Alfabet głosów odzyskanych

Wielkopolski alfabet pisarek nie jest książką spójną, ale każda/y, kto po nią sięgnie, natychmiast tę niespójność zaakceptuje – bowiem zanim zdążymy zastanowić się nad konstrukcją, wciągniemy się już po uszy, łapczywie pochłaniając jedną kobieco-literacką historię za drugą. Alfabet, jak piszą w Przedmowie same redaktorki – Ewa Kraskowska i Lucyna Marzec – podejmuje próbę zbliżenia krytyki feministycznej i studiów regionalnych. Jednak „wielkopolskość” została tutaj potraktowana w sposób bardzo szeroki i elastyczny. Na spotkaniu w Staromiejskim Domu Kultury w Warszawie Ewa Kraskowska powiedziała, że na użytek książki rozumie ją jako „twór imaginacyjny, dość ruchomy”, jako swego rodzaju „wielkopolskość wyobrażoną, czyli taką, która może manifestować się także poza granicami regionu”. W tomie znajdziemy portrety piszących kobiet urodzonych w Wielkopolsce, które jednak całe życie spędziły w innych częściach kraju, albo wręcz przeciwnie – w pewnym momencie swojego życia zamieszkały tutaj na stałe lub na pewien czas. Niektóre związki z regionem są czysto symboliczne, ale nie mniej znamienne, jak w przypadku Marii Komornickiej, która spędziła jedną jedyną, a jakże istotną noc w poznańskim hotelu – to wtedy właśnie spaliła swoje kobiece ubrania i postanowiła zostać Piotrem Odmieńcem Włastem. Nie wiadomo, na ile lokalne okoliczności przyczyniły się do tej przemiany, jednak poznańska noc zapisała się w życiorysie pisarki jako przełomowa – i to wystarczyło redaktorkom do uwzględnienia postaci na kartach książki. „Wielkopolskość” jest zatem dla Kraskowskiej i Marzec pretekstem do tego, by podzielić się z czytelnikiem całym bogactwem kobiecego dziedzictwa literackiego, które dotąd pozostawało w zapomnieniu. Kraskowska i Marzec piszą w Przedmowie:

Interesuje nas bowiem nie tyle ścisły związek biograficzno-twórczy poszczególnych pisarek z Wielkopolską, ale to, jak żywioł kobiecy wpływał na kształtowanie się kultury literackiej tego obszaru, a po drugie – jak wielkopolskość przejawiała się w życiu i twórczości różnych autorek, niekoniecznie związanych z regionem relacją rodzinną, zawodową, emocjonalną itp.

W Alfabecie znajdziemy opowieści o kobietach różnej narodowości (Polki, Niemki, Żydówki, Romka), przynależności społecznej (szlachcianki i dzieci ulicy, arystokratki i mieszczki), o różnych światopoglądach (emancypantki i tradycjonalistki, komunistki i działaczki opozycji w czasach PRL) i przede wszystkim z różnych okresów historycznych (od pierwszych Piastów do współczesności). Wielkopolskie pisarki tworzyły i tworzą w ramach bardzo wielu gatunków literackich – nie tylko powieści, opowiadania i wiersze, ale także pamiętniki, publicystykę, reportaże. Zebranie tak odmiennych postaci i biografii w jednym miejscu usprawiedliwia idea alfabetu, który z definicji jest luźnym zbiorem różnorodnych, często nieprzystających do siebie elementów.

W związku z tak szerokim ujęciem tematu można by autorkom zarzucić esencjalizm – jedynym elementem spajającym opisane w książce postaci, oprócz swobodnie zdefiniowanej regionalnej przynależności, jest ich płeć – czy „kobiece pisarstwo” ma stanowić odrębną kategorię tylko dlatego, że jest kobiecym? Czy „pióro w wątłych dłoniach” (nawiązanie, obecne także w Alfabecie, do monografii Jerzego Strzelczyka) naznaczone jest dystynktywnym rysem, narzucającym pisarkom wspólnotę mimo dzielących je – wspomnianych powyżej – różnic? Czy konserwatywna szlachcianka wywodząca się z kresowego majątku pod Lwowem ma literacko więcej wspólnego z wywodzącą się z poznańskiego lumpenproletariatu pół-Niemką opisującą niepolukrowane życie „grzesznego miasta” niż, dajmy na to, ze zbliżonym do niej światopoglądowo kresowym pisarzem-mężczyzną?

Mimo że powyższe pytania pozostają w mocy, Alfabet się broni. Życie i twórczość pisarek związanych z Wielkopolską ukazane zostały w całym ich zróżnicowaniu, a obok nazwisk cieszących się popularnością (Wisława Szymborska, Maria Dąbrowska, Maria Konopnicka) pojawia się szereg autorek znanych wcześniej prawdopodobnie przede wszystkim zafascynowanym nimi literaturoznawczyniom, które teraz mogą przybliżyć czytelnikom i czytelniczkom nie tylko pamięć o nich, ich wkład w kulturę, naukę, politykę czy przemiany obyczajowe, ale oryginalność i ważkość ich twórczości. Kobiety tworzące obecnie ten obszerny wielkopolski parnas mają jednak ze sobą coś wspólnego – dzielą (choć w różnym stopniu, i tutaj, co pragnę podkreślić, rolę grało pochodzenie społeczne) konieczność walki z próbami marginalizacji (bądź protekcjonalnego traktowania) ich jako pisarek. Walki, której przejawem jest właśnie ta książka. I dlatego warto propagować kobiece pisarstwo właśnie jako kobiece, by przywrócić należne mu miejsce – a wtedy można zająć się różnicami.

Inna sprawa, że „kwestia kobieca” zajmowała miejsce w refleksji bardzo wielu obecnych na kartach Alfabetu pisarek. Nie wszystkie zapewne identyfikowałyby się jako feministki (zresztą, przypisywanie feminizmu kobietom tworzącym w wieku XVII czy XVIII byłoby ahistoryczne), ale nurtowała (czy wciąż nurtuje) je społeczna i historyczna rola kobiety lub sytuacja kobiety jako pisarki. A dążenia emancypacyjne występują tu w różnych odmianach – socjalistycznej, lesbijskiej, chrześcijańskiej czy matriarchalno-pogańskiej. Z tej wielości spojrzeń wyłania się kobieca perspektywa, która nie jest jednorodna, ale z pewnością można szukać w niej elementów wspólnych.

Emancypacja przez pisanie

Mimo że pisarki mówią tak wieloma głosami i o tak wielu sprawach, wspólnie ustanawiają kobiecą podmiotowość. Choćby była to „podmiotowość modlitewna”, jak w przypadku Gertrudy Olisawy, XI-wiecznej księżniczki, wnuczki Bolesława Chrobrego, która poślubiła ruskiego księcia Izasława, prawdopodobnej autorki Modlitewnika Gertrudy. Powstałe na marginesie psałterza modlitwy księżnej pisane są z osobistej perspektywy kobiety (pojawia się zwrot: „Ego, Gertruda”), która prosi Boga o bezpieczeństwo i pomyślność dla swoich bliskich.

Im dalej w nowoczesność, tym kobiecy punkt widzenia artykułowany jest wyraźniej, przebijają się też pierwsze, z początku ostrożne, emancypacyjne postulaty. Najpierw stopniowe wyzwolenie pojawia się jednak w samym życiu. Urodzona w 1770 roku niemiecka arystokratka Ludwika (Louise) Radziwiłłowa z Hohenzollernów, autorka wspomnień, „zdradzała wyraźne sympatie propolskie” i być może dlatego postanowiła poślubić polskiego magnata Antoniego Radziwiłła, choć był niższy od niej stanem i starszy wiekiem. Mimo wielu przeciwności udało się jej doprowadzić do ślubu. Żyjąca mniej więcej w tym samym czasie Konstancja Biernacka z Małachowskich, pisarka, poetka, autorka książek dla dzieci stworzyła postępowy jak na owe czasy program edukacji dziewcząt, który nigdy nie został wcielony w życie. Biernacka wychodziła z założenia, że nauczanie kobiet powinno prowadzić do samodzielności, zalecała im nauki przyrodnicze, choć nie przewidywała dla nich innych ról niż żon i matek. Nieco śmielsze poglądy wychodzą spod piór wielkopolskich pisarek XIX wieku. Wszechstronnie uzdolniona poznanianka Maria Wicherkiewiczowa w zabarwionych ironią felietonach historycznych krytycznie odnosi się do rygorów obyczajowych odmawiających kobietom pełnego udziału w życiu publicznym, na przykład przebywania w kawiarniach razem z mężczyznami. Agnieszka Gajewska, autorka tekstu o Wicherkiewiczowej, przyrównuje jej ironiczny styl do pisarstwa Virginii Woolf. Zdeklarowaną emancypantką była prowadząca poznański salon literacki Julia Woykowska, autorka artykułu pt. O stosunku kobiety do mężczyzny, dla której walka o prawa kobiet ściśle wiązała się z walką o wyzwolenie ludu. Z kolei niemiecko-żydowska poetka Frederike Kempner, rezydentka wielkopolskiego majątku Kempen (Kępno), hołdowała liberalno-oświeceniowemu światopoglądowi i zabierała głos w obronie praw człowieka i zwierząt (pisała memoriały m.in. w sprawie przypadków grzebania żywcem czy pruskiego więziennictwa), przyczyniając się do zmian w pruskim ustawodawstwie.

Kobiece postulaty emancypacyjne często szły parze z progresywnym światopoglądem społecznym, choć najczęściej nie mogły być w pełni artykułowane. Pod wizerunkiem cnotliwej i hołubionej przez krytyków pisarki kryło się życie niemieszczące się w społecznych ramach: w przypadku Marii Konopnickiej był to związek z Marią Dulębianką, ciągłe podróże, które umożliwiały przebywanie razem w charakterze „turystek”; w przypadku Komornickiej – transgresja, po której rodzina wysłała ją do szpitala psychiatrycznego. Pisarka, społecznica i patriotka Bibianna Moraczewska pozostawała przez lata w nieformalnym związku z Jędrzejem Moraczewskim (którego nazwisko przyjęła, lecz para postanowiła nie brać ślubu). Niektóre kobiece aspiracje – do niezależności, samodzielności, zdobywania i poszerzania wiedzy – znajdowały zaskakujące pola realizacji. Niezwykle interesująca jest działalność Jadwigi Szeptyckiej z Szembeków (1883–1939), która była nie tylko poetką religijną, ale także pionierką archeologii i etnologii Wielkopolski – w wieku lat 14 wraz z młodszą siostrą zaczęły prowadzić wykopaliska w rejonie Siemianic, gdzie odnaleziono przedmioty z brązu:

Dowiedziawszy się o tym, zafascynowane panienki postanowiły przeprowadzić badania terenowe, co zważywszy na ich wiek i brak doświadczenia było bardzo śmiałym pomysłem; do sprawy podeszły jednak poważnie. Nawiązały kontakt z dr Bolesławem Erzepkim, kustoszem Muzeum Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Poznaniu. Odkopały groby z epoki rzymskiej, a wykopaliska, po odrysowaniu i opisaniu, przekazały do tegoż Muzeum – pisze Joanna Krajewska.

Po opublikowaniu swoich odkryć archeologicznych Jadwiga zajęła się badaniami etnograficznymi regionu, m.in. zbierając pieśni ludowe.

Przyglądając się biografiom urodzonych w XIX wieku postępowych kobiet piszących, nie sposób nie przyznać, że zarówno ich zajęciu, jak i zdobywaniu wiedzy oraz względnie postępowemu sposobowi życia sprzyjało szlacheckie pochodzenie i posiadany przez rodzinę majątek. Niezmuszone do fizycznej pracy (i prawdopodobnie codziennej opieki nad swoimi dziećmi), mogły oddawać się lekturze i w konsekwencji pisaniu, a w korzystnych okolicznościach wykroczyć poza tradycyjny schemat domowego życia żony i matki. Do szlachcianek i arystokratek od czasu do czasu dołączały przedstawicielki zamożnego mieszczaństwa, jak na przykład Frederike Kempner. Nie słyszymy głosu kobiet z innych warstw społecznych – choćby służących owych pisarek. Pośrednio „daje im głos” dopiero w okresie międzywojennym Maria Dąbrowska, której Uśmiech dzieciństwa i Ludzie stamtąd opowiadają o życiu wielkopolskiej wsi z perspektywy pokojówek, posługaczek i innych osób pracujących w dworskim gospodarstwie. Bardzo szczególnym kobiecym głosem z „dołów społecznych” jest także twórczość Marii Rataj, opisującej robotnicze zaułki międzywojennego Poznania z perspektywy dziecka. Wielkopolski alfabet pisarek pokazuje zatem niewątpliwie szerszą zależność między równością społeczną a kobiecą emancypacją. Na szczególną uwagę zasługuje także perspektywa Bronisławy Wajs zwanej Papuszą – słynnej romskiej poetki, której działalność literacka była piętnowana w rodzimej społeczności i powodowała wykluczenie z tradycyjnej wspólnoty.

Pośród licznych kart Alfabetu znajdziemy też wiele związanych z Wielkopolską niedawno zmarłych lub zupełnie współczesnych autorek, których sposób reprezentowania kobiecości jest bardzo różnorodny. U Krystyny Miłobędzkiej możemy dostrzec próbę wypowiedzenia w eksperymentalnej poetyckiej formie doświadczenia cielesności, relacji z dzieckiem, rodziny (np. w tomie Dom, pokarmy), pokazania nieuchwytności, zmienności i paradoksów tych relacji, także kobiecego podmiotu z samym sobą. Jadwiga Żylińska na kartach swoich na poły fantastycznych powieści analizuje rolę kobiet w historii, odwołuje się do pogańskich kultów matriarchalnych, do Wielkiej Bogini. W jej wizji kobiecość niezmiennie spleciona jest ze sprawczymi siłami natury. Podobny związek odnajdujemy też u zupełnie innej autorki – wywodzącej się z Gorzowa Wielkopolskiego Christy Wolf. Z kolei u młodszych pisarek, takich jak Bianka Rolando czy Agnieszka Kłos, obecne są wątki dekonstrukcjonistyczne, inspiracja teorią queer i nacisk na odrzucenie heteronormatywności.

Trzeba podkreślić, że w tomie nie zabrakło również portretów kobiet o zapatrywaniach zdecydowanie konserwatywnych, choć nie wydają się to być głosy dominujące. Należała do nich niewątpliwie Maria Szembekowa z Fredrów zwana „Mimi”, która w swoich dramatach idealizowała szlachtę i wyrażała przeświadczenie, że klasa ta powinna sprawować „duchowe przywództwo”, krytykowała projekt reformy rolnej. Niemniej jako kobieta aktywna politycznie, społecznie i literacko, która zatem wykonywała zajęcia zarezerwowane raczej dla mężczyzn, kontestowała, być może nie do końca świadomie, tradycyjne szlacheckie wzory. Tym bardziej, że jej córką okazała się być wspomniana pionierka wielkopolskiej archeologii.

Nieco stereotypowy podział na światopogląd „konserwatywny” i „postępowy” powinien jednak zostać przynajmniej naruszony po uważnej lekturze tej książki. Widzimy na przykład, że kobiety piszące w czasach zaborów niemal w każdym wypadku były gorącymi patriotkami, zaangażowanymi w walkę o niepodległość, a polskie dążenia narodowowyzwoleńcze wiązały się wówczas z postępowymi poglądami społecznymi i, przynajmniej do pewnego stopnia, obyczajowymi, mieściła się w nich bowiem (co prawda, różnie rozumiana) emancypacja kobiet. Dziś związek postępowości i patriotyzmu został mocno zatarty, co widać na przykładzie tekstu poświęconego Marii Konopnickiej, którego autorka, za Leną Magnone, chyba zbyt radykalnie przeciwstawia Konopnicką „narodową wieszczkę” Konopnickiej prywatnej, wiodącej nienormatywne życie.

Kronikarki, piewczynie i krytyczki

Nie dla każdej pisarki w Alfabecie (wszak, jak już zostało powiedziane, nie są to pisarki wielkopolskie) region ten stał się twórczą inspiracją, nie każda artykułowała swoje opinie na jego temat. Trudno więc mówić o jakimś spójnym obrazie tej ziemi, który miałby wyłonić się z lektury tomu. Fascynująca jest za to różnorodność spojrzenia na Wielkopolskę, a także na jej stołeczne miasto. Spojrzeń kobiet, które spędziły tam całe życie, ale także tych wywodzących się z Kresów czy nawet z Hiszpanii (jak pisarka i dziennikarka Sofia Casanova).

Z zaskoczeniem odkrywamy ogromną rolę kobiet w badaniu i propagowaniu historii regionu. Miastem, którego niemal każda twarz została opisana przez Wielkopolanki, jest z pewnością Poznań. Komornicka po jednej spędzonej w nim nocy oświadczyła w wierszu „Poznań”: „Place banalne, schludny trotuar i porządne gmachy/ świadczące, że Berlin, choć niedokładnie, jest im znany”. Wicherkiewiczowa, która wiele czasu poświęcała grzebaniu w archiwach poznańskich, fascynowała się gotyckimi i renesansowymi zabytkami oraz codziennym życiem mieszczan, barwnie opisując je w felietonach historycznych: „szybko wraca do tematów, które wydają się ją interesować najbardziej, czyli ludzi, których życie toczyło się wewnątrz murów, starała się chociażby ocalić ich nazwiska, pochodzenie i sprawowane funkcje” (Agnieszka Gajewska). Julia Woykowska z mężem była początkowo w samym centrum życia kulturalnego miasta – w kamienicy przy Rynku prowadziła salon literacki. Lecz kłopoty finansowe sprawiły, że przeniosła się do chaty na Rybakach, gdzie zaznała losu ludu, nad którym bolała w swoich wierszach. Niezwykły obraz poznańskiego marginesu społecznego wyłania się z książki Zaułki grzecznego miasta (wydanej później jako Grzeszne miasto) autorstwa Marii Rataj, córki Polaka i Niemki, wychowywanej przez samotną matkę, bezrobotną, czasem wykonującą proste prace. Są to wspomnienia spisane w latach 50. XX wieku, a dotyczące dwudziestolecia międzywojennego, nasycone gwarą poznańskiej ulicy. Z kart pełnych dystansu i autoironii wyłania się mroczny obraz miasta, nakreślony jednak w humorystyczny sposób: „Nierówności społeczne, bieda, hipokryzja mieszczaństwa i instytucji państwowych, pomoc organizacji charytatywnych obwarowana wymaganiami ideologicznymi – wszystko to we wspomnieniach Rataj widać wyraziście. Ale jest w nich i humor, niekiedy dosadny, komizm sytuacyjny i językowy” (Magdalena Bednarek). Poznań z perspektywy dziecięcej sportretowała także Krystyna Kofta w Wiórach – powieści o wydarzeniach z czerwca 1956 roku.

Zupełnie inny obraz Poznania – bardziej statecznego, inteligenckiego – możemy odnaleźć w słynnej Jeżycjadzie Małgorzaty Musierowicz. Jak pisze Agnieszka Mrozik: „Miasto opisane jest tak dokładnie, że poszczególne powieści, złożone w całość, mogą służyć za przewodnik po nim: […] ulice Roosevelta, gdzie mieszkają Borejkowie […], Noskowskiego – miejsce zamieszkania rodziny Kowalików; Krasińskiego, gdzie rezydują Strybowie oraz Bitnerowie; Norwida, przy której (w blokach) mieszkają Aurelia Jedwabińska oraz bracia Lisieccy”. Wydano nawet przewodnik po mieście opierający się na (w wielu wypadkach już należących do historii) topograficznych szczegółach z literackiej serii Musierowicz. Dokładna topografia Poznania, choć nie tylko tego „grzecznego”, pojawia się w osadzonych w tutejszych realiach kryminałach Joanny Jodełki:

[…] pojawiają się tu takie charakterystyczne miejsca, jak szpital im. Raszei, ulice Solna, Polna, Garbary, Bar na Żużlu. Ich kulturowa specyfika, niezawodnie rozpoznawana przez odbiorcę poznaniaka, odgrywa ważną rolę w konstrukcji postaci i fabuły – pisze Ewa Kraskowska.

Poznań w oczach związanych z nim pisarek to nie tylko specyfika i aura poszczególnych jego dzielnic, ale także powiązanie miasta z istotnymi dla autorek wartościami czy też porównanie do innych bliskich im miejsc. Istotną rolę odgrywa tutaj oczywiście położenie Poznania w strefie wpływów niemieckich. Dla Żylińskiej Poznań i cała Wielkopolska reprezentuje to, co zachodnie, europejskie, bo tu „można wziąć głęboki oddech – i poprzez architekturę, zwyczaje mieszkańców, sposób sprawowania władzy i kuchnię – poczuć wielki świat” (Lucyna Marzec). Zupełnie przeciwstawne emocje miasto budzi u urodzonej jeszcze w XIX wieku pochodzącej z Wilna Janiny Żółtowskiej z Puttkamerów. Ta kresowa szlachcianka i „skrajna konserwatystka, by nie rzec – reakcjonistka” zniesmaczona była surową estetyką Poznania, „bezguściem” i pruskimi naleciałościami. Negatywnie o Poznaniu miała wyrażać się także poetka Łucja Danielewska, niemogąca odnaleźć ciszy i skupienia na ciasnym i głośnym blokowisku. Odmienne spojrzenia na miasto raz jeszcze uwydatniają głębokie różnice społeczne i mentalnościowe.

Mojego dzieciństwa
Polna matka boska
Wieczna narzeczona

Wielkopolska” (Łucja Danielewska)

Poznajemy także w Alfabecie literackie obrazy innych wielkopolskich miast, jak przedwojennego Kalisza u Gustawy Jareckiej czy niemieckiego Landsbergan der Warthe (dziś Gorzowa Wielkopolskiego) w czasach narodowego socjalizmu (z punktu widzenia młodej Christy Wolf). Nie brakuje również opisów prowincji, bliskiej wielu pisarkom (duża część z nich mieszkała na wsi, w szlacheckich majątkach). Dla Woykowskiej wieś wielkopolska to idylla, ostoja piękna i porządku. Dla Dąbrowskiej – utracony raj dzieciństwa. Rodzinna wieś Russów, jak pisał Tadeusz Drewnowski, była początkiem i końcem jej twórczości. Skromny dworek, w którym pisarka spędziła pierwsze 14 lat życia, stał się miejscem mitycznym, a ona sama przez całe życie czuła się osobą „o wiejskiej duszy”, co, jak podkreśla autorka hasła w Alfabecie Alicja Podbielska, miało znaczący wpływ na jej styl życia, upodobania, poglądy społeczne i filozoficzne. Nie tylko zatem miasto – z jego otwartością, dynamiką i sprzyjaniem sekularyzacji – może stać się podstawą budowania emancypacyjnej kobiecej narracji.

Głosy niezapisane

Choć w niniejszej recenzji padło wiele nazwisk pisarek, są one tylko kroplą w morzu, jakie stanowi Alfabet – gruba księga wzbogacona bogatym materiałem ilustracyjnym, którą pochłania się jednak bardzo szybko. W formule alfabetu szczególnie cenne jest to, że nie wywyższa, że noblistki i literackie sławy stawia na równi ze skromnymi memuarystykami z prowincji. Dzięki temu właśnie czytelniczka i czytelnik mają okazję poznać postaci wyparte ze zbiorowej pamięci, uświadomić sobie, jak bogate było kobiece pisarstwo mimo marginalizacji kobiet jako autorek. Z trudnym zadaniem zwięzłego (zgodnie z formułą książki) i jednocześnie niebanalnego przedstawienia figur bardzo znanych autorki tomu poradziły sobie znakomicie – jak w przypadku artykułu o Wisławie Szymborskiej autorstwa Joanny Roszak (która również jest jedną z bohaterek Alfabetu). Poetka dokonała próby zwięzłego, lapidarnego i humorystycznego przedstawienia postaci Szymborskiej w pięciu limerykach. Po tak smakowitym wstępie Roszak opisała mało znane szerszej publiczności związki Szymborskiej z rodzinną Wielkopolską.

Postaci, które zrobiły na mnie największe wrażenie (a każdy, kto przeczyta Alfabet, sporządzi pewnie własną, subiektywną listę), należą raczej do tych mniej znanych – jak na przykład Gustawa Jarecka, pisarka ze zasymilowanej żydowskiej rodziny, socjalistka, która w getcie warszawskim współpracowała przy powstawaniu Archiwum Ringelbluma i zginęła w drodze do Treblinki w 1943 roku; autoironiczna autorka z marginesu Maria Rataj czy Paulina Wilkońska, jedna z pierwszych zawodowych pisarek, która dobrowolnie postanowiła dzielić z mężem tuż po ślubie ciężkie więzienie za jego udział w powstaniu listopadowym.

Zarzuty, jakie początkowo chciałam postawić Alfabetowi (o nieuwzględnienie społecznych różnic wpływających na położenie kobiet), właściwie nikną po przeczytaniu całego tomu. Redaktorki nie stawiają tezy o wspólnocie losów pisarek. Różnorodność położenia, zapatrywań, statusu materialnego i społecznego oraz związanych z tym możliwości nasuwają się same przy uważnej lekturze. Głosy tych kobiet, które w danej epoce nie mogły sięgnąć po pióro, pozostają nieobecne, i tę nieobecność powinniśmy sobie uświadomić – takiego odnotowania może zabrakło we wstępie do zbioru.

Redaktorki książki w Przedmowie dają wyraz pragnieniu, by w Wielkopolskim alfabecie pisarek była obecna „zarówno lokalność, jak i otwartość, byśmy, jako Wielkopolanki i Wielkopolanie dzisiaj – mogli się w nim rozpoznać w (dobrze pojmowanym) prowincjonalizmie, w polskości i w europejskości”. Sądzę, że to pragnienie w pełni się spełniło. Pozostaje mieć nadzieję, że Alfabet stanie się inspiracją dla tego typu opracowań dotyczących innych regionów Polski – a podejrzewam, że rezultaty mogą być równie fascynujące.

Wielkopolski alfabet pisarek, red. Ewa Kraskowska, Lucyna Marzec, Wielkopolska Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury, Poznań 2012.

Aleksandra Bilewicz

Socjolożka, socjalistka spółdzielczyni. Pracowała w redakcji "Res Publiki Nowej" i "Przekroju", obecnie współpracuje z pismem "Nowe Peryferie".

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!