Opowiadania

Mobilnie

To była noc. Jechałam z tyłu wynajętego busa. Kierował nim chudy typ w czapce z daszkiem. W jego ruchach wyczułam fetę. Zapięłam pas. Miał dojechać z nami w miejsce kolejnego pobytu. Straciłam pracę na polu z kwiatami. Postanowili mnie gdzieś przenieść. Piłam piwo z puszki i obserwowałam kierowcę. „Boże, żeby mnie dowiózł, chuj wie, która to jego noc z rzędu, żeby mnie tylko dowiózł”.

Jak już dojeżdżaliśmy do almere czy jakoś tak, odwrócił się do mnie:

– Mam dla ciebie pracę jeszcze dzisiaj… na pół nocki, bo dziewczyna zrezygnowała.

– Taaa? To znaczy, żartujesz sobie teraz?

– Nie. Dam ci pół godziny, żebyś coś zjadła.. wiesz, jak nie pojedziesz, to nie będziecie mogli tam przenocować.

Byłam z chłopakiem. Który zaczął oczywiście protestować. Ale ja wypiłam resztkę piwa i stwierdziłam, że czemu nie? Czemu do cholery nie popracować przez resztę nocy?

Śmiech. Cudowna zdolność umysłu. Po prostu go nastawiasz. I nagle świat nie jest zły, jest tylko odrobinę śmieszny.

W nowym domu pokazano nam nasz pokój. To było poddasze. Na łóżku spał jakiś koleś. Powiedzieliśmy mu, że już chyba tu nie mieszka. I bez słowa wyszedł. Myślę, że brał coś twardego. Coś, co łatwiej dostać w holandii niż piwo.

Z reklamówki wyjęłam mrożone spaghetti i ruszyłam do kuchni. Podgrzałam je, wcisnęłam w siebie i położyłam się na chwilę na łóżku. Było mi błogo. Strasznie chciało mi się spać. I wtedy zadzwonił kierowca.

Zawiózł mnie do fabryki robiącej bukiety. Miałam je spinać takim dziwnym przyrządem na taśmie produkcyjnej.

Na hali, po jednej i drugiej stronie taśmy, ciągnęły się twarze polek, rumunek, ukrainek, rosjanek. Było ich mnóstwo, z pięćdziesiąt twarzy po jednej stronie. Jakaś babka zaprowadziła mnie na stanowisko.

– S. wszystko ci powie, co i jak.

– Tu tylko to bierzesz i przyciskasz. I tak cały czas. Tylko nadążaj.

Miała pokaleczone ręce.

– Krew ci leci z palca.

– A no, zapomniałam wziąć rękawiczek! Ale zara idę po plastry, bo jest przerwa.

W bukietach były róże. A ona robiła z nimi coś dziwnego i kolce wbijały jej się w ręce.

Akurat trafiłam na przerwę. Połowa hali, w tym ja, wyszła na zewnątrz. Zastanawiałam się, od kogo ściągnąć fajkę. Wypatrzyłam grubą dziewczynę siedzącą samotnie na ławce.

– Masz może fajkę?

– Trzymaj. Weź więcej.

Wzięłam dwie. A ona jakoś dziwnie mi się przyglądała.

– Ty nie pracowałaś w horn na szklarni?

– No, pracowałam, a co, ty też? Jakbym faktycznie cię kojarzyła.

Wcale jej nie kojarzyłam.

– Ja też! Tylko mnie wyjebali. Miałam spinę z jedną dziewczynką tam.

– A co się stało?

– Podpierdalała mnie cały czas do agencji. W końcu jej wyjebałam liścia. A oni mnie wyjebali. Tutaj teraz robię. Ale to tylko chwilowe. Już odłożyłam hajs i wracam do Polski niedługo.

– No to dobrze. Dzięki za fajki.

– Spoko. A ty czemu tutaj, a nie tam?

– Zaspałam.

Spojrzała na mnie.

– Dobra, chodź, zbieramy się, pokażę ci, gdzie jest kawa.

Po skończonej pracy czekałyśmy na kierowców, którzy rozwozili nas do domów. Czekałyśmy długo. Z czterdzieści minut. Opowiadałyśmy sobie żarty i paliłyśmy fajki. Narzekałyśmy. A nad nami było cholernie fajne niebo. Czwarta rano. Chciałam się przytulić do każdej z nich i robiłam to śmiechem, którym wybuchałyśmy raz po raz, zmęczone. Oszalałe.

 

Podróż

Chowałam tą cholerną dziurę w kroku. Moja przyjaciółka postanowiła zabrać mnie do paryża. Była stewardessą i było ją na to stać. Ale ja mieszkałam w kawalerce bez okien z kuchenką i zlewem w przedpokoju, a jadałam głównie pasztet i chleb. Chodziłam w tych dżinsach z dziurą w kroku. W gdańsku myślałam sobie „chuj tam”, ta dziura w kroku dodawała mi odwagi, nie mam pojęcia dlaczego, ale w paryżu? Poza tym miałam te jedne spodnie, a głupio pojechać gdzieś na tydzień i nie zmieniać ubrania. Głowiłam się nad tym. W końcu postanowiłam wziąć rajstopy i sukienkę.

Wyleciałyśmy z gdańska, a w samolocie sączyłyśmy białe wino. Najpierw myśl o J., moim chłopaku, który został w naszym lokum, dławiła mnie, sprawiała, że wychodziłam do kibla i miałam ochotę ewakuować się stamtąd natychmiast. Ale po kilku lampkach białego wina postanowiłam zdobyć cały świat. Nie tylko ten cholerny paryż.

Pamiętam kilka rzeczy… że byłyśmy w jakichś klubach, że K. mówiła ludziom, że jestem pisarką, a potem ja zaczęłam wymyślać niestworzone historie o powieściach, które wydałam. Siedziałam z nogą na nogę tylko dlatego, że chowałam tą dziurę w kroku. I wchłaniałam coraz więcej wódki z redbullem, coraz więcej fantazji.

No i chodziłyśmy, i była ta katedra notre dame, i ludzi tyle jak na manifestacji, i okropność, że muszę tam podejść i że K. chce mi robić zdjęcia, i że nie mogę jej powiedzieć: chodź, chodź, chodź stąd, bo zabrała mnie jak maskotkę do tego paryża, który przypominał tak samo gdańsk, jak i amsterdam, jak i warszawę, jak i wszystko inne. Ale przez większość czasu cieszyłam się, że jestem obok niej. Kochałam ją i mogłam z nią być, teraz. Głupio mi było tylko dlatego, że nie wyglądałam tak, jak powinnam. Nie mogłam jej zaimponować.

Ostatniej nocy w ogóle nie mogłam spać. K. spała odwrócona do mnie plecami. Zawsze zasypiała bez problemu. Otworzyłam wino i siedziałam na balkonie hotelowym. Byłam blisko rogu ulic. Właściwie byłam na tym rogu. Ludzie śmiali się, rozmawiali, wymieniali trawą, wykłócali, podjeżdżali motorami i gapili się w przestrzeń.

K. obudziła mnie rano i poszła pod prysznic. Dalej spałam. Nad ranem są najlepsze sny. Za drugim razem obudziła mnie sprzątaczka. Była wściekła. Ale ja nie miałam dużo rzeczy do pakowania.

Założyłam te dżinsy, wiadomo, te z dziurą w kroku, i ruszyłyśmy na lotnisko. Jeszcze raz metro. Metro było akurat fajne. Przyglądanie się tym wszystkim ludziom, kiedy wiesz, że dla nich to kolejny dzień, jeden z tych wszystkich niezliczonych, a ciebie zaraz tu nie będzie. Ich twarze, codzienna rutyna, te wszystkie ruchy. A ty próbujesz zapamiętać każdy. To jak jedzenie na bardzo pusty żołądek, po dwóch dniach, zachłanność.

Wróciłyśmy. Wzięłam torbę i wdrapałam się z nią po schodach na trzecie piętro. W mieszkaniu jak zwykle był S., zawsze zresztą ktoś tam był. Zapytali:

– Jak było? Opowiadaj.

– Nie wiem. Normalnie.

Chciałam się rzucić na J., ale się powstrzymałam. Zapaliłam papierosa i położyłam się na rozkładanej kanapie. Wreszcie nie musiałam chować tej dziury w kroku.

 

Fart

Rozpaliliśmy ognisko. Dookoła były trzy ławki bez oparcia, a dalej już tylko las. Gruby jak zawsze szybko się upił, ja z J. staraliśmy się nie myśleć o rzeczywistości, a K. zastanawiał się, jak zdobyć hajs, jako zbiegły nie bardzo mógł znaleźć pracę.

Moja kiełbasa na kiju była już już prawie gotowa i wtedy usłyszeliśmy wjeżdżający pod górę samochód, a sekundę później skierowane na nas światło.

Policjant zapytał, co tu robimy i zaczął chodzić z latarką obok ogniska. K. położył się pod ławką. Dziwne. Policjant poświecił tuż obok jego buta, tak, że było widać jego zarys, ale poszedł dalej. Powiedział, żebyśmy nie pili za dużo i zgasili dobrze ogień. Podziękowaliśmy i odjechali. K. wyszedł spod ławki. Ręce jeszcze trochę mu się trzęsły.

– Daj mi piwo.

– Matko, jaki fart!! – Gruby był najbardziej roztrzęsiony.

– No tym razem ci się udało…

W końcu wyrwaliśmy się z tej niemieckiej wioski i wylądowaliśmy w holandii. K. dołączył do nas później. Pracował i powoli stawał na nogi. Ale potem nagle jego telefon nie odpowiadał. I wiedzieliśmy, że za drugim razem już mu się nie udało. Na myśl o tym czuję mdłości. Są ludzie, których wiem, że nie spotkam więcej, nikogo podobnego w wyrazie oczu.

 

Wieczory

Wbiliśmy do mieszkania T., chociaż to nie było do końca jego mieszkanie, ale nie próbowaliśmy nigdy nikomu tłumaczyć sytuacji. Jednak K., pobudzony fetą i piwem, zaczął natrętnie wypytywać, czyje to mieszkanie.

J. starał się jakoś wybrnąć. Chodziło o to, że T. poznał miłość swojego życia. Młodą studentkę inżynierii jakiejś tam. Ale ona postanowiła pojechać do Afryki. Dostała tam pracę i wkrótce poprosiła tylko, żeby T. zajął się jej ojcem, więc T. sumiennie podcierał mu dupę i gotował zupę na zmianę z pielęgniarką. To było mieszkanie właśnie tego ojca. Zmarł kilka dni temu.

K. zaczął dopytywać, więc powiedziałam mu, żeby po prostu się zamknął. Potem wrócił T. i przyniósł kości do gry. Zaczęliśmy grać. Graliśmy na punkty i w sumie nawet dobrze mi szło. Czasami nawet lepiej, niż się spodziewałam. Przez chwilę wyobraziłam sobie miliony, które wygrywam w kasynie. W pewnym momencie rzuciłam kośćmi i miałam parę i trójkę. T. zaczął już mamrotać, licząc punkty, ale ja wzięłam wszystkie kości w ręce i zaczęłam potrząsać.

– Czasem, moi drodzy, trzeba ryzykować. Ryzykować wszystkim.

No i wyrzuciłam cholernego strita z ręki, wygrywając rozgrywkę! Nie graliśmy na pieniądze, bo po co grać o marne grosze, ale dotarło do mnie, że lubię wygrywać. Że każdemu należy się, od czasu do czasu, wygrać. To bardzo dobrze działa na układ nerwowy, i całą resztę układów.

 

Odpowiedzi

– Nie chciałaś zostać modelką? – spojrzała na mnie nowa koleżanka Anki.

– Kiedyś próbowałam.

– I co?

– No i nie zostałam modelką.

Koleżanka Anki dociekała, jak zakończyła się moja przygoda z modelingiem.

Właściwie pierwsza próba nastąpiła, jak miałam chyba z trzynaście lat. Ale to nie z mojej inicjatywy. Mama przeczytała o castingu na modelki w Carrefourze na Morenie. Postanowiła, że spróbuje mnie tam zaciągnąć. Opierałam się, ale koniec końców zabrakło mi argumentów wobec wszechogarniającej świat miłości mojej matki. Nienawidziłam występować, pokazywać się, w ogóle najlepiej czułam się sama, ale moja mama chciała to zmienić, więc zaczęła od ignorowania moich skłonności.

W ogłoszeniu przeczytała, że należy być bez makijażu, w normalnym ubraniu. Ubrałam na siebie szarą koszulkę i jeansy, i pojechałyśmy autobusem 148 na Morenę. Jak tylko zobaczyłam „casting”, czyli wymalowane i wystrojone podopieczne nieco niebezpiecznie wyglądających matek, zatrzymałam się w niemym proteście. Moja matka też chyba poczuła się głupio, bo spojrzała na mnie jak na nową pralkę wystawioną w Auchan, wzrokiem porównującym z innymi pralkami. Uśmiechnęła się jednak i próbowała mnie zachęcić. Stwierdziłam, że przecież nie tłukłyśmy się tym autobusem, żeby po prostu wrócić z powrotem. Trzeba spróbować.

Jakaś pani mnie obejrzała. Kazała się przejść kilka metrów. Zmierzyła mi talię, biodra i cycki, uśmiechnęła się i wręczyła ulotkę. To by było na tyle. Nie liczyłam na to, że się do mnie odezwą, a oni wcale nie mieli takiego zamiaru.

Drugą próbą zdarzyła się, kiedy miałam szesnaście lat i nie miałam pieniędzy. Moi rodzice uważali, że ich nie potrzebuję, że przecież mam jedzenie w domu i robię sobie kanapki do szkoły. Moi rodzice nie widzieli innych potrzeb.

Nie to, żebym bardzo chciała wychodzić z ludźmi i coś z nimi robić, po prostu nie mogłam być w domu. W pokoju z bratem czułam się jak zamknięta w koszmarze bez wyjścia. Zazwyczaj siedziałam w łazience, ale tam też zakłócano mój spokój. Wychodziłam i po prostu łaziłam po wrzeszczu, ale w zimie dosłownie wszystko po kolei mi odmarzało. Postanowiłam zarobić pieniądze. Miałam jakieś zdjęcia, które kiedyś zrobił mi fotograf. Głównie chciał robić zdjęcia mojej przyjaciółce, ale ta powiedziała, że sama nie przyjdzie na sesję z nim, więc zmierzył mnie wzrokiem i zgodził się cyknąć i mi kilka fotek.

Znalazłam jakąś stronę ze zdjęciami amatorek-modelek. Na tej stronie rozglądały się ponoć agencje. Dodałam tam zdjęcia i czekałam na odzew. W końcu odezwał się jakiś facet. Chciał, żebym wysłała mu zdjęcia stóp. Powiedział, że zapłaci. Pożyczyłam od kumpeli aparat i ustawiając, żeby zdjęcia same się robiły, wymachiwałam stopami przed obiektywem. Wysłałam mu je, a on wysłał mi stówę i złożył zamówienie na więcej zdjęć. Tym razem chciał, żebym miała na sobie kabaretki. Przeszło mi przez myśl, że tym sposobem mogę sporo zarobić i postanowiłam na serio zająć się zdjęciami stóp. Od razu przyszło mi głowy, że wkręcę w to moją przyjaciółkę. Czemu ona ma nie zarobić? Człowiek szczęśliwy naprawdę chce dzielić się swoim szczęściem. Zapytałam go więc, czy nie chce stóp mojej kumpeli. Powiedział, że im więcej, tym lepiej. No to we dwie machałyśmy stopami przed obiektywem. Ubierałyśmy kabaretki i różne rajstopy, słowem doszła do głosu nasza kreatywność. Fotek było sporo. Każda z nas miała dostać po stówce. No ale po wysłaniu zdjęć nie było odzewu. Najpierw wysyłałam mu różne wiadomości typu „znajdę cię”, „płać albo pożałujesz”, „znam odpowiednich ludzi”. Ale później zwątpiłam. Postanowiłam, że znajdę go po danych z przelewu, ale były to postanowienia bez pokrycia. Potem już tylko śmiałyśmy się z mojej głupoty. Summa summarum modeling nie był mi chyba pisany.

 

Atak

Kiedy odpalam komputer, na całym ekranie pojawia się jakieś zdjęcie. Krajobraz albo artystyczny stojak na komodzie. Tak zwana tania sztuka. Morze z oddali. Kolorowy ptak na Bali.

Pozwalam komputerowi dowolnie wybierać te obrazy, a on sprawdza moje reakcje. Jednak tym razem mnie zadziwił. Włączam przycisk, a moim oczom ukazuje się pole fioletowych tulipanów. Nic w tym złego, może ktoś dopatrzyłby się w tym sztuki: szybko tanio ładnie.  Ale ja ZNAŁAM to pole. Ja w holandii na takim polu zrywałam te tulipany, łażąc po kostki w błocie, kiedy padał deszcz, zastanawiając się nad sensem życia. Kiedy błoto z wodą wlewało mi się do butów, nie wydawało mi się zbyt sensowne, wręcz trochę śmieszne.

Mieliśmy zrywać „chore” tulipany, a odróżnienie ich nie było łatwe. Kompletnie mi to nie szło. Szef kazał mi wskazać, które są chore, a które zdrowe. Muszę przyznać, strzelałam. Za chuja nie mogłam odróżnić tych kwiatów. Może miałam coś ze wzrokiem, a może podświadomie opierałam się łażeniu po polu w deszczu i przyglądaniu łodygom tulipanów. Tak czy siak, szef podziękował mi za współpracę. No i cóż począć… chociaż, swoją drogą, dziwnie odchodzić z pola tulipanów z myślą, że wyrzucili cię z takiej pracy.

Brocząc w błocie, zatapiałam się jak w bagnie. Często robiąc krok, zostawiałam buta za sobą. Wiele rzeczy na tym polu zostawiłam za sobą. A teraz to samo, identyczne pole zerkało na mnie z pulpitu. Wzdrygnęłam się, klikając wszystko naraz, byleby obraz zniknął. I w końcu zniknął.

 

Piersi z kurczaka dwadzieścia procent taniej!

W fabryce mięsa pracowałam już trzy miesiące. Moje ciało się przyzwyczaiło. Mózg zresztą też. Od poniedziałku do soboty próbujesz znaleźć chwilę, żeby otworzyć laptop. A jak już ją znajdziesz, zasypiasz.

W środę pojawiła się czwórka nowych dziewczyn. Ania lesbijka, bardzo niesympatyczna dla wilczej sfory, która trzymała władzę w fabryce. Pierwsza natomiast, z którą mogłam normalnie pogadać. Jowita, szybka, ogarnięta, paląca grube marlborasy, dobra dusza w twardym ciele. Pani Krysia, chichocząca zniszczonym od palenia fajek śmiechem. No i Pati. Pati dużo gadała i lubiła być w centrum uwagi.

Jak przychodziły nowe dziewczyny, dawali je do mnie na linię. Byłam ochronnym buforem, nie pastwiłam się nad debiutantkami. Dawałam im całodzienną lekcję, jak nie zwariować w środku tworu,  w którym każdy czeka, aż będzie mógł się do ciebie przypierdolić. Uczyłam je ignorancji.

– A ty czym się w ogóle zajmujesz? Oprócz pracy tutaj? – pyta Pati.

– Niczym. Na to starcza mi czasu.

– A co cię tutaj sprowadziło?

– Długi i uszkodzona psychika. Taka, z którą za chuja nie wyjdziesz na prostą. A ciebie?

– Zbieram na płytę. Bo nagrywam, rapuję w sensie. Mam tu w holandii swoje małe studyjko, piwnica ze sprzętem. Od trzech lat już tu siedzę, więc powoli zbieram się do Polski.

– No i dobrze. Na dłuższą metę idzie oszaleć.

– Tutaj na pewno. W takie miejsce jeszcze nie trafiłam.

Rozejrzałam się. Przypomniałam sobie swój pierwszy dzień. Wszystkie nadęte dziewczęcia, harem pana X., który siedział w Anglii i był właścicielem firmy. Dziennie zarabiał tyle, ile ja zarabiałam w rok.

– A jak to się stało, że wpadłaś w długi?

– Normalnie. Zakochałam się.

 

Szefowa Agaty

– Pójdę jej pomogę z tym czajnikiem – mówię do Agaty na szkoleniu. Bo tam taka dziewczyna stała i ona ani w tą, ani w tamtą. Bała się widocznie tego czajnika, a ja dokładnie wiedziałam, jak to jest. Pokazałam jej, jak co się robi i wróciłam na krzesło obok Agaty. Poczułam się lepiej, to chyba cicha nieuświadomiona nadzieja, że Bóg na mnie z góry patrzy i dodaje punkty do tabelki. Do tej dziewczyny uśmiechnęłam się litościwie i wiedziałam już, że nigdy jej nie polubię.

– Ja już się przejechałam na takim pomaganiu – mówi Agata. – Ale wiadomo, człowiek jak może, to zazwyczaj pomaga. Tak już ma. No chyba, że bardzo się boi. Bo ja na przykład to wiesz, gdzie pracuję oprócz tutaj?

– No mówiłaś coś o tym zakładzie dentystycznym? Że twoja szefowa ma ten botoks w całej twarzy i jest straszna

– No właśnie. To słuchaj. Ona bierze praktykantki na praktykę do nas. Dziewczyny młode przychodzą i chcą się uczyć. Po to idą na praktyki. Ale ona ich nie chce uczyć. Ona się boi, że jej metody, taktyki poznają i pójdą do konkurencji. Bo ona, to trzeba jej przyznać uczciwie, robi wszystko idealnie. Te wszystkie odlewy zębów… potrafi wrzeszczeć na ludzi, żeby zrobili idealny odlew. I, pomyśl, gdyby ona taka nie była, gdyby tak nie wrzeszczała, to jak wszędzie by była fuszerka odwalana. Ale do tych dziewczyn. Ona im kazała herbatę robić, naczynia zmywać, zamiatać, ale broń Boże, żeby im coś pokazać ze stomatologii. No i pewnego razu, myślę sobie, wezmę je i im pokażę. Opowiem. Niech chociaż czegoś się nauczą, bo to i tak niewiele.

– No i co? Wściekła się?

– Wściekła, bo nas przyuważyła. Mówi do mnie, że skoro taka pomocna, to ona mi 50 złotych z pensji odpisuje. I jak zobaczy raz jeszcze, to znowu odpisze 50.

– 50 złotych?

– No. Ona to w ogóle jest taka skąpa. Na szkolenie z nowego programu też jej było szkoda stu złotych i sama po nocach się go uczyłam, bo demo w internecie znalazłam.

Ta dziewczyna od czajnika usiadła po mojej prawej stronie.

– Mogę tutaj usiąść?

– Ta, jasne.

– Na pewno? Nie będzie ci przeszkadzało?

– Nie, nie. Siadaj…

– Jak myślicie, długo dzisiaj potrwa szkolenie?

– Nie wiem… chyba tak jak wczoraj.

Wiedziałam już, jak to się skończy. Od dzisiaj dziewczyna od czajnika będzie siadać koło mnie i pytać, czy mi to nie przeszkadza. Mój stanowczy głos wewnętrzny zamilkł, a na twarz wypłynął tępy uśmiech, jak u kozy. Szefowa Agaty nigdy by do tego nie dopuściła.

 

Oczy niebieskie, życie króleskie

Niektórych rzeczy po prostu nie zapominasz. Stoją przed tobą, zawsze takie same, tak mocno pokolorowane, że natychmiast czujesz to samo, co wtedy.

W pubie barmanka, która nalewała mi piwo, miała niebieskie oczy. Bardzo niebieskie oczy. Takie, że się przestraszyłam.

Skupiłam całą swoją wolę na tym, żeby sobie przypomnieć, o co mi chodzi. Otóż, mając osiem lat, wracałam sobie ze szkoły, razem z Magdą, koleżanką z klasy.

Obok mojego bloku było gimnazjum. Starsze dzieciaki paliły pety pod daszkiem mojej klatki schodowej. Zazwyczaj odchodziły, kiedy chciałam wejść do klatki. Ale tym razem stała tam wysoka dziewczyna, miała skrzyżowane ręce i paliła viceroya. Nie chciała mnie przepuścić. Magda stała z tyłu, mieszkała blok dalej i zaczęła mi coś szeptać za plecami, że później wrócimy, i ciągnąć mnie w stronę swojego bloku. Dałam się tak ciągnąć, ale w pewnym momencie stanęłam, odwróciłam się do tamtej dziewczyny i krzyknęłam:

– Spierdalaj!

Nie wiem nawet, czy znałam znaczenie tego słowa, bo przecież nie bardzo pasowało do tej sytuacji. To znaczy, kojarzyłam z domu, ale czemu akurat wybrałam: spierdalaj? Nie wiem.

Rozjuszona niebieskooka ruszyła na mnie. Magda pobiegła za blok. A ja stałam. Myślałam, że to już koniec. Że ona mnie zabije za to, co powiedziałam. Może to ze strachu nie mogłam się ruszyć i uciec. Zatrzymała się centymetry ode mnie i chuchając mi w twarz papierosowym oddechem, powtarzała: co ty, kurwa, powiedziałaś?! Miała bardzo bardzo niebieskie oczy. Ogromne i niebieskie, z czarnymi wzorkami w środku.

Na parterze jakaś sąsiadka otworzyła okno i zaczęła coś wykrzykiwać o policji, o krzykach.

Dziewczyna i jej grupka sobie poszły. Potem, w strachu przed nękaną paranoją sąsiadką z parteru, paliły pety pod daszkiem innej klatki. Ale te niebieskie oczy…

Barmanka uśmiechnęła się do mnie, a mnie przeszedł dreszcz. Jezu, a jak to była ona? Wzięłam piwo i poszłam jednak usiąść dalej.

 

15 minut studenckiego życia

Weszłam na egzamin z języka niemieckiego. Dwóch starszych panów siedziało naprzeciwko mnie. Zapytali co chciałabym robić z tym niemieckim.

– Nie wiem… tłumaczyć książki?

Wtedy ten, który zadał to pytanie, zaśmiał się i po chwili powiedział:

– To nie takie łatwe.

Odpowiedziałam, że się domyślam. Trochę gadaliśmy o tym i o tamtym. A oni nie przestawali się uśmiechać. Wiedziałam, że to ich pięć minut. Smutne było to, że to ich jedyne pięć minut. W tej małej salce masturbują swoje ociężałe ego. I myślę, że dla nich nic nie może być łatwe. Nawet zwykłe zwalenie klocka poprzedzają zapewne analizą. Przetłumaczyłam jakiś wiersz.

– Domyśla się pani, o jakim mieście może mówić ten wiersz?

– Może o berlinie?

Dopytywali, co tam się wydarzyło w tym berlinie i czemu ten mur tam zburzyli.

Nie miałam pojęcia, czemu. Poczułam się głupio, bo nie umiałam odpowiedzieć. Pytali jeszcze o różne rzeczy, a ja widziałam w ich uśmiechach, że to strata czasu.

I tym sposobem nie zdałam egzaminu.

Pomyślałam, że to całkiem uczciwe. Nawet więcej; to najuczciwsze zachowanie w przypadku ug, którego doświadczyłam. Ja naprawdę nie powinnam się dostać, bo wcale nie interesuje mnie berlin. Nie interesował mnie nawet ten egzamin. Chciałam po prostu wypożyczać książki z tej ich wielkiej, pustej, cudownej biblioteki.

Kiedy zobaczyłam wyniki, ucieszyłam się. To taka resztka nadziei, że świat jeszcze jako tako się trzyma.

Nabrałam odrobiny szacunku do tej instytucji, jaką jest ug.

 

Włócząc się…

Ostatnio w gdyni tuż przed suzuki przeleciał czarny kot. Ledwo zdążył. Od razu wyczułam lekki niepokój. Czarny kot. Przebiegł drogę. Ale kto by wierzył w takie rzeczy? W dwudziestym pierwszym wieku? Gdzie prawie już dochodzimy nieśmiertelności? Gdzie niedługo auta będą nas wozić, a my będziemy spać?

Jako że obydwoje palimy trawę, mieliśmy przy sobie prawie czwórkę, lufkę, bletki, młynek. Ale jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żeby nas przeszukiwali. Ja miałam taką prywatną teorię, że chodzi o to, że dziewczyny są mniej podejrzane zawsze. Dziewczyny są przecież grzeczne.

– Mnie to z Grubym kiedyś trzy razy ci sami pod rząd trzepali. Ale to już chyba tak dla beki. Oni lubią takie żarty. Tak samo jak kopanie po kostkach i „szerzej nogi. szerzej, szerzej”.

– Czyli widzisz, na pewno jest w tym coś, że jak jesteś ze mną, to nas nie zatrzymują. Myślą sobie: a ci pewnie na randkę.

Tym razem jednak nas zatrzymali. A dokładnie zawrócili za nami od razu, jak ich tylko minęliśmy z nieco większą prędkością niż to wskazane.

J. na szczęście od razu się skumał i za zakrętem wyrzucił przez okno małe zawiniątko z nielegalną substancją.

„Proszę wysiąść… wszystko z kieszeni na dach…” i tak dalej. Jeden był starszy, drugi młodziutki, chyba się uczył dopiero. W końcu i mi kazał wysiąść, co by zobaczyć, co tam mam pod siedzeniem. Wysiadłam i ten młody policjant jakoś mi się tak przyjrzał. Wydawał się przestraszony. Zrobiło się jakoś niezręcznie przy tym naszym suzuki szifcie. On nie miał pojęcia, co ma właściwie robić.

Znaleźli lufę, młynek, bletki.

Pani wie, że chłopak jara?

– Hmmm… nie nazwałabym tak tego.

– Nie, a jak?

– No ja tam nigdy nie widziałam, żeby palił. A dużo z nim spędzam czasu.

W końcu oddał nam wszystko i mówi tylko:

– Ogarnij się, chłopaku, bo widzę, że jarasz i jeździsz z petami od skruchy, kartkami do skruchy, lufami. Złapią cię ze sztuką i będziesz miał zawiasy. Bez sensu.

No i pojechaliśmy. Policjant miał rację, też powtarzam J., żeby w końcu posprzątał w tym aucie.

– A wiesz… ten młody policjant, on taki zagubiony się wydawał. Wyglądał, jakby był w naszym wieku, nie?

– No. Uczył się i nie wiedział, co ma robić. Jakby było dwóch starszych, to by się inaczej zachowywali.

– To ten młody nie ma znajomych, co jarają? Na pewno ma. I co wtedy?

– No nic. A co ma być?

– Dziwne to takie wszystko.

 

Alicja Rosińska

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!