Mój Chlebnikow powszedni. Abecediariusz będziański w języku gwiezdnym spisany (fragmenty)

[…]

Б (B)

Будущее – będzina (przyszłość)
Будетлянин – będzianin (budietlanin, przyszłościowiec)
Бродячую Cобаку – Bezpański Pies
 

Będzina – tak (na poły archaicznie, na poły neologicznie) mogłaby się nazywać idealna kraina futurystów. Benedikt Liwszyc, który w książce Półtoraoki strzelec (tłum. A. Pomorski, Czytelnik, Warszawa 1995) opisuje barwne dzieje rosyjskiego odłamu futurystycznego bractwa (spotykającego się głównie w legendarnej knajpie Bezpański Pies), nazywa ową upragnioną ziemię Futurią. Jednak autor książki, idąc wzorem Chlebnikowa, ostro sprzeciwia się utożsamianiu będzian z futurystami. O ile bowiem futuryzm jest silnie zakorzeniony w myśli Zachodu i sztucznie przeszczepiony na grunt słowiański (przeszczepiony na przykład od Marinettiego, którego rosyjscy awangardziści z Chlebnikowem na czele potraktowali niezwykle chłodno podczas „wizytacji” Włocha w Moskwie), o tyle będziaństwo to twór zupełnie oryginalny i naturalny, wyrastający z pnia Wschodu, wyhodowany na ziemiach słowiańsko-scytyjskiej „Swojczyzny” (Swojczyzna/Свояси). Właśnie w tekście zatytułowanym Swojczyzna Chlebnikow ukazuje swój będziański rodowód: „[…] Ojczyzną twórczości jest przyszłość – pisze – To stamtąd wieje wiatr bogów słowa”.

Przyszłość to jednak tylko połowa swojczyźnianej ziemi dzierżawionej przez poezję będzianina. W „dwojakoumnej” („dwurozumnej”) logice Chlebnikowa, w której każde pojęcie musi znaleźć swego odwrotnego sobowtóra (→ двойник/drugie ja), koniecznym dopełnieniem przyszłości staje się przeszłość. Ta ostatnia, którą fałszywa etymologia – w analogii do będziny – pragnie przechrzcić w bylinę, stanowi płaszczyznę doszczętnie zrujnowaną przez manifesty zachodnich futurystów. Zgoła odwrotnie postępuje wschodnie będziaństwo – opiera się wprawdzie na projektowaniu utopijnej przyszłości, jednak nie wypiera się histerycznie i anarchistycznie wszystkiego, co było. Liwszyc demaskuje hipokryzję tych awangardzistów, którzy w krzykliwych deklaracjach ukatrupiają dawnych mistrzów słowa, a jednocześnie w tajemnicy „sypiają z Puszkinem pod poduszką”.

Introwertyczny i cichutki Chlebnikow, poruszający bezgłośnie wargami w rozmowie z samym sobą, ptasio przycupnięty na marginesie odbywanych w Bezpańskim Psie dyskusji, nie skreśla tradycji, a jedynie przenosi ją – na dźwigni metafory – w przyszłość. To dlatego w jego twórczości, podobnie jak w świetnych przekładach Pomorskiego, niekiedy trudno odróżnić będzinę neologizmu od byliny archaizmu. Także utopijne wynalazki, zgromadzone m.in. w utworach Lebiedija przyszłości, Związek wynalazców, Miasto przyszłości, Radio przyszłości, Moskwa przyszłości, Stromizna przyszłości oraz My i domy. My i ulicotwórcy (Krzyczadło), okazują się łudząco podobne do patentów wyjętych z lamusa Swiftowskiej Akademii Projektodawców (→ небокниги/nieboksiążki, утопия/utopia).

W projekcie alfabetu przyszłego języka gwiezdnego ( звездный язык/język gwiezdny, заумный язык/język zaumny) Chlebnikow przydał głosce/literze Б (B) właściwości następujące: „Б (B) oznacza spotkanie dwóch punktów poruszających się w linii prostej z różnych stron. Ich walka, powrót jednego punktu po zderzeniu z drugim” (Malarze świata!, Rnmś, s. 64). Z kolei w zapiskach dotyczących kolorów głosek z Б (B) zostaje skojarzona barwa czerwona, podkreślająca dynamikę walki (notabene, krwiste są również wargi, które śpiewają „bobeobi” w sławnym wierszu będącym realizacją teorii kolorowego słyszenia → цветной язык/kolorowy język). Dwa pędzące ku sobie punkty: Neo i Arche, ich zderzenie w okolicach Bezpańskiego Psa, purpura atramentu, który to wszystko spisuje, poruszające się bezgłośnie wargi będziańskiego dziejopisa – czy to nie ten właśnie obraz wywołuje poruszenie drugiej w kolejce głoski – Б (B)?
[…]

Е (je)

Еда будущего – jedzenie przyszłości

Jednym z motywów należących do będziańskiej rekwizytorni Chlebnikowa jest jedzenie przyszłości. Co ciekawe, poeta sięga do utopijnej topiki (utopiki), znanej chociażby z Podróży Guliwera Jonathana Swifta, w momencie, kiedy na jego oczach dokonuje się historyczne odwrócenie – socjalistyczna utopia zmienia się w antyutopię. Lata 1921–1922 to w Rosji czas dogasania wojny domowej oraz epoka wielkiego głodu, prowadzącego nawet do aktów ludożerczych. Chlebnikow nie pozostaje obojętny na te wydarzenia. Dwa ostatnie lata życia poety owocują przede wszystkim apokaliptycznymi groteskami opisującymi koszmar wojny, klęski głodowej, ludożerstwa czy aktów bratobójczych (należą do nich m.in.: Przewodniczący czerezwyczajki, Uszminkowana szabla, Obraz, dwa teksty poetyckie zatytułowane Głód, Jak ujrzałem wojnę czy Wołgo, Wołgo). Naturalistyczne obrazy zjadania przez ludzi np. robaków, kory drzew lub padliny końskiej (nie mówiąc o sobie nawzajem) Chlebnikow równoważy stylistyką baśni, a ironiczny wymiar poematów zostaje wzmocniony dzięki zastosowaniu dziecięcych wyliczanek.

Równolegle do świadectw antyutopii powstają wówczas ich liczne „odwrotne sobowtóry”. Z jednej strony Chlebnikow sięga do tradycji grotesek sowizdrzalskich, opartych na logice „świata na opak”, w których o świecie nędzy i głodu mówi się, przeciwstawiając mu utopijne „krainy pieczonych gołąbków”. Zapisem takiej „głodowej halucynacji” jest wiersz Trzy obiady. Ta wyliczanka najwymyślniejszych potraw stanowi odwrotność poematu Głód, w którym kolejne wersy rymowanek były jednocześnie nowymi pomysłami „dzieci, zwiadowców jadła” na to, co jeszcze można zjeść, gdy nie ma już nic do zjedzenia. Z drugiej strony Chlebnikow – uciekając od grozy realności – tworzy wówczas teksty z wywoławczą „przyszłością” w tytule, będące najpiękniejszym przewodnikiem po jego Utopii (→ небокниги/nieboksiążki, утопия/utopia). To właśnie w nich pojawiają się (Swiftowskie z ducha) wizje jadła przyszłości. I tak na przykład w projekt będziańskiego radia zostaje wpisana synestezyjna koncepcja przekazywania doznań smakowych („na prostacki, chociaż zdrowy obiad Radio rzuci promieniami smakowy sen, widmo zgoła innych wrażeń smakowych”; „Ludzie będą pili wodę, ale będzie im się wydawało, że mają przed sobą wino” – Radio przyszłości, Rnmś, s. 275). Podobny pomysł znajdzie się w dialogu ze Stromizny przyszłości (Rnmś, s. 441): „– Ma pan przy sobie zapałki jedzenia? – Czy można prosić o ogień spożywczy? – Słodki dym? Firmy Gzi-Gzi? – Tak, pochodzą z daleka, z kontynentu A”.

Warto zaznaczyć, że chociaż ta spożywcza utopika przypomina jadło będziańskie z wcześniejszych utworów Chlebnikowa (np. mąkę z ryby, herbatę z dyni czy „jeziorny barszcz” ze Związku wynalazców), to jednak w tekstach takich jak Stromizna przyszłości motyw ten zyskuje o wiele szerszy wymiar. Późne teksty poety to bowiem wizje całościowe, ugruntowane na jego teoriach językowych, historiozoficznych, architektonicznych, przyrodoznawczych (itd.), a dodatkowo wyostrzone dzięki „dwuwypukłej optyce”, łączącej naturalistyczny opis tego, co jest, z mistycznym projektem tego, co będzie. Wspomniana Stromizna przyszłości stanowi potwierdzenie wysnutej przez Jerzego Szackiego tezy o tym, że „Utopia to marzenie, które staje się systemem; ideał rozbudowany w doktrynę”, natomiast utopistą zostaje człowiek, „który wreszcie przestał widzieć wszystko oddzielnie” (Spotkania z utopią, Warszawa 2000, s. 27). Totalizujące spojrzenie Chlebnikowa obejmuje wszystkie sfery jego będziańskiej krainy. Przewodniczący Globu Ziemskiego Wielemir I obserwuje zatem swoich obywateli przechadzających się w powietrzu „po ścieżce braku ciężaru”, geometryzuje tę wizję „latającą żmiją gmachu” o kształcie przewróconej litery Г i przysłuchuje się rozmowie siedzących na ganku „ludzi – bogów spokojnej myśli” (zaciągają się właśnie „myślami o czarownej woni” i rozprawiają o „drugim morzu”, które ugasiło pożar państw, a także o znaku przymierza – wydrukowanej na obłokach twarzy człowieka). Rozrysowana w ten sposób utopijna kraina to „odwrotny sobowtór” świata ludzi, którzy zdradzili odwieczną harmonię globu ziemskiego. Tych ostatnich przyrównuje Chlebnikow do dzieci pozostawionych w pustym pokoju:

Człowiek odebrał powierzchnię kuli ziemskiej mądrej wspólnocie zwierząt i roślin i stał się samotny: nie ma z kim bawić się w kółko graniaste i w chowanki w pustym pokoju, wkoło ciemność niebytu, nie ma zabaw, nie ma kolegów. Z kim tu figlować? Wkoło jałowe «nie». Wygnane z tułowi dusze zwierząt rzuciły się nań i swym prawem zagnieździły się w jego ścianach.

(Rnmś, s. 442)

Na szczęście – puentuje poeta – stał się cud. Chlebnikow umistycznia swoją utopię, sięgając do mitologii „świętej ziemi” (choć dzisiejsi badacze wpisaliby pewnie jego fantazje w nurt modnej dzisiaj „ekokrytyki”). I to właśnie w aurze owego cudu, nie zaś jako jeden z utylitarnych wynalazków, zostaje ukazane jedzenie przyszłości. Oto, co głodny i przerażony będzianin wygrywa w 1922 roku na swojej bałałajce:

Stał się jednak cud: mężne umysły, dzielne umysły zbudziły w szarej świętej glinie, warstwami zalegającej ziemię, jej uśpioną duszę chleba i mięsa. Ziemia stała się jadalna, każdy wąwóz stał się stołem obiednim. Zwierzętom i roślinom zwrócono prawo do życia, piękny dar.
I znów jesteśmy szczęśliwi: oto lew śpi na moich kolanach, a ja zaciągam się moim powietrznym obiadem.

[…]

З (Z)

Звездный (мировой) язык – język gwiezdny (światowy, ziemski)
Заумный язык – język zaumny (pozarozumowy)
Зaклинание, заговор – zaklęcie, zamawianie

Zwierciadło i odbijający się od jego powierzchni promień – tak w w żywopisie swej wyobraźni narysował Chlebnikow spółgłoskę З (Z). Kąt padania promienia na płaszczyznę jest równy kątowi jego odbicia – dlatego przestrzenny światoobraz З (Z) ma przypominać przewróconą „na plecy” literę K.

Kiedy zastanawiam się, które z będziańskich pojęć najlepiej odpowiada fonemowi/grafemowi З (Z), przychodzi mi do głowy najważniejsze Chlebnikowowskie słowo: „zaum”. Czym bowiem dla dwudziestowiecznej poezji rosyjskiej, a nawet – nie waham się tego powiedzieć – dla poezji w ogóle, była stworzona przez Wielemira I poezja pozarozumowa, jeżeli nie „uderzeniem promienia o twardą płaszczyznę”? Płaszczyznę tę, rzecz jasna, stanowiła zaskorupiała poetycka tradycja, która swoim akolitom wciąż jeszcze wydawała się być zwierciadłem, jednak oczom awangardzistów nie pokazywała już niczego. Język zaumny okazał się jednym ze sposobów odnowienia mowy poetyckiej. Odnowa ta, którą Wiktor Szkłowski określił jako „wskrzeszenie słowa”, nie miała być jednak prostym zniszczeniem, rozbiciem lustra zastanej tradycji. Szkłowski wyjaśnia awangardowy zamysł konkretniej niż anarchistyczne manifesty futurystów. Pisze on o przeciwstawnych procesach językowych, które można by nazwać leksykalizacją i deleksykalizacją słowa poetyckiego. To, co kiedyś było żywą poezją, odbywa teraz drogę ku prozie, a więc – mówiąc słowami formalisty – umiera, kostnieje, automatyzuje się, przestaje znaczyć cokolwiek. Metafory, epitety, symbole itd. leksykalizują się, to znaczy przemieniają w skamieliny, odgrodzone od czytelników „szklanym murem przyzwyczajenia”. I właśnie w ów szklany mur musi uderzyć promień poezji awangardowej, podobnie jak w taflę zwierciadła uderza ruchliwy punkt w światoobrazie głoski З (Z). Lustro nie zostaje stłuczone (tradycja w swoim mniemaniu nadal ma się dobrze), ale kierunek językowego promienia odwraca się, i to dokładnie pod kątem „odwrotnie sobowtórowym” do toru uderzenia o przezroczystą powierzchnię. Mówiąc prościej – podobnie jak wskrzeszenie jest odwróceniem procesu umierania, tak deleksykalizacja staje się „odwrotnym sobowtórem” leksykalizacji.

I oto teraz – pisze Szkłowski – kiedy artysta zatęsknił do żywej formy i żywego, a nie martwego słowa, chcąc mu nadać żywe oblicze, przełamał je i wykoślawił. Przyszły na świat «improwizowane», nowo tworzone wyrazy futurystów. Raz tworzą oni ze starych rdzeni nowe słowa (Chlebnikow, Guro, Kamienski, Gniedow), to znów rozpoławiają je rymem – jak Majakowski, to nadają im za pomocą rytmu wiersza nieprawidłowy przycisk (Kruczonych). Rodzą się słowa nowe, żywe. Starożytne brylanty słów odzyskują dawny blask. Nowy ten język jest niezrozumiały, trudny i nie daje się czytać jak komunikaty giełdowe.

(W. Szkłowski, Wskrzeszenie słowa, [w:] Rosyjska szkoła stylistyki, oprac. M. R. Mayenowa, Z. Saloni, s. 61)

Zarówno Szkłowski, jak i Chlebnikow zauważają, iż główną winę za automatyzację słowa ponosi rozum. „Zanik formy słowa jest wielkim ułatwieniem dla procesu myślowego”, pisze Szkłowski, Chlebnikow zaś w wielu artykułach przeciwstawia sobie rozumowe pojęcie i pozarozumowy dźwięk jako wrogie żywioły rządzące poezją (→ двойную жизнь языка/dwojakie życie języka). Dzięki językowi zaumnemu (pozarozumowemu) zostają przywrócone do łask forma dźwiękowa i kształt graficzny słowa (choć temu ostatniemu poeta poświęca mniej uwagi), dotąd tłamszone przez władzę rozumu.

Deleksykalizacji słownych skamielin jest poświęcony rozdział Język zaumny (druga część Naszych założeń z 1919 roku, Rnmś, s. 76–78). Tekst ten pochodzi z okresu, w którym rozwijana przez Chlebnikowa od lat idea języka zaumnego osiąga swój najpełniejszy wymiar i jest tłumaczona najbardziej precyzyjnie. Użykownicy mowy codziennej zostają tu przyrównani do dzieci, które bawią się szmacianymi lalkami. Lalki te – czyli w domyśle: słowa – zastępują ludziom rzeczy, do których się odnoszą. I podobnie jak dziecko wierzy, że jego zbiory gałganków żyją, tak użytkownik języka traktuje swoje słowne szmacianki jako coś więcej niż tylko pozszywane dźwięki. Kiedy niemowlęciu umiera zabawka, zalewa się ono najszczerszymi łzami, a kiedy istota mówiąca wypowiada słowo „słońce”, podświadomie czuje jego rozświetlające ciepło. Chlebnikow zaznacza jednak, że ta pacholęca praktyka językowa zmienia się, kiedy dostrzegamy w słowach nie żywe istoty, ale zwyczajne szmatki. Taką dorosłą optykę pozwala uzyskać spojrzenie z dystansu, z perspektywy obcego. Jedno dziecko nie może być przecież posiadaczem wszystkich pokojów z zabawkami, tak jak konkretny użytkownik mowy nie może się dobrze bawić we wszystkich językach. To, co jest dla nas ukochaną lalką w rodzimym języku polskim czy wyuczonym rosyjskim albo angielskim, przestaje nią być w dialekcie kantońskim, „patchworkowym” pidżynie albo mowie plemienia z rodziny Bantu. Na język obcy patrzymy zatem okiem dorosłego (który nie wierzy w życie lalek należących do „obcych”), ale własną mowę odbieramy zawsze jak dziecko.

Padło tu słowo: „zawsze”. Czy słusznie? Niekoniecznie. W tym miejscu wywodu Chlebnikow dociera do istoty języka zaumnego. Tu również jego idea wymyka się tym badaczom, którzy utożsamiają zaum z dadaistycznymi „słowami na wolności”. Owszem, zaumne wiersze poety niekiedy przypominają głużenie czy gaworzenie, jednak jego projekt nie wyczerpuje się w wysiłku niemowlęcia bezradnie szukającego własnego głosu. Przeciwnie, język zaumny to dla Chlebnikowa spojrzenie dorosłego. A przynajmniej – spojrzenie dziecka obdarzonego na tyle wyzwoloną wyobraźnią, by nie zadowalać się lalkami podsuniętymi mu pod nos przez rodziców. Zaumna zabawa zaczyna się wtedy, gdy ciekawią nas najmniejsze skrawki materiału (fonemy i grafemy), odrzucone przez szyjącą mamę (czyli lingwistę-prawodawcę, który uznał je za „nieznaczące elementy języka”), ponieważ nie dały się dopasować do żadnej części lalki, które jednak w naszych rękach zaczynają się łączyć w znaczenia radośnie i swobodnie. Te „swobodne połączenia”, które „niczego bezpośrednio nie dają świadomości (nie nadają się do zabawy lalkami)”, ta „gra głosu poza słowami” – definiuje Chlebnikow – „noszą miano języka zaumnego”.

Metaforyka zabawy tylko z pozoru odbiera powagę wywodom Chlebnikowa. W rzeczywistości to bezrefleksyjne poetyckie igranie/игра zostaje opisane niezwykle precyzyjnie. Poeta zresztą mówi wprost o racjonalnej stronie języka zaumnego. Chociaż zaum w niektórych aktach mowy przejmuje władzę nad świadomością i wypiera z niej język rozumu (przykładem mogą być zaklęcia i zamawiania), to jednak istnieje „sposób, by język zaumny uczynić rozumnym”. W artykule Malarze świata! Chlebnikow pisze: „Próba obrócenia języka zaumnego ze stanu dzikiego w udomowiony, zmuszenia go, by dźwigał pożyteczne ciężary, zasługuje na uwagę”. Do czego poecie potrzebna jest próba racjonalizacji tego, co właśnie wyzwolił z kajdan rozumności? Okazuje się, że język pozarozumowy stanowi zaledwie część szerszego projektu, który ma doprowadzić do stworzenia języka uniwersalnego, wspólnego dla całej ludzkości. Przewodniczący Globu Ziemskiego Wielemir I nie jest konsekwentny, jeśli chodzi o stosowanie terminologii. Dlatego pojęcia takie jak „język zaumny (pozarozumowy)”, „język gwiezdny” czy „język światowy (ziemski)” zwykle występują u niego jako synonimy i są odnoszone do uniwersalnej mowy, którą będą się posługiwać ludzie przyszłości.

Wiele stron można by poświęcić na porównanie języka światowego Chlebnikowa z innymi utopijnymi projektami tego typu. Umberto Eco w książce W poszukiwaniu języka uniwersalnego (Gdańsk – Warszawa 2002) wyłącza jednak język zaumny z obrębu swoich zainteresowań, traktując ideę rosyjskiego poety (na równi z nowomową Orwella czy dialektami fantastycznych ludów Tolkiena) jako „język literacki”, który został rozpisany zaledwie w niewielkiej części i to w celach wyłącznie stylistycznych, w odróżnieniu od pełnych i „poważnych” systemów językowych stworzonych przez filozofów, na przykład Ramóna Lulla, Johna Wilkinsa czy Leibniza. Wielemir I Król Czasu niewątpliwie poczułby się urażony takim potraktowaniem. O tym, jak bardzo poważnie traktował on swoją utopię, świadczy choćby konsekwencja, z jaką przez całe życie udoskonalał – zarówno w teorii, jak i w praktyce – ideę znaczącego alfabetu.

To właśnie ta idea stanowi istotę uniwersalistycznego projektu Chlebnikowa. Aby zbudować język wspólny dla wszystkich ludów świata, należy najpierw dotrzeć do najmniejszych cząstek ludzkiej mowy – fonemów i grafemów. Akt najbardziej drobiazgowej analizy to zatem wstęp do totalnej syntezy. Awangardowy poeta zakłada, że najmniejsze elementy mowy – fonemy i grafemy – mają określone znaczenia (co kłóci się z przyjmowanym dzisiaj modelem lingwistyki strukturalnej), a w dodatku znaczenia te są identyczne we wszystkich językach. Skoro tak – dowodzi beztrosko Chlebnikow – należy tylko te uniwersalne znaczenia odkryć i opisać (lub namalować, do czego namawia „malarzy przyszłości”), a wówczas stworzenie języka światowego będzie już tylko kwestią czasu.

Sam projektodawca oczywiście nie pozostaje bezczynny. W artykule Malarze świata! przedstawia „widoki na ogólnoludzki alfabet”, to znaczy każdej spółgłosce przydaje pewne „światoobrazowe” znaczenie (pomija samogłoski, które są według niego „przypadkowe i służą tylko eufonii”). Znaczenie poszczególnych fonemów/grafemów rozwijam (czy raczej: poddaję próbie) w moim tekście w konkretnych częściach odpowiadających kolejnym literom alfabetu, zatem tutaj nie będę tej kwestii poruszać. Chciałabym natomiast zwrócić uwagę na drugi krok, jaki wedle Chlebnikowa należy uczynić, aby język przyszłości stał się realną teraźniejszością. Zarówno w Malarzach świata!, jak i w Naszych założeniach pojawia się prawo zbliżone do tego, które Gérard Genette nazwał w swoich Mimologiach „zasadą inicjalnych grup spółgłoskowych” (G. Genette, Mimologics, transl. T.E. Morgan, Lincoln & London 1995). Rosyjski poeta idzie jednak w swoich poszukiwaniach uniwersaliów dalej (lub raczej: głębiej) niż opisywany przez Genette’a John Wallis czy faworyzowani przez Eco filozofowie. Zamiast wyliczać szeregi słów rozpoczynających się od identycznych pod względem formy i znaczenia grup spółgłoskowych (co z punktu widzenia dzisiejszej morfologii nie jest niczym rewolucyjnym), Chlebnikow zestawia ze sobą wyrazy o tej samej literze/głosce inicjalnej. Swój zamysł uzasadnia w następujący sposób:

Pojedyńcze słowo jest jak niewielkie zrzeszenie pracownicze, w którym pierwszy dźwięk słowa jest jak przewodniczący zrzeszenia, kierujący całą mnogością dźwięków słowa. Jeżeli zebrać wszystkie słowa zaczynające się na tę samą spółgłoskę, okaże się, że słowa te, podobnie jak kamienie niebieskie, często spadają z tego samego punktu nieba, że wszystkie takie słowa lecą z tego samego punktu myśli o przestrzeni. Ten punkt właśnie uznano za znaczenie dźwięku alfabetu jako najprostszej nazwy.

(Malarze świata!, Rnmś, s. 65)

W Naszych założeniach poeta opisuje kolejne kroki budowania języka światowego bardziej precyzyjnie. Kiedy już zostaną określone hipotezy semantyczne, czyli znaczenia poszczególnych fonemów/grafemów (co zresztą zostało już dokonane), należy zająć się konkretnymi doświadczeniami. Będziański laborant musi pamiętać o dwóch zasadach: „1. Pierwsza spółgłoska wyrazu rządzi całym słowem – rozkazuje pozostałym. 2. Słowa zaczynające się od tej samej spółgłoski łączy to samo pojęcie, jak gdyby sfruwały się zewsząd w tym samym punkcie rozsądku”. Aby zatem zbudować język uniwersalny, Chlebnikow, podobnie jak filozofowie opisywani przez Eco i Genette’a, tworzy ciągi wyrazów o wspólnym rdzeniu inicjalnym (który w jego przypadku odpowiada literze/głosce). „Papierkiem lakmusowym” w tym akurat artykule staje się inicjalne Ч (Cz), skoro jednak obracamy się w kręgu zaumu, pozostańmy przy znaczeniu inicjału tego właśnie pojęcia.

W tekście Z i jego okolica (cytuję za A. Pomorskim, Wwb, s. 303, przypis 69) poeta wylicza szeregi słów odpowiadających znaczeniu З (Z).

Od Z powinny się więc zaczynać: 1) wszystkie postaci zwierciadeł; 2) wszystkie postaci odbicia promienia. Postaci zwierciadeł: zierkało, zrienije [wzrok]. Imiona oka jako konstrukcji ze zwierciadeł: zień, zraczok [źrenica], zrak, ziry, zirki [ludowe określenia oczu]; zrit’, zietit’ [patrzeć], zor, zienica [źrenica], zorliwiec; zienki – to oczy; zorok [bystrooki]. Imiona kosmicznych zwierciadeł: ziemla, zwiozdy, ziry [gwiazdy], zień [ziemia].

Nieco dalej wywodem Chlebnikowa zaczyna rządzić żywioł etymologiczny, łączący ze sobą – na zasadzie homonimii, paronomazji i skojarzeń brzmieniowych – różne zjawiska, które jednak nie wykraczają poza ramy światoobrazu spółgłoski З (Z). „Zarówno Ziemia, jak gwiazdy świecą odbitym światłem. Słowo zień, które oznacza zarówno ziemię, jak oko, i słowo ziry, oznaczające zarazem gwiazdy i oczy, dowodzą, że Ziemię, jak też gwiazdy uznawano za kosmiczne zwierciadła. Pora roku, w której ziemia najbardziej odbija światło Słońca, najbardziej pełni obowiązki zwierciadła, nosi miano zimy (zimowe zimno). Ziemia jako kosmiczne zwierciadło, w którym przegląda się Słońce”.

Podobne szeregi wyrazów, skupionych w „armii” danego fonemu/grafemu, mnożą się w niemal każdym zakątku państwa Wielemira I. I nie różniłby się rosyjski poeta od opętanych ideą uniwersalności filozofów języka, gdyby nie fakt, że czyni on trzeci krok, na który tamci się nie zdobyli. Chlebnikow dokonuje rozbiórki mowy do poziomu fonemów i grafemów (krok pierwszy) jako lingwista samouk (uczeń fonologów z prawdziwego zdarzenia: → Romana Jakobsona czy → Lwa Szczerby), szereguje wyrazy o wspólnych głoskach inicjalnych na sposób filozofów języka (krok drugi), ale krok trzeci – realizację utopii – czyni już jako poeta. Dzięki temu okazuje się, że nawet jeśli w teorii utopia ponosi klęskę, to w praktyce klęska ta często przemienia się w zwycięstwo.

[…]

W ostatnich akapitach Malarzy świata! poeta dokonuje przekładu dwóch przypadkowych zdań na język zaumny. Oba tłumaczenia da się zrozumieć, jeśli w lekturze posłużymy się „światoobrazowym” alfabetem znaczeń. Wybierzmy zdanie dotyczące samej utopii: „We so rodu ludzkiego be go języków, pe umysłów we so sza języków, bo mo słów mo ka rozumu cza dźwięków po so do łu ziemi mo so języków we ziemi” (Rnmś, s. 67). Po żmudnej, wywołującej śmiech lub zniechęcenie, pracy translatorskiej powinniśmy dojść do następującego rozwiązania: „Rozmyślając o zjednoczeniu rodu ludzkiego, ale napotkawszy góry języków, burzliwy ogień naszych umysłów, obracając się wokół zjednoczonego języka zaumnego, osiągając rozproszenie słów na jednostki myśli w powłoce dźwięków, burzliwie i razem dąży do uznania na całej ziemi wspólnego języka zaumnego”. Niewielu z nas uzyskało zadowalający wynik? Nic dziwnego. Chlebnikow stawia przed czytelnikami zadanie równie trudne jak na bliski mu skądinąd Kazimierz Malewicz przed odbiorcami swych abstrakcyjnych obrazów. Porównanie wydaje się o tyle trafne, że obaj artyści dokonują w swoich dziedzinach zamiany elementów przedstawialnych na ich ekwiwalenty nieprzedstawialne. Obaj również są autorami zarówno tekstów teoretycznych, jak i dzieł artystycznych wcielających w życie opisywane tam idee.

Wróćmy do zaumnego zdania Chlebnikowa. Dodatkiem do Zadrapania po niebie (Rnmś, s. 147–157) jest Słownik języka gwiezdnego (wspólnego dla całej gwiazdy zamieszkałej przez ludzi). Warto zauważyć, że ta skrócona wersja „znaczącego alfabetu” z artykułu Malarze świata! najlepiej pokazuje, iż Chlebnikow nie różnicował pojęć „język zaumny”, „język gwiezdny” i „język światowy” (kojarzył je ze sobą z równą swobodą jak Ziemię, Słońce, gwiazdy, oczy i zwierciadła w definicji głoski З/Z). Jeżeli skorzystamy z objaśnień poety, wówczas nieprzedstawialna z pozoru cząstka we (B/W) okaże się „kolistym ruchem punktu wokół drugiego, nieruchomego”. Dzięki temu zaś z powodzeniem zastąpi zarówno „rozmyślanie” (kolisty ruch myśli wokół przedmiotu rozważań), jak i słowo „obracać się”. Z kolei so (C/S symbolizuje „tory ruchów, mające wspólny początkowy a nieruchomy punkt”) posłuży jako ekwiwalent słów „zjednoczenie”, „razem” i „wspólny”. Pe lub po (pamiętajmy, że samogłoski służą tu tylko eufonii) zostanie skojarzone z „burzliwością” i „burzliwym ogniem”, podobnie jak wyliczony w słowniku gwiezdnym szereg: „puch, proch, puszka-armata” (dzięki inicjalnemu П/P wszystkie oznaczają „ruch prosty punktu oddalającego się od nieruchomego”, „ciała pełne pieczar” i „wzrost objętości zajmowanej przez ciało w świecie trójwymiarowym” lub ogólniej: „parę dwóch punktów rozdzieloną rosnącą przestrzenią”). Trudne do zrozumienia jest wyrażenie „bo mo słów mo ka rozumu cza dźwięków”. Jeżeli jednak wiemy, że mo (М/M) oznacza „podział objętości na małe cząstki”, bo (Б/B) to „spotkanie dwóch punktów poruszających się w linii prostej z dwóch stron, ich walka”, ka (K/K) symbolizuje „wzajemne zbliżenie dwóch punktów do nieruchomej granicy, do przystanku wielu punktów w jednym nieruchomym”, a wreszcie cza (Ч/Cz) określa „ciało puste, zastępujące powłokę objętości innego ciała”, to wówczas tłumaczymy to zdanie jako: „doprowadzenie (bo) do stanu rozproszenia (mo) słów na znieruchomiałe (ka) cząstki (mo) rozumu powleczone otoczką (cza) dźwięków”.

Czy po tym mo ka stereotypowego myślenia o języku, po tym po we myśli, po tym so uwagi, ktokolwiek ma siłę na kolejne po racjonalnych pojęć i nie woli raczej ka w przytulnej cze poetyckiej wyobraźni?

[…]

Л (L, Ł)

Лоренца закон – Lorentza (Hendrika Antoona) prawo
Луч – promień (łuczyzm, promienizm, rajonizm)
Лебедь – łabędź
Любовь – lubowanie, miłość
Люд, люди – lud, ludzie

Logika zbudowanej przez Chlebnikowa utopii – jest logiką wielkości urojonych. W rozważaniach poświęconych słowotwórstwu Chlebnikow pisze: „Można pomyśleć, że nauka zrządzeniem losu podąża tą samą drogą, którą przeszedł już język” (Nasze założenia, Rnmś, s. 73). Chwilę później, przy okazji wyjaśniania semantyki Л (L, Ł), poeta przytacza wzór będący kluczem do jego utopii. Wspólna droga nauki i języka zostaje mianowicie wyznaczona według „światowego prawa Lorentza”, oddanego za pomocą współczynnika: √1 – v2/c2 (gdzie v oznacza prędkość ciała, natomiast c – prędkość światła). Prawo, według którego „ciało spłaszcza się w kierunku poprzecznym do nacisku”, a także współczynnik pokazujący zależność objętości ciała od jego ruchu (im szybciej ciało się porusza, tym mniejsza jest jego obecność) – te dwa twierdzenia Hendrika Antoona Lorentza, w formie odpowiednio zmetaforyzowanej, zostały przez Chlebnikowa przeniesione z dziedziny fizyki w obszar mitopoetyckiej wyobraźni.

Warto zauważyć, że nie był to w ówczesnej Rosji zabieg odosobniony. Przeciwnie, twierdzenie holenderskiego fizyka zapładniało wyobraźnię ówczesnych humanistów w nie mniejszym stopniu niż teoria względności Einsteina czy geometria hiperboliczna Łobaczewskiego. Adam Pomorski widzi w prawie Lorentza (spopularyzowanym w Rosji dzięki pseudonaukowym powieściom Camille’a Flammariona) źródło „idei arcyrosyjskiego sobowtóra”, która okazała się ważna nie tylko dla poetów, takich jak Chlebnikow, Majakowski czy późniejsi oberiuci, ale także dla myślicieli o mniej rozbuchanej wyobraźni, do których zaliczali się m.in. filozofowie o. Paweł Florenski i Aleksiej Łosiew czy lingwista Roman Jakobson (zob. A. Pomorski, Duchowy proletariusz. Przyczynek do dziejów lamarkizmu społecznego i rosyjskiego kosmizmu XIX–XX wieku (na marginesie antyutopii Andrieja Płatonowa), Warszawa 1996, s. 252–255; idem, Rnmś, s. 128, przypis 78).

Dla wymienionych autorów wzór Lorentza stał się wymierną szansą znalezienia upragnionych uchronii (utopii czasu). Ówczesne wersje → utopii utraciły swój przestrzenny i konkretny charakter […]. Nie były już one ani wyspami ukrytymi przed zgubnymi wpływami cywilizowanego świata, ani pierwotnymi rajami, ani idealnymi miastami. Nabrały za to charakteru temporalnego i jeszcze bardziej oddaliły się od realności w stronę potencjalności. O ile bowiem dawniejsze uchronie lokowały się w określonym miejscu na osi czasu, o tyle uchronie epoki Einsteina zanegowały zarówno samą oś, jak i umiejscowione na niej nieruchome punkty. Czym zatem były dla wielbicieli Lorentza i Einsteina? Potencjalnością, nieuchwytnością i ruchem.

Na taką modyfikację utopijnych wizji pozwala odpowiednia interpretacja wzoru Lorentza. W tym ujęciu należy przyjąć następujące wartości: prędkość ciała (v) równa się prędkości światła (c). Po dokonaniu obliczeń okazuje się, iż pod pierwiastkiem zostaje nam zero, czyli nic. Dokładnie taka sama zerowa wartość będzie (po wyciągnięciu pierwiastka) naszym ostatecznym wynikiem. Oznacza to, że ciało poruszające się z prędkością światła ma według skrócenia Lorentza objętość równą zeru, czyli – mówiąc mniej matematycznie – po prostu znika, utraciwszy całą swoją materialność.

Jak pokazuje Pomorski (Duchowy proletariusz, op. cit., s. 253), zafascynowani twierdzeniem Lorentza Rosjanie doprowadzali swe hipotezy do znacznie większego ekstremum. Nie wystarczały im wartości zerowe – szukali jeszcze większej potencjalności ciała i ruchu szybszego niż prędkość światła. Dlatego właśnie zapytywali, co by się stało, gdyby jakieś ciało zaczęło się poruszać z prędkością większą niż prędkość światła? Według wzoru otrzymalibyśmy w ostatecznym wyniku nie jednostkę czy zero, lecz wielkość urojoną. Ta wielkość urojona, czyli ciało, które zeszło w sferę przezero swojej materialności, przybierało w pismach ówczesnych myślicieli różne formy. Dla przykładu ojciec Florienski – jak pokazuje Pomorski – definiował ciało szybsze od światła jako ideę bliską ideom platońskim, lecz uchwyconą w ramach współczesnej matematyki (ibidem, s. 254). Również źródeł suprematyzmu Kazimierza Malewicza Pomorski upatruje w fascynacji przekształceniem Lorentza. Twierdzi mianowicie, iż naczelna zasada suprematyzmu – „dojść do zera i wyjść poza nie” – jest bliska „wejściu w świat wielkości urojonych”, jakiego można dokonać, gdy doprowadzi się do ekstremum twierdzenie holenderskiego fizyka. Jednak najbardziej popularnym wcieleniem czy raczej – mówiąc po Leśmianowsku – „niedowcieleniem” wielkości urojonej była postać „promienistego wędrowca”, który przekroczywszy prędkość światła, zamienił swą materię w energię, dzięki czemu posiadł możliwość swobodnego poruszania się w czasie. Ta właśnie idea legła u źródeł koncepcji „odwrotnego sobowtóra”, którego znak rozpoznawczy (√–1) stał się główną wartością gamy będzianina oraz naznaczył znamieniem wielu „urojonych” bohaterów Chlebnikowa.

[…]

Joanna Mueller

(1979) Urodzona w Pile. Poetka, eseistka, redaktorka, wielodzietna mama. Wydała cztery tomy poetyckie: Somnambóle fantomowe (Kraków 2003), Zagniazdowniki/Gniazdowniki (Kraków 2007, nominacja do Nagrody Literackiej Gdynia), Wylinki (Wrocław 2010) i intima thule (Wrocław 2015) oraz dwie książki eseistyczne: Stratygrafie (Wrocław 2010, nagroda Warszawska Premiera Literacka) i Powlekać rosnące (Wrocław 2013). Redaktorka (razem z Marią Cyranowicz i Justyną Radczyńską) książki Solistki. Antologia poezji kobiet (1989–2009). Mieszka w Warszawie, gdzie m.in. współprowadzi seminarium o literaturze kobiet „Wspólny pokój”.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!