Pierwszy pocałunek

upodlić się to nie znaczy umrzeć

Sweet Noise – „Siła”

Jak to się stało, że z malarza pejzaży –
używał tylko rosy – skrzyżowaniem
stałem się akwarelisty, psim gównem
roztaczanym spirytusem salicylowym,
z kronikarzem histerii moich rodaków?

Dzisiaj rano myto Mickiewicza: co dało mi moje miasto,
zamknięto usta mi piosenką, uszy uskrzydliły słuchawki.

Cichcem przyszedł pastor, nuże, ucieszyć mnie pocałunkiem,
nie mogłem tego tak zostawić, porozrywałem mu pory, szpik,
iż gnił krzykliwie, wyssałem do kości, i porozrzedzałem krew.

Żadna woda, pozór, z marzeń szczeniąt nie powstanie, mamo.
Acz wysypało się spomiędzy wierszy: miałeś syna, skurwysynu!
Jest taka czułość pomiędzy komputerami! Jest taki złośliwy zew!

Bez nietrafnych poszlak ni skojarzeń, to nadal idą w noc niknące
ślady krwi po niebie, podmiejski smok, czarna pantera, rozjechał
samochód niewiadomego pochodzenia w dwa martwe Krakowy,
gołąb brzuchem do góry, gołąb brzuchem w dół, furtka karnacji.

Jak dotąd się nie zatrzymywałem: ażeby wyżebrać z idei przerwy
oddech, wypełzłem po fajki w miasto, jeżeli mi nie odpowiadasz,
życie, to nie jest fajka, otwieram dokumentnie każdy grobowiec,

2

Jakub mnie namalował, naszkicowało moje kochanie, obydwaj do-
-strzegali zaledwie głowę, tę korzyść, jaką jestem sobie zmuszony

dosztukować albo doszyć, dość banalnie, dosyć dosyć, ciąg dalszy
nastąpił, jak niechybnie nastąpi, a w dali, pisze Machej: nie wiem!

A — następnie

Żuk żuje podniebienie, przegryza się w kosmos, jednak nie twierdzi,
że tuż, tuż, poeta jest zawsze wciąż żywy, jeszcze wciąż, on jest mną,
ja nim nie wyłącznie jestem, moje szczęście, ciężkie szepty, szuwary.

A — może jutro

Dziś dziwnie beznamiętnie rozgrzane do przejrzystości, mycie okien,
naprawdę, w kamienicy nad ulicą, przy ulicy? Widzę [po co pytqm!]:
trzeciego martwego gołębia na Grodzkiej ulicy (Grodzka St.), znowu
to samo: jestem świeże ścierwo, zbolałe, ptaszysko szlachtować kosą,
a moje soki świergotem w świt się wzbijają, świeżym światłem, alba!

5. skarga, interpelacja, parlament

Chciałem być pomocny, chciałbym być dobry, ale na nic mi się to zdało.
Albo tak mi się zdaje i zdawało: każdy oblany egzamin przywracał mnie
jak najbardziej sobie, sile i światłu, ale nic by się bez was, bez ciebie nie
stało, zostałbym najjaśniejszym cieniem samego siebie, zdechł w sławie.

Każdy wybornie zdany, zaliczony zadawał tym gorętsze wyzwanie: masz
kochać siebie najbardziej i innym mówić, żeby robili tak samo, albowiem
nic dobrego się inaczej nie stanie, a wszystko nie będzie miłością, jedynie
łkaniem, na tym świat stanął, począł kruszyć się, kropić, pożądać upadku.

Przestałem, przestańmy, przerzucać się argumentami, bośmy wszyscy tutaj,
jak jeden mąż, jak jedna kobieta – kubkiem z wrzątkiem, mężu, dostaniesz –
za każdym razem, gdy elastycznie zarządzają swoimi synami, mężami – jak
genialnie wygina się łabędzia szyja, szumią wierzby na szczycie Himalajów,

przestańmy, jak ja przestaję, przystańmy na to, żeśmy wszyscy tutaj swoimi
wrogami, wasalami czarnych madonn, panów z wąsami, żywiącymi się sobą
Żydami, co właśnie, da capo al fine, sobie mały pogrom z nudów urządzamy
swoim uchodźcom z Sudanu, nie zatrzymanych na jednej z morskich granic.

Muszę wyrwać się ze środka Ziemi, podjąć z dna oceanu, spopielić to martwe
ciało, z siebie wypłukać nieograniczony kosmos, który nie zna granic, on jest
zmyśleniem, ponieważ tyle jest poza nami, poza nim, tym i tamtym światem,

to prawda, że nie ma dobrego boga za złym bogiem, że staramy się zabijać,
ale to już nie te czasy, więc z rzadka ktoś kogoś tak bardzo zapragnie, żeby
sięgnąć po broń, narzędzie zbrodni, gdy tymczasem ja pragnę wszystkiego,

więc w ekstazie radosnego tańca szczerze tutaj wyrażam moją powszechną
do nas wszystkich zarazem nienawiść, jestem swoim rakiem, więc się zeżrę
a wraz ze sobą ściągnę na parter całą naszą ferajnę, nikogo nie rozróżniając.

i 6 może być 7

Wszyscyśmy, struchlali, mordercy marzeń, zapuszczone albo i wysportowane
cienie swojego ciała, wielkie małe miasta, Walhale i przerośnięte wsie polskie,

ja nam tu daje polsko-niemieckie pojednanie, masakruję teraz wszystkich nas
wybranych, wszystkie nasze plewy i ziarna, odsiane moimi smukłymi dłońmi
Kopciuszka i malutkimi stopami Calineczki, wszyscy idziemy w torbie chmur –

dym, w którym się przeobrażamy – do stratosfery, oto ja, nazista uniwersalny,
prawdziwy Żyd-Polak, wprowadzam w życie jedyne moim obłędnym zdaniem
rozwiązanie konfliktu na Bliskim, czyli Środkowym Wschodzie, rubieży Rosji
nowobogackiej, podpiszmy każda, każdy z osobna cyrografy, zaprzedajmy się

szatanowi uogólnienia, i uszczegółowienia w tym samym czasie, w mieszkaniu,
umierajmy, umierajmy na globalną skalę, zwińmy w trąbkę księżyc (Armstrong),
umrzyjmy z wielkim zainteresowaniem na Marsie (Curiosity), już nic w kosmos
nie wysyłajmy (Hannah Arendt), niech wszystkich bez wyjątku rozłożą żywioły,
i raz jeszcze złożą w masowym grobie mórz i lądów, tak oddamy siebie planecie,

tę energię, jaką żeśmy jej odebrali zachodnią, czarnobiałą (judeochrześcijańską?)
cywilizacją, w obliczach wszechobecnej krzywdy konieczną, wystarczającą jest
wyłącznie całościowa ofiara, inaczej się człowieku dowiesz tylko swojej prawdy,
co prawda boli, wyzwala, ale i tak na początku i końcu każdego zdania musi się
– aby życie w ogóle mogło stać się możliwe – znaleźć pierwszy i drugi człowiek.

 

na okoliczność nagłego, niespodziewanego zakochania, Kraków, 29/09–11/09/12

Poemat otwiera książkę poetycką „Powstanie”: http://issuu.com/snubrat/docs/piotr_mierzwa_-_powstanie.

Piotr Mierzwa

Poeta, eseista, tłumacz języka angielskiego (http://www.piotrsmierzwa.globtra.com/). Autor juwenilnego "Małego" (Oficyna Literacka, Kraków 1997) i debiutanckiego "Gościnnego morza" (Zielona Sowa, Biblioteka "Studium", Kraków 2005;), książek opublikowanych na: http://issuu.com/snubrat/ oraz licznych publikacji prasowych, w sieci i na papierze. Prowadzi bloga literackiego. Jego wiersze przełożono na szwedzki, kataloński, hiszpański ("Poesía a contragolpe. Antología de poesía polaca contemporánea (autores nacidos entre 1960 y 1980)", PUZ, Zaragoza 2012) i angielski (autorski przekład w pokonkursowej publikacji: "Anthologia#2", off_press publishing, London 2010). Stara się przeciwdziałać stygmatyzacji osób chorych psychicznie w Polsce, samemu będąc chorym w długotrwałej remisji. Mieszka w Krakowie.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!