Miś

Zaginął miś.

Taki zwyczajny miś. Jasnoniebieski, obrandowany na metce wiodącą marką kosmetyczną. Lea dostała go dwa miesiące temu w ramach tak zwanego darmowego giftu w drogerii. Może za swoje słodkie spojrzenie blond dziewczęcia, a może w ramach akcji promocyjnej, w której kasjerzy zobligowani byli do wytypowania najbardziej rokujących klientów oraz ich w miarę rozumiejących już co nieco dzieci. Wedle przekazu z prezentacji marketingowej (slajd dwudziesty ósmy): rodzic, którego dziecko otrzyma maskotkę, będzie czuł się zobowiązany wracać do nas w ramach psychologiczno-konsumpcyjnej rekompensaty. „Wy zrobiliście dobrze mojemu potomkowi, więc i mnie, to ja odwdzięczę się tym samym, i wszyscy będziemy szczęśliwi”.

Mama i jej córeczka Lea idealnie wpisywały się w imperialne plany koncernu. Ładniutkie, niebiedne, zaangażowane w zakupy, w ustawiczne polepszanie statusu społecznego, zorientowane na higienę, porządek, segregację śmieci, a i zwyczajną przyzwoitość oraz dobroduszność w codziennych relacjach z innymi. Takie klientki oraz ich niedawno zrodzone pociechy to prawdziwe skarby dla producentów dóbr mogących zaspokoić ich małe i duże potrzeby. Teraz i w przyszłości. Praktycznie zawsze, bo rosnące dziecko to rosnące wydatki.

A co do misia, tak, zaginął.

Zaginął po obiadku. Dokładnie to przed leżakowaniem. Prawdopodobnie jedno z zazdrosnych o niego dzieci, wykorzystując nieuwagę Lei, zwyczajnie go sobie przywłaszczyło. I, świadome po bandycku, że będzie pościg, gdzieś schowało.

Tak przemyślnie, że trzy wychowawczynie nadaremno, już od kwadransa, szukały uprowadzonego misia. Lea coraz głośniej płakała, jej płacz stopniowo zamieniał się w panikę. Nosek jej spuchł, uszka się zaczerwieniły, pszenne włosy straciły pół tonu jasności. Dziewczynka wyglądała na więcej niż nieszczęśliwą. Chciała pomagać w poszukiwaniach. Jej sukieneczka falowała, kiedy Lea przebiegała wte i wewte, czujnie wypatrując ukochanego pyszczka.

— Misio… Gdzie mój misio? — łkała, w żaden sposób nie dając się uspokoić.

Nagle rzuciła się na dywan w sali zabaw, zaczęła się turlać, klaskać, ni to śmiać, ni to wyć. Wychowawczynie z niepokojem analizowały, ile w tym autentycznie dziecięcej rozpaczy, ile zaś wystudiowanej próżnej małostkowości. Takie małe stworzenia są w tym naturalnymi mistrzami.

— Miiiiisiooooo! Gdzie miiiiisiooooooo!?

Nie, nie udawała.

Czy to pluszak, klocek, puzzel, jeśli ma jakąś wartość, dla dziecka ma zawsze wartość najwyższą, jak co najmniej najnowszy smartfon dla dorosłego.

Miś jak miś, wielkości dwóch dłoni dorosłego mężczyzny. Miły w dotyku, skrojony przyzwoicie, na dolnej, prawej nodze ze wspomnianą metką producenta preparatów polepszających całokształt. Lea przyniosła go w poniedziałek do przedszkola. W jej grupie tych najmłodszych, Kotorożce, obchodzono Dzień Pluszowego Misia. Wcześniej całą akcję anonsował plakat na drzwiach wejściowych, który nie mógł ujść uwadze żadnego rodzica:

Ważna nowina
Dla mamy, taty, córeczki i syna!
Dzień Misia
Organizujemy,
Bo z ulubionym pluszakiem
Pobawić się chcemy!
Kochane dzieci,
Niech nikt nie zwleka,
Zapraszamy do przedszkola,
Zabawa dziś czeka!
W poniedziałek 25 dnia tego miesiąca,
Zabieramy ze sobą misia, kotka, żółwika,
Pingwinka, pieska, jeżyka, zająca!
Każda maskotka mile tu widziana,
Będziemy się bawić od samego rana.

Więc bez żartów, trzeba zabrać swoje ukochane, pokryte pluszem zwierzątko i tyle. Kto by się wyłamał, tego może nic nie spotka, czytaj rodziców, nic a nic, lecz czy na pewno?

Spróbuj to zanegować. Spróbuj nie wyposażyć dziecka w to, na co naciska wierszyk. Spróbuj dać kopa misiowi i udać, że niepotrzebny. Inne kajtki będą się dziwić, dlaczego twoja mama i tata nie dali ci maskotki. Nie masz mamy? Nie masz taty? Jak to tak, dziwny jesteś, inny, jakiś taki. Maluchy nie potrafią tego wyrazić z doktorancką swadą, erudycyjnym dystansem, naukową obojętnością. Czują za to doskonale, całościowo jak mało kto, że ma być tak, jak chcą.

Ponieważ: ma być miś i koniec, miś dziś, nie jutro, nie pojutrze, miś dziś i tyle! Szkraby to bezkompromisowi, naturalnie zrodzeni ciemięzcy. Mają wsparcie wyżej. W osobach, które powinny ich strzec, opiekować się nimi, zważać na wszystkie zachcianki, niweczyć natomiast niecne oczekiwania. To wychowawczynie.

Te z kolei poczują się potraktowane z buta, że postrzegasz je jako infantylne ciocie, których edukacyjne wierszyki oraz pedagogiczne kursy oraz parę innych szkoleń uważane są za nic niewarte na społecznej piramidzie znaczenia. Że deprecjonujesz ich faktycznie trudny fach, sprowadzając go do infantylnego przewijania i wycierania gilów z nosa. Że traktujesz je, zapominając o misiu, za jakiś unterprekariat. Za coś, czego nawet najbardziej empatyczni społecznie aktywiści nie uchronią, praktycznie nie dostrzegając w szerszej skali. Ot, takie nieistotne, ciepłe kluchy, tak zwane ciocie, a nie początkujące panie pedagog. I teraz pomyśl, jak to może się odbić na twoim potomku, któremu nie chciałeś/aś wręczyć maskotki tylko dlatego, że nie godzisz się na takie odgórne ustalenia.

Więc spróbuj.

Nie spróbujesz, jeśli masz wszystkie klepki.

Poza tym jedna z ulubionych piosenek Kotorożców, którą wyśpiewują każdego poranka, zaraz po śniadaniu, zawiera dwa definitywnie brzmiące wersy:

Kto jest beksą i mazgajem,
To się tutaj nie nadaje!

Nie zmienia to faktu, że Lea płacze. Gdzie misio? Kto zabrał misia? Gdyby potrafiła wyrażać się płynnie, bez zdziecinniałego połykania sylab, krzyknęłaby groźnie nauczona krzykami dorosłych:

— Kto ukradł misia?! Kto, do chuja pana, wykorzystał zamieszanie i przywłaszczył sobie mojego ukochanego misia?

Jest grubo po trzynastej. Dzieciaki powinny się położyć spać. Kotorożce: trzy opiekunki, trzynaścioro dzieci. Siedmiu chłopców. Sześć dziewczynek. Łatwo gromadkę spacyfikować. Prywatne przedszkole Wesołe Szkraby. Kameralne grupy. „Każdemu dziecku poświęcamy 200% uwagi”, głosi hasło reklamowe. Co robić? Jak powstrzymać płacz dziewczynki, znaleźć złodzieja, odebrać mu łup, przykładnie go ukarać i najważniejsze — pozwolić innym berbeciom zasnąć.

One trzy muszą się z tym uporać, nim wybuchnie jakaś większa afera. Lea zawodzi jak hinduska płaczka na pogrzebie nestora rodu. Inne bąki pomrukują. Robi się niespokojnie. To niedopuszczalne w Wesołych Szkrabach, tej pozytywnie ocenianej placówce wychowawczo-opiekuńczej. Oferuje ona najwyższy poziom usług przedszkolnych. Każda z czterech wielkich sal przeznaczona jest dla dzieci w innym wieku. Kotorożce tworzą te najmłodsze, więc i najbardziej nieprzewidywalne. W przedszkolu szanuje się dziecięcość jako taką, pod warunkiem, że wszystko przebiega według ustalonych odgórnie reguł. Dziecięca anarchia nazywana jest rozbrykaniem. Rozbrykanie zaś ekspresją dzieciństwa.

Julia. Maria. Martyna.

Czarnowłosa Julia, najwyższa z pań wychowawczyń w grupie Kotorożce, równie wysoko mierzy ze swoim podejściem do problemu. Gestem zwołuje dziewczyny. Te niechętnie opuszczają leżanki swoich podopiecznych. Większość dzieci w końcu usnęła. Śpi Iga. Śpi Tymek. Śpi Zosia. Pełnia szczęścia. Niestety, nie śpi Lea. Lea jest nieszczęśliwa. Słusznie. Ograbiono ją z przytulanki. Uspokoiła się nieco, usiadła w kącie, pochlipując.

— Kto, kurwa — Julia zasłania sobie usta, jakby tym samym ocenzurowała drugie słowo, po sekundzie zaraz trzecie — kto rąbnął tego misia, naprawdę nic nie widziałyście?

Maria, wiotka szatynka, trze sobie skronie. Jest zmęczona. Ma dwadzieścia dwa lata. Studiuje zaocznie pedagogikę. Dorabia za dnia w Wesołych Szkrabach. Z miesiąca na miesiąc utwierdza się w postanowieniu, że never ever dzieci. Są straszne. Niby kochane, a potwory. Niby słodkie, a cierpko drażniące. Biegają, rozrabiają, to jedno się zeszczy (na początku pracy mówiła: posika), drugie zesra (zrobi kupkę), trzecie porzyga (zwymiotuje). Słów brakuje na określenie wszystkich numerów, które wycinają dosłownie co kilka minut.

— O rany, to się nie dzieje naprawdę, małe łotry — powtarza sobie cichutko, tak cichutko, by inne opiekunki nie słyszały. Maria przeczuwa, że w ostatecznym podsumowaniu tak tylko sobie, jak to się mówi, pierdoli. Będzie coraz starsza, skończy studia, zrobi magisterkę, może potem doktorat, plus inne benefity naukowe. Ale czy rzeczywiście never ever dzieci? Nastanie taki timing, jak nie wyjdzie za mąż, a jest hetero, taki timing, że jak nie urodzi choć jednego dziecka, będzie postrzegana jako ta nieproduktywna, nieprzydatna. Tak to jest, przedszkole uczy życia, ją nauczyło przeklinać pod nosem, drzeć się w myślach i stopniowo pozbawiać się złudzeń. Najchętniej rzuciłaby też pedagogikę, wybierając nawet sinologię. Mazanie tych chińskich znaków, choć trudne, jest łatwiutkie w porównaniu z użeraniem się z krwiożerczymi mikrusami.

— Ja nie widziałam — odpowiada Maria.

Julia wzdycha.

Julia jest ostrą lesbą, tak o sobie mówi na imprezach branżowych. Cokolwiek to dla kogokolwiek znaczy. Po prostu Julia, która ledwo miesiąc temu skończyła ledwo dwadzieścia jeden lat,  najchętniej zamieniłaby się w faceta. Nie takiego zwyczajnego, z fiutem, jajami, zarostem od czasu do czasu na twarzy. O nie, Julia to by się zamieniła w ekstremalnego mięśniaka. Wyczynowca. Zawodowca, załóżmy, zaangażowanego w napierdalanki MMA. Walić obcych po ryjach, rozkwaszać nosy, robić miazgę z moszny, o, to Julii by się przydało. Na razie ogarnie smarkaterię przedszkolną, tak naprawdę to żłobkową, porobi niezbędne dyplomy, jebnie komu trzeba, jak zapyskuje co do jej preferencji, poza tym dzieciaczki są słodkie, i żeby nie było, nawet tobie, Boże na niebiosach, tobie zapierdoli i zapierdoli każdemu, kto spróbuje je skrzywdzić. Choć to małe monstery, demony i mendy, wiele cierpliwości trzeba, by się ogarnąć i po dupie nie przywalić. Ona sama, pamięta dobrze, kiedy była dzieciaczkiem, jak cierpiała, kiedy zakładali jej pierdoloną sukienkę w kolorze różowym w pierdolone różyczki, dokładając pierdoloną bandytkę z wzorami pierdolonych rusałek lub innych pierdolonych elfów.

— Ty też nic, nic a nic?

— Przestań, Julia, co ty, gestapo?

Martyna czuje się obrażona. Najstarsza z nich, kończy socjologię. Jeszcze pół roku temu,  „jakoś tak wyszło”, była utrzymanką prawdziwego milionera. Jak w jakimś filmie. Ona, zjawiskowo piękna, z bandą uroczych piegów na swojej twarzy, oczy, brwi, uszy, policzki, cycki, wszystko, jak trzeba, nawet jeszcze lepiej. On, typowy gnojek, trzy lata od niej starszy, dziedzic fortuny potentata sadów jabłkowych spod Grójca, zapewniał jej wszystko, co chciała lub co dopiero sobie wyobraziła. W grudniu zawsze lecieli z na sylwestra na Dominikanę. W maju i czerwcu ogarniali kilkanaście city breaków gdzie się dało, nigdy cena za przelot nie była decydująca przy wyborze destynacji. Wcześniej, w marcu, obowiązkowo lądowali na Kanarach, przeważnie Teneryfa i Lanzarote. I tym podobnie. Martyna już rzygała Bali, odbijało się jej Bangkokiem i Krabi, mdliło ją od Dubaju. Gorączkowała od Malezji, pluła Malediwami. A poza tym dziedzic praktycznie każdego dnia, co w końcu odkryła niczym w wyimaginowanej kontynuacji najbardziej żałośnie debilnego filmu jaki kiedykolwiek widziała, „Porady na zdrady”, spotykał się z matchami z Tindera. Jak to godził, równocześnie zapewniając jej, w końcu niezłej lasce, regularne rozrywki dla dorosłych, tego nie potrafiła pojąć. Mistrz w swoim fachu. Na pewno nie jej.

— Coś podejrzewam. Czy ma to znaczenie, wątpię. — Martyna z nerwów pociąga się za swój rudy warkocz.

— Kto, co? — Julia i Maria wychodzą z siebie.

Martyna prycha.

— Wiecie, jak jest. Te dzieciaczki to czasem gnojki.

— Nie takie, żeby nie kumały — mówi Julia, przykładając palec do ust. Posyła uśmiech Lei, która wstała i ponownie zaczęła rozglądać się za misiem.

— O to mi chodzi.

— Jezu, Martyna, powiedz — prosi Maria.

Martyna wie, że jako najstarsza, najbardziej doświadczona, ta, która nie okazała się kurwą, co więcej, nie okazała się dwulicową szmatą, gdyż pokazała środkowy palec młodocianemu milionerowi i wybrała nadal skromne życie studentki, to ona teraz może wyrokować niczym król Salomon.

— Chodźcie tu do mnie.

Gestem nakazuje, by cichutko, jak tylko się da, Julia i Maria przybliżyły się do niej.

Większość dzieciaczków zapadła w sen. Lea zdaje się odpuszczać, widząc koleżanki i kolegów realizujących kolejny, niezbędny punkt programu w Wesołych Szkrabach. Wreszcie ziewa. Przysiada przy swoim materacu. Misio, pa, pa, mamrocze pod noskiem. W końcu się kładzie. Misio, wzdycha smutno, zamykając oczka.

— Patrzcie — mówi Martyna.

Julia i Maria patrzą więc na nią prawie zahipnotyzowane. Trudno uciec wzrokiem od tak wściekle rudej kobiety. Julii to już w ogóle. Mimowolnie wyobraża sobie, kiedy już po operacji, po kilkudziesięciu sesjach na siłowni, po pożarciu kilkunastu ton odpowiednich odżywek, po całej przemianie w testosteronowego mocarza umawia się z Martyną, zapewniając ją, że w przeciwieństwie do bogatego utracjusza bez serca z jej strony może spotka ją tylko wierność i oddanie.

Maria chciałaby zaklaskać, w ramach entuzjazmu. Lecz głupio jej tak. Martyna jest niezwykle atrakcyjna, musi przyznać. Czy jednak na tyle, żeby bezgranicznie jej uwierzyć?

Misio. Przeklęty misio. Kto go ukradł Lei? Kto się ośmielił być na tyle głupi, żeby to zrobić? Dzieciaki takie są, zwłaszcza w Kotorożcach. Najmłodsze w hierarchii. We wrześniu przejdą do grupy Piesków. Czyli wyszczekanych czterolatków.

— Jestem pewna — ciągnie Martyna — że Lea schowała misia do swojej torby z zapasowymi ubrankami, tej różowej w szatni, byle zwrócić na siebie uwagę. To jest nadaktywne dziecko. Jak długo nic się nie dzieje, zaraz coś jej nie pasuje, pewnie zauważyłyście. — Martyna jest dumna ze swojego krótkiego wykładu. — Lea to dobre dziecko, lecz jej rodzice, widziałyście cię ich, są tacy ogólnie progresywni, to nie wpływa dobrze na wychowanie, dziewczynka zrobi wszystko, by przypominać o sobie, zwłaszcza tutaj, wśród innych dzieci.

Julia chciałaby odpowiedzieć:

— Ja też, hmn, jestem progresywna, cokolwiek przez to rozumieć.

Ale milczy. Ona i Maria spoglądają niemo na Martynę, proszę, udowodnij.

Martyna przeciera sobie czoło. Wcale się nie spociła. Wcale. Wie, że to jej szansa, by udowodnić dziewczynom, że będzie z niej przedni pedagog. I badacz, a te właściwości pomogą jej z czasem w awansie społecznym. Ona, pieszczoszka (często dosłownie) wyższych sfer, wcale nie dała się zepsuć. Socjologia pomaga jej w ogólnej analizie wszystkiego. Lea, Emi, Ignacy, Wiktor, Blanka, Jerzyk, Kacper, jeden wielki dziecięcy chuj, ja przepraszam za wyrażenie, myśli sobie, imiona, zdrobnienia, skróty, może ważne dla ich starych, nie dla urzędu statystycznego. Tutaj chodzi o wychowywanie. Tak, jak trzeba, by nie wyrosły na rozwydrzonych spadkobierców, którzy realizują swoje wszystkie zachcianki bez oglądania się na innych. Którzy narzucają swój sposób myślenia i zachowania, ponieważ tak mieli od małego i zachowali tę małość w dorosłości. Jak jej były, pan na włościach, pozbawiony trosk materialnych, pozbawiony tym samym serca dla tych, którzy taki troski mają.

Czas działać.

Martyna podnosi torbę z wieszaczka, przewraca ją do góry nogami, wręcz wybebesza jak pieczonego kurczaka z farszem. Na podłogę wysypuje się zawartość: pajacyk, spodnie i body.

— Gdzie misio? — pyta Maria.

— W dupie — Martyna czerwienieje. Tak od czubka do stóp. Czuje, że pod rajstopami płoną jej uda, szyja grilluje się ze wstydu.

Tymczasem Lea, nagle obudzona przez jakiś zły sen, w którym niegrzeczne dziecko wydłubało oczka jej misiowi, podbiega do materaca, na którym leży Blanka. To pulchna, spokojna dziewczynka, które bawi się z każdym, dzieli się zabawkami, czasem oddaje swoje, lecz gdy przychodzi do pory obiadku, biada temu, kto by sięgnął po jej porcję. Biedne dziecko, głęboko pogrążone w śnie, nagle dostaje z liścia. Lea uderza drugi raz. Okrutna Lea, której wydaje się, że Blanka tak jak łasa jedzenia, tak i cudzych przytulanek.

— Oddaj misia! — krzyczy Lea. Wyrwana ze snu Blanka wpada w ryk. Co rozdrażnia jeszcze Leę. Zaczyna, nie poznając samej siebie, okładać Blankę po buzi.

— Lea, ty mała szelmo — śmieje się Martyna. To jedyny moment, by odwrócić uwagę od swojego nieudanego śledztwa. — Kto by się spodziewał, że…

Julia marszczy czoło. Ma dosyć Martyny. I Lei. Jedna mądralińska, druga zbyt pewna siebie. A przecież to maluszek, ledwo kilka miesięcy po odpieluchowaniu.

Julia łapie dziewczynkę, podnosi ją i wierzgającą się rzuca na materac. Lea jest tak zaskoczona, że nie może złapać tchu. Nikt jeszcze tak jej nie potraktował. Julia zrobiłaby to jeszcze raz, nawet gdyby w pomieszczeniu były kamery. Zresztą nie tak dawno były, ale większość rodziców się sprzeciwiła:

— Będzie taki patrzył na swojego syna, ale także na moją córkę. Albo na odwrót. Nie ma mowy. Przedszkole to nie Big Brother!

Julia sama ma problem z oddychaniem. Nie da się temu systemowi, nie da, po prostu nie da bez względu na konsekwencje. Postanawia, że za miesiąc zmienia płeć. Koniec udawania, zwlekania i czekania na nie wiadomo co. Taka mała Lea walczy o swoje, walczy w przekonaniu, że ma być po jej myśli i koniec; to ona, dorosła kobieta, mająca sprawować pieczę nad dziećmi wychowawczyni nie może? Kiedyś będzie panem wychowawcą.

— Sama jesteś szelma, tylko duża — patrzy Martynie hardo w twarz. — Uspokój ją, jak takaś mądra!

W odpowiedzi, zamiast spodziewanego „Daj spokój, wyluzuj, wszystko będzie dobrze!”, Julia otrzymuje cios w policzek. Taki z otwartej dłoni. Słychać głośne pacnięcie.

— O ty szmato — nie zdąży zaprotestować.

Maria, która długo tłamsiła w sobie emocje, by nie wybuchnąć i wreszcie bach, cała wypaliła. Za krzywdy minione, za krzywdy przyszłe. W obronie Julii rzuca się na Martynę, dokładnie na jej przewspaniałe włosy. Sobie znaną siłą, jakby skubała martwą od godzin gęś, wyrywa jej całe wiązki. Martyna nie ma szans przed tym naporem siły, próbuje się zasłonić, nic z tego. Przygarbiona, celuje w łydki rozsierdzonej Marii. Też nic z tego.

— Gdzie mój misio?

— Misio? — oszołomiona Julia spogląda na Leę.

Co tu się w ogóle dzieje? Przed chwilą leżała, przełykając resztki szlochu, teraz ucieka przed Blanką. Blanka jest wzburzona. Doszła do siebie, teraz pragnie zemsty jak doświadczony kowboj. Nie jest świadoma swoich odczuć, coś pcha ją do odpowiedzenia na agresję jasnowłosej dziewczynki. Okrągła jak pączuś XXL, zdaje się za chwilę rozgnieść swoją masą wiotką gałązkę Leę.

Kotorożce, najradykalniejsze szkraby w Wesołych Szkrabach. Blanka dopada Leę przy drewnianej kuchni, ulubionej zabawce obojga płci; siłują się ze sobą przez parę sekund, tracą równowagę, toczą w stronę leżanek. Padają na śpiącego Tymka. Lea wydaje z siebie przeciągły pisk. Blanka growluje niczym blackmetalowy wokalista, daremnie próbując złapać przeciwniczkę za ucho. Przebudzony gwałtem Tymek zaczyna płakać. Tymczasem Martynie udaje się uwolnić od Marii, krwawi gdzieś w okolicy skroni.

Wtem wszystkie przedszkolaki jak jeden mąż i jedna żona budzą się w chóralnym zawodzeniu. Chcę do mamy! Chcę do taty! Babci, dziadka, wujka, ciotki! Brakuje tylko kwestii, myśli złośliwie Maria, chcę do dupy! Wstyd jej, co za trywialne, dziecięce złośliwostki. Never ever.  Nic nie poradzi, przesiąkła tym wszystkim. To dzieciaczki powinny przesiąknąć, co ona i jej koleżanki mają do powiedzenia — a nie na odwrót.

Rozgardiasz. Piski. Wrzaski. Mały dzieciogeddon.

Ten stan wychodzi poza ściany sal dla Kotorożców. Niesie się dalej, dociera do gabinetu kierownictwa.

Julia, Maria, Martyna niczym zatrzymane w kadrze. Jedna uderzona, druga sponiewierana, trzecia pełna poczucia winy.

Nie wiedzą, co robić, by ugasić ogólną histerię. Ale się doigrały, myślą wreszcie zgodnie. Cisną ocenzurowane przekleństwa, jeszcze, kurwa, moment, przestaną je cenzurować!

Wszystko przez durnego misia. Przez upartą smarkulę, co niepotrzebnie dociskała, by go odszukać. Dobrze, niech się rozbrykają te wszystkie przedszkolaki. Zobaczą, że to wcale nie polepszy sprawy. Ich żądania, niby realistyczne, niekoniecznie da się teraz spełnić. A i później może być z tym problem.

— Iii! Aaaa! Uuuu!

Wyjcie dalej. Co z tego, że przyjdzie mama, co z tego, że przyjdzie tata? Czy to, że  wezmą was do domu, cokolwiek zmieni? Skoro na drugi dzień przyprowadzą swoich małoletnich dziedziców z powrotem do Wesołych Szkrabów. Nawet jeśli roją sobie co innego, odgrażają się, że gdzieś to zgłoszą lub coś z tym zrobią, ostatecznie pozostawiają ich tu na wiele godzin tak naprawdę samych sobie. Na łaskę tych czy innych — lecz zawsze jakichś wychowawczyń.

Misie, maskotki, durnotki. Julia, Maria i Martyna patrzą na siebie, oniemiałe. Nic poza nimi już nie istnieje. Dziecięca swołocz dokazuje, jakby żadne przykazania nie istniały. Zresztą smyki mają za nic kodeks karny, administracyjny, dekalogi, sutry, sury, arki przymierza, ewangelie, apokalipsy. Dobry maluch nie jest zły.

Julia, Maria i Martyna próbują coś do siebie powiedzieć, głos milknie im w gardłach. Tak im przykro.

Czemu dopiero teraz usiłują być ze sobą solidarne? Bez względu na swoje plany. I mentalne uzależnienia. Julia może przystopować ze swoim ogólnym hardkorem. Maria uspokoić swoją nieuleczalną frustrację. Martyna pohamować swoją nabytą próżność.

Kto kogo miał kontrolować, kto nadawać kierunek? Dokoła biegają rozwrzeszczane, rozpłakane Kotorożce. Są nie do zatrzymania. Jak wskazówki, które wyrwały się z tarczy zegara. Nawet wirtualnego.

Za chwilę przyjdzie dyrektorka, pani Gabriela. Takiego rozgardiaszu nigdy tu nie było. Zapowiada się solidny dywanik. Taki na klęczkach. Wesołe Szkraby nie zatrudniają sadystek, dziewczyny już słyszą ten tekst dyrektorki:

— Ale się dobrałyście, jedna taka, druga owaka, trzecia jeszcze gorsza. Przecież takie nie jesteście? Poddać się tak emocjom przez misia? A właściwie gdzie jest ten miś? Na pewno ukradła go jedna ze sprzątaczek. Wydaje się im, że mogą podbierać zabawki dla swoich rodzinek. Niedoczekanie! Szkoda, że nie zdecydowałam się na monitoring jako rzekomo godzący w pewną sferę intymności i godności. Trudno. Rodzice nie mają racji, niepotrzebnie obnoszą się z tym swoim podejściem poszanowania cudzej prywatności. Tutaj jej nie ma, to oczywiste. Przecież pod naszą opieką znajdują się same niewinne dzieciaczki. Musimy dbać bezwzględnie o ich bezpieczeństwo. A wy właśnie dałyście mi najlepszą motywację, by zainstalować ponownie kamery. A ty, Leuś, uspokój się już! Blanka, siad na dywanie, ani ruchu! I przestańcie mi tu wszystkie jęczeć. Leuś, wstyd tak beczeć. Gdyż…

Kto jest beksą i mazgajem,
To się tutaj nie nadaje!

Odkupimy ci misia. On kiedyś się znajdzie, uwierz mądrej cioci. Gdzieś się pewnie zapodział, na pewno nie zaginął. Tutaj nic nie ginie. Jedynie głupie pomysły. Leuś, spokojnie, proszę, nie ma co tak pojękiwać, panie wychowawczynie zaraz się tobą zajmą, podwieczorek podadzą, ząbki umyją, a w tym czasie wszystko się ułoży. Jesteś przedszkolakiem, masz się bawić, tulić maskotkę, taką, jaką ci damy, a ty musisz wyglądać słodko, pozować do zdjęć na nasz profil i promieniować szczęściem!

Dawid Kornaga

Ur. 1975. Autor ośmiu powieści, w tym kontrowersyjnej Gangreny, nominowanej w 2005 do Paszportu Polityki. W 2014 wydał Berlinawę, historię dwóch kobiet – kochliwej tłumaczki Oli oraz czynnej neonazistki Uli. Rozgrywająca się w przestrzeni między Warszawą a Berlinem ta epicka powieść w obrazowy sposób dotyka współczesnych problemów, m.in. konfliktów rasowych i kryzysu klasycznych związków. Kornaga był również pomysłodawcą i redaktorem tomu opowiadań Piątek, 2:45 oraz współautorem polsko-norweskiej antologii Podróż na północ/Mot Nord. W 2011 roku otrzymał międzynarodowe stypendium twórcze Dagny, przyznane przez Stowarzyszenie Willa Decjusza. Jest też stypendystą Instytutu Goethego. Przez kilka lat pisał felietony dla pisma lifestylowo-kulturalnego „Hiro”. Uzależniony od gwaru miasta, różnorodności i wszystkiego, co skraca życie w przyjemny sposób.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!

Wydawca: Staromiejski Dom Kultury | Rynek Starego Miasta 2 | 00-272 Warszawa | ISSN: 1896-6950 | Kontakt z redakcją: wakat@sdk.pl |