Warzywo nieszlachetne

Z pojazdem po cebulakach od początku coś było nie tak. Śmiejemy się z samych siebie, z Polski, z własnej półperyferyjności? Z tych, co cebulę jedzą czy cebulą śmierdzą? A może tych, którzy na cebuli oszczędzają? Z polaczków i ich strategii przetrwania w kapitalizmie czy ze stereotypowego Żyda, który sprzedawał cebulę na lokalnym targu?

Polskie klasy wyższe udały się na poszukiwanie drogocennej różnicy społecznej. Na polowanie. Decorum tego zjawiska są żarty o polaczkach, cebulakach, biedakach-cebulakach, januszach i grażynach. Pojazd ten nie ma jednak nic wspólnego z podważeniem idei narodu, a pozorna antypolskość stanowi jedynie kamuflaż dla pogardy klasowej. Wytwarza niezliczoną ilość reprezentacji klas ludowych, które – na zasadzie dystynkcji – mają przysporzyć nieokreśloności i krytycyzmu klasom wyższym i pozbawionej własnej historii klasie średniej. Dzięki smrodowi cebuli, który w polskiej i europejskiej kulturze przypisywano głównie Żydom, polscy przedstawiciele klas wyższych – mieszczanie i inteligenci – lewitują nad ziemią, manifestując również swoją wolność od przymusu ekonomicznego.

Nie mam pojęcia, kiedy po raz pierwszy śmiałem się z żartów z polaczków, z polaków-cebulaków, z narodowej cebulozy. Od początku wydawały mi się klasistowskie, więc wypadało śmiać się z nich jedynie nieoficjalnie. Nieoficjalnie, ale podskórnie, bo żarty te były zawsze trafione i adekwatne. Pełniły funkcję sarkastycznej osłony przed groźbą  zaklasyfikowania do tych gorszych. Ludowych. Ludycznych. Powszechnych i powszednich. Tych, których grawitacja w postaci przymusu ekonomicznego ściąga w dół. Żarty z cebulactwa ułatwiają życie. Dają poczucie ulgi zakodowane w humorze, szczególnie internetowo-memicznym, który za pomocą deklaratywnej wszystkożerności żywi śmieszków śmiechem dystansującym. Odgradzającym od ludu i tego, co ludowe we mnie. W nas.

Nie chodzi tu jednak tylko o konkretny lud i jego zwyczaje, o proletariat czy klasę robotniczą, ale także o wyobrażenia na temat ludu i przedstawienia, produkowane i mielone na okrągło przez klasy wyższe w celu poprawy własnego samopoczucia. Śmichy-chichy z cebulowego świata oszczędności i kombinatorstw często pozwalają odetchnąć tym, którzy stosują owe praktyki niemocy z dodatkiem autoironicznego dystansu. To stąpanie po cienkiej linii, ze świadomością swojego miejsca w świecie, ale w duchu autodeprecjacji, która ma wytwarzać wrażenie swobody, niezależności, wolności od tego, co społeczne. Dystans ten likwiduje częściowo piętno chłopskiego pochodzenia, które w Polsce jest czymś wstydliwym, ale jednocześnie wszechobecnym. „Elephant in the room”, jak mawiają Anglicy. Śmiech z cebulowych nawyków to mniej lub bardziej nerwowy śmiech rozładowujący napięcia wynikające z aspiracji, których należy się trzymać.

Erving Goffman pisze o tym śmiechu jako rodzaju „smutnej przyjemności”[1], która wynika z zakrycia piętna autoironią i humorem na zasadzie: kupuję najtańsze produkty, mieszkam w klitce, ale przynajmniej potrafię się śmiać z siebie. Z tego niewygodnego kawałka mnie, którego chętnie bym się pozbył. To się ceni. Autodeprecjonujący humor przynosi poczucie ulgi jego użytkownikom, ale zawiera w sobie pogardę dla tego, co „niskie” w nich samych i naokoło. To śmiech z ucieleśnionej struktury, która za pomocą humoru sama się strukturyzuje. Śmiech z polactwa-cebulactwa to naładowany nienawiścią do ludu umilacz, który amortyzuje prowizorkę życia klasy średniej w warunkach wyzysku.

 

Sensualna niechęć

Moja intuicja podpowiada mi, że drogę do klasowej pogardy dla polaczków wybrukował literacki fenomen opisu transformacyjnej Polski w kategoriach tandety, nudy, banalności życia. Nurt ten łączy pauperyzację, pozorny chaos prywatyzacji i zaniedbanie dóbr publicznych w jedno, a następnie stwarza pejzaż literacki, którego najlepszym podsumowaniem są „radioaktywne bloki” i „pijany tata górnik” z dramatu Między nami dobrze jest Doroty Masłowskiej. W tym samym dziele czytamy także: „wszędzie przemoc, ponure ugory blokowisk, wyciekające baterie, palące się rowery, komputerowe symulacje hałd”. Upiorność kraju bierze się więc z jego natury, brak tu bowiem biograficznych szczegółów i społecznego kontekstu. Świat przedstawiony to świat dany, a turpistyczny opis warunków życia, które wzięły się znikąd, jest sztuką dla sztuki.

W Pawiu królowej Masłowska też podejmuje próbę krytyki Polski i polskości, ale wychodzi jak zawsze – na literackim talerzu dostajemy obraz rozpaczy zbudowany zgodnie ze strategią omijania fantazmatycznego bezdomnego (nazwanego tu lujem, co przypomina klasistowski fetysz erotyczny Michała Witkowskiego z jego już prawie słynnym „z maturą to już nie chłop” z Lubiewa):

[MC Doris] chciałaby zapomnieć w jakim kraju żyje strasznym o dziwnej nazwie Polska, w którym jakby jeszcze trwała ciągle jakaś spoza numeracji wojna, że przejechać nie można, bo tu to, a tu coś tam, tu ktoś leży jakieś szkła coś rozbite, jakaś osoba nieprzytomna, moczu zapach i smród, brud, i ekwilibrystyki teraz rób, żeby z tego pijusa powodu nie zrobić na glebę wyłóg, nie powyłamywać sobie nóg o pierwszy grudnia zimny lód, i nie umrzeć tu w chuj z towarzystwem w postaci ten luj.[2]

Polska to miejsce nieestetyczne, a głównym problemem jest współżycie z tymi, o których zapomniano w czasie przeróbki kraju z socjalistycznego na wielce wolny i szacownie demokratyczny. Masłowska zdaje się widzieć skutki tego procesu, lecz naturalizuje je i za pomocą swojej prozy poetyckiej sugeruje, że tak było zawsze: ten syf i brud, który widzę, na którym się skupiam i który mi przeszkadza, to immanentna część Polski jako takiej. Tę dziwną wojnę „spoza numeracji” interpretuję więc raczej jako konflikt lub starcie klas, gdzie najwyższą stawką jest styl życia.

Powyższy sposób opisu przybiera często formy chłopomanii (lub specyficznej chłopomanii à rebours, której funkcja pozostaje niezmieniona), samonapędzającej się za pomocą dystynktywnej siły opisu obcego. Obcego, który ma „mentalność dresiarza”, jak to ujęła w jednym z wywiadów Masłowska, i który zapełnia dnie inaczej niż polski inteligent. Masłowska opisuje życie tych, którzy według niej są nudni i pospolici, a jej dystansowanie się do przyziemnego gustu klas ludowych manifestować ma również dystans do rozczarowującej rzeczywistości. Z tym nurtem pisarskim, nazwijmy go roboczo „banalnym klasizmem”[3], kojarzyłbym także Ziemowita Szczerka, a nawet Michała Witkowskiego, który jednak punkt tożsamościowego odniesienia widzi w niewyedukowanym luju, a nie ludowym patriocie lub narodowcu, zbyt pstrokato i oczojebnie prezentujących swoją miłość do ojczyzny.

Nie mogę oprzeć się też wrażeniu, że ów banalny klasizm opisuje społeczny krajobraz tak, jakby nie było w nim klas wyższych. Żywi się własnymi wyobrażeniami na temat klas ludowych, a że klasa jest pojęciem zakazanym, staromodnym, peerelowskim i grubo ciosanym – zastępuje je narodem. Zresztą osoby z wysokim kapitałem kulturowym, czyli ładnie wysławiające się, często nazywają klasy niższe narodem lub motłochem.

Naród, dziecko nacjonalizmu, ma być grupą etniczną połączoną cechami kulturowymi i/lub biologicznymi. W Polsce termin ten służy także do określania zbiorowiska ludzi, tłumu, zgromadzenia, masy. Z drugiej strony, jak wspomniałem, inteligenci często z pobłażaniem mówią o narodzie to czy tamto, mając na myśli klasy niższe. Zabieg, którego dokonują klasiści, to pozorna krytyka tego pierwszego, czyli narodu lub tłumu, lecz gdy mowa jest o tym drugim, czyli o klasach ludowych. Śmiejemy się z narodu, z polskości, lecz tylko takiej, która przejawia się lub reprodukuje w stylu barbarzyńskim, ludowym. Krytyce podlegać mają zatem naród i polskość (wzniesione na nacjonalizmie, antysemityzmie, seksizmie), lecz w efekcie pisarze i pisarki, internauci i internautki śmieją się z pokracznych w ich mniemaniu tatuaży, z „krzywej mordy” (wielki rewiwal domorosłej frenologii), nacjonalistycznego graffiti, pstrokatego patriotyzmu itd. Bo z Janów Józefów Lipskich, z Tischnerów i Kołakowskich śmiać się nie wypada. To są progresywni zwolennicy wielkiej i wolnej Polski. Ich nie ruszamy.

Powyższy fenomen wymyślania i wyśmiewania narodu znajduje swoje spełnienie w dosłowności i szczegółowości opisu. Oraz w bólu, którego doświadczają zmysły. Szczerek opisuje zatem „polski sztandar nad żarówo-różowym napisem CUKIERNIA SOLARIUM na pomarańczowym tle”[4], a Masłowska tworzy krajobraz polskich zwyczajów, zapominając, że opisuje Polaków i Polki odległych od niej na drabinie społecznej o lata świetlne. W swoim felietonie o Kuchennych rewolucjach pisze m.in., że „zły gust, zły smak, syficzność i chamstwo to sprawy dużo bardziej ponadczasowe, uniwersalne, jeśli nawet nie wieczne”[5], dokonując tym samym naturalizacji gustu. Habitus ludowy, który składa się ze społecznych, lecz ucieleśnionych połautomatyzmów, odruchów, gestów, Masłowska diagnozuje jako formę upośledzenia i immanentnego wybrakowania, dzikości. Czytamy dalej: „wysłani na odwyk alkoholicy wrócą do nałogu, a dziwaczne nieraz wnętrza pomysłu Magdy z powrotem zostaną przemalowane na pistację, melbę i fryturową szadź”[6]. Świat ludu i jego bycie-w-świecie kłuje w oczy, zostawia tłuste ślady, razi „syficznością”. Objawienie złego smaku, którego doznaje autorka, przywodzi na myśl książki reportażowego brata literackich klasistów Filipa Springera, który niemal fizycznie cierpi, przyglądając się polskiej architekturze i estetyce miast ( „Jarmarczny wrzask kolorów i świateł przyprawia o dojmujący ból oczu”[7]).

Warto też przytoczyć nieco bardziej historyzujący fragment z Siódemki Szczerka, w której Polska kojarzona jest z ludowym seksizmem, brakiem geometrii, krzywiznami i naturą, która wyrwała się spod kontroli (tymczasem natura ta nie spełnia po prostu cywilizowanych wymagań utrzymanych w ogrodach Wersalu):

I między tym wszystkim, między tymi billboardami, tymi cycami, tym klepiskiem, tym polbrukiem, tym krzaczorstwem rozrośniętym, tymi sklepami z ogumieniem samochodowym EQUUS POLONUS MECHANICUS szarżowała na Turka polska husaria, ratowała Wiedeń, król Jan podgolony berło dzierżył, wąsa sumił, brew marszczył, a wszystko namalowane sprejami graficiarskimi, krzywawe tu i ówdzie, jak i cały ten kraj, jak i cała Polska, bo tu, na tym skrawku krakowskiej ziemi, objawiła się Polska jako całość.[8]

Stąd już tylko rzut beretem do internetowego humoru i podśmiechujek z cebulozy. Cebula czosnek, czyli poprawna nazwa Allium cep, też jest „syficzna”: podczas smażenia ubrania przechodzą jej zapachem, jest tania, zwyczajna, przeznaczona dla biednych. Więc śmierdzi biedą. Klasizm w tym przypadku ujawnia się w sposobie opisywania świata społecznego na nowo za pomocą doświadczeń zmysłowo granicznych, ale bezpiecznych i zapośredniczonych przez produkcje telewizyjne. Można tu obejrzeć Sodomę i Gomorę z daleka, bez smrodu, który opisują twórcy programu „Kuchenne Rewolucje”.

 

Alchemia wstrętu

Dzięki socjologii wiemy, że gust to kategoria społeczna. Gustu uczymy się, przekazujemy go z pokolenia na pokolenie. Służy nam do zaznaczania naszego miejsca na społecznej mapie. Manifestujemy go, gdy służy naszej nobilitacji, ukrywamy, kiedy może zdradzić, że coś z nami nie tak. Gust i ucieleśnione zwyczaje danej klasy przejawiają się także w praktykach żywieniowych. I tak „syficzność” z wokabularza Masłowskiej niemalże rymuje się z obfitością, która cechuje posiłki klas ludowych[9]. Pierre Bourdieu, socjolog francuski, pisze: „[wśród klas ludowych – przyp. P.M.] Dąży się raczej do nieprzestrzegania ścisłego porządku posiłku: wszystko może stanąć na stole niemal w tym samym czasie […]. Owa wolność, która może zostać uznana za bałagan czy niedbałość, jest dostosowana do sytuacji”[10]. Bałagan, niedbałość, „syficzność” – czy nie przypomina wam to czegoś? Bez tego typu określeń nie mogłyby się odbyć żadna z Gesslerowych „rewolucji” ani żaden trening odpowiednich nawyków żywieniowych, jakiemu poddana zostaje klasa ludowa zgodnie z gustem elit dyscyplinującym niemiłe społeczeństwo. MC Doris z kolei nie miałaby czym i o czym pisać. Magda Gessler jest wykonawczynią projektu resocjalizacji, natomiast Masłowska jej wierną, choć zdystansowaną obserwatorką.

Niechęć wobec Polaków-cebulaków  napędzana jest wstrętem – uczuciem, które jawiąc się jako cielesny odruch, wydaje się nie mieć nic wspólnego z tym, co społeczne. W przypadku różnic klasowych czy rasowych wstręt pełni jednak rolę kluczową w wytwarzaniu pozornie cielesnej, lecz przede wszystkim społecznie skonstruowanej różnicy. Sara Ahmed rozpoczyna swój esej o performatywności wstrętu[11] niesamowitym cytatem z Darwina:

Wyrażenie wstręt (obrzydzenie, niesmak, disgust) znaczy w najprostszym rozumieniu coś przeciwnego smakowi. Godną uwagi jest rzeczą, jak łatwo uczucie to wzbudzonym zostaje przez coś niezwykłego w wyglądzie, zapachu lub naturze naszego pożywienia. W Ziemi Ognistej krajowiec dotknął palcami zimnego, konserwowanego mięsa, które jadłem […] i wydatnie wyraził największy wstręt z powodu miękkości mięsa, gdy z drugiej strony, ja uczułem największe obrzydzenie, że jedzenia mego dotknął dzikimi palcami, chociaż ręce jego nie zdawały się być brudnemi.[12]

Niechęć jest zatem w przypadku Darwina afektem irracjonalnym. Reakcją na nieznane, która podszyta jest niekoniecznie świadomą pogardą, lecz ucieleśnionym rasizmem, który znajduje swoje ujście w odruchu. Odkrywca zauważa, że to nie brud lub brak higieny budzi u niego wstręt, lecz właśnie inny, dziki, obcy. Podczas gdy obrzydzenie mieszkańca Ziemi Ognistej wobec nowego typu jedzenia można tłumaczyć instynktem samozachowawczym, to Darwina poczucie brudu podyktowane jest zmysłem kolonialnym zaopatrzonym w odpowiednie odruchy. W tym przypadku brud tkwi jedynie w oku patrzącego. Opisana sytuacja przypomina także rasistowski odruch kompulsywnego mycia rąk po uściśnięciu dłoni z osobą czarną, powodowany próbą wymazania śladów inności, które mogły pozostać na ciele kolonizatora. Takie wymazywanie w skali makrospołecznej doczekało się terminu whitewashing, określającego praktyki usuwania historii mniejszości rasowych z historii danego kraju czy kontynentu.

Jak wspomniałem wyżej, wstręt jest częściowo związany z atawizmami homo sapiens, lecz w antykomunistycznej wyobraźni obowiązującej w III RP pełni rolę budulca obrazu polaczka jako homo sovieticusa. W transformacyjnej Polsce obraz człowieka sowieckiego jako roszczeniowego oportunisty upowszechnił Józef Tischner. Ma to być człowiek, który nie potrafi odnaleźć się w kapitalizmie z własnej winy, a także z powodu uzależnienia (co przypomina nieco obsesję, z jaką banalni klasiści opisują figurę „żula”, „alkoholika”, „luja”) od poprzedniego systemu. Poprawiającą się w czasie PRL sytuację klas niższych – na którą złożyły się m.in. poszerzony dostęp do edukacji, wzrost stopy życiowej czy obniżenie poziomu analfabetyzmu – Tischner i jego akolici  obwinili o powstanie nowego gatunku człowieka, którego cechuje słabość i pasywność. Wyobraźnię antykomunistyczną znakomicie opisała Elżbieta Janicka w swoim manifeście O kontrkulturę – tu i teraz:

Nad liberalną demokracją zatriumfowała wspólnotowa rama społeczno­‑kulturowa, na którą składają się: doksa etniczno­‑religijna i doksa antykomunistyczna, przy czym komunizm nie jest tutaj kategorią empiryczno­‑deskryptywną, lecz pojemnym workiem na śmieci, w którym lądują bez różnicy idee emancypacyjne i najgorsze zbrodnie. Oba paradygmaty zachodzą zresztą na siebie, oba są potencjalnie – jeśli nie strukturalnie – podszyte antysemityzmem. Wespół wytworzyły aurę bezalternatywności, która skutkuje i mentalnym, i emocjonalnym ubezwłasnowolnieniem.[13]

Śmiech, wstręt, obrzydzenie czy lęk przed zbrukaniem gustu „czystego” przez barbarzyński to emocje i odruchy, które pomagają naturalizować dystanse społeczne. W nacjonalistycznej rzeczywistości Polski, nazywanej przez neoliberałów wolnym krajem, ułatwiają konstruowanie człowieka wybrakowanego, a właściwie półczłowieka. Ten nie-do-końca-człowiek charakteryzuje się nieskładnością i brakiem substancjalności, a także brakiem właściwości człowieka wolnego, decydującego o sobie, biorącego sprawy w swoje ręce. Jest lustrem, w którym przeglądają się polskie elity liberalne. Rozpierdol, który ma panować wśród przedstawicieli homo sovieticus, Ziemowit Szczerek w Siódemce wznosi na poziom duchowo-religijny, pisząc o „zżulałych słowiańskich demonach”, które zatruwają nie tylko okoliczny krajobraz, lecz coś tak szlachetnego jak życie wieczne.

 

Klasizm antysemicki, antysemityzm klasistowski

Marcel, jeden z bohaterów filmu Tonia i jej dzieci Marcela Łozińskiego opowiada o swoim pierwszym zetknięciu ze wstrętem wobec żydowskiej cebuli, które stanowiło dla niego także przełomowy moment autoidentyfikacji. Dowiedział się, że jest Żydem, gdy odmówił zjedzenia podanej mu przez matkę sałatki z cebuli („To jedzą tylko parszywe Żydy”)[14]. Sytuacja ta jest symptomatyczna, bo sama Tonia nie kojarzyła sałatki z cebuli z żydostwem, lecz z biedą i pobytem w więzieniu, co pokazuje, w jaki sposób zwyczaje żywieniowe związane z przetrwaniem zyskują negatywne konotacje reprodukujące antysemickie przekonania. Wstręt i obrzydzenie wobec tych zwyczajów etykietują i stygmatyzują żydowską tożsamość.

W kulturze europejskiej żydowskość była od zawsze kojarzona z cebulą i czosnkiem. Moim celem nie jest tu jednak rekonstrukcja źródeł kultury jidysz lub żydowskiej, lecz ujawnienie, w jaki sposób przypisywane jej cechy wypełniają stereotyp. Nie chodzi zatem o obecność cebuli i czosnku w kuchni żydowskiej, lecz skojarzenia, jakie zostały nadane tym faktom przez kulturę dominującą. Uwidoczniły się one między innymi podczas moich badań antysemityzmu na polskiej prowincji, gdzie figura Żyda sprzedającego cebulę na lokalnym targu okazała się żywotnym wyobrażeniem. O przekonaniach, że Żydzi mieli śmierdzieć cebulą w przedwojennej Polsce, pisała ostatnio Monika Pastuszko, relacjonując wystawę „Kolonia Robotnicza – historia mówiona” na łamach „Dziennika Opinii”: „W klasie był jeden rząd dla Żydów, no bo byli bardzo brudni, zaniedbani i zawszeni. Pielęgniarki musiały co dzień sprawdzać włosy i bieliznę. A smród w klasie był niesamowity. Jadło to cebulę smażoną na smalcu. Przyniósł taką kromę podwójną nasmarowaną szmalcem z cebulą, no to później gazowało. Nie do wytrzymania było.”[15] 

W świetle antysemityzmu, który stanowi jeden z głównych trzonów polskiej kultury, należy postawić tutaj co najmniej dwie tezy. Według pierwszej to nie cebula i jej właściwości wywołują wstręt i obrzydzenie. To jej potencjalny związek z kuchnią żydowską obrzydza Polakom owo nieszlachetne warzywo. Figura Żyda jest bowiem głównym prototypem uprzedzeń wobec innych mniejszości w kulturze zachodniej. Żyd miał być zarówno sfeminizowanym słabeuszem (seksizm, homofobia, transfobia), jak również miał stanowić zagrożenie biologiczne dla czystości rasowej europejskich narodów. Druga teza dotyczy śmiechu z żydowskiej cebuli bez Żydów. A konkretniej Żydów wschodnioeuropejskich, czyli Ostjuden, nazwanych w języku niemieckim także Polacken (sic!). Tych, którzy mieli być mniej cywilizowani, biedni, pochodzący z ciemnogrodu i stanowiący jednocześnie zagrożenie dla społeczeństw zachodniej europy. Żydzi niemieccy w reakcji na antysemityzm wyśmiewali się z Żydów polskich lub rosyjskich, wskazując palcem na mniejszość w mniejszości, aby usunąć samych siebie z pola oskarżeń. Miało to także związek z niemalże prastarym uprzedzeniem wobec dzikiego i nieznanego, barbarzyńskiego i całkiem abstrakcyjnego Wschodu.

Naśmiewanie się z cebulactwa to zatem dopełnienie, nowa forma lub odprysk tak zwanego antysemityzmu bez Żydów. Humor, który obsługuje antyżydowskie dowcipy, stanowi bowiem jeden z najbardziej znaturalizowanych i podstawowych kodów kultury. Cechuje go spontaniczność i trudności racjonalnego wyjaśnienia, dlaczego coś jest śmieszne. Wszyscy znamy to uczucie, kiedy nie potrafimy wytłumaczyć outsiderowi żartów obowiązujących w grupie przyjaciół, w miejscu pracy lub w rodzinie. Tę niewytłumaczalną siłę oddziaływania nazwać można reprodukcją systemów społecznych per se, ponieważ dokonuje się ona z udziałem, ale bez wiedzy jej zakładników.

Niechęć wyrażana przez przypisywanie klasom niższym lub mniejszościom nieprzyjemnego zapachu ma zatem w przypadku śmiechu z Polaków-cebulaków podłoże nie tylko klasistowskie, lecz także antysemickie. Wynika nie z celowego namierzania mniejszości, lecz z wzorców kulturowych używanych w Polsce do odgradzania się od innego.

Wisienką na szczycie polsko-antysemickiego tortu jest jedna z pierwszych polskich powieści fantastycznych autorstwa Juliana Niemcewicza. Jej tytuł Moszkopolis. Rok 3333, czyli sen niesłychany[16] mówi sam za siebie. To opowieść o rzekomym żydowskim imperializmie, który opanowuje „polskie ziemie” w roku 3333. Już sam główny wątek żydowskiej ekspansji budowany jest na strachu przed mniejszością, która w rzeczywistości żyje w wiecznym strachu przed większością.  Zastosowane przez Niemcewicza odwrócenie perspektywy dotyczy także praktyk żywieniowych: mieszkańcy Moszkopolis raczą się lodami o smaku czosnku i cebuli, cebula jest też składnikiem konfitur i innych specjałów, co ma budzić w polskim czytelniku strach nie tylko przed kolonizacją ziem, lecz również przed przejęciem obowiązujących gustów i dobrego smaku. Lęk przed przechwyceniem czegoś, co jawi się jako personalne, własne, swojskie to najlepsza egzemplifikacja różnic społecznych, nie tylko przebiegających podług reguł demografii, lecz także zapisanych w konsumpcyjnych preferencjach, w tym, co nazywamy wnętrzem, a co ma decydować o wyjątkowości jednostki lub jej kultury. To odwrócenie ma nie tylko napawać wstrętem, lecz także przerażać wizją totalnej anihilacji człowieka-Polaka, którego mierzy się miarą dobrego smaku.

Znalezione obrazy dla zapytania creative commons cc by Tekst dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska (CC BY 3.0 PL).

[1] Erving Goffmann, Piętno. Rozważania o zranionej tożsamości, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2005, s 177.
[2] Dorota Masłowska, Paw królowej, Biblioteka Twoich Mysli, Warszawa 2005, s.31.
[3] Dziękuję Xaweremu Stańczykowi za pomoc w sformułowaniu tego terminu.
[4] Ziemowit Szczerek, Siódemka, Korporacja Ha!art, Kraków, s.18.
[5] http://www.dwutygodnik.com/artykul/6473-jak-przejac-kontrole-nad-swiatem-nie-wychodzac-z-domu-13.html (dostęp 10.07.2018).
[6] Tamże.
[7] http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,149882,17555189,Ten_jest_widoczny__kto_najglosniej_krzyczy__Druga.html (dostęp: 10.07.2018).
[8] Ziemowit Szczerek, Siódemka, Korporacja Ha!art, Kraków, s.23.
[9] Pierre Bourdieu, Dystynkcja. Społeczna krytyka władzy sądzenia, Wydawnictwo Naukowe „Scholar”, Warszawa 2005, s. 245.
[10] Tamże, 246-247.
[11] „Teksty Drugie” 2014, 1, s. 169-191.
[12] Charles Darwin, Wyraz uczuć u człowieka i zwierząt, Niwy, Warszawa 1873, s. 228.
[13] http://recyklingidei.pl/janicka-o-kontrkulture-tu-teraz  (dostęp: 17.07.2018).
[14] http://ninateka.pl/film/tonia-i-jej-dzieci (dostęp: 12.07.2018).
[15] http://krytykapolityczna.pl/kultura/historia/pastuszko-czym-smierdzieli-zydzi/ (dostęp: 10.07.2018).
[16] powst. 1817, prwdr. „Przegląd Poznański” 1858, nr 26.

Paweł Matusz

(1988) socjolog, studiował na Uniwersytecie Warszawskim oraz w Szkole Nauk Społecznych PAN. Publikuje w kwartalniku społeczno-kulturalnym "Bez Dogmatu" oraz "Codzienniku Feministycznym".

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!