Królestwo, w którym nic się nie udawało

Istniało niegdyś królestwo, w którym nic się nie udawało. Królestwo nie było zbyt wielkie; miało wprawdzie imperialne plany, ale nic z nich nie wyszło. Nie było też specjalnie malownicze, bogate ani potężne. Wprawdzie kolejni władcy troszczyli się o rodzimy krajobraz, łożyli spore sumy na armię i dzień i noc strzegli skarbca, ale ponieważ nie mieli za grosz gustu, ziemie królestwa raziły kiczem, z czego nabijali się rycerze, pokładając się ze śmiechu w krytycznych momentach bitew, co pozwalało wrogom raz po raz opróżniać skarbiec. Z bajkowych wizji i planów królestwa nic więc się nie udawało. Mieszkańcy tego królestwa mieli – przyznajmy, niezbyt udany – zwyczaj corocznego wyboru nowego króla. Zostawał nim ten z obywateli, któremu w mijającym roku najmniej w życiu się udało. Ta zasada sprawiała, że każdy, kto w sprawach życiowych zbliżał się do upadku na dno, mógł przynajmniej liczyć na zwycięstwo w królewskiej elekcji. Jak łatwo się domyślić, kandydatów nie brakowało, ponieważ wszystkim mieszkańcom tej krainy nic się nie udawało. Kolejne elekcje także były coraz mniej udane, a następujący po sobie władcy wsławiali się decyzjami nietrafionymi, nieszczęśliwymi, lub po prostu całkiem głupimi. Mimo to królestwo trwało, a jego mieszkańcy mieli się całkiem nieźle; żadne z sąsiednich królestw nie było zainteresowane podbojem tak nieudanego kraju. Królestwo, w którym nic się nie udawało – bądźmy szczerzy, nie różni się to zbytnio od większości współczesnych państw – istniałoby zatem do dzisiaj, gdyby nie ostatnia wola ostatniego z władców, który wydał edykt, znoszący byt królestwa. Edykt ten był tak bardzo nieudany, że część dworzan podjęła próbę puczu, ale nic z niej nie wyszło i istnienie królestwa dobiegło końca. Dawni poddani królestwa rozpierzchli się zaś po sąsiednich królestwach, a wkrótce po całym świecie, wszędzie spotykając się z nadawanym im przez gospodarzy mianem nieudacznic i nieudaczników. Tym samym końca dobiega ta opowieść, która, oddając hołd nieistniejącemu już królestwu, sama nie jest zbyt udana i nie kończy się żadnym morałem ani żadną puentą. Kończy się, jak królestwo: nieudaną decyzją autora, przygodnego władcy tekstu.

W królestwie, w którym nic się nie udawało, było sobie słonko, które nie chciało wstać. „Wstawaj, słonko! Za oknem już świta” – poganiała je co poranka królowa, na co słonko odpowiadało wulgarnym: „A pierdzielę”. Nawet wyrwane ze snu nie dawało się nabrać na ten stary trik: jak za oknem mogło świtać, kiedy ono wylegiwało się jeszcze zakopane między chmurkami? Różowiutkie zorze wpadały w czarną rozpacz, ale słonko nie wstawało i przez cały poranek rodzina królewska musiała świecić za nie oczami. Mieszkańcy królestwa lubili jednak swoje słonko, ponieważ kiedy już wygrzebało się spomiędzy cumulusów, pełne energii szwendało się po nieboskłonie do późnego wieczora, dzięki czemu miejscowi nie trwożyli się bawić i biesiadować mimo upływu kolejnych godzin. Wiedzieli zresztą, że brzask nastąpi wcale nie tak wcześnie.

W królestwie, w którym nic się nie udawało, był sobie książę, który nie chciał zabić smoka. Nie chciał i już. Tymczasem zabicie smoka było tradycyjną powinnością wstępującego w dorosły wiek syna panującego władcy. Stary król, który sam w młodości zabił smoka, przekonywał księcia, że to nic trudnego. Królowa dodawała synowi otuchy, siostry raz po raz zwracały się do księcia z prośbą o zgładzenie bestii. Prawdę mówiąc, nie była to żadna bestia. W królestwie, w którym nic się nie udawało, także mieszkający w pieczarze pod królewskim zamkiem smok nie był szczególnie udany. Nie przypominał raczej znanych z legend przerażających monstrów, które jednym ziewnięciem obracały w zgliszcza wsie i miasteczka. Była to raczej nieco wyrośnięta, mocno już leciwa, spuchnięta jaszczurka, której rachityczne skrzydełka służyły głównie do odganiania much. Wprawdzie starym zwyczajem smok domagał się co roku pół tuzina pięknych dziewic na pożarcie, ale nikt nie traktował tych żądań poważnie. W praktyce straszydło żywiło się głównie nadpsutymi pomidorami, którymi obrzucali je okoliczni chłopcy. Samo zaś zabicie smoka pojmowano umownie; był to rodzaj widowiska, w którym młody książę winien dokonać symbolicznego aktu dźgnięcia potwora żelaznym ostrzem. Smok nie był tym rytuałem zachwycony; uważał, że ma już jeden miecz w plecach i nie ma tam miejsca na następne. Ale książę nie odwoływał się ani do względów humanitarnych, ani estetycznych, odmawiając wypełnienia oczekiwanego odeń czynu. „Nie zabiję smoka” – ucinał wszelkie dyskusje. Dworzanie tłumaczyli mu, że jeśli nie zabije smoka, nie przejdzie obrzędu inicjacji, nie stanie się nigdy dorosłym księciem, człowiekiem dojrzałym. Książę wzruszał ramionami, mówiąc, że w takim razie nie zależy mu na dojrzałości. Dworski filozof doszedł do wniosku, że taką decyzję książę mógłby podjąć dopiero po osiągnięciu dojrzałości; na razie, jako osoba niedojrzała, nie posiadał ważnego głosu. Ten niezbity, logiczny dowód wcale nie zmieniał faktu, że książę dalej odmawiał zabicia smoka. I tak mijały lata, książę zestarzał się, aż w końcu zmarł w zapomnieniu w skromnej komnacie na szczycie baszty. „Taki stary, a dzieciak” – z niedowierzaniem komentowały na jego pogrzebie dostojne matrony.

W królestwie, w którym nic się nie udawało, był sobie smutny potwór. Smutny potwór nie był smutny od zawsze. Dawniej bywał całkiem wesołym potworem, znajdował spełnienie w swojej potworności. Straszył wracające ze szkoły dzieci, rozganiał stada leśnych zwierząt, natrząsał się ze szwendających się po nocy moczymordów i z lubością wyskakiwał zza krzaków na maszerujących w zadumie pobożnych mnichów. A jednak bycie potworem przestało potwora satysfakcjonować; nie odnajdywał się już ani w leśnych gonitwach, ani w przydrożnych zasadzkach, ani w wygłupach pod karczmą. Z narastających wahań i rozterek potwór stał się smutnym potworem. Chciał być kimś innym, ale nie wiedział, kim. Rycerzem? Klechą? Księżniczką? Złotą kaczką? Wątpliwości narastały w kudłatej głowie coraz smutniejszego potwora. Nie wiedząc, co robić, ruszył w drogę. Odtąd w poszukiwaniu odpowiedzi tułał się po traktach i gościńcach królestwa.

W królestwie, w którym nic się nie udawało, była sobie królewna, która dawała nogę. Królewna dawała nogę już w dzieciństwie, czmychając z wypełnionej porcelanowymi lalkami bawialni albo nieco później, oknem defenestrując się z przyzamkowej szkółki. Wszystko to było do zniesienia dla dworu; problem pojawił się wraz z pierwszym kawalerem, ubiegającym się o względy królewny. Wytworny rycerz prosił o jej rękę, królewna jednak dała nogę. Ten scenariusz powtarzał się z licznymi kolejnymi młodzieńcami, którzy w królewnie chcieli widzieć swą wybrankę. Za każdym razem w odpowiedzi na prośbę o rękę, królewna dawała nogę. „Tak nie wolno traktować absztyfikantów” – oburzała się niejedna królewna z sąsiednich królestw, lecz ich udane mariaże nie robiły wrażenia na królewnie w królestwie, w którym nic się nie udawało. Gdy starania dworzan i wojowników o rękę królewny wzmogły się, ta ostatecznie dała nogę i słuch o niej zaginął. Zapanował wtedy powszechny gniew wśród poddanych, a z braku królewny, która dała nogę, skupił się on na królowej matce. Stara królowa ciężko przeżywała tę sytuację; momentami zdawało jej się nawet, że odległy las przybliża się pod mury zamku. Nie chciała iść w ślady swej córki, żeby dotychczasowe niepokoje nie eskalowały w zamieszki, wiedziała jednak, że złość tłumu i knowania dworzan zagrażają jej w sposób coraz bardziej realny. Ostatecznie w odróżnieniu od królewny, która dała nogę, wzięła nogi za pas. Odtąd żyły długo i szczęśliwie.

W królestwie, w którym nic się nie udawało, był sobie dziwny szewczyk. Dziwny szewczyk uchodził za zdolnego i rozsądnego chłopca; czego by o nim nie mówić, nie był żadnym głuptasem czy fajtłapą. Miał jednak tę przypadłość, że wiele rzeczy mimowolnie robił na opak. Kiedy miał przybić obcas do trzewika, w swoim ręku ni stąd, ni zowąd odnajdował nożyczki zamiast młotka. Kiedy miał zrobić otwory na sznurówki, odrywał podeszwę. Kiedy miał zaszyć dziurę na pięcie, dostawiał koturny. Najdziwniejsze w dziwnym szewczyku było to, że sam nie wiedział, skąd to wszystko mu się brało. Spoglądał nieraz na kolekcję swoich surrealistycznych wytworów na półkach i dziwił się niepomiernie.

W królestwie, w którym nic się nie udawało, był sobie bajkowy antybohater. Niewiele było o nim wiadomo; podobno był banitą z wielu bajkowych królestw, w których bajkowe społeczności mimo najlepszych chęci nie były w stanie tolerować jego sposobu bycia, a szczególnie – sposobu nie-bycia. Wieść gminna niosła, że jeszcze żadna bajka nie udała się, jeśli choćby na moment przestąpił jej granice bajkowy antybohater. Wyganiany z kolejnych bajek bajkowy antybohater zaszyć się miał w królestwie, w którym nic się nie udawało, i jak na razie nikomu nie udało się go stamtąd przegnać. Co robił? Jak wyglądał? Trudno powiedzieć na ten temat cokolwiek pewnego. Podobno czasami przeistaczał się w przycupniętą w brudnym kącie chatki czarownicy ropuchę. Kiedyś ponoć przybrał postać bobra, na którego panujący dostojnicy próbowali zrzucić odpowiedzialność za wiosenne powodzie. Ktoś miał go widzieć skrytego pod postacią kornika w sękatym kijaszku brodatego wędrowca. Wszystko to jednak były przypuszczenia i choć nikt nie chciał przysiąc z ręką na piersi, że na własne oczy widział bajkowego antybohatera, rozpowiadali o nim wszyscy – z wyjątkiem, rzecz jasna, samego bajkowego antybohatera.

W królestwie, w którym nic się nie udawało, była sobie żaba zamieniona w królewnę. Fakt, że piękna królewna była naprawdę żabą, był nikomu nie znany. Żaba w ciele królewny czuła się obco, bała się jednak mówić o tym na królewskich komnatach. Wbrew pozorom całkiem dużo kumała, więc starała się nie podskakiwać, mimo że nieraz ją korciło na widok co tłustszej muchy… Podczas uczt, przyjęć, balów i innych dworskich rozrywek żaba zamieniona w królewnę wybałuszała ze zdziwieniem oczy, a zaloty kolejnych książąt komentowała donośnym rechotem. Przez pewien czas jej zachowanie wśród koronowanych głów uchodziło (nomen omen) płazem, jednak po kolejnym wybuchu rechotu w trakcie uroczystej wieczerzy kulturalne towarzystwo uznało, że swoimi ekscesami królewna niszczy reputację dworu. Dyskretnie usunięto ją poza zamkowe mury. Nie wydawała się tym specjalnie zmartwiona; przeciwnie, od tego czasu z lubością całymi dniami ganiała za motylami lub przesiadywała nad zamkową fosą, długo rozmyślając. Gdy w końcu zdecydowała się na skok, okazało się, że pod powierzchnią rzęsy takich żab nieszczęśliwie zamienionych w królewny było znacznie więcej – ale to już zupełnie inna bajka.

W królestwie, w którym nic się nie udawało, pod powierzchnią rzęsy były sobie żaby zaklęte w królewny, jak również żaby zaklęte w żaby. Żaby zaklęte w królewny i żaby zaklęte w żaby mieszkały pod powierzchnią rzęsy zgodnie, mimo różnych wcieleń, jakie posiadały. Panował tam żabi król. Panował głównie w sposób symboliczny, bo jego podwodne państwo obywało się właściwie bez żadnych rządów, co jednak nie przeszkadzało żabiemu królowi dumnie nosić koronę na żabiej głowie. Żaby zamienione w królewny rzadko kiedy opuszczały to państwo; gdy pojawiały się na brzegu, mieszkańcy królestwa, w którym nic się nie udawało, krzyczeli „Topielice! Topielice!” i uciekali w popłochu. Dla żab zamienionych w królewny nie było to zbyt przyjemne, więc oszczędzały sobie takich doznań. Natomiast żabi król dość często człapał na suchy ląd, gdzie zajmował swoje ulubione miejsce pod liściem łopianu i stamtąd doglądał swoich włości. Czasami żabi król napotykał zagubione dzieci, z których wiele okazywało się żabami zaklętymi w dzieci. Rozpoznawszy je, żabi król zapraszał je do państwa pod powierzchnią rzęsy, a czasem osobiście przeprowadzał przez granicę. Między mieszkańcami królestwa, w którym nic się nie udawało, podnosiły się wówczas okrzyki rozpaczy i złowrogie szmery. Żabi król widział nieraz, jak ludzie w przypływie gniewu obelżywymi słowy wyzywali innych ludzi – najczęściej starych, biednych, kalekich lub obcych – i kazali im wynieść się z królestwa, w którym nic się nie udawało. Żabi król przyglądał się temu spod liścia łopianu i wpadał w zadumę, czemu odnalezienie przez małą żabkę zaklętą w formę dziecka swojego świata pod powierzchnią rzęsy wywoływało wśród ludzi tyle złości wobec innych ludzi.

W królestwie, w którym nic się nie udawało, był sobie rak-nieborak. Rak-nieborak we własnym mniemaniu był wręcz idealnym mieszkańcem królestwa, ponieważ sądził, że komu jak komu, ale jemu to kompletnie nic się nie udało w życiu. Choć czasami i do tego wniosku nie udawało mu się dotrzeć. Rak-nieborak spędzał wiele czasu pod powierzchnią rzęsy, ale nie mógł się zdecydować, po której stronie wodnej tafli jest mu lepiej i gdzie czuje się naprawdę u siebie. Gdyby chociaż czuł się u siebie, wędrując między jedną a drugą, ale i to mu nie wychodziło. Choć teoretycznie nic nie stało na przeszkodzie, by rak-nieborak był tu i tu, w praktyce najczęściej czuł, że jest nigdzie. „Co począć, nawet, gdy chcę ruszyć naprzód, idę do tyłu!” – zamartwiał się rak-nieborak – „czy nie jestem więc skazany, by moje myślenie także biegło wspak?”. Widywano go czasem, gdy próbował chwycić w mocne szczypce rozrzucone fragmenty rzeczywistości i zrozpaczony kolejnym niepowodzeniem wywijał w powietrzu długimi wąsami.

W królestwie, w którym nic się nie udawało, było sobie ludzkie pojęcie. Pojęcie było abstrakcyjne, a jednak raz po raz ktoś z mieszkańców królestwa je widział. Pojęcie było również ludzkie, niemalże – arcyludzkie, co jednak nie zmieniało faktu, że od rodziny królewskiej do ubogich czeladników i kmiotków uważano je za wielkie zagrożenie. „To przechodzi ludzkie pojęcie!” – krzyczano z oburzeniem. Szybko okazało się, że ludzkie pojęcie winne było wielu nieszczęść. Kto zaczął rozpowiadać historie o tym, jak to żadne plany ani pomysły nie wychodziły w królestwie, w którym nic się nie udawało? Ludzkie pojęcie. Kto nauczył giermków strojenia sobie niewybrednych żartów z czcigodnych rycerzy? Ludzkie pojęcie. Kto sprowadził szpaki, by zjadły czereśnie z królewskich sadów? Pojęcie. Kto odpowiadał za deprawację pewnej młodej księżniczki, która od uciech w towarzystwie wytwornego królewicza wolała opiekę nad bezpańskimi psami? Pojęcie! Samo ludzkie pojęcie wiele na tych oskarżeniach nie ucierpiało, ponieważ uparcie pozostawało całkowitą abstrakcją. Ale panika na królewskim zamku utrzymywała się jeszcze długo. Strwożeni dworzanie nasłuchiwali przy drzwiach i oknach, a na dźwięk byle trzasku, szmeru czy skrzypnięcia powiadali do siebie: „Przeszło! Przeszło ludzkie pojęcie!”.

W królestwie, w którym nic się nie udawało, była sobie księżniczka, która szukała smoków. Choć swoje poszukiwania rozpoczęła jeszcze w kołysce, rozglądając się za smokiem do ssania, księżniczka nie była już wcale taka mała. Przez lata tropienia smoków urosła i dojrzała, i choć była całkiem dorosłą księżniczką, nie udało jej się dotąd natrafić na żadnego smoka. Czy można się dziwić, że pragnienie odnalezienia smoków nie minęło jej mimo upływu czasu? Księżniczka, która szukała smoków, wędrowała po różnych księstwach i królestwach, zaglądając we wszystkie miejsca, które jej zdaniem nadawałyby się na smoczą kryjówkę. Pewnego razu, w królestwie, w którym nic się nie udawało, księżniczka zawędrowała na wielkie blokowisko na przedmieściach królewskiego miasta. „Z tych bloków byłyby idealne siedliska smoków” – pomyślała księżniczka, ciesząc się w dodatku z ułożenia pięknego rymu: bloków – smoków. Wyobraziła sobie, że w każdej z siedmiu klatek, na każdym z dziesięciu pięter gigantycznego bloku żyją smocze wspólnoty (wiedziała bowiem, że smoki niezwykle ceniły sobie życie wspólnotowe), które w wolnych chwilach gramolą się do sąsiadującego z blokowiskiem parku, by pograć w szachy lub domino. Zadowolona ze swoich fantazji księżniczka pokręciła się jeszcze trochę między budynkami, zrobiła parę fotek, popatrzyła w niebo i ruszyła dalej, szukać smoków. Jej wysoka sylwetka stopniowo malała, a gdy w końcu zniknęła na linii horyzontu, z siódmej klatki największego bloku ostrożnie wysunęło się dziewięć kolorowych, pokrytych lśniącą łuską głów, należących do trzech smoków – do każdego po trzy głowy. „Uff – odetchnęły z ulgą smoki. – Prawie nas odnalazła. Co za szczęście, że nie przyszło jej na myśl, by wejść do środka!”. Smoki postanowiły na wszelki wypadek lepiej zakonspirować swoje siedlisko. W burzy smoczych mózgów powstał pomysł namalowania zwodniczego graffiti. Na murach i garażach uwiecznione zostały wizerunki smoków. „Widząc podobiznę smoka na zewnątrz, żaden podejrzliwy człowiek nie wpadnie na to, że prawdziwy smok jest w środku!” – smocza wspólnota długo jeszcze była dumna ze swej przemyślności.

W królestwie, w którym nic się nie udawało, był sobie rycerz w miękkiej zbroi. Rycerz w miękkiej zbroi zdawał się być obiektem powszechnej troski; w królestwie, w którym nic się nie udawało, jego zbroję uważano za szczególnie spartaczoną. Wielokrotnie różne osoby proponowały rycerzowi wymianę na inną zbroję, taką z prawdziwego zdarzenia, sztywną i twardą. „Ta, z prawdziwego zdarzenia, to wolę fikcję” – odpowiadał rycerz w miękkiej zbroi, a damy dworu załamywały ręce. „W miękkiej zbroi, a twardogłowy” – pokpiwano. Rodzina rycerza namawiała go do porzucenia niebezpiecznego zajęcia, skoro uparł się nosić na sobie miękką zbroję, rycerz jednak odparowywał, że w tym przypadku przestałby być rycerzem, ponieważ istotą bycia rycerzem jest uczestnictwo w bojach. A porzucenie stanu rycerskiego było dla rycerza nie do pomyślenia z powodów tożsamościowych, cokolwiek by to miało znaczyć. Wobec tego inni rycerze przekonywali rycerza w miękkiej zbroi do nabycia porządnego pancerza, a stosunek swojego kompana do jego szczególnego ekwipunku uważali za fetyszystyczny i niepoważny. „Tere fere, a wasz stosunek do waszych zbroi wcale nie jest fetyszystyczny, co?” – odpowiadał z sarkazmem rycerz w miękkiej zbroi, wypominając pozostałym wojownikom równie osobiste traktowanie bitewnego asortymentu. Rycerz w miękkiej zbroi nie zmieniał zatem swojego zdania i nie opuszczał żadnej okazji, by ruszyć w bój. Pierwsze starcie zakończyło się dla niego złamanymi dwoma żebrami. Z kolejnych bitew powracał z połamanymi nogami i rękami, zmiażdżoną stopą, rozbitą czaszką, o licznych szramach i siniakach nie wspominając. Z czasem przeciwnicy zaczęli rozpoznawać rycerza w miękkiej zbroi i oszczędzać go w najcięższych walkach, choć ten rodzaj taryfy ulgowej wcale nie przypadł mu do gustu. Mimo szacunku wrogów i troski sojuszników nastąpiło w końcu to, co zbliżało się nieuchronnie i z pojedynku w pewnej całkiem błahej historycznie potyczce rycerz w miękkiej zbroi nie powrócił już żywy. Potężne cięcie mieczem rozpłatało na pół miękką zbroję i rycerza wewnątrz niej. Według niektórych plotek rycerz ostatnim tchem wyszeptał, że wbrew pozorom jego śmierć nie jest ani odrobinę bardziej bezsensowna niż pozostałych wojowników. Według innych plotek na stypie przebojem okazały się jajka na miękko.

W królestwie, w którym nic się nie udawało, był sobie wędrowny kuglarz. Nie mieszkał on w królestwie od zawsze; przybył z daleka, a poprzedzała go wieść o jego niewiarygodnych sztuczkach. Wszyscy byli więc zainteresowaniami występami kuglarza, a w kolejnych miastach bilety na jego przedstawienia schodziły jak na pniu. Księżniczki, smoki, wróżki, krasnoludy, rycerze, wiedźmy i bazyliszki – każdy chciał zobaczyć kuglarza w akcji. Tak się jednak złożyło, że zmęczony całonocnym fetowaniem swojego przybycia kuglarz stawił się na pierwszy występ ze srogim bólem głowy i w stanie ogólnej niedyspozycji. Wystarczy powiedzieć, że wszystko dosłownie leciało mu z rąk. Publika nie była tym zachwycona, ale sława kuglarza trwała dalej, tłumy ruszyły więc na kolejne spotkanie. Pech chciał, że wówczas kuglarz akurat odsypiał przehulaną nockę, a gdy został zbudzony, przybył mało przytomny. Nieprzytomny kuglarz to rzadkie widowisko, widownia jednak nie była nim zachwycona; uznano go za łapserdaka i moczymordę. Trzeci występ również nie przeszedł do historii jako udany, gdyż sztuczki kuglarza wydały się zebranym dziecinnie proste. „Żonglować dwiema piłeczkami to i ja potrafię!”, „Jego żarty są czerstwe jak bułki z królewskiej piekarni” – komentowano. Następny pokaz został przerwany przez księcia, który uznał za potwarz dowcipy kuglarza z jego starej. Na kolejnym występie kuglarz siedział bez ruchu na krześle, patrząc na widownię i nic nie mówiąc. Większa część publiczności wyszła po pół godzinie; najwytrwalsi zostali dwie godziny, ale kuglarz nie odezwał się choćby jednym słowem. „Co za ponury wygłup, artycha się znalazł” – powtarzano sobie później na ulicach. Ostatnie przedstawienie w ogóle się nie odbyło, ponieważ kuglarz po zainkasowaniu honorarium ruszył w sobie tylko znaną stronę. Nie rozumiał niechęci i wrogości, z jaką się spotkał. „Czemu oni mają mi za złe, że ich wykpiłem albo oszukałem?” – zastanawiał się. Był przecież wędrownym kuglarzem: kpiarstwo i oszustwa należały do jego fachu.

W królestwie, w którym nic się nie udawało, była sobie królewna, która płakała. Królewna płakała i płakała. Książęta i księżniczki pytały ją: „Czemu płaczesz, królewno?”. Ale królewna nie odpowiadała nic, tylko płakała. Najwyżsi dostojnicy i służba dworska jednako załamywali ręce, nie znając źródła płaczu królewny ani metody, by zmienić tę przykrą sytuację. Mijały tygodnie i miesiące, a królewna wciąż płakała. Czasem przegryzła kawałek chleba, czasem siorbnęła nieco zupy, niekiedy bez celu błądziła po zamku, to znowu zamykała się w swojej komnacie, ale łzy nie przestawały płynąć jej z oczu. Chwilami wpadała w głośny szloch, a później, zmęczona, zasypiała, chlipiąc przez sen. I to właściwie wszystko, co było wiadomo o królewnie. Królewna płakała nawet w czasie uroczystych wieczerzy. Nawet podczas królewskich balów. Nawet podczas pogrzebów czcigodnych mędrców. Nawet podczas bitew i potyczek. Królewna płakała, a nikt nie znał przyczyny jej płaczu. W końcu królewna wypłakała się na śmierć. Została po niej niezrozumiana przez nikogo kałuża łez, która wsiąkła w zamkowe posadzki.

W królestwie, w którym nic się nie udawało, swój godny pożałowania żywot wiodła ofiara losu. Skąd wzięła się ofiara losu? „Los ją zesłał” – odpowiadali złośliwi. „Za jakie grzechy?” – zapytywali wierzący. Pytania pozostawały bez satysfakcjonującej odpowiedzi, a ofiara losu pozostawała ofiarą losu. Jej życie było pełne niepowodzeń. Ponoć w młodości miała jakieś perspektywy na królewskim dworze, spekulować miano nawet o mariażach z boczną odnogą panującej dynastii, jednak nic z tego nie wyszło. Ponoć ofiara losu zapragnęła poświęcić się nauce, lecz regulamin królewskiej akademii nie przewidywał przyjęcia w poczet swych adeptów ofiary losu: taka kategoria nie figurowała w żadnym rejestrze, w związku z czym z powodów proceduralnych ofiara losu musiała obejść się smakiem. Gdy ofiara losu postanowiła zająć się stolarką, już pierwszego dnia zamiast w gwóźdź, uderzyła młotkiem we własny palec. Gdy dostała angaż w zespole ogrodników doglądających królewskie parki – stanęła stopą na rzucone na ziemi grabie tak niefortunnie, że trzonek narzędzia, szybkim ruchem wzniesiony do pionu, podbił jej oko. Podobnych historii o ofierze losu można by przytoczyć dziesiątki, a wszystkie łączyło to, że były raczej żenujące, niż zabawne.

Ale w królestwie, w którym nic się nie udawało, nawet bycie ofiarą losu nie mogło być szczególnie udane. Choć więc ofiarę losu spotykały rozliczne porażki i niepowodzenia, jej życie toczyło się naprzód, a ona sama zawsze, prędzej czy później, znajdowała dach nad głową, kawałek chleba, źródło zarobku, a nawet kompana w niedoli. Momentami ofierze losu powodziło się całkiem nieźle, co wprawiało ją w zakłopotanie. Na przykład, gdy ofiara losu – która lubiła poużalać się nad sobą publicznie – opisała swoje klęski i rozczarowania, jej opowieść została uznana za dzieło literackie o wysokich walorach artystycznych i niebanalnej konstrukcji narracji. Posypały się gratulacje i propozycje kolejnych publikacji, co strasznie zawstydziło ofiarę losu. Z drugiej strony, wszyscy wkoło współczuli ofierze losu i wyrażali podziw dla jej niezłomnego charakteru. Ofiara losu, przyjemnie połechtana tymi wyrazami empatii, nie dawała tego po sobie poznać. Kierowane w jej kierunku pochlebstwa zbywała marudzeniem nad swym okrutnym przeznaczeniem, które nawet w tej chwili z niej zadrwiło, przynosząc jej triumf tam, gdzie spodziewała się tylko goryczy przegranej. „Najgorzej, najgorzej” – biadoliła ofiara losu, ilekroć spotykały ją sukcesy i szczęście.

Tak, bycie regularną ofiarą losu w królestwie, w którym nic się nie udawało, nie należało do rzeczy miłych i prostych. Zresztą wielu mieszkańców i mieszkanek królestwa zdawało sobie sprawę z tego, że ofiara losu miewa się całkiem dobrze, poziomem swego życia nie odstając zbytnio od reszty społeczności nieudaczników i niedojdów. Niekiedy otwarcie podśmiewano się z najdziwniejszych historii klęsk i upadków ofiary losu, za pomocą których usiłowała ona wyżebrać trochę współczucia i akceptacji. „Co za ofiara losu” – komentowano wtedy, a ofiara losu, przyłapana na akcie zabiegania o litość u swych krajan, czerwieniła się ze wstydu i upokorzenia, przeklinając swój los. Tak, dla tych chwil warto było znosić pasma powodzenia i wygranych.

 

CC-ludzik    Tekst dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska (CC BY 3.0 PL).

 

Xawery Stańczyk

(1985) Jest autorem dwóch tomików poetyckich: nominowanego do Nagrody Literackiej Nike Skarbu piratów (Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2013) i Handluj z tym (Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2015). Oprócz wierszy pisze wnioski, sprawozdania, artykuły naukowe i publicystykę. Prowadzi zajęcia w Instytucie Kultury Polskiej UW, w którym obronił doktorat o kulturze alternatywnej, uznany w konkursie Narodowego Centrum Kultury za najlepszą rozprawę doktorską z nauk o kulturze. W stowarzyszeniu Miasto Moje A w Nim walczy z chaosem reklamowym. Sporadycznie występuje jako performer i udziela się wokalnie. Ciągle jest prekariuszem. Mieszka w Warszawie.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!