cele: czyli dobro. Powinniśmy więc zastanawiać się, o jakie dobro nam chodzi, i szukać różnych sposobów estetycznych odniesień, różnych przestrzeni, które otwiera sztuka, do tego, aby komunikować się skutecznie.

Pozostając w kontekście generacyjnym – kiedy Adelina Cimochowicz pod ASP namalowała na banerze „3 x Veto” żółtą farbą na czarnym tle, a pod spodem: „Bądźmy realistami, żądajmy niemożliwego”, i kiedy później w naszym kolorowym, rozwrzeszczanym pochodzie ten napis dotarł pod Senat – to hasło z ‘68 roku wróciło do mnie z pełną mocą. Bo wyrosłam w cieniu marca ‘68 w Polsce i pamiętam opowieści mojego ojca, który wspominał tamten okres jako najgorszy moment: kiedy jedni zwrócili się przeciwko drugim. On ze studentami spędzał wtedy noce i dnie, okupując budynek Filozofii na roku Traugutta i Krakowskiego Przedmieścia – bardzo blisko głównego budynku ASP. I teraz to hasło z ‘68 roku wróciło nagle, ale w jakiejś takiej tryumfalnej wersji. Pomyślałam więc sobie, nawiązując do tego, co powiedziała Ewa na początku, że istotnie jesteśmy w dobrym momencie, bo wiemy, że możemy żądać niemożliwego – i na tym polega nasz realizm. Zażądaliśmy i trochę nam się udało. Oczywiście, to nie jest moment, w którym można z tego oporu zrezygnować, wycofać się. Wręcz odwrotnie. Powinniśmy zastanowić się, w jaki sposób zachęcać ludzi, aby było ich jak najwięcej. Bo strasznie się boję tego elitarystycznego myślenia, które nas wyłącza i sprawia, że lądujemy gdzieś poza resztą świata jako my – ci fajni, którzy mają rację. Przegrywanie jest być może czasami wspaniałe, ale nie możemy sobie pozwolić na to, żeby przegrać. Nie teraz.

Ostatnia rzecz, którą chciałam powiedzieć, będzie klasyczną wypowiedzią ku pokrzepieniu serc. Bardzo często porównuje się protesty krwawe z bezkrwawymi. Po pierwsze, rzetelne badania dowodzą, że bezkrwawe przewroty są o wiele skuteczniejsze, czyli mają długoterminowe skutki. Po drugie, po przebadaniu wszystkich przewrotów politycznych na świecie od II wojny światowej, po wrzuceniu ich w tabelkę i obliczeniu statystyk okazuje się, że wystarczy wspólny opór trzech i pół procenta społeczeństwa. Takiej ilości potrzebujemy i jeżeli ją mamy, to mamy szansę.

Antoni Michnik: Moglibyśmy starać się niuansować tezy dotyczące polityczności i postartystyczności, ale zanim zaczniemy mówić, skąd przychodzimy, gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy, chciałbym posłużyć się anegdotą. Mianowicie, pewnego dnia podczas demonstracji wraz z Michałem Kasprzakiem uczestniczyliśmy w naradzie przed performansem, podczas której wszyscy zastanawiali się nad charakterem planowanego działania. Zetknęły się wtedy dwa podejścia. Zgodnie z pierwszym, działanie powinno wynikać z ekspresji osób, które się tam spotkały. Drugie mówiło o tym, że tę ekspresję należy podporządkować jakimś zdefiniowanym przez nas ramom politycznym  wydarzenia. Mam wrażenie, że jakkolwiek nazwiemy nasze praktyki, mówimy o pewnego rodzaju mobilizacji i agitacji: zastanawiamy się nad tym, jak chcemy realizować ten drugi model – zmobilizować siebie, przesunąć dyskurs, zrobić dobrą robotę agitacyjną. Dynamika protestów mocno zmieniła się w ciągu ostatnich 20 lat, ale trudno powiedzieć, czy w związku z tym mamy większe szanse, czy mniejsze. Z jednej strony, fenomenalne jest to, że idee mogą pączkować na tyle szybko, by przerazić władzę (jak w przypadku ruchu Occupy, czy w Hiszpanii, czy podczas Arabskiej Wiosny). Stąd na przykład ta cudowna panika władz dotycząca rzekomego zjawiska astroturfingu (na zasadzie: to społeczne poruszenie na pewno musi być sterowane, skoro wszyscy podchwytują te same kody wizualne). Z drugiej strony władza ma swoje sposoby i możliwości odpowiadania na ten opór. Protesty na Węgrzech przyciągały większą część społeczeństwa niż jakikolwiek protest w Polsce, ale bez wymiernego efektu.

Z perspektywy antropologiczno-performatywnej widać pewne zagrożenie w myśleniu – które dotyczy również nas – o proteście jako karnawale, rodzaju święta, podczas którego dzieje się coś wyjątkowego. Tymczasem powinniśmy o nim zacząć myśleć po prostu w kategoriach pracy. Fantastycznym świętem protestu były demonstracje przeciwko ACTA. Co więcej, skutecznym, co przecież mocno wpływa na morale protestujących. Każdy następny protest powinien więc przyciągać trzy razy więcej osób. A tak nie jest. Oczywiście z jednym wyjątkiem: strona prawicowa ma doskonale tę lekcję odrobioną, a jej instytucje były przez długi czas poza zasięgiem spojrzenia liberalnego (zresztą, lewica też dopiero niedawno zauważyła, że istnieje transfer zachowań między pielgrzymkami a demonstracjami). Pytanie jednak, czy my chcemy jednej spójnej demonstracji, czy mieszanki różnorodnych sytuacji? Jeśli wszyscy się umówimy, że mamy dyktaturę, a nie demokratyczne państwo polskie, to wtedy obowiązują inne kategorie. Jeśli jednak nadal celem jest to, aby w wyborach różne ugrupowania dostały się do Sejmu, nie możemy tworzyć wspólnego frontu, tylko mieszaninę na tyle odrębnych bytów, że będą w stanie z różnych stron tę władzą podgryzać.

Może warto więc skupić się tutaj na dźwiękach, o których wcześniej mówiła Edyta. Bo, wbrew pozorom, nie tylko poprzez symbole wizualne, ale i poprzez różne sposoby performowania tej fali dźwiękowej organizują się różne grupy i ich modele protestowania. Niektóre środowiska bardziej chcą głosić hasła, inne chcą po prostu robić hałas. Za przykład niech posłuży nieformalny spór  o to, czy wuwuzele na demonstracjach są ok, czy nie . Jeśli uznajemy, że cały czas protestujemy w sytuacji demokratycznej, to te różne modele protestów muszą się spotykać, żeby nakręcać wzajemnie swoje elektoraty i w sposób demokratyczny odsunąć aktualną opcję polityczną od władzy.

Wracając do sytuacji na Węgrzech – mamy taki sam fundamentalny problem, jaki miało społeczeństwo węgierskie. W tym momencie zdecydowanie więcej osób przychodzi na demonstracje no logo, niż na demonstracje pod jakimkolwiek szyldem. To jest wyzwanie, nad którym przede wszystkim lewica z partią Razem na czele, ale także liberalny mainstream, powinny się pochylić. Jestem głęboko przekonany, że to głównie liberałowie teraz muszą zacząć formułować swój przekaz w zupełnie inny sposób – bo ich dotychczasowy nie zdaje egzaminu. Jeżeli wierzymy jeszcze jakimkolwiek sondażom w tym kraju, to należy powiedzieć: liberałowie, robicie to źle. A dopóki mamy system partyjny i czekają nas wybory, tylko partie nas mogą uratować.

Michał Kasprzak: Chciałbym Ciebie, Ewo, poprosić jeszcze, abyś opowiedziała o praktykach stosowanych podczas Czarnego Protestu. Czy mogłyby one być częściową odpowiedzią na problem, jaki zauważyła Katarzyna: w jaki sposób rozszerzać wspólnotę estetyczną na polityczną?

Ewa Majewska: Dziękuję za to pytanie i zaraz pójdę w jego kierunku, ale zanim odpowiem, proponuję jeszcze jedną kwestię do przemyślenia. Edka wspomniała o tym, że nasi oponenci krzyczą jednym głosem, a my nie. Bez względu na to, czy jesteśmy liberałami, czy przedstawicielami lewicy, nie krzyczymy jednym głosem, bo jednak tworzymy społeczność, wspólnotę, grupę, która jest antyfaszystowska po prostu. Temat antyfaszyzmu został mocno skomplikowany. Jesteśmy w bardzo selektywny sposób uczeni i uczone historii, poważne tematy znalazły się na drugim planie. Jesteśmy biednym, sprekaryzowanym społeczeństwem ludzi, którzy są ciągle na dorobku. Krajem, uwikłanym w określone struktury władzy. Więc sytuacja, wydawałoby się, nie daje dużego potencjału, a jednak stawiamy temu jakoś dzielnie opór. Robimy kulturę antyfaszystowską, co świetnie widać 11 listopada czy 1 sierpnia. Zastanowiłabym się nad tym więc, jak skutecznie działać od strony antyfaszyzmu, zbierając i lansując różne wątki tej kultury. Bo to kultura otwarta, wspierająca, solidarna, równościowa, społeczna.

Druga sprawa dotyczy tego, jak poszerzać pole działania, w jaki sposób wychodzić poza nasze getta, ukochane galerie, muzea, różne małe grupy, itd. Wspominałyśmy o tym performansie z banerem o sprawiedliwości, reaktywującym akcję sprzed 30 lat, który był takim gestem artystycznym zbierającym wspólnotę. Mam analogiczne doświadczenie sprzed 10 lat z Białego Protestu, kiedy po dwóch tygodniach funkcjonowania Białego Miasteczka media przestały interesować się pielęgniarkami. Wpadłam wtedy na pomysł, żeby na palmie na Rondzie de Gaulle’a zawiesić po prostu czepek. Kiedy malowałam ten czarny pasek na białym prostokącie, wyobraziłam sobie, że to taki tribute dla Malewicza. Joanna Rajkowska zgodziła się udostępnić palmę i była bardzo szczęśliwa, że może dołożyć cegiełkę do protestu pielęgniarek. Nie łatwo było jednak do tego doprowadzić, nie wszyscy kojarzyli kontekst Palmy, wielu osobom protestującym w Białym Miasteczku wydawało się to jakieś niepoważne. Wsparła mnie dopiero Henryka Krzywonos. Wydaje się więc, że potrzebujemy bardzo dużo pracy translacji i często przy takim animowaniu różnych politycznych form działania potrzebne są czynniki pośrednie. Musimy pamiętać, że bez myślenia o politykach reprezentacji po prostu się nie da: to są bardzo wyjątkowe momenty, kiedy rzeczy dzieją się same i nikt nikogo nie reprezentuje, kiedy jesteśmy jeden do jednego i każda jedna obecni i obecne na scenie historii.

Czarny Protest miał ten element zapraszający do polityczności. Moment, w którym różne osoby artykułowały w internecie przez selfie, tweety, posty i inne narzędzia, że popierają Czarny Protest, dla bardzo wielu osób był pierwszym akcesem do polityki. Dwa tygodnie po tym, jak Gocha Adamczyk zaproponowała, żebyśmy wrzucały nasze czarne selfie do sieci, podczas Czarnego Poniedziałku rozmawiałam z wieloma kobietami, które przyznały, że ta publikacja zdjęcia to był dla nich faktycznie taki pierwszy krok. Myślę więc, że różne gry i zabawy są okazją do tego, żeby osoby, które nie podjęły decyzji, czy chcą być polityczne, czy nie, mogły spróbować uczestnictwa w przestrzeni politycznej. Umieszczenie zdjęcia w internecie sprawia, że staje się ono  publiczne i zostaje tam na zawsze, ale z drugiej strony mamy nad nim trochę kontroli, możemy zdecydować na przykład, na jakim fanpejdżu chcemy je umieścić, możemy je zmieniać. To nie jest wyjście na ulicę czy zgłoszenie demonstracji. To są małe kroki. Te aktywności, po które sięga Edka czy Konsorcjum Praktyk Postartystycznych, o których mówiła też wcześniej Małgosia lub Olga, przywołując zabawy z językiem; wszystko, o czym myślimy w kontekście protestów – powinno, moim zdaniem, również zawierać taki element pośredni, zapraszający do działania.

Edyta Jarząb: Mnie to krzyczenie wspólnym głosem bardzo fascynuje. Zastanawiam się, dlaczego oni to robią, a my nie. A jeśli ktoś z nas by chciał, to w jaki sposób i po co? Napisałam taki krótki rozdział książeczki o rytmie protestu i o kobiecym głosie, w którym odwołuję się do Giorgia Agambena. A konkretnie do tego aspektu głosu, który mówi o nagości życia, czyli tym, co istnieje poza głosem, poza treściami rozumowymi, politycznymi, biografią jednostkową – a jest głosem na przykład zwierzęcia, drzewa, czy głosem innej planety. Niedługo jedziemy do Puszczy z warsztatami głębokiego słuchania innych stworzeń.

Na mówienie o tych wszystkich zjawiskach bardzo trudno jednak znaleźć język. Z jednej strony mamy New Age i czakry głosu, z drugiej – język filozoficzny z jego pojęciami phone, bios czy logos, które trzeba tłumaczyć. Ale myślenie o głosie czy krzyku jest nam bardzo potrzebne. Czasami zapraszam kobiety na warsztaty krzyku – one często płaczą, kiedy uświadamiają sobie, że nie potrafią krzyczeć, i dlaczego tak się dzieje. Za tym idzie dużo przemyśleń, ograniczeń i traum. Uczymy się więc, jak krzyczeć zdrowo, aby nie zrobić sobie krzywdy. Robiłyśmy też warsztaty pieśni tradycyjnych, podczas których słuchałyśmy, jak te trzy pieśni wracają do nas śpiewane przez kogoś w innej wersji. Brakuje nam jednak pewnego punktu odniesienia, tożsamości, więc szukamy jakiegoś swojego głosu. Są takie momenty, kiedy trzeba dać w rurę, jak pod Senatem, gdy to krzyczenie było dość zjawiskowe i głos kobiet mocno wspólnotowo zaistniał w przestrzeni. Ale są też momenty, kiedy milczenie i skupienie jest jeszcze mocniejsze. Niektóre demonstracje powinny być po prostu ciche. Rok temu byłam na takiej demonstracji w rocznicę wywozu Żydów z Umschlagplatzu, która była podporządkowana jedynie rytmowi bębna i to robiło upiorne wrażenie.

Olga Byrska: Myślę, że strukturyzowanie tych wszystkich narzędzi, które posiadamy, powinno zmierzać w kierunku pewnego rodzaju scenariusza. Niedawno założyłam grupę Demoteatr. Na naszym spotkaniu doszliśmy do wniosku, że wszystko, co chcemy demonstrować, jest szczególnym rodzajem informacji, która jest ideą. A idea, szczególnie w czasach postprawdy, jest jeszcze bardziej niż zwykle poddawana manipulacji i dużo trudniej nam zdemontować nieprawdę na temat tego, co chcieliśmy przekazać. Oczywiście, druga strona używa często podobnych narzędzi do naszych. Jeżeli jednak gramy o elektorat i o skuteczność, a także o poszerzanie wspólnoty i nadawanie jej demokratycznych cech, musimy być na to przygotowani, że gramy mniej więcej na tych samych zasadach. Reszta jest kwestią pragmatyki czy polityki.

Z jakiegoś powodu wyszliśmy tłumnie na ulice akurat teraz, a nie podczas wcześniejszych manifestacji KOD-u, na których byłam kilka razy z poczucia obowiązku, jednak nie czułam się u siebie. Pojawia się pytanie, czy nadszedł moment, w którym zamiast palić komitety powinniśmy dołączać do tych już istniejących, czy może jednak trzeba zakładać własne, które dokonają jakiegoś przewrotu. Tak czy inaczej, myślę, że pewne scenariusze pomogłyby nam stworzyć rodzaj siatki skomasowanych narzędzi, którymi się posługujemy: teatralnych, muzycznych, performatywno-filozoficznych, literackich, dzięki którym znajdziemy skuteczny sposób transmisji naszych idei. Wierzę w pojawienie się takiej iskry, czegoś pozytywnego, czego nie jesteśmy teraz w stanie wyeksponować, i używam słowa „wierzę” bardzo świadomie. Nie wiem, czy to partie polityczne, czy ruch, jedna osoba czy grupa sprawią, że ludzie nie tylko nabędą na nowo jakiegoś poczucia sprawczości w tym świecie i w tych sieciach, w które są uwikłani, ale też zaczną wierzyć tej idei, którą dana grupa za sobą niesie. Wydaje mi się, że takie scenariusze mogą odegrać znaczącą rolę, kiedy niebawem pojawią się kolejne kontrowersyjne projekty ustaw.

Antoni Michnik: W ostatnich latach na lewicy odbywała się pewna dyskusja na temat konwencji strategii politycznej, która została sprowadzona do alternatywy: patos czy śmieszkizm? Wydaje mi się, że różne tego rodzaju spory estetyczne można by bardzo łatwo rozwiązywać właśnie poprzez projektowanie scenariuszy. Skoro nie mamy dostępu do państwowej telewizji, to zróbmy państwowy teatr performatywny, w którym będzie blok prześmiewczy i blok patosu, blok z symbolami, które przejmujemy, np. z flagą czy hymnem. Wiele osób poczuło coś wyjątkowego, śpiewając hymn podczas ostatnich protestów. Być może więc pojawiłyby się też inne symbole, po które wstydzimy się teraz sięgać, na przykład niektóre symbole lewicowe. To łączenie różnych konwencji potrzebne nam jest po to, żeby głosy różnych środowisk naprawdę mogły wybrzmieć i żeby budować na nich nowe symbole. Na przykład symbole związane z konstytucją, które pojawiły się podczas ostatnich protestów, były na ogół partyjne, ale plakat „KONSTYTUCJA”, moim zdaniem, wymykał się tym podziałom, a jakoś zadziałał.

Edyta Jarząb: Ja tylko chciałam na koniec wspomnieć o rozstrzygnięciu naszej sprawy, bo to jest bardzo dobra wiadomość. Mianowicie, dokładnie rok temu z obecnymi tutaj Dorianem, Ewą, Aleką, Sebastianem i innymi osobami zrobiliśmy performans przed Muzeum Powstania Warszawskiego. Był bardzo delikatny – po prostu położyliśmy się na ziemi, każdy w swoim tempie i swoim miejscu. Zostaliśmy potem oskarżeni o zakłócanie porządku publicznego przez, cytuję: „kładzenie się, klękanie i lamentowanie”. Okazało się, że w tym kraju jest to zabronione, ha, ha. Dostaliśmy wysokie grzywny, bo po 700 złotych. Odwołałyśmy się jednak  i niedawno wygraliśmy. Miło jest usłyszeć z ust sądu (który jeszcze wtedy był niezawisły i mam nadzieję, że taki pozostanie), że to, co zrobiliśmy, mieściło się w granicach działalności artystycznej.

Ewa Majewska: To między innymi dzięki naszym zeznaniom, które z Edką złożyłyśmy na komendzie na Woli. Moje zeznania to jakieś półtorej godziny wykładu o sztuce współczesnej, o postsztuce, performansie, itd. I ja bym bardzo chętnie nawet pro bono szkoliła w tym zakresie różne instytucje, bo sędziowie i sędziny, policjanci i policjantki czy pracownicy i pracownice prokuratury często nie mają na ten temat pojęcia, bo uczono ich czego innego albo się tym po prostu nie interesowali – co zrozumiałe. A to może być fajne zaproszenie dla tych sektorów.

 

Część I dyskusji „Polityka protestu i performatyka oporu”, zorganizowanej przez warszawski oddział partii Razem, odbyła się 3 sierpnia w lokalu Państwomiasto.

Zapis audiowizualny oryginalnej dyskusji dostępny jest tutaj.

Zdjęcia z dyskusji: Joanna Kessler

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!