Wiersze do współczytania, wiersze do przegadania

– Dużo osób mówi nam, że zawodowo jesteśmy w szczególnie dobrej (fajnej, ciekawej) sytuacji. Żyjemy razem i pracujemy nad bardzo podobnymi rzeczami, co w naszej profesjonalnej niszy (literaturoznawstwo, ściślej: krytyka literacka, ściślej: krytyka poezji współczesnej) nie zdarza się często.
– To oczywiście oznacza, że właściwie nigdy nie wychodzimy z pracy, ale z drugiej strony: może nigdy do niej nie idziemy.
– To akurat chyba problem większości „młodych akademików” (czy „intelektualistów”) w tak zwanych „wolnych zawodach”? (Swoją drogą, zabawnie brzmi dziś ta fraza.)
– Tak, ale zwykle oznacza samotnicze wgapianie się w monitor. A nie (współ)pracę w kuchni, na spacerze i przy sprzątaniu.
– …Jakim sprzątaniu?
– Publicznie możemy poudawać.
– OK. Tak czy inaczej – mamy (chyba mogę tu mówić w imieniu nas obojga) wrażenie, że stosunek podobieństw do różnic jest idealny: ta sama nisza, ale często różne wybory estetyczne, linie interpretacji, etc.
– Różny temperament i różne słabości (słabości „do”, słabości „w”); więc tak, pracujemy razem i trochę nie wyobrażamy sobie, żeby mogło być inaczej.
– Ostatnio Piotr Śliwiński chciał wyjaśnić ogół moich poglądów „temperamentem”, przez co trochę mnie chwilowo mierzi to słowo, ale – zgoda.
– OK. Pracujemy razem, chociaż w dużej mierze to praca polegająca na czytaniu: czynności podobno wybitnie samotniczej. Oboje chyba jednak mamy wrażenie, że takie monadyczne czytanie to za mało, niewiele daje, że zaraz po lekturze mamy odruch: masz, przeczytaj i ze mną pogadaj.
– …i o tym właśnie mieliśmy porozmawiać na potrzeby tego tekstu. O wierszach do współczytania albo do przegadania – o tym, jakie wiersze szczególnie domagają się wspólnej lektury i rozmowy (i dlaczego). Chcieliśmy skupić się na wierszach współczesnych, ale może w roli przykładu pokusimy się o jakąś historycznoliteracką wycieczkę.
– Powiedzmy od razu, że wymyśliliśmy kilka typów takich wierszy (czy takich lekturowych sytuacji) – i po kolei spróbujemy je zarysować. Nie twierdzimy jednocześnie, że to ich cecha uniwersalna: to nam się takie wydają, te a nie inne, bo różnimy się w określonych punktach – w konkretnych kwestiach nie wystarcza nam własna opinia, własna wiedza, własne odczucie. To różnice osobnicze, określony ich zestaw: jedno z nas stawia odważne tezy, drugie działa bliżej tekstu; jedno ma naturę polemiczną, drugie raczej obserwuje; jedno jest wierzące, drugie wychowano ateistycznie.
– To od którego „typu” wierszy do przegadania zaczynamy?
– Mnie od razu przychodzi na myśli sytuacja niepewności, kiedy nie wiem, czy przeczytany przed chwilą tekst mi się podoba. Czy może mi się podobać – czy nie nabieram się na jakieś jego proste mizdrzenie się; albo czy wrażenie, że jest-tu-coś-więcej-,-ale-nie-wiem-co da się jakoś jednak doprecyzować. Zdarzają się oczywiście wiersze, całe książki, o których po prostu od razu się wie: tak, to jest fantastyczne. Są też takie, których słabość czy wręcz koszmarność nie mogłaby być już bardziej ewidentna. Ale w lekturze poezji szalenie często, mam wrażenie, trafia się w to szare pole pomiędzy: chyba dobre, może dobre. Narzędzia do oceny uruchamia się wtórnie do tego pierwszego wrażenia, w moim przypadku towarzyszy temu lęk przed jakąś głupią pomyłką. Więc zanim zaufam własnej intuicji, najchętniej sprawdzę jeszcze twoją.
– Zgoda; te mechanizmy działają szczególnie właśnie przy lekturze poezji – krótkie książki, czytane relatywnie szybko (chociaż wiele razy), często za jednym bądź dwoma posiedzeniami; książki, których ocena zależy w pierwszej chwili bardziej od impresji, momentu czy pojedynczej frazy niż wnikliwej analizy; bardzo dużo czynników „z zewnątrz” jest w stanie ją zaburzyć. To może dziwne, ale – pora dnia, pogoda, humor, nastrój, czas, to wszystko sprawia, że okazjonalnie (na szczęście – niezbyt często) książka wydaje się „słaba” przy pierwszym czytaniu, a „całkiem niezła” przy kolejnym (albo na odwrót). Rozmowa bezpośrednio po czytaniu pozwala trochę „odsiać”, odfiltrować czynniki zewnętrzne, efemeryczność nastroju czy bardziej radykalne idiosynkrazje; zracjonalizować ocenę i tak dalej. Dla mnie to wszystko jest szczególnie wyraźne przy poetyckich debiutach: kiedy nie miało się jeszcze styczności z danym autorem czy autorką, nie ma się wypracowanego trybu lektury ani „tła” w postaci poprzedniej książki czy książek – tła, które pozwoliłoby zneutralizować trochę wpływ tych zewnętrznych czynników. No i dochodzi szczególna obawa o wyrządzenie książce niesprawiedliwości – w zasadzie łatwo jest przecież rzucić okiem na debiutancki tomik i spisać autora czy autorkę na straty tylko dlatego, że „coś” zazgrzytało podczas lektury (a nie będziemy po trzy razy wracać do każdego debiutanta – zwyczajnie się nie da, biorąc pod uwagę liczbę wydawanych rok w rok książek poetyckich). Rozmowa, nawet krótka, zabezpiecza przed czymś takim.
– Tak, ale chodzi o rozmowę z kimś konkretnym – kimś, kogo gust i zwyczaje lekturowe się zna, kogo w ogóle zna się na tyle blisko, żeby nie musieć, w tej pierwszej chwili, mówić całymi zdaniami i w uporządkowany sposób. Kto z tych pierwszych prób sformułowania swoich wrażeń i wątpliwości – często opartych na przypadkowych skojarzeniach, trochę może bełkotliwych – wyłapie to, co trzeba.
– Drugi przypadek „wierszy do przegadania”: rzeczy wyjątkowo podniosłe, na granicy patosu; kiedy chce się zweryfikować, czy dana fraza (wers, wiersz) przekracza już granicę kiczu, czy nie. Polszczyzna jest mocno wyczulona na patos i wzniosłość (to nasza wspólna teza od dawna – stąd problemy ze spoken word w Polsce, problemy z recepcją Whitmana i tradycji whitmanowskiej); a zarzut o nadmierny patos należy do najcięższych, takich, które skreślić mogą cały wiersz. Rozmowa pozwala przekuć „przeczucie wzniosłości” w konkret – i przy okazji sprawdzić, czy w danym momencie moje na nią wyczulenie nie jest przesadzone.
– To jest trochę podkategoria tej poprzedniej; pojawia się bowiem myśl, że coś może nie powinno mi się podobać, może to naiwne. Rodzaj zawstydzenia, że trochę nas „porwało”. Lata niepodzielnego panowania królowej ironii mocno się na naszych lekturowych nawykach odcisnęły. Oboje mieliśmy ten moment niepewności przy pierwszej lekturze Uderzenia Szczepana Kopyta. Dopiero wzajemne upewnienie: tak, ja też tam słyszę dykcję Saula Williamsa, tak, te wyliczenia są bardzo whitmanowskie, tak, to jest dobrze zrobione, pozwoliło się tym tekstem zająć porządnie.
– Zaznaczmy może: to nie tak, że tego rodzaju wiersze są, nie wiem, na granicy; że są „chyba dobre, ale niekoniecznie”. Przeciwnie – u mnie ta niepewność pojawia się przy wierszach, które ostatecznie uznaję często za genialne, fantastyczne, etc. Tak było z Uderzeniem, owszem (to poczucie: ten wiersz jest świetny, prawda? jest doskonały – nie wydaje mi się?), ale też z Hotelem Jahwe Domagały-Jakucia – czy, żeby odwołać się do czegoś z innego porządku, z kilkoma wierszami Mariusza Grzebalskiego, które są jakoś wyjątkowo emocjonalnie nacechowane i bardzo bezpośrednie w tej emocjonalności, nawet, jeśli minimalistyczne czy wyciszone (choćby Górka z Niepiosenek; a w zasadzie większość Niepiosenek). Nie chodzi przecież tylko o wzniosłość wynikającą z użycia wielkich kategorii, ale też o różne rodzaje emocjonalności i bezpośredniości właśnie, sentymentalizmu, uczuciowego obnażenia w wierszu.
– Tak, nie chodzi tylko o utwierdzenie się w ocenie. Mówisz, że nieodporność polszczyzny na patos to nasza wspólna teza – tak, i o jej budowanie na podstawie rozmów i wspólnych lektur też tu chodzi. Gdybyśmy razem nie czytali Whitmana, nie wysłuchali kiedyś wspólnie fantastycznego wykonania Kissing God Goodbye June Jordan, nie naoglądali się godzin występów spokenwordowych na jutubie, odkrycie, że po polsku jednak też tak się da (Uderzenie) nie byłoby dla nas chyba aż tak istotne – bez tamtej wspólnie budowanej wiedzy nie postawilibyśmy żadnej tezy.
– Właśnie, nie skupiajmy się za bardzo na kwestiach wartościowania – rozmowy, o które nam chodzi, czyli „przegadywanie” wierszy we dwoje tuż po lekturze, są przecież potrzebne nie tylko po to, żeby upewnić się w ocenie, zdecydować, czy wiersz jest dobry – i dlaczego. Pozwalają też zweryfikować porównania i analogie, które czyni się raczej intuicyjnie; upewnić się co do ciągłości, łączności, inspiracji, odwołań, etc. To z kolei przydaje się zwłaszcza przy lekturze drugiej książki danego autora albo autorki. Zasada jest, mam wrażenie, dość prosta: po debiucie, szczególnie „obiecującym” i „zapowiadającym się”, spodziewamy się często określonych rzeczy (mogłoby być więcej takiego czy takiego tonu, mniej takich wpadek, etc.); niekoniecznie wiemy, co dokładnie zgrzyta i wymaga poprawy, ale czasem trzymamy kciuki za rozwój „w określonym kierunku”. To buduje różne uprzedzenia. Rozmowy takie jak nasze przydają się szczególnie właśnie wtedy – kiedy chcemy zweryfikować przeczucie ciągłości albo różnicy, zmiany albo rozwoju, ale wszystko jest jeszcze zbyt intuicyjne, żeby to ponazywać, sprecyzować, opatrzyć przypisami. Innymi słowy, świetnie jest mieć kogoś, dla kogo pytanie „Czy te nowe wiersze kojarzą ci się z tamtym z pierwszej książki, o którym rozmawialiśmy, wiesz, tym z takim dziwnym przeskokiem w środku?” ma sens i – potencjalnie – jakąś sensowną odpowiedź.
– O, to i tak już bardziej spójna wersja tego pytania. Zresztą kwestia spójności i bełkotu to kolejny wątek. Wydaje mi się, że takiej rozmowy „tuż po” domagają się wiersze hermetyczne, na granicy zrozumiałości: jak niektóre teksty Tomka Pułki, ostatnio debiut Piotra Przybyły. Niemożność stwierdzenia, czy naprawdę w tym, co jawi się jako bełkot, udaje się wychwycić jakiś porządek, czy to jednak myślenie życzeniowe i nadpisywanie sensów, może zupełnie zahamować lekturę – i z tego powodu dobrze jak najszybciej spróbować jakoś z niej zdać sprawę. Im szybciej, tym lepiej. Z pewnych wrażeń towarzyszących lekturze takich wierszy trudno zrobić notatkę: dla samych siebie, do dalszej pracy. Ale kiedy jest obok ktoś, kto zna nasze – czytelnicze i nieczytelnicze – idiosynkrazje, można spróbować do niego mówić, by razem dowiedzieć się, o co nam właściwie chodzi. I czy mglistość tekstu układa nam się w podobne kształty. To charakterystyczne dla lektury książek Pułki właśnie, w których momenty jasności wyłaniają się z magmy bełkotu, by zaraz z powrotem się w niej na powrót rozpłynąć.
– No i Sosnowski, nad którym wspólnie spędziliśmy bardzo dużo czasu. Od dawna wydaje mi się, że lektura jego wierszy – zwłaszcza tych napisanych po „tęczowej” dylogii – nie ma sensu bez rozmowy z innym czytelnikiem; to, jak bardzo Sosnowski domaga się „przegadania”, w najbardziej chyba bezpośredni sposób przeczy tezom o „prywatności” jego języka jako o czymś przeciwstawionym „wspólnotowości”. W sumie, jak się nad tym zastanowić, to ten mechanizm też da się uogólnić: wiersze balansujące na granicy hermetyczności, te skrajnie „prywatne” i idiomatyczne, w najbardziej bezpośredni sposób skłaniają czytelnika do wyjścia do innego czytelnika (o ile są na tyle interesujące, że w ogóle skłaniają do czegokolwiek, a nie tylko do stwierdzenia „tak, dobrze, cokolwiek” – i odłożenia książki). Czyli jeżeli bierzemy pod uwagę to, jak wiersz wpływa na nasze zachowanie, na nasze codzienne praktyki – a oboje ostatnio się tym zajmujemy – to opozycja prywatne/publiczne, językowe/społeczne przestaje w ogóle działać – przynajmniej w odniesieniu do tekstów literackich.
– Wiersz robi z nami różne rzeczy, także w takim bardzo dosłownym, fizycznym sensie – porusza, zmusza do wykonania jakichś czynności: odczytania go na głos (pod nosem lub całkiem donośnie), podejścia do półki i sięgnięcia po kilka innych książek, bo coś natychmiast wymaga sprawdzenia (czy to cytat? czy w poprzedniej książce dykcja nie była spokojniejsza? jak wygląda ten obraz, do którego autor się odwołuje?). A jako że z natury jesteśmy leniwi, zamiast szukać, najpierw się pyta (kojarzysz, czy to cytat? pamiętasz poprzednią książkę? podasz mi ten album?), czytać na głos też jakoś mniej głupio komuś. Praktyczna strona wierszy jest bardzo „doludzka”, mam wrażenie, że często się o tym zapomina w gotowych szkicach, które po całym tym krzątaniu powstają.
– Właśnie, czytanie na głos; to szczególna sytuacja – kiedy „przegaduje się” to, czy dana fraza (wers, zdanie) „brzmi dobrze” albo brzmi w jakiś określony sposób. Znów – Sosnowski, ale mi na myśl przychodzą też – jako wyraziste przykłady – Góra i Bargielska; i może Pietrek – przez to, jak subtelna i niejednoznaczna jest u niej ironia.
– Nie wspominając już o dzikiej frajdzie ze wspólnego odczytywania grafomanii. Tu może bez nazwisk. Wydaje mi się, że nasz zwrot ku łączeniu literaturoznawstwa z badaniami nad codziennością jakoś z tego współczytania się wziął i ciągle bierze; literatura to coś, co – nie będąc w żadnym wypadku, nawet pokątnie, literatami – robimy na co dzień.
– Zgoda – i moglibyśmy tu zamknąć – ale dlaczego nagle bez nazwisk? Przecież czytanie na głos grafomanii (we dwoje albo w jakimś kameralnym gronie, szczególnie, jeżeli ktoś z obecnych jest choćby ćwierćprofesjonalnym stand-upowcem) to bardzo sympatyczne zajęcie. Winiarski, Styczeń, Ostrowska – i mnóstwo mniej kojarzonych autorów, których tomiki zalegają w jednej czy drugiej znajomej redakcji i które bierze się stamtąd (jeśli w ogóle się bierze) prawie na kilogramy… Pamiętasz dwuwers „konfesjonał szeroki / pomieścił grzechów smoki”? A powracające „czujne bażanty wieczoru” – i trwający ciągle nieformalny konkurs na najgorszą metaforę dopełniaczową? No, ale to chyba temat na osobną okazję. Myślisz, że możemy zakończyć taką zgraną frazą?
– Jakoś musimy, bo ogólnie trudno nam przestać gadać. A zgrane frazy mają to do siebie, że zapada po nich chwila ciszy. To co, starczy?
– Starczy.

 

CC-ludzik  Tekst dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska (CC BY 3.0 PL).

 

Marta Koronkiewicz-Kaczmarska, Paweł Kaczmarski-Koronkiewicz

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!