Ludofobia i zbyszkomania. Książki o Polakach

Wysyp książek o Polakach – nie o grupach, subkulturach, zawodach, klasach, mieszkańcach jakiegoś miasta, kobietach albo mężczyznach, ale dosłownie o wszystkich Polakach – w pierwszej chwili nasuwa przypuszczenie, że ich autorzy przechodzą kryzys tożsamościowy związany z przynależnością narodową. Ostatnio pytanie, kim są Polacy, jacy są Polacy, albo na czym polega polskość, najintensywniej zadawali pisarze ze środowiska wczesnej endecji, w przededniu odzyskania niepodległości. Ludwik Popławski czy Roman Dmowski na początku XX wieku kreowali obraz nieskażonej polskości rezydującej w polskim chłopie. Niezależnie od tego, co sądzimy o ówczesnym wymyślaniu idealnego ludu, ta konstrukcja pełniła jasną funkcję w kontekście braku niepodległości, służyła projektowaniu wolnego państwa i inteligenckiej roli w nowych, niezaborowych okolicznościach.

Co jednak mogło skłonić dziś historyka i reportażystę Adama Leszczyńskiego czy filozofa i autora tekstów o stoicyzmie Piotra Stankiewicza do wypowiadania się o tym, jacy są wszyscy Polacy? Podejście tego drugiego na pewno różni się od endeckiej idealizacji człowieka żyjącego z dala od polityki. W książce 21 polskich grzechów głównych, wydanej przez historyczną oficynę Bellona (kwiecień 2018), polskie sposoby załatwiania spraw, postawy i wartości przedstawione są ze swadą i humorem, ale szalenie krytycznie. Do tego autor nie przypisał „grzechów” konkretnym grupom i osobom. Opisał samodzielnie ukute kategorie takie jak niedasizm, tupolewizm czy autorasizm i dopiero między słowami i w przykładach „z życia”, albo z internetu, można próbować wyłuskiwać informację, u kogo autor je zobaczył, w jakiej był relacji do swojego obiektu i skąd się wzięła jego negatywna ocena.

 

Polska moich marzeń

Sam Stankiewicz przytomnie zauważa:

Przykładem narodowego esencjalizmu jest choćby ta książka, która wady typowo ludzkie przedstawia jako wady typowo polskie. (s. 256)

Nie pisze jednak, dlaczego i po co zdecydował się na tę operację. Spróbujmy ustalić więc, jakie dokładnie zabiegi stosuje. Pierwszy rozdział o niedasizmie ma wyraźnego bohatera, urząd państwowy, a autor zachowuje reality testing, gdy opowiada o bezradności petenta odbijającego się od urzędniczych odmów typu „nie, bo nie”. Znamy to z doświadczenia, potrafimy sobie wyobrazić, o co chodzi. Niestety chwilę po opisach kontaktu z urzędniczą komunikacją autor przechodzi na poziom wszystkoistyczny i pisze:

Niedasizm przebiega wszystkie nasze polskie skale. Jest obecny zarówno w naszych wielkich strategiach (a właściwie w ich braku), jak i w rzeczach codziennych i najdrobniejszych. (s. 14)

Dowód? Nie ma. Jest za to scenka o „niedasizmie”, w której kelner odmówił klientkom połączenia porcji babaganuszu i humusu, a na ich naciski stwierdził, że musi spytać menedżera. Autora nie zainteresowało, w jakim stopniu kelner może zmodyfikować menu i jakie grożą mu sankcje, jeśli to zrobi niewłaściwe. Gdyby nie zatrzymał się tylko na rozczarowaniu klientek, z których potrzebami najwyraźniej się identyfikował, a zbadał także drugą stronę, być może okazałoby się, że ta scena to przykład innej postawy, nazwijmy ją tutaj „należymisizmem”, wynikającej na przykład z poczucia klientek (Polek!), że powinny zostać obsłużone wyjątkowo, nie według menu i nie tak jak wszyscy, ale ze specjalną modyfikacją omijającą system.

Czy złość na system to dobry trop do odkrycia, o jakim doświadczeniu autor naprawdę pisze? W następnym rozdziale omawia przykłady dezinformacyjnych sygnałów pojawiających się publicznie, wewnętrznie sprzecznych znaków drogowych i oznaczeń przestrzeni wspólnej. Czyli znajomy konkret, jak w przypadku frustrujących urzędów, i dość podobny obiekt analizy: komunikacja państwowo-urzędnicza, wobec której można poczuć dużo bezradności. Komentując brak wyjaśnień PKP o przyczynach opóźnień pociągów autor domyśla się dodatkowo intencjonalnie poniżającej postawy: „Kultura dezinformacji zahacza tutaj o autorasizm, bo nieinformowanie pasażerów wynika z naszego głębokiego przekonania, że na informację nie zasługujemy” (s. 36). Dopisywanie teorii, że PKP widzi pasażerów specjalnie niepodmiotowo, jest dyskusyjne, ale bardziej zwraca uwagę coś innego. Autorowi nie podoba się postawa konkretnej instytucji, ale z miejsca czyni to podejście ogólnopolskim, pisząc: „naszego głębokiego przekonania”.

Wygląda na to, że książka Stankiewicza o grzechach polskości to w istocie opis jego frustracji wobec zjawisk systemowych albo strukturalnych, na które pojedyncza osoba nie może mieć wpływu. Czy jest to bezradność „każdego z nas”, czy klasowa bezsilność inteligenta, który chciałby, aby jego refleksja zmieniła niedoskonały świat? W rozdziale o autorasizmie Stankiewicz przytacza relację pewnej kobiety z wizyty u ginekologa, trafnie zauważając, że system i proksemika polskich państwowych poradni i szpitali są uprzedmiotawiające dla pacjenta. Czyli kolejne doświadczenie składające się na obserwację, że publiczne służby nie za bardzo nam służą, są bezduszne, nieprzewidywalne, słabo przygotowane. Jest to realny powód do niezadowolenia. Autor jednak uderza w ton samokarcący, twierdząc, że wypowiedzi autorów drukowanych i fejsbukowych, w tym Ziemowita Szczerka, wyrażających to niezadowolenie, wynikają z autorasizmu. To poważne zniekształcenie i nieprawda, Szczerek w Przyjdzie Mordor i nas zje nie krytykuje siebie ani swojej grupy odniesienia, lecz funkcjonowanie wspólnej infrastruktury. Stankiewicz jednak zamazuje granicę między niezadowolonym obywatelem a państwowymi urządzeniami, które działają różnie, co mogłoby sugerować, że ma nadzieję posiąść więcej sprawczości, niż jej rzeczywiście może mieć.

Tymczasem samoloty czasem spadają („tupolewizm”), budowle się niekiedy walą („optymizm magiczny”), granice odpowiedzialności urzędów nie zawsze są perfekcyjnie zdefiniowane („rozmycie odpowiedzialności”). To oczywiście przykre, że nie można tego skontrolować, ale autor jest na granicy fantazji, że może to uczynić. Może więc powód powstania tej książki był bardzo podobny do dawnych motywów działaczy i pisarzy narodowościowych? Ludomania tamtejszej inteligencji wyrastała z nadziei na pokierowanie budową społeczeństwa po zaborach na bazie „zdrowych” chłopskich zasobów. Stankiewicz zaś, przepisując na „Polaków” wady urządzeń publicznych, robi sobie przestrzeń do fantazjowania o usprawnianiu ludzi:

Moim marzeniem jest, żeby terminy takie jak autorasizm czy widzimisizm weszły do potocznego języka. Wierzę, że wtedy będziemy mogli myśleć o jakiejś poprawie tej naszej Rzeczypospolitej, kiedy będziemy mogli w urzędzie powiedzieć: „Panie! Toż to kultura dezinformacji!”, a rodzice będą upominać dzieci słowami: „Robisz to tupolewicznie!”. (s. 9)

Zgadzałoby się to z fejsbukowym wizerunkiem autora, który na swoim oficjalnym profilu umieszcza życiowe porady wywodzące się, jak twierdzi, ze stoicyzmu. Są to na przykład zalecenia dotyczące rygorystycznego treningu biegowego i zasad dietetycznych (zapamiętałam, że alkohol i cola są w tym reżimie zakazane). Trudno zgadnąć, co powiedziałby na to Marek Aureliusz, czytelna jest jednak postawa autora, który woli próbować zmieniać ludzi, niż z szacunkiem dla rzeczywistości opisywać zjawiska i procesy społeczne.

 

Luz w myśleniu

Książka Adama Leszczyńskiego No dno po prostu jest Polska wydaje się dużym przypisem do jednego z rozdziałów Stankiewicza, właśnie tego o autorasizmie, choć została opublikowana wcześniej (w listopadzie 2017). Autor przyjmuje, że Polacy (wszyscy) wypowiadają się o sobie negatywnie, i na bazie tego założenia deklaruje, że odtworzy, co składa się na ten autostereotyp. W toku lektury przekonujemy się, że wcale tego nie robi, przeprowadza jednak kilka innych operacji. Jeśli chodzi o to, czyje wyobrażenia rekonstruuje, jest podobnie nieprecyzyjny, co Stankiewicz. Pisze, że wszyscy Polacy, nierozróżnieni na grupy i klasy, myślą i piszą o sobie źle, a on sam  równoprawnie potraktuje wypowiedzi literackie i popularne. Ale zarazem przyznaje, że zajął się głównie tekstami osób wyedukowanych. Wyjaśnia:

[…] opinie anonimowych internautów – często słabo wykształconych i nieporadnie władających językiem ojczystym – są zazwyczaj dużo płytsze od tego, co piszą ludzie wykształceni i zawodowo zajmujący się słowem. Książka napisana na podstawie anonimowych wypowiedzi w internecie byłaby równie mało interesująca jak ich treść – monotonna litania frustracji i narzekań. (s. 14)

Oczekiwanie, aby obiekt badań wypowiadał się starannie i w sposób pogłębiony, zdradza, że autor wcale nie chciał przyjrzeć się myśleniu wszystkich Polaków.

Kolejną zaskakującą cechą tej książki jest to, że jako przykłady stereotypu czy autouprzedzenia autor podaje sprawdzone albo interpersonalnie uzgodnione fakty, a nie wyobrażenia. Już we wstępie, omawiając stereotyp braku higieny u Polaków, Leszczyński przytacza wyniki badania, zgodnie z którymi Polacy faktycznie zużywają mniej mydła niż Niemcy albo Amerykanie. Z kolei w rozdziale IV „Wielki luz w myśleniu”, dotyczącym opinii o niskim czytelnictwie wśród Polaków najpierw przytacza rytualne od XIX wieku narzekania na to że Polacy nie czytają, po czym stwierdza:

Narzekania na to, że Polacy – jeśli w ogóle czytają – to wybierają raczej złą literaturę obcą od lepszej i ambitniejszej, wracają nieustająco. Autorom zagranicznym w Polsce wybacza się przy tym grafomanię i zabiegi fabularne, których czytelnik nie zniesie u „swoich” pisarzy. W Polsce w 2017 roku królową kiczu i zarazem jedną z najchętniej czytanych pisarek jest Danielle Steel. (s. 155)

To wprowadza niezłe zamieszanie: nie wiemy w końcu, czy zdaniem autora zamiłowanie Polaków do zagranicznej literatury popularnej to stereotyp czy prawda?

Trzecią metodologiczną słabością jest to, że nawet jeśli autor pozostaje w kręgu wyobrażeń, nie analizuje „współczynnika humanistycznego”, tzn. zupełnie nie interesuje go, jakie elementy kulturowego wyposażenia Bolesława Prusa (nazwanego okrutnym) wpłynęły na to, że był zwolennikiem modernizacji i cywilizowania. Pozytywizm? Ewolucjonizm? Możemy tylko zgadywać. Prus w optyce Leszczyńskiego to jeden z Polaków, który wypowiada się źle o zacofanej Polsce, bardzo podobnie, jak współcześnie Szczerek. Całkowite pominięcie historii mentalności prowadzi do tego, że omawiając wybraną cechę, autor zestawia obok siebie krytyczne opinie ludzi wypowiadających się z odmiennie uformowanych punktów widzenia. W ten sposób Norwid tak samo myśli o polskich wadach, jak Wańkowicz, a ten podobnie jak Piłsudski. Historia idei znika, czas się zeruje, a każda anegdota jest równie dobra, jak zestawione obok siebie newsy na Pudelku.

Leszczyński zatem na skróty, metodologiczną obróbką skrawaniem „urabia klienta”, tworzy Polaka o dowolnych cechach demograficznych narzekającego na polskość, nienawidzącego i negującego siebie i swoją tożsamość. Po co to robi? Zapewne po to, żeby na koniec zaproponować swój projekt „narodowej psychoterapii”. To typowe inteligenckie zajęcie, wymyślanie projektu usprawniającego społeczeństwo uprzednio zdefiniowane jako wadliwe, tu wypada jednak wyjątkowo skromnie. Po przeglądzie rozstrzelonych w czasie opinii szukających źródeł polskich słabości a to w nadmiernym otwarciu na Zachód, a to w nadmiernym zamknięciu się wewnątrz wspólnoty, Leszczyński pyta: „Czy możemy jednak coś zrobić z negatywną samooceną Polaków na zwykłym, praktycznym poziomie?” (s. 256). Po czym, za Zimbardo, stwierdza, że należy walczyć z ponuractwem i starać się mówić coś miłego ludziom spotykanym w ciągu dnia oraz wychowywać do szacunku i uprzejmości. Na zakończenie podaje przykład Singapuru, gdzie narzucono odpowiednie obyczajowe regulacje z poziomu władzy autorytarnej.

 

Inteligent na progu

W rozdziale III Leszczyński przytacza obserwację Władysława Orkana, która pomoże nam dokończyć wyjaśnianie relacji autorów do konstruowanych przez nich „Polaków”. Na początku lat 20. do Zakopanego jechał pociąg wypełniony przez zdeklasowaną inteligencję. Był tam jeden chłop, który wzbudził niechęć u jednej warszawianki. Zaczęła mówić mu, że chłopi są chciwi i zawyżają ceny swoich artykułów. Po czym, gdy na stacji do okna podszedł chłopiec sprzedający grzyby, bezwzględnie stargowała cenę i ucieszyła się, że zapłaciła trzy razy mniej niż w jakimś innym miejscu. Leszczyński, komentując interpretację Orkana, pisze:

U Orkana w społeczeństwo polskie, pozornie demokratyczne, wbudowana jest hierarchia i takie dystanse społeczne jak pomiędzy Zulusami i kolonizatorami w Afryce. Życie chłopskie jest inteligentowi z miasta równie obce jak życie Zulusa, i tak samo egzotyczne, chociaż inteligent spotyka się z osobami z „ludu” wielokrotnie i w różnych sytuacjach życiowych. Ta obserwacja – że Polacy dzielą się na elity i lud, a odległość pomiędzy nimi jest taka jak pomiędzy Paryżem i Senegalem – stanowi kluczowy składnik polskiego autostereotypu. (s. 104)

To podsumowanie pokazuje, jak bardzo Leszczyński nie widzi, co robi, gdy wybiera do analizy wypowiedzi osób ze swojego kręgu klasowego, z inteligencji, zaznaczając radykalny podział między sobą a ludźmi „nieporadnie władającymi językiem ojczystym”. Można powiedzieć, że jego postawa jest podobna do tej reprezentowanej przez panią z pociągu do Zakopanego: granicę między „swoimi” a ludem można przekroczyć wówczas, gdy lud ma użyteczne zasoby, grzyby albo niespodziewanie trafną i głęboką wypowiedź z fejsbuka. Autor sądzi jednak, że demokratycznie bierze pod uwagę wszystkich Polaków.

Pęknięcie między inteligenckim wyobrażeniem ludu a ludźmi ze wsi mimowolnie opisał Andrzej Mencwel, kulturoznawca wywodzący się z warszawskiej szkoły historyków idei, znawca Stanisława Brzozowskiego. W książce Toast na progu, która całkowicie w duchu wczesnoendeckim nakłada modernistyczną idealizację ludu na obserwację rolników mieszkających na posttransformacyjnej polskiej wsi, tytułowy próg miał być bliski znaczeniowo kresowi kultury chłopskiej. Mencwel jednak de facto opisał swoje własne bycie na progu, sytuację, w której mieszczanin albo inteligent zagląda do izby, wyobraża sobie, co może być w środku, ale nigdy do niej nie wchodzi.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że autor ma sporo samoświadomości, pisze że jest tylko letnikiem, że jego marzenie o chałupce na wsi wyrosło z doświadczenia zamieszkiwania w modernistycznej nadwiślańskiej willi należącej kiedyś do teścia przemysłowca, że w rozmowach o polityce gospodarz Zbyszek nie rozumiał jego intelektualnego podejścia. Mimo to, a może właśnie dlatego fantazjuje bez oporów o chłopskim etosie pracy (jak u Brzozowskiego) i współpracy (jak u Abramowskiego) oraz o normie sąsiedzkiego i rodzinnego wspierania się w potrzebie. Chce przynależeć do tego wyobrażonego świata, odszukać swoje wspomnienia z czasów dorastania i poczuć autentyczne więzi.

Realne przykłady tej przynależności są jednak pełne zgrzytów i niespójności: autor jest gościem, wcale nie chce uczestniczyć we wszystkich wiejskich praktykach ani ze wszystkimi się bratać, wchodzi w relacje za pomocą pieniędzy. Najmocniejszy zaś przykład jest kopią przytoczonej wcześniej sceny z pociągu. Mencwel chciał mieć na swoim podwórku głęboko kopaną studnię, bo poprzednia się zapadała, i okazało się, że umie ją wykonać tylko sąsiad Paszek, którego autor niespecjalnie lubił. „Propozycje: Zrobiem flaszke, panie Andrzejku… ignorowałem tak uparcie, że zostały wreszcie zarzucone”. Poprosił zatem innego mężczyznę ze wsi o pośrednictwo w zgłoszeniu Paszkowi prośby. Ta procedura się udała. Po wszystkim Mencwel skomentował to tak:

[cenę] przyjąłem bez targu, gdyż była godziwa – nigdzie indziej nie znalazłbym człowieka, który za takie pieniądze zgodziłby się zrobić tę robotę.

Autor idealizuje swoje użytkowe traktowanie ludzi prostszych od siebie, przedstawiając swój kontakt z nimi jako akces do mitycznej kultury współdziałania. Inaczej niż Stankiewicz i Leszczyński, autorzy o pokolenie młodsi, nie opisuje rolników jako zdefektowanych, żeby uzasadnić swoje działanie naprawczo-terapeutyczne. Przeciwnie, kreuje ich sentymentalnie jako wzorzec dobrych związków z innymi ludźmi i przyrodą, zaprzeczając faktowi klasowemu, że ma z nimi niewiele wspólnego, i przemilczając albo upiększając te elementy swojego wyposażenia, które nie zgadzają się z wizją dążenia do międzyklasowej solidarności.

Tymczasem w okresie moich studiów doktoranckich i asystentury, na początku lat 2000., autor słynął z bezwzględnego, poniżającego traktowania podopiecznych nauczycieli i nauczycielek akademickich. Wymierzał okrutne kary, gdy robiliśmy coś po swojemu, i przesadnie głaskał, gdy zadowalaliśmy jego ego. Niektórych doktorantów (mężczyzn) zapraszał na „swoją wieś”, na przykład na sianokosy, co nie przeszkadzało mu potem ich upokarzać: obiecywać dodatkowe funkcje i awanse w przyszłości, które nigdy nie następowały, albo urządzać egzekucje w ramach „dywanika”, gdzie na świadków awantury o, powiedzmy, spóźnione oddanie raportu byli proszeni najbliżsi koledzy „oskarżonego”. Przed planowanym konkursem na adiunkta powiedziałam Mencwelowi, że chcę pracować nad habilitacją o XX i XXI wieku. Po tej rozmowie poprosił mnie, abym napisała notatkę, że w przyszłym roku akademickim nie będę prowadzić konwersatorium z XIX wieku. Za moimi plecami zaniósł to oświadczenie do władz wydziału, twierdząc, że to moja rezygnacja, i na tej podstawie wyrzucił mnie z pracy (w czerwcu, trzy miesiące przed końcem kontraktu asystenckiego). Pracowniczki zarówno biura dziekanatu polonistyki, jak i biura spraw pracowniczych w rektoracie UW na moje pytanie, dlaczego „oświadczenie woli” o zajęciach stało się podstawą zwolnienia, powiedziały, że nie mogły zrobić nic poza wykonaniem polecenia „pana profesora”.

Niezależnie zatem, czy autorzy dewaluują „Polaków”, czy ich idealizują, nie widzą, nie uznają, a zatem nie mogą zbadać różnicy między swoją mieszczańsko-inteligencką formacją a ludźmi, którzy „nieporadnie władają językiem ojczystym”. Oczywiście nie widzą też, do jakich zniekształceń prowadzi zaprzeczanie tej różnicy, czyli jakie własne tęsknoty i obawy przypisują „wszystkim”. Poczucie cywilizacyjnej niższości wobec kolegów po fachu z Zachodu, wstyd z powodu stereotypowo postrzeganej polskości, bezradność i brak sprawczości wobec urzędów mimo lepszego „wygadania” czy tęsknota do środowiska o czystych regułach gry to prawdopodobnie cechy dzisiejszej inteligencji, a nie „Polaków”.

Znalezione obrazy dla zapytania creative commons cc by Tekst dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska (CC BY 3.0 PL).

Joanna Stryjczyk

Doktorka literaturoznawstwa, pracuje jako redaktorka i psychoterapeutka.

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!