Mimikra muellerowska

Kiedy byłam dzieckiem, chodziliśmy z tatą po sadzie wyposażeni w szkła powiększające i podziwialiśmy mrówki hodujące mszyce na pędach jabłoni, suszki pąków wydrążone przez larwy kwieciaków, liście w strupach parcha, młode pędy zbielałe mączniakiem; w dziewiątym roku życia zaczęłam hobbystycznie kolekcjonować motyle nocne i kultywowałam tę pasję właściwie do momentu wyjazdu do Warszawy, który spowodował całkowite wygaśnięcie mojego lepidopterologicznego zapału. Jadąc do Wrocławia na warsztaty Połów 2011 nie myślałam o szczotecznicy szarawce bądź o mkliku mącznym, ani tym bardziej nie spodziewałam się, że jurorka projektu, Joanna Mueller, otwiera swój tom poetycki Wylinki wierszem nawiązującym do drążela pędowiaczka, szkodnika jabłoni. Znużona entuzjastycznym wywodem jednego z uczestników warsztatów na temat domniemanej grafomanii Jacka Dehnela i mnóstwa innych poetów polskich, których nazwiska były mi obce, z fascynacją kartkowałam książkę Joanny, zastanawiając się, czy poetka, która pisze o bruzdkowaniu, gniazdach nasiennych bądź manatach w mroźnych falach Arktyki, tak jak ja jest absolwentką klasy licealnej o profilu biologiczno-chemicznym, czy też może kolekcjonuje mole, niczym mój wirtualny przyjaciel-entomolog, który sprzedawał mi rozpinadła po tak niskiej cenie, że kieszonkowego wystarczało jeszcze na codzienną paczkę L&M-ów. Obecnie, po wielokrotnej lekturze Wylinek, myślę, że jestem już gotowa, by skupić się na biologicznym aspekcie książki, czyli tym, co sprawiło, że zakochałam się w Joannie Mueller od pierwszego wejrzenia.

„Ja bywa nadmiarem” w wierszu „Drążel”; również w „Madach” peelkę „zaskoczył nadmiar = zbyt wiele siebie w sobie”. Nadużywając słowa „nadmiar”, nadmienię, że to właśnie on jest jednym z głównych ewolucyjnych i biologicznych mechanizmów – wystarczy wspomnieć kilkunastometrowe ciała spinozaurów, wymarłą megafaunę (w tym ptaki wielkości koni i leniwce odpowiadające rozmiarem współczesnym nosorożcom), nawet dzisiejszą niemalże nieograniczoną plejadę gatunków zwierząt i roślin, które mnożą się w nieskończoność, pęczniejąc w szwach, by w końcu ginąć, przemieniając się w odmienne formy życia. „Życie w swojej istocie jest plejadą, ekscesem, nadmiarem, bujnością. Bez końca wyczerpuje swoje siły i zasoby, bez końca unicestwia to, co stworzyło”i – pisze Bataille, sugerując, że człowiek jest „tylko przypadkowym ekscesem, niepotrzebnym nadmiarem natury”ii. I to właśnie biologicznego ekscesu Mueller dotyka w swoich wierszach, które mnożą i mnożą znaczenia, odniesienia oraz metafory, nie tyle próbując chwytać i wyłuskiwać sens człowieczego istnienia czy esencję języka, co przyjmując, że akceptacja nadmiaru równa się afirmacji i akceptacji życia. Mueller udowadnia, że bodźców cielesnych, estetycznych bądź intelektualnych jest wokół nas zbyt wiele, więc najlepiej pozwolić się porwać; zamiast wybiórczo skupiać się na szczegółach i zagłębiać w jednym obszarze, poszukując konkretnego sensu-wyjaśnienia, lepiej dać się rozproszyć, odkrywając coś innego, trafić do jakichś oddalonych terenów wiedzy i rozumienia. W pewnym momencie lektury wiersze Mueller zrzucają tytułową „wylinkę” – obce, odrębne i fascynujące w swojej zbędności ciało, dotąd nieistniejące, ukryte – choć przecież z pozoru powierzchniowe i „skórne”.

Mnie, jako czytelnika, nie „przelękło to, co utajone”, bo sama poetka stwierdza, że wszystko jest „bez odwrotu – musi się ujawnić”. Przy okazji tekstu „Znikopis” z przyjemnością zaczytywałam się w historii starożytnego symbolicznego grobowca – cenotafu, który poetka zamknęła w kwadratowym nawiasie. Nawias jest u Mueller kolejnym objawem transgresji – w końcu odnosi się do informacji peryferyjnych, zewnętrznych wobec głównego c i a ł a tekstu. Jest zrzuconą wylinką: całkowicie odrębną – a jednak w jakiś sposób związaną z wierszem – stratą, lecz zarazem dodatkiem. W językoznawstwie przyjmuje się, że parentezy nie mają składniowego powiązania ze zdaniem, które pozostaje gramatycznie kompletne bez tworzenia z nimi związkówiii. Zajmują pozycję na peryferiach, a jednak paradoksalnie nie mogą być rozpatrywane w całkowitym oddzieleniu od zdania, znacząc coś jedynie w jego określonym kontekście. Mueller lubuje się w poetyckich „światach równoległych” i „alternatywnych historiach” odkrytych zupełnie przypadkowo. Wszak nasze doświadczanie świata nie jest uporządkowane, nie podlega żadnym regułom – ilu istotnych rzeczy dowiadujemy się całkowicie niespodziewanie?

Autorka Wylinek, idąc śladem współczesnych naukowców, w tym fizyków kwantowych, pokazuje czytelnikowi, że choć światem rządzi nadmiar, przypadek, chaos oraz transformacja, człowiek musi podejmować (z góry skazane na niepowodzenie) próby systematyzowania rzeczywistości i „znów siebie zaczynać od domu z domina”. Stworzone przez niego struktury (w tym język biologiczny) są sztuczne i przez to nieodmiennie skazywane na rozkład. Mimo że domki z kart bądź z kości domina tak rozkosznie tworzyć, trzeba nauczyć się obserwować z cierpliwością, przyjemnością i stoickim spokojem, jak jeden podmuch wiatru bądź pstryknięcie palcami wystarcza, aby misterna konstrukcja momentalnie się rozsypała. W poezji Mueller słowo, choć zakorzenione w różnorakich formach – na przykład kostki Rubika – przekracza swoje strukturalne i sztuczne-ludzkie granice, ulegając procesowi Wcielenia, stając się komórką, krążącą krwią, czy tętnieniem wodniczek. Język jest nierozerwalnie związany z ciałem i przeżywany zmysłami, aż „tusz atropiny rozszerzy źrenice/ w mięso molekuł wrażą się dwuznaki”. Mueller udowadnia, że wszelka rzeczywistość pozostaje płynna oraz ulega ciągłym biochemicznym przemianom. Materia ma nieograniczony potencjał transformacyjny, morfogenetyczny i ewolucyjny: bicie serca staje się „tętentem kopyt”, „echem morza”, „niemym trzepotem szprotek w splotach węzłowych”, aż wreszcie podmiot liryczny wiersza „Kardioakordy” dochodzi do wniosku, że „stożek tętniczy jest pierwszym tonem, błogosławionym – i miłosierdzia strugą z wnętrzności”. Rzeczywistość materialna posiada więc mistyczny potencjał transsubstancjacji, wszelkie przemiany mogą prowadzić do duchowego spełnienia. Każda cząstka świata poddaje się nieskończonym zmianom, w tym również język – używając słów takich jak „traumatka”, „ultramarynia”, „andersenność” czy „patrzwork”, Mueller pokazuje piękno procesu ewolucyjnego, w którym materia słowa i materia świata są heraklitejsko niestałe i płynne (w Wylinkach odnotowałam wiele odniesień do płynności, bo w końcu „wszystko jest kwestią dobrego turgoru”). To właśnie transformacja jest Logosem rządzącym dynamiką materii, która organizuje się w coraz bardziej skomplikowane agregaty.

Wylinki lśnią od brawurowych akrobacji i ewolucji słownych, co sprawia, że zauważam, jak ogromną rolę w poezji Mueller odgrywa pamięć, która jest jak „płytka powleczona ciałem/ więc każdą warstwą niesiesz w sobie wroga/ on wiedzie żywot podziemny i skryty/ ryty w podściółce skóry w myszejących tkankach”, kiedy „ja” to „grodzisko engramów”. Mueller analizuje wspomnienia z perspektywy neurobiologicznej. Wylinki nie powielają utartych, mylnych przekonań, że pamięć z natury przypomina komputerową bazę danych: jest stała, a jej główne funkcje to przechowywanie informacji oraz śladów po doświadczeniach. Jeszcze niedawno naukowcy wierzyli w teorię konsolidacji, twierdząc, że jeśli wystarczająco długo utrwalać wspomnienia, staną się one odporne na amnezję. Dzisiaj już wiadomo, że pamięć podlega nieustannym zmianom właśnie w procesie przypominania: w istocie engramy to nie pojedyncze pliki z danymi, lecz palimpsesty złożone z nieskończonych warstw przeszłych doświadczeń i nie-doświadczeń, zaadaptowanych opowieści znajomych, wcielonych obrazów z kina, czy przeczytanych historii. Co więcej, ostatnie odkrycia w dziedzinie neurobiologii udowodniły, że pamięć i wyobraźnia są ze sobą nierozerwalnie związane, a być może stanowią ten sam fenomeniv – mechanizm re-konstrukcji, w którym drobne elementy różnorodnych wspomnień łączą się ze sobą, aby nie tyle odtwarzać przeszłość, co wyobrażać przyszłość: pamięć jest mechanizmem adaptacyjnym. Im więcej „pamiętamy” i „wiemy”, tym wspanialsza mikstura powstaje, tym większa wyobraźnia i piękniejsze, doskonalsze przyszłe scenariusze.

„Zapamiętana w zapominaniu/ coraz bardzieje – w znikomości/ znika” – pisze Joanna Mueller, zwracając uwagę na kolejny paradoks związany z pamięcią: im częściej coś wspominamy, tym więcej szczegółów podlega amnezji. Przeszłość zostaje doszczętnie uogólniona, chaotycznie przemieszana, a w neurologicznym procesie re-konsolidacji może się nawet zdarzyć, że jakieś ważne dla nas wspomnieniowe dane nagle i przypadkowo „zapomną się”. Nieodłącznym elementem procesu przypominania jest strata, tak bliska przecież autorce zbioru szkiców krytyczno-literackich Stratygrafie. Pamięć, jak kallus, to „przyranna tkanka twórcza”, warstwa powstała w wyniku utraty. W poezji Mueller elementy słów, morfemy czerpane garściami z całego bogactwa języka polskiego, z bardzo odległych, jak również współczesnych zasobów, łączą się ze sobą potęgą wyobraźni – poetka udowadnia, że pamięć to siła kreatywna, nie odtwórcza, i wyjątkowo potężna. Wyobraźnia to nie neo-, lecz a r c h e. Zauważyłam wcześniej, iż słowo przekracza swoje sztywne, stworzone przez człowieka granice poprzez biologiczne i duchowe Wcielenie. W tym momencie mogę dodać, że odbywa się to również dzięki wykorzystaniu mocy wspomnień jako wyobraźni: Mueller pokazuje prywatną ewolucję języka, mutacyjność, w której dawno uśpione, stare słowa budzą się, jak latentne fragmenty DNA, ulegając transkrypcji, łącząc i funkcjonując na nowo.

W akcie językowej transgresji czytelnikowi ukazują się zupełnie nowe znaczenia i możliwości języka, który wcale nie musi być postrzegany jako niezmienny i całkowicie sztuczny, lecz może stawać się płynny, biologiczny i zmysłowy. Choć stworzona przez ludzi, polszczyzna też gwałtownie ewoluuje, dostosowując się do niestałości świata i różnorodnych stadiów, w jakich znalazł się jej „użytkownik”. Joanna Mueller jasno pokazuje, że pamięć i język stanowią mechanizmy adaptacyjne i obronne, upodabniające się do płynnej i zmiennej rzeczywistości. Materia, w ujęciu Mueller, żyje, oddycha, pulsuje krwią i jednocześnie pożera, rozrasta się, przemieszcza i ciągle rozmnaża, zarażając wszystko wokół – w tym czytelnika, bo „choć już z ciebie upływam strużką ujść i ucieczek/ wszystkie moje źródła wybijają w tobie”.

Joanna Mueller, Wylinki, Biuro Literackie, Wrocław 2010.
 
[1] G. Bataille, Erotyzm, s. 88.
[2] A. Koś, Wolność według Georges’a Bataille’a, [w:] „Nowa Krytyka”, 3 stycznia 2009, http://www.nowakrytyka.pl/spip.php?article394 [dostęp z dnia: 15.04.2013]
[3] . Y. Ziv, Parentheticals and Functional Grammar, [w:] A. M. Bolkestein, i inni, Syntax and Pragmatics in Functional Grammar, s. 182–183.
iv D.L. Schacter, D.R. Addis, R.L. Buckner, Remembering the Past to Imagine the Future: The Prospective Brain, s. 659.

Katarzyna Fetlińska

(1991) Poetka, studentka filologii angielskiej na Uniwersytecie Warszawskim. W 2011 roku została laureatką projektu "Połów. Poetyckie debiuty" organizowanego przez wydawnictwo Biuro Literackie, które w czerwcu 2012 opublikowało jej debiutancki tom wierszy "Glossolalia". Publikowała m.in. w "Ricie Baum", "Pograniczach" i "Neurokulturze". Urodzona w Ciechanowie, mieszka w Warszawie.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!