Odpomnienie

Czy można ocalić Atlantydę? Jeśli poświęca się temu opowieść, ta utopijna misja ma szansę powodzenia. Fundamentalne znaczenie ma to, czym Atlantyda jest. W znakomitej książce Zyty Oryszyn stanowi ona swoistego rodzaju czasoprzestrzeń, naznaczoną piętnem utraty. Nie bez przyczyny więc Autorka nie nazywa jej Arkadią. Idealne światy występują tylko w wersji papierowej. Można wprawdzie o nich jedynie marzyć, pożądać ich – tak jak to robią bohaterowie – ale wyobraźnia sprawia, że paradoksalnie nie stają się one nigdy utracone. Arkadia jako czasoprzestrzeń szczęśliwa, niedoświadczona złem, zawsze zostaje ocalona w pamięci wygnanej z niej osoby. Błyszczy idealnym blaskiem amuletu odpędzającego demony. Jej obraz, zawsze dostępny wizualizacji, przynosi ukojenie, fundując nadzieję w moc doskonałości, którą zaklęto w mitycznym złotym wieku ludzkości. Nie możemy być szczęśliwi? Za to kiedyś, dawniej na pewno byliśmy.

Atlantyda to czasoprzestrzeń szczególna, dotknięta wielką katastrofą. Arkadia to kosmos, ład. Atlantyda jest chaosem – przejściowym układem zdarzeń i rzeczy pomiędzy jednym porządkiem, który się rozpadł, a drugim, który jeszcze nie został ustalony. Jako chwila, moment przejściowy – pozostaje efemeryczna. Jako przestrzeń nierozpoznana szybko staje się zapoznana; jej status ontologiczny cechuje niepewność, że w ogóle kiedyś istniała.

Atlantyda opisana przez Oryszyn przejawia się więc w czasie szczególnie naznaczonym: po drugiej wojnie światowej, która zburzyła tradycyjny ład szlachecko-chłopskiej Rzeczypospolitej (usankcjonowany powtórnie przez sanację) wraz z jej odwiecznymi podziałami etniczno-społecznymi i przyporządkowanymi im idiosynkrazjami: polskim antysemityzmem i rusofobią, niemieckim antypolonizmem czy antagonizmem panów i chłopów.

Przestrzeń, jaką Atlantyda zajmuje, także jest szczególna: ziemie odzyskane, dopiero co pozbawione właścicieli, to ziemia niczyja, do własności której nikt przyznać się nie ma prawa, tylko państwo. Zresztą nikt się do tej ziemi nie poczuwa, bo wszyscy są tu przybyszami skądś – repatriantami ze Wschodu, przesiedleńcami w wyniku Akcji Wisła, zagubionymi niedoszłymi ofiarami Holocaustu, zekami cudem wypuszczonymi z Gułagu itp. Na horyzoncie tej Krainy Po Wojnie (jak ją nazywają bohaterowie) widnieje hasło NIECH ŻYJE I UMACNIA SIĘ WŁADZA LUDOWA, lecz nikt nie ma pojęcia, czy zapowiada to szczęście, czy też nieszczęście i co to właściwie oznacza.

Ustawiczna niepewność teraźniejszości sprawia, że zarówno jutro, jak i wczoraj stają się niepewne. Z dnia na dzień można zniknąć, tak jakby nigdy się nie istniało – bo komunizm, jak stwierdza jeden z bohaterów, to „odwrócony solipsyzm: na kogo zwróci oko, ten przestaje być”. Przeszłości nie można więc zamknąć po prostu w archiwach pamięci, lecz trzeba ją zastąpić bezpieczniejszą wersją (zwykle ukradzioną zmarłym), której konieczność dyktuje nowa, umacniająca się, oczywiście, władza. Depozyt pamięci bowiem może przynieść zniszczenie. Choć stanowi też jedyne ocalenie dla ludzi wywłaszczonych z własnych losów. Dlatego depozytariuszami przeszłości czynią oni dzieci, nakazując im przechować w pamięci historię mówioną – w nadziei, że jakiś ślad po nich przetrwa. Wyrazem tej nadziei na ocalenie od nieistnienia poprzez język mówiony są wszystkie przedstawione przez Autorkę opowieści.

W rzeczywistości powojennej wszechobecnym uczuciem jest strach przed niewiadomym, jakie przynosi teraźniejszość, arbitralnie odcinająca się od przeszłości, i podążająca na oślep za nią przyszłość, która wiedzie na zatracenie wszystkich chcących zachować jakąkolwiek ciągłość swego pojedynczego istnienia. Zachowanie ciągłości oznacza tu bowiem ratowanie własnej tożsamości, bez której życie okazuje się czymś nie do zniesienia – bo zostaje pozbawione jakiegokolwiek znaczenia. Bohaterowie Oryszyn zatem starają się na tyle, na ile potrafią, opierać się sile historycznej konieczności, która zmusza ich do niemówienia, niewidzenia i niesłyszenia. Skoro nie mogą być świadkami cudzych losów, aby nie zginąć niepotrzebnie, pragną być chociaż świadkami własnego losu, aby nie zginąć w ogóle.

W skomplikowanej powojennej sytuacji bohaterowie Ocalenia Atlantydy wybierają różnorakie rozwiązania. Jednak wspólna im wszystkim jest strategia życia podwójnego: życia utajonego – naprawdę i życia jawnego – na niby. Towarzyszy temu poczucie, że żyje się w taki sposób tylko na chwilę, a później, potem rozpocznie się życie na zawsze: spójne i sensowne. Jedni egzystują „na fałszywych papierach”, udając rozpaczliwie kogoś, kim nigdy nie byli, pragną przeczekać czasy, które negują ich życiowe wybory, jak np. udział w AK. Inni żyją gorączkowymi przygotowaniami do wielkiej ucieczki. Nieustannie zmieniają swoje plany, próbując nadążyć za zmieniającymi się współrzędnymi rzeczywistości, której coraz bardziej nie mogą zrozumieć, np. żelazną kurtynę traktują dosłownie, wyobrażając sobie, że trzeba będzie zrobić pod nią podkop. Jeszcze inni scedowują całe swoje życie na własne lub cudze dzieci, nie potrafiąc znaleźć bezpieczniejszego schronu dla pamięci o sobie.

Potrzebę zbudowania sobie schronu ufundowało przeżycie wojny – tylko w ten sposób można było ocalić siebie i swoją rodzinę. Przystosowując się do nowych powojennych warunków, ludzie jednak musieli nadal żyć niejako w schronach – bezustannie stwarzać sobie poczucie własnego bezpieczeństwa wobec ciągle pojawiających się zagrożeń. Rzeczywistość po wielkiej katastrofie okazała się być bowiem jeszcze większym królestwem chaosu, w którym układ zdarzeń i okoliczności stał się zupełnie nieprzewidywalny, więc przypadek zaczął zbierać obfite żniwo. Kryteria podstawowego podziału na „naszych” i „obcych”, którego niektórzy starali się uparcie trzymać, a inni przestrzegali odruchowo, np. okazując pogardę Niemcom czy Żydom, stały się tak zmienne, że nie wiedziano, komu ufać, a kogo się wystrzegać. Przetrwała tylko podejrzliwość wobec „onych”, czyli władzy, która bez względu na okoliczności zawsze była „dobrze” żywiona w tej części Europy.

Nieprzewidywalność poczynań powojennej władzy, zakrawająca niekiedy na czysty idiotyzm, wymagała nieufności spotęgowanej do granic możliwości. W tworzonej przez nią rzeczywistości dosłownie wszystko niosło ze sobą zagrożenie: myśl, słowo, druk, obraz, człowiek czy rzecz. I wszystko to mogło zdradzić, wydać na śmierć, tortury, więzienie lub wygnanie: nieodpowiednio użyty wyraz, zanucona nieopatrznie melodia, pamiętanie wydarzeń, o których nie wolno nic wiedzieć, widelczyk z nie dość dobrze wydrapaną szwabachą. Zdradzał nie tylko nos, akcent czy wymowa, ale talerz, kawałek gazety, przelotna znajomość. Paradoks okazał się rzeczywisty, a rzeczywistość paradoksalna – nie tylko wiedza o rzeczach stawała się pozorna, ale i samo widzenie rzeczy takimi, jakimi w istocie są, było całkowicie złudne. W rezultacie sytuacja egzystencjalna dorosłych zrównała się z kondycją poznawczą dzieci.

Dlatego właśnie Zyta Oryszyn tworzy narrację z perspektywy dzieci. I obawiając się zapewne zawłaszczenia przez krytykę feministyczną, czyni swoimi bohaterami przede wszystkim dorastających chłopców, w rozwoju których notabene inicjacja seksualna, przeżywana w powojennych warunkach, okazuje się naprawdę najmniejszym problemem. Głównym wyzwaniem dla tych dziecięcych postaci jest zrozumienie i przechowanie w sejfie pamięci doświadczeń, które przekazują im dorośli, usiłujący za wszelką cenę podtrzymać transfer między pokoleniami. Najważniejszy wysiłek dojrzewającego po wojnie pokolenia, do którego należała Autorka, był właśnie skoncentrowany na tym, niewymiernym w skutkach, zadaniu, szczególnie utrudnianym przez zacietrzewioną ideologię nowego systemu.

Druga wojna światowa dla społeczeństw żyjących w tej części Europy okazała się katastrofalna we wszelkich możliwych skutkach. Bohaterowie cyklu opowiadań Oryszyn to swoista „baza ludzi umarłych” – z pokiereszowanymi życiorysami, złamanych wewnętrznie, trwożliwych w działaniu, ostrożnych w postawach, bezradnych wobec rzeczywistości, która nie tyle ich otacza, ile coraz bardziej osacza, a jednak jakoś mocnych i dzielnych w swoim mozolnym trudzie życia pomimo wszystko i na przekór wszystkiemu. Autorka traktuje ich ze współczuciem, nie ocenia, przedstawia jedynie ich skomplikowane sytuacje, jakby żałując, że tak niewiele może o nich powiedzieć. Wojna pozostawiła im nie tylko zrujnowane miasta i wsie, i zrujnowane doszczętnie rodziny, ale zrujnowała im pamięć, tożsamość, a nawet język. A bez języka trudno cokolwiek ocalić.

Autorce to ocalenie udaje się doskonale, ale nie w pełni – bo pozostały jedynie resztki: resztki wspomnień o wydarzeniach czy losach ludzi. Język również nie cały ocalał. Jednak te resztki, które nam przekazuje Zyta Oryszyn, lśnią niczym perły rzucone niegdyś przed wieprze tratujące całe pokolenia. A jeśli ten patos brzmi groteskowo, to jest jak najbardziej odpowiedni do tej prozy, w której poczucie humoru okazuje się być jedyną bronią ludzi żyjących w czasach niezbyt nadających się do życia. Atlantyda, której odpominaniu jest poświęcona ta książka, to świat jaskrawie groteskowy. Jednak jego groteskowość nie pochodzi z marzeń sennych, tylko raczej z koszmarów – budzi grozę, którą Autorka oswaja poprzez magiczną moc niedopowiedzeń. Bowiem to, czego się nie pamięta, nie zawsze można dopowiedzieć.

Zyta Oryszyn, Ocalenie Atlantydy, Świat Książki, Warszawa 2012.

Maria Cyranowicz

(1974) Poetka, krytyczka, pedagog, autorka pięciu tomików poetyckich. Sygnatariuszka Manifestu Neolingwistycznego. W 1999 roku otrzymała Nagrodę im. L. Frydego dla krytyka roku. Artykuły publikowała m.in. w Tygodniku Powszechnym, Tekstach Drugich, Czasie Kultury, Bez Dogmatu, Fa-arcie, Twórczości, antologii Rodzinna Europa. Pięć minut później. Współredaktorka – wraz z Pawłem Koziołem – książki Gada !zabić? pa]n[tologia neolingwizmu oraz (z Joanną Mueller i Justyną Radczyńską) antologii poezji kobiet Solistki (obydwie pozycje wydane przez Staromiejski Dom Kultury). Doktoryzowała się w Zakładzie Literatury XX wieku na Wydziale Polonistyki UW. Obecnie w ramach Kursu Kreatywnego Pisania w Instytucie Badań Literackich PAN prowadzi zajęcia z pisania form dziennikarskich. Uczy języka polskiego w warszawskich gimnazjach i liceach.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!