Wiersze

2girls1cup

Jaroniowi

Pije kawę, jest cudownie, pocałunków lekka pianka
słodko pieści suche usta, moja panna filiżanka.

Michał Wiśniewski, „Filiżanka”

Na rozstajach krzeseł podsunęłaś kawę –
taka, jak lubię: gładka, czarna, słodka,
zmielona na miazgę. Po francusku
podałaś spalona upałem, z piskiem
podeszwy uziemionych trampek.

Żegnam się ze smakiem, ze strachem
przed niczym. Na rondach stolików
nie znamy się wcale, lecz w zgodzie
z instynktem zjednoczone w kącie,
w cieniu sprzężone muskaniem.

Gorzkie obawy ściskamy za uszy. Spocone
filiżanki, fajanse. Przyspieszamy krążenie
i skurcze okrężnic, poprawiając pamięć,
jak łaskun śnimy o bogactwach: kokosach
w pergolach i sraniu na spodek

aromatycznym luwakiem. Znalazłyśmy się
na zakręcie, wiedząc, że większość rzeczy
się nigdy nie stanie. To na pewno. By wygrać,
muszę uciszyć cię iskrą, robustą bądź
nagle oddanym strzałem.
Rewia rozbłysła w rozpryskach
sarnich spojrzeń. Na werandzie spłoszyły się
radośnie rozkrzyczane pawie. Uszły z życiem
lęki – zimne i gęste. Opadły na dno

w zapomnianej szklance. Dawno po ptakach,
a życie, kochanie, toczy się światłem i ślepym
rozkładem. Robaczywieje ciągle piękniej
i prężniej. Dalej, po cichu, zuchwalej.

 

Kuchenne rewolucje

Nini

Rozchwiany stolik w kuchni, dwa kulawe krzesła,
dwa talerze z obiadem – banalna sceneria,
w której odpychamy się od siebie, jakby nasze ciała
posiadały tożsame ładunki po tych kilku latach
bycia razem; i tylko spiętrzony brzęk naczyń,
stukot tłuczka, syk tłuszczu, lakoniczny dialog
pozwala nam wierzyć, że wciąż między nami iskrzy,
że cokolwiek zostało z minionej bliskości i
słów wcale nie trzeba, żeby się zrozumieć.

A jednak w gardle coś więźnie. Wiatr wzdyma firany,
wdziera się do domu wartki, rześki strumień
wrześniowego powietrza – kubki, szklanki dygoczą,
jakby było zimno, i nagle goryczą coś serca ścina
bądź trwogą, że już się nam nie zdarzy
poczuć głodu, pragnienia – gdzieś nad morzem,
grzmiącym przez słoną ciemność, tępą finką rozwierać
muszle ostryg; jak niegdyś, na kacu, na kempingu

w Karwi, wsuwać z przyjemnością grube pęta kaszanki
lub wtranżolić ze szczeciną ślunski galert z nóżek –
a jednak, siorbiąc dystyngowanie i chuchając w łyżki,
jemy obiad w milczeniu. Stygnie kawa w imbryku.
W fusach czarne myśli. Już nie jestem głodna –
bąkasz w końcu, po cichu, i choć – na pewno – by mogła
tak się zacząć poważna dyskusja, coś każe odpowiedzieć:
zjedz, skarbie, chociaż mięso. A ziemniaczki zostaw.

Katarzyna Fetlińska

(1991) Poetka, studentka filologii angielskiej na Uniwersytecie Warszawskim. W 2011 roku została laureatką projektu "Połów. Poetyckie debiuty" organizowanego przez wydawnictwo Biuro Literackie, które w czerwcu 2012 opublikowało jej debiutancki tom wierszy "Glossolalia". Publikowała m.in. w "Ricie Baum", "Pograniczach" i "Neurokulturze". Urodzona w Ciechanowie, mieszka w Warszawie.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!